CIEKAWOSTKI I ANEGDOTY

Pierwszy sukces literacki Srokowskiego miał dość osobliwy charakter. Autor mieszkał wówczas, jeszcze za czasów PRL-u, w Legnicy, ale publikował swoje utwory w ogólnopolskiej prasie literackiej. Pewnego razu ukazał się w poczytnym miesięczniku warszawskim jego wiersz zaczynający się od słów:

"Gdy przygotowuję się do snu, postanawiam spać nago"...
Następnego dnia odezwał się telefon.
- Pan Srokowski?
- Tak - odpowiedział autor.
- Dzwonię z polecenia dyrektora Domu Towarowego w Legnicy - poinformował miły głos kobiecy. Pan napisał w gazecie, że nie ma pan w czym spać. To bardzo obraźliwe dla naszej dyrekcji, którą posądza Pan o brak zaopatrzenia. Przecież my mamy duży asortyment pidżam. Dyrekcja nie może sobie pozwolić, by na nią padł cień zaniedbań z powodu nagości w czasie snu naszego jedynego poety w mieście. Dlatego postanawia przyznać Panu specjalny dar w postaci najnowszej modnej pidżamy polskiego przemysłu lekkiego. Mamy nadzieję, że nie będzie już Pan zmuszony spać nago.
Dwa dni potem Srokowski otrzymał pocztą przesyłkę z pidżamą i uznał ją za swój pierwszy sukces literacki. I zadumał się nad celnością środków poetyckiego wyrazu i skutecznością intelektualną współczesnej poezji.

***

Kiedy indziej, też w latach sześćdziesiątych, Srokowski został zaproszony do pobliskiego miasteczka Ch. na kiermasz książek. Obok niego podpisywał swoją powieść dla młodzieży prozaik R. A. Wtedy kiermasze z żywymi pisarzami miały wielkie powodzenie. Toteż książki podpisujących autorów szybko znikały. Został tylko stos książek Marii Konopnickiej. W pewnej chwili pojawił się ówczesny szef lokalnego urzędu miejskiego. Przez moment pogawędził z gośćmi, po czym patrząc na stos książek Konopnickiej, z niepewnością spytał:
- A jej bajki nie poszły?
- Nie - odparł Srokowski.
- A gdzie autorka? - począł dopytywać ojciec miasta.
- Konopnicka udała się na obiad - odrzekł z powagą Srokowski.
- Jeżeli się nie obraziła, to wróci... dodał prozaik R.A.
Szef urzędu zbladł.
- Obraziła się? - spytał.
- Pewnie tak. Nikt nie kupuje jej książek. Nikt się specjalnie nią nie zajmuje... - stwierdził Srokowski, widząc głębię intelektualną w oczach władzy.
- Nie może tak być, by się pisarka obrażała - zdenerwowanym głosem oznajmił urzędnik. - Władza ludowa nie może sobie na to pozwolić. Klasa robotnicza czeka na wiersze poetów - poinformował i dodał: - Musimy ją przeprosić. - Po czym popędził w sobie znanym kierunku. Po kilkunastu minutach wrócić całkowicie zasapany, ale za to z wielkim bukietem czerwonych róż.
- Gdzie pani Konopnicka? - zaczął się rozglądać.
- Obraziła się na dobre i wyjechała - oznajmił Srokowski i także się pożegnał, zostawiając osłupiałego władcę miasta z otwartymi ustami z bukietem róż w ręku.

***
A propos żywych twórców. Srokowski został zaproszony na spotkanie autorskie z dziećmi. Akuratnie ukazało się jego opracowanie bajek Ezopa. Bibliotekarka witając autora, przedstawiła go w następujący sposób:

- Kochane dzieci, gościmy dzisiaj żywego pisarza.

Po chwili malutka dziewczynka z ostatniej ławki podnosi rękę i pyta:

- Czy mogę go dotknąć?

***
Przy innej okazji, gdy po wystąpieniu autora przed audytorium młodzieży zapadło milczenie i zabrakło pierwszego dyskutanta, Srokowski zachęcał do zadawania pytań:

- Nie krępujcie się - mówił. - Możecie pytać o wszystko.

Po chwili milczenia nieśmiały głosik piskliwym dyszkantem odzywa się:

- Czy pana broda jest prawdziwa, czy sztuczna?

***
Inną, ale z kolei jakże groźną ciekawostkę, brzmiącą dziś niemalże anegdotycznie, przekazał autorowi wydawca, a powtórzył pewien warszawki pisarz. Otóż autor złożył "Repatriantów" na początku lat 80-tych w najlepszym wówczas wydawnictwie "Czytelnik" w Warszawie. Książka z bardzo dobrymi recenzjami wewnętrznymi została szybko przyjęta do druku, ale jeszcze przez 7 lat nie mogła się ukazać. Autor dowiedział o wszystkim dopiero później. Okazało się, że nie polska cenzura ją powstrzymywała, tylko radziecki ambasador. Ówczesny członek Biura Politycznego PZPR, Czyrek, prowadził posiedzenie Sekretariatu partii, na którym omawiano sprawy kultury. Kierownikiem Wydz. Kultury KC był wtedy Witold Nawrocki. Przy analizie spraw wydawniczych nagle zabrał głos rosyjski ambasador Aristow i zadał pytanie:

- Czy to prawda, że macie zamiar wydać antyradziecką powieść?

Zapadło milczenie. Nikt nic nie wiedział, poza ambasadorem, o żadnej antyradzieckiej powieści. Wtedy ambasador dokładnie zrelacjonował, gdzie się ta powieść znajduje, jaka jest jej treść, jakie miała wewnętrzne recenzje i na kiedy planowane jest jej wydanie. Zebrani byli zdumieni jego wiedzą. Okazało się, że ambasada miała swoje wtyczki w wydawnictwie, pewnie nie tylko w tym. Ambasador zażądał zablokowania tej książki. I książka została zablokowana do 1988 roku. Tą książką byli "Repatrianci". Potem, gdy nadeszła kolejna odwilż i już można było powieść drukować, przyczepiła się do niej polska cenzura, żądając skreślenia kilku rozdziałów. Na szczęście wydarzenia polityczne potoczyły się szybko i po paru miesiącach, gdy autor nie ustępował, cenzura zrezygnowała z daleko idącej ingerencji. Książka się ukazała. Ale wywiad moskiewski, jak widać, głęboko się nią interesował.

 

***

Po ukazaniu się "Repatriantów", gdy powieść znalazła się na liście bestsellerów i zdobyła miano "Książki roku", jakaś wielbicielka, nie podając swego nazwiska, w liście do autora, wyznała :

 

"Jak można było napisać i wydać coś takiego chamskiego i wstrętnego. Nikt z moich znajomych tak się nie zachowywał, ani wyrażał. Nikt w wagonie nie uprawiał zboczonej miłości. Nikt też nie karmił drobiu śliną. Wszystko to pisał Pan chyba w pijanym widzie. Starzec Achuzat, to ci dopiero wołyński okaz. W podeszłym wieku i jeszcze dysponuje wężem grubym i tłustym. Wstrętna, bezczelna, chamska książka".
***

Stanisław Srokowski wolny czas lubi spędzać na samotnych spacerach po lesie, nad wodą, łowić ryby, uwielbia góry, jazdę na koniu i rowerem.

Powrót do strony głównej