LISTY DO AUTORA

Szanowni Państwo,

otrzymuję wiele listów od Czytelników z pytaniami, dlaczego ich korespondencji nie zamieszczam na tej stronie. Otóż na tej stronie zamieszczam tylko te listy, które wyrażają opinie o moich książkach lub problematyce związanej z tymi książkami.  Nie zamieszczam natomiast innych tekstów, które do mnie docierają i tych listów o książkach, których autorzy proszą o zachowanie ich treści tylko do mojej wiadomości. Powyższą  informację podaję na prośbę moich korespondentów. 

Stanisław Srokowski 

.................................................................................................

24.02.10
 
Szanowny Panie,
do napisania tego maila skusiły mnie dwie rzeczy- przeczytanie Pańskiej książki "Nienawiść" oraz listy skierowane do Pana na stronie internetowej. Zauważyłam w owych listach wiele podziękowań od ludzi pochodzących z tamtych stron, którzy przeżyli ludobójstwo bądź ich przodkowie. Chciałam więc sama podzielić się wrażeniami i przemyśleniami po przeczytaniu "Nienawiści". Moja rodzina nie pochodzi z tamtych stron, a ja sama mam 21 lat, mimo wszystko książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. Zastanawiałam się nad tym, że mimo, iż ogólnie historia w szkole nie była moją mocną stroną (z tego powodu, że wolę historię przed nadejściem chrześcijaństwa, a jeśli chodzi o wojnę, zamiast zapamiętywać nazwiska oraz daty, wolę posłuchać wspomnień babci), to nic nie uczono nas o tych wydarzeniach. Wszyscy wspominają o Niemcach i Rosjanach, a o ludobójstwie na Kresach dowiedziałam się dopiero dzięki tej książce. Nie mogę pojąć dlaczego tak jest i skąd to zaniedbanie. Czytałam też w tamtych listach, że ludzie przerywali czytanie ze względu na dr
astyczne opisy. Muszę chyba stwierdzić, że młodsze pokolenie z roku na rok jest mniej wrażliwe na takie rzeczy, choćby ze względu na ogólny dostęp do gier komputerowych i filmów, w których przelewanie krwi nie robi na młodych żadnego wrażenia. Patrząc po sobie, stwierdzam, że takowe opisy robią na młodszych mniejsze wrażenie niż na starszych (np. rodzicach). Ja nie czytałam tych scen z obrzydzeniem czy niedowierzaniem, itp. Czułam jednak narastającą niechęć do narodu ukraińskiego. Dlatego bardzo mnie cieszy, że pojawił się taki rozdział jak "Odwet", ukazujący bardzo wyraźnie, że zemsta nie jest niczym dobrym, choć muszę przyznać, że pojawienie się tego tytułu zrodziło we mnie na początku uczucie satysfakcji. A dzięki trzem ostatnim rozdziałom, ta niechęć do Ukraińców przygasła, dał Pan nimi do zrozumienia, że nie wolno zapominać, że w każdym narodzie są ci źli i ci dobrzy. Mam też wrażenie, że właśnie dzięki tym opisom młodzi ludzie chętniej sięgną po książkę- sztraszne... ale takie odnoszę wrażenie. Zgadzam się z jedną opinią, że książka powinna należeć do zbioru lektur szkolnych. Choćby dlatego, by młodzi ludzie zastanowili się nad tym, co przeżyli ich dziadkowie, zanim zaczną nimi gardzić, bo coraz więcej ludzi zapomina, że to właśnie nasi dziadkowie oddawali za nas życie i przeżyli ogromne tragedie. Takie wydarzenia nie mogą pójść w zapomnienie, by nie wyszło na to, że i nas ku przestrodze spotka coś podobnego, choć patrząć na coraz młodszych, mam wrażenie, ża młodzi Polacy sami sobie zgotują piekło, wystarczy spojrzeć co się dzieje w gimnazjach. Zaciekawiły mnie w tej książce też opisy  Zbynia, pajączka nocy... Porównując dzieci z tamtych czasów, czy choćby słuchając wspomnień mojego taty, a patrząc na obecnych 8-latków (miałam okazję pracować w szkole), stwierdzam, że obecnie dzieci są wychowywane na odważne, wygadane, niczego się nie boją, nie wstydzą... I zastanawiam się, czy to dobrze. Czytając książkę przedstawiającą okrucieństwa w historii naszego narodu, nie mogę oderwać się od myśli dotyczących jego przyszłości... Zgodzę się ze stwierdzeniem, że trzeba pamiętać, by nie doszło do kolejnej tragedii... Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że za kilkadziesiąt lat strach będzie wyjść z domu nie ze względu na wojnę, jak to było w tamtym przypadku, a ze względu na własnych dorastających rodaków...
Zabieram się za szukanie kolejnych Pana książek, bo nie pozostawiają mnie obojętną, a "Nienawiść" polecam wszystkim znajomym i zachęcam do przeczytania.
Pozdrawiam bardzo serdecznie!
Marzena Sasor


21.12.09

Drogi Panie Stanisławie!

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz Nowego 2010 Roku życzę Panu wszystkiego, co najlepsze.  Jeszcze raz serdecznie Pana zapraszam na nasze kresowe spotkanie opłatkowe. Napisał Pan wspaniałą i bardzo odważną książkę. Przeczytałem i jestem zachwycony. Z całego serca gratuluję. Życzę Panu dużo zdrowia i wszelkiej pomyślności,wytrwałości w dalszej pracy i tylko samych sukcesów. Czekam na trzecią część.

Witold Listowski

20.12.09


 

Wielce szanowny Panie Stanisławie !
 
         Dzisiaj nad ranem zakończyłem czytać Pana książkę „Zdrada” , która wywarła na mnie ogromne wrażenie. Jest to książka wyjątkowa, niesamowita. W czasie czytania niejednokrotnie nie mogłem opanować wielkich wzruszeń. Jestem już człowiekiem sędziwym. Przeżyłem ludobójstwo na Podolu i Powstanie Warszawskie. W czasie czytania jednak wiele razy miałem mokre oczy. Opisuje Pan w tej książce czasy, w których przyszło Panu żyć w latach dziecinnych. Zdarzenia i fakty, opisywane są tak realnie i prawdziwie, że czytelnikowi wydaje się, iż jest w samym środku tych wydarzeń. Są to wrażenia wstrząsające. Opowiadane są pięknym polskim językiem. Język ten jest również ubarwiony słowami i zwrotami z języka ruskiego ( Piszę specjalnie ruskiego, a nie ukraińskiego, bo tam wtedy Ukraińców jeszcze nie było. Ukraińcy pojawili się dopiero w tych strasznych czasach ludobójstwa. A Rusini na tych ziemiach wraz z Polakami żyli już w zgodzie tysiąc lat.) Nikt teraz nie zdaje sobie z tego sprawy, że tam wtedy ludzie mówili wieloma językami. Polski, ruski, żydowski, rosyjski był dla każdego zrozumiały. Ludzie wzajemnie szanowali swoją narodowość, swoje religie, zwyczaje i tradycje. Z tej wielonarodowej mieszaniny powstała wielka kultura, której ślady są widoczne jeszcze dziś. Wszystkiego przecież zniszczyć się nie da.
Być może ktoś z czytelników nie będzie wierzył, że na świecie mogły się dziać takie straszliwe zbrodnie, że człowiek człowiekowi może świadomie zadawać aż tak wielkie cierpienia i ból. Jak człowiek, rzekomo chrześcijanin, modlący się w cerkwi, może czerpać z czyjegoś bólu i straszliwej męki, radość satysfakcję i zadowolenie. Jak można niewinnemu dziecku, kobiecie i starcowi zadawać tak straszliwe cierpienia. A potem jeszcze przechwalać się, ile i jak okrutnie zamordowałem Lachów. Ja z takim niedowierzaniem spotkałem się nie jednokrotnie. Dlatego chcę tu wyraźnie i stanowczo powiedzieć, że ja w tych czasach też byłem dzieckiem i przeżyłem też na Podolu ludobójstwo zgotowane Polakom przez ukraińskich nacjonalistów i faszystów.
Moi rodzice, ja i dziadkowie żyli w sąsiednim powiecie. Powiaty Podhajce i Brody w województwie Tarnopolskim to piękna kraina na wyżynie podolskiej. To tam gdzie biorą początek najpiękniejsze rzeki tego regionu Bug, Seret i Styr. Jak pisał nasz wielki poeta, też rodak tej ziemi., to tam gdzie: ”... po dolinach moja Ikwa płynie...”.  A ogromne lasy i bory pamiętają czasy Wielkiego króla Jana, który tam przecież się urodził. Tam przeżyłem najszczęśliwsze dni mojego dzieciństwa do chwili wybuchu wojny. Potem przyszły czasy straszne.
Opisywane przez Pana wydarzenia i fakty przeżyłem osobiście lub słyszałem o nich z wiarygodnych ust. To, co Pan opisuje, to nie są wymysły literackie, to nie jest imaginacja, to są fakty i wydarzenia rzeczywiste, prawdziwe, opisane z wielkim talentem i umiejętnością.
Widziałem na własne oczy rozerwane końmi ciało polskiej kobiety. Widziałem na własne oczy rozłupane czaszki naszego sąsiada i jego zięcia Ukraińca, który ożenił się z Polką i tylko dlatego go zamordowano. Widziałem jak wyglądają ręce mężczyzny, któremu zrobiono rękawiczki, o czym Pan pisze w swojej książce. Nie będę podawał strony, niech czytelnik sam o tym przeczyta. Widziałem jak wygląda zbita masa spalonych ciał. Ludzi żywcem spalonych w stodołach i chatach. Wiem jak pachną spalone zwęglone ludzkie ciała. Nie będę dalej opisywał tych okrutnych rzeczy. Lista byłaby długa. Kto chciałby znać szczegóły, niech przeczyta moją książkę. „Skrawek Piekła Na Podolu”. W której opisałem to, co przeżyłem na Podolu w tych strasznych czasach.
W Instytucie Palnięci Narodowej są setki zeznań złożonych przed prokuratorem przez ludzi, którym udało się przeżyć to ludobójstwo. Jest tam również i moje zeznanie. Są w Polsce stowarzyszenia grupujące wypędzonych ze swojej ziemi Kresowian i ich potomków, którym odebrano wszystko, co mieli oni i ich przodkowie. Wśród nich jest jeszcze wielu żyjących, tam urodzonych, naocznych świadków tych zbrodni. 
Uważam jednak, że nie można oskarżać całego narodu ukraińskiego o zbrodnie ludobójstwa popełnione na Kresach. Tych szaleńców opętanych obłąkańczą ideologią było jeden, a może kilka procent. Nie ma złych narodów, są tylko złe organizacje i złe ideologie.
Polski rząd jako pierwszy uznał bezwarunkowo niepodległość Ukrainy. Wiadomo, że na obecnych terenach Ukrainy popełniono tysiące zbrodni ludobójstwa na Polakach, Żydach, Ormianach i innych narodowościach. Wiadomo, kto je popełnił. Do dnia dzisiejszego jednak nie słyszałem, aby odbył się jakikolwiek proces na Ukrainie oskarżający zbrodniarzy, którzy te zbrodnie popełnili. Zbrodnie nieukarane i niepotępione zawsze się powtarzają. Historia zna bardzo wiele takich przykładów. Może przed uznaniem niepodległości, należało postawić warunek rozliczenia tych zbrodni.
Na koniec chciałbym powiedzieć, że gdyby nie szlachetna Ukrainka, przyjaciółka mojej mamy, która ryzykując życiem, ostrzegła nas, że wydano na nas wyrok śmierci, nie napisałbym już tego listu do Pana. Popełnione zbrodnie można przebaczyć, jeśli winowajca przyzna się do winy i poprosi o przebaczenie. Ale zapomnieć o nich to jest niemożliwe. Będą zawsze w mojej pamięci i świadomości.
Bo pamięć jest powinnością i bogactwem.
 
                        Z wielkim szacunkiem Sulimir Stanisław Żuk
 
 
 Warszawa 19.grudnia 2009roku


19.12.09 

 Szanowni Państwo,
 
dziś publikuję apel p. Wiesława Tokarczuka w sprawie odradzającego się faszyzmu na Ukrainie. Od lat o tym mówię, wołam pełnym głosem, że w tym wględzie dzieje się na Ukrainie źle, że czci się tam morderców Polaków i Żydów, stawia się im pomniki a ich imionami nazywa się ulice i place wielu miast, oddaje się hołd faszystowskim kolaborantom, w ich duchu wychowuje się młodzież, co do niczego dobrego nie prowadzi. Cieszy mnie fakt, że Żydzi podjęli ten problem. Bo to nasz wspólny problem.  Z tym się w pełni zgadzam. Właśnie Żydzi pragnęli zwołać w Kijowie konferencję bijącą na alarm, że na Ukrainie  odradzają się faszyzm.  Władze Ukrainy, jak wynika z historii tej konferencji, nie zgodziły się na zlokalizowanie jej w Kijowie. Dlatego konferencja odbywa się w Berlinie. Poniżej list p. Tokarczuka.  
.............................
Szanowni Państwo!
Rosyjskojęzyczni Żydzi alarmują - na Ukrainie odradza się faszyzm. Wzywają do zjednoczenia sił i koordynacji działań. Czy w Polsce znajdą się ludzie, którzy będą solidarni z Żydami ? Kiedyś Polacy wspólnie z Żydami, ramię w ramię, odpierali ludobójcze ataki UPA na wieś Hanaczów.
Poniżej ten fragment referatu pana Spiegela, który apeluje o współdziałanie i zjednoczenie sił.
Pytanie - czy Polacy i Żydzi spotkają się w Kijowie ?
Z wyrazami szacunku - Wiesław Tokarczuk
Pełny tekst referatu:
 
"W rezultacie, władze Ukrainy odmówiły nam prawa do przeprowadzenia konferencji pod pretekstem epidemii świńskiej grypy. Dziękujemy władzom Berlina, miasta, gdzie znalazł swoją śmierć niemiecki nazizm, za stworzenie nam możliwości spotkania i przedyskutowania tych palących problemów. Ale my nie zostawimy w spokoju "ukraińskiego tematu." Nie pozwolimy, aby czuli się spokojni neonaziści i ci, którzy mianują nazistowskich kolaborantów bohaterami narodowymi Ukrainy! Wielu z nas, w tym ja, urodziło się na Ukrainie, kochamy tę ziemię i nie jesteśmy obojętni, że na ulicach ukraińskich miast, teraz swobodnie maszerują faszyści!
 
Dlatego:

Apelujemy do wszystkich sił antyfaszystowskich, wszystkich, dla których ważne jest, aby zatrzymać odrodzenie nazizmu i wzywamy do zespolenia się i koordynacji swoich działań.
 
Apelujemy do międzynarodowych organizacji żydowskich, aby rozważyły odpowiedzialność Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii za działania mające na celu usprawiedliwianie i gloryfikowanie nazizmu. W końcu, jeśli rządy tych krajów, aby usprawiedliwić nazistowskich wspólników, podnoszą ich do rangi bohaterów narodowych, a więc solidaryzują się ze stroną, która przegrała wojnę - z Niemcami hitlerowskimi,  to powinny wziąć  na siebie co najmniej moralną odpowiedzialność za zbrodnie III Rzeszy.

Ale dziś już nie wystarczą tylko słowa, konieczne są konkretne działania. Proponujemy konkretny program działań. W mojej opinii, jest konieczne w najbliższych miesiącach zwołanie międzynarodowego spotkania (proponujemy zrobić to w Kijowie, ponieważ władze Ukrainy nie pozwoliły nam przeprowadzić tej konferencji w stolicy Ukrainy), wszystkich antyfaszystowskich sił, wszystkich tych, którzy widzą sens w profesjonalnej pracy na froncie walki z nazizmem w celu:

- koordynacja i wypracowanie wspólnych praktycznych rozwiązań,
by przeciwdziałać odrodzeniu nazizmu;

- utworzenie centralnej bazy informacyjnej o neonazistowskich organizacjach, wydarzeniach i akcjach, związanych z heroizacją nazistów i ich współpracowników;


- wymiana informacji, monitorowanie przejawów neonazizmu w świecie;

 

- tworzenie wspólnych programów do propagowania wśród młodzieży antynazistowskiego światopoglądu i badania historii II wojny światowej.


17.12.09 

   Szanowny Panie,
   będąc latem w księgarni, natknełam sie na Pana książkę "Ukraiński Kochanek".Zainteresował mnie tytuł. Kupiłam ją i przeczytalam.W dalszym poznaniu Pana i Pana książek pomógł mi internet. Poszłam na spotkanie z Panem do Biblioteki w Kędzierzynie-Koźlu 14.12.209r.
   Dziekuje Panu za tematykę zawartą w trylogii.
   Ojciec nie zdążył mi opowiedzieć o tamtych stronach i czasach.Utkwiły mi w pamieci tylko nazwy miejscowosci; Sambor, Stryj, Jawor, Lwów. Wiedzialam tylko o bandach ukraińskich.
Stryjek, który wraz z ojcem zostali wywiezieni przez Niemców do Fabryki w Miastku,  pojechał
po wojnie z Anglikami do Francji. Do spotkania z nim nie doszło, gdyż  umarł kilkanascie lat temu.
   Pana książki bedą więc jedynym źródłem wiedzy o tamtych czasach i stronach.
   Dziękuję, Wiesia.

12.12.09 

   Witam,

   bardzo emocjonowałem się czytając w necie wywiad-rozmowę z Panem, do której pretekstem było wydanie "Ukraińskiego kochanka".
   Myślę, że w kilku momentach wyjątkowo trafnie-dosadnie i prawdziwie, tak, że bardziej prawdziwie nie można - skonstatował Pan rzeczywistość. Mowa o takiej, a nie innej edukacji na Ukrainie, o tym, że właśnie obecna polityka kulturalna i edukacyjna Ukrainy to realne zagrożenie dla Europy.

   Oczywiście poleciłem ten wywiad kilku moim znajomym, poprosiłem jedną z osób, aby zastanowiła się, czy nie zacytować Pana i jeden cytat umieszczać (oczywiście z podaniem autora) w każdym ewentualnym piśmie do władz RP, piśmie dotyczącym tematu.
   Osoba ta działa w stowarzyszeniu kresowian, redaguje jedną z ważniejszych stron internetoeych dotyczących Kresów.

   Pozdrawiam i dziękuję.

   Ludwik Bednarz

   13.12.09

   Witam,

   sprawił mi Pan ogromną radość "odpisaniem" na mój mail.
Oczywiście "nie przepuszczę" Pańskiej nowej pozycji :)
Dziękuję za informację.

   W sprawie cytatów z Pańskich wypowiedzi - już wysłałem kilka propozycji i miło mi, że akceptuje Pan taki pomysł.

   Widzę, (czytałem), że o trudnych, nie tylko bolesnych,
ale trudnych w najgłębszym tego słowa znaczeniu - sprawach,
potrafi Pan pisać w sposób niezwykle jasny, ale zarazem bardzo plastyczny.
   A to przemawia tak samo do serca jak do wyobraźni, do intelektu.
   Zapomniana po trosze to dziś sztuka.
   Pan, moim zdaniem, sztukę tę posiadł.

   Pozdrawiam naprawdę serdecznie, życzę wytrwałości, opieki właściwych muz, dużo dużo dobrej energii.

Ludwik Bednarz


12.12.09 


   Szanowny Panie Stanisławie, 

   najserdeczniej dziękuję za książkę z dedykacją. Zostałem niezwykle
przyjemnie zaskoczony, kiedy odczytałem swoje nazwisko w podziękowaniach.
Na pewno nie zasłużyłem na nie.
Zatrzymałem się na 240 stronie i czytałem bardzo powoli każde słowo po
słowie. Czytałem wiele opisów tej tragedii. Sam opisałem to, co
zobaczyłem na drugi dzień po tej masakrze w Hucie Pieniackiej. Powrócił w mojej świadomości i pamięci ten straszny widok, kiedy ugięły się pode mną kolana i łzy popłynęły po moich policzkach.
   To jest straszne przeżycie patrzeć na coś, co było tak miłe i tak serdecznie kochane,
obrócone w straszliwe zgliszcza przez ludzi, którzy zamienili się w
szatanów. 
   Jestem pod ogromnym wrażeniem po przeczytaniu już po raz drugi 
tego tak wstrząsającego opisu, którego Pan dokonał.
   Przecież w tym kościele została zastrzelona moja kochana Babcia, Urszula Kierepka, która
opiekowała się Panią Michalewską. Na wieży kościoła przeżył mój wujek
Wojciech Kierepka, widząc z góry, co wyczyniają we wsi ci barbarzyńcy.
Jeszcze żyje kilka osób, które uratowały się na tej wieży.
   Brakuje mi słów, aby Panu podziękować za  tak realny i zgodny rzeczywistością opis
tej tragedii. 
   Pozwolę sobie zadzwonić do Pana i jeszcze raz podziękować
za tę książkę.
   Pozdrawiam najserdeczniej i  jeszcze raz dziękuję.

   Sulimir Stanisław Żuk.



6.12.09

   Witam Pana.
 
   Jestem świeżo po lekturze Pana książki "NIENAWIŚĆ' i chciałam tą drogą podziękować Panu za tę publikację .
   Moja rodzina pochodzi z Kresów i rónież doświadczyła dramatycznych przeżyć. Dopiero po przeczytaniu Pana książki mogę zrozumieć, dlaczego moja /nie żyjąca już/ mama nie chciała wracać do tych wspomnień.
   W 1944 roku uciekła nocą z wioski, w której uczyła ostrzeżona przez znajomą. Znajoma miała męża Ukraińca i dwoje dzieci. Po latach okazało się, że zamordował ją i dzieci szwagier. Proszę sobie wyobrazić, że nigdy nie poznałam szczegółów takich, jak nazwa wioski jakieś nazwiska, dosłownie nic.
   Wojna rozdzieliła moją mamę z siostrami. I jak jedna z nich jej puszukiwała, to dostała odpowiedż z PCK, że mama zginęła w czasie działań wojennych!!!
Odnalazły się po 32 latach i wtedy dopiero poznałam część prawdy.
   Z opowiadań znajomych mojej mamy znałam trochę faktów np. dzieje rodziny Szczepankiewiczów z Radziechowa /miejsca urodzin mojej mamy/.Po wojnie dr Antoni Szczepankiewicz mieszkał w Gliwicach, gdzie przez długie lata był ordynatorem chirurgii. Jego brat, ks.Stanisław, zginął w Ihrownicy wraz matką i dwójką rodzeństwa, zamordowany w wigilię 1944r.
   Dziekuję Panu i zabieram się do czytania następnych pozycji.
   Można wybaczy, ale nie zapomnieć .
   Pozdrawiam Pana serdecznie po kresowemu, 

   Ewa Grabania 
 
   29.10.09

„Kto nie zna prawdy, ten jest tylko głupcem. Ale kto ją  zna i nazywa kłamstwem, ten jest zbrodniarzem”    B.Brecht   

                                                                                                         
                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                    

     Drogi Panie Stanisławie !

     Pozwalam  sobie napisać kilka słów o znanym Panu najlepiej temacie. O ludobójstwie na Kresach Wschodnich powiedziano i napisano dużo, aby pamięć o tym bezmiarze ludzkiego cierpienia mogła być godnie i przez wszystkich czczona. Mam tu na myśli m.in. wiele Pana książek. Jednak pomimo wysiłków niewielkiej grupy ludzi, do których i Pan należy, wielu Polaków niestety nie oddaje swoim pomordowanym rodakom należnej czci i honoru. 
     Godne ubolewania jest to, że osoby sprawujące władzę w naszym kraju w ogóle nie podejmują tego tematu lub czynią niewiele, aby dać świadectwo szczerej pamięci o cierpieniu, które było udziałem tysięcy Polaków, w tym kobiet i dzieci. Wręcz przeciwnie, zakłamuje się fakty z tamtych czasów i pomniejsza ich znaczenie. Czynią to, o zgrozo! Polacy. Jedynie patrioci walczą choćby słowem o pamięć. Zaś ci wszyscy, którzy przyczyniają się do  niepamięci i fałszowania historii, są po prostu zdrajcami narodu. Piszę tak ostro, bo tylko tyle mogę...

      Wszystkim zaś tym, którzy w jakikolwiek sposób przyczyniają się do upamiętniania ofiar zbrodni OUN-UPA, należy się najwyższy szacunek i honor. Żywa pamięć  jest  jedynym hołdem nieustannie składanym pomordowanym rodakom. Podobnie największy honor należy się wszystkim Kresowianom, którzy tyle cierpieli i przeżyli tamto piekło. Pomimo tego, że urodziłem się długo po wojnie, a moja rodzina nie cierpiała na wschodzie, to myślami i sercem jestem z wszystkimi, którzy byli poddani tym niewyobrażalnym zbrodniom.
     Jestem rad, że są  ludzie tacy, jak Pan, którzy odważnie mówią o błędach tych, którzy powinni oddać należny szacunek i honor pomordowanym. Odważnie Pan sprzeciwia się zakłamaniu i walczy słowem, i czynnym sprzeciwem z profanowaniem pamięci o tamtych bolesnych czasach.  Jest to wyraz wielkiego umiłowania prawdy i pięknej ludzkiej odwagi w dążeniu do oddania naszym rodakom na Kresach, bezwzględnie wyjątkowej czci w pamięci.
    
Żałuję, iż osobom wpływowym w naszym kraju, mam na myśli m.in. polityków, brak choć cząstki odwagi, szacunku i lojalności, które Pan posiada. Myślę tu także np. o władzach KUL-u, którzy dopuścili się takiego skandalicznego posunięcia.  Kolejny raz w sposób zawoalowany, ale jednocześnie bezpośredni zdradzono naród polski. Jak można nobilitować ukraińskiego przywódcę, który nobilituje i oddaje cześć skrajnym mordercom, wręcz sadystom naszych rodaków. To po prostu niewybaczalne. Budowanie zdrowego układu z Ukraińcami powinno się opierać na  prawdzie. Przykro tylko, że na Ukrainie nadal żyje tylu morderców Polaków i mają wpływ na „niby” budowanie dobrosąsiedzkich stosunków.  Wszak przecież to niemożliwe, bo „najpewniejszym znakiem, że jest się na fałszywej drodze, to oklaski wrogów”. Jak zatem z nimi budować zdrowe układy?  
    
To przerażające, że gloryfikatorzy UPA  funkcjonują tak blisko serca Europy. Blisko naszego kraju. Żeby tego było mało, to na nasze nieszczęście wielu rządzących na to pozwala. Gdy niektórzy Polacy chcą powiedzieć prawdę o danej sprawie, to zaraz ktoś protestuje np. jakiś ambasador, czyli ambasador kłamstwa. Protestuje też polityk i to „nasz” polityk. Nasuwa się pytanie, czy jesteśmy u siebie?
Do czego doszedł nasz kraj? Można więc zacytować za Dostojewskim: „ Nie ma rzeczy   bardziej niewiarygodnej od rzeczywistości”. Ta myśl  odnosi się do tego, co dzieje się aktualnie w naszym kraju, ale także do tego, co wydarzyło się na Kresach.  Niech będzie ( przepraszam ) przeklęta poprawność polityczna.  Mamy już XXI wiek!   Czy mamy nadal ustrój teraz już komunistyczno-europejski ?                                      

Zbyt często w telewizji i prasie karmią nas  przyziemnymi i pustymi      sprawami. Wszystko po to, aby odwrócić uwagę i skupić naród   na konsumpcji.      Na tym, aby mieć, a nie być. Właśnie nie być Polakami. Zapomnieć nawet   o    pamięci, o ważnych wydarzeniach naszej historii. Straszne i  odrażające.                                                                                                                                                 
      Nie możemy milczeć, więc proszę  czytających listy na tej stronie, pomóżmy takim ludziom, jak Pan Stanisław Srokowski, głosić prawdę o Prawdzie Kresów.
              
     
Nie  bójmy się działać na rzecz pamięci o tym bezmiarze ludzkiego cierpienia.  Jesteśmy cierpiącym to winni.

Panie Stanisławie, przeczytałem Pański protest z sierpnia 2009r, do władz RP wobec tak prymitywnej i poniżającej dla Polaków prowokacji tj.rajdu Bandery. Nawiasem mówiąc (pisząc), tylko potomkowie i kontynuatorzy tak zwyrodniałej i prymitywnej, bo zwierzęcej ideologii, mogli coś takiego, bezczelnego wymyślić. 
       Przepraszam za słownictwo, ale trudno wyrazić odczucia w takich okolicznościach.  W proteście tym użył Pan bardzo właściwych słów. W przypadku gdyby ów rajd wjechał do Polski, to należałoby go „przywitać” krzyżami i trumnami ustawionymi na trasie.
        W tym wszystkim należy ubolewać, że oficjalny zakaz dla rajdu, to tylko formalny dot. wiz. Zamiast odniesienia władz do istoty rzeczy; Bandera był zbrodniarzem – katem narodu polskiego obok Hitlera i Stalina. Dlatego też wszelkie formy i akty pozytywne, odnoszące się do jego imienia powinny być zabronione. Nikt jednak  nie odważył się oficjalnie sprzeciwić w taki sposób.  Doraźne interesy są ponad cierpienia tysięcy rodaków.  Ile i w jaki sposób garstka Polaków-patriotów musi jeszcze mówić i udowadniać, że to było największe ludobójstwo w dziejach ludzkości. Jak dotrzeć do zamkniętych lub obojętnych serc i umysłów innych Polaków. Jak przemówić do wyobraźni, by jej oczami zobaczyli tysiące niewinnych polskich dzieci, którym nie dane było dorosnąć. Którym np. odcinano głowy, ręce, nogi, ale powoli i po kawałku, aby cierpiały jak najdłużej. 
       Niewyobrażalne.
       Jednak prawdziwe.
 
     
To jeszcze za mało?
      Ks.Kard. Stefan Wyszyński powiedział kiedyś: „ Światu potrzeba więcej wrażliwych serc i mniej zimnej stali”. 
       Tej wrażliwości życzę wszystkim.

 

                                                                                                                                                                                                                   Henryk Dzięcioł                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                          

            19.10.09

      Panie Stanisławie,
przeczytałam tę  książkę, którą kupiłam
na Jasnej Górze, podczas ostatniego spotkania Kresowian.

      Czy jest dalszy ciąg tej historii? Dla mnie jest to strząsająca  opowieść.
       Mogłam porównac ją z zasłyszanymi przeze mnie wspomnieniami od wypędzonych z Kresów w 1951roku.

       Serdecznie pozdrawiam
       Maria-Teresa Bartnik- Szczepańska  z Rzeszowa                                    
                                                            
*** 

      19.10.09
    
      Szanowny Panie,
 
       W tych krótkich słowach pragnę Panu podziękować za napisanie książki "Nienawiść". W czasach "poprawności politycznej" daje Pan świadectwo prawdzie historycznej o ludobójstwie na tamtejszych terenach. 
       W latach siedemdziesiątych jako kilkunastoletni wówczas chłopak poznawałem te fakty dzięki opowieściom mojej mamy, babci i dziadka, pochodzących z okolic Drohobycza i Bolechowa.
       Nigdy nie przypuszczałem, iż jako ojciec dorastających
dzieci w kraju wolnym od 20 lat będę pełnił podobną rolę.
       Współczesne podręczniki szkolne i polityka informacyjna "elit" tworzą lukę w kształtowaniu świadomości młodych ludzi. Moje relacje- choć są "z drugiej ręki"- to jednak zmuszają mojego 14-letniego starszego syna do zadawania pytań i wyciągania wniosków - kim był jego pradziadek, czym się kierował w życiu, czemu się poświecił....
        Pierwszy raz zetknąłem się z Panem jako uczeń II klasy biorący udział w spotkaniu w 1978 r. w IV LO  im. St. Żeromskiego przy ul. Świstackiego we Wrocławiu.  Z tego spotkania pamiętam do dziś siłę czy wiarę, z jaką wypowiadał Pan pewne słowa - klucze, np. wrażliwość na
otaczające piękno. Nie przypuszczałem wówczas, że po 31 latach nadejdzie  moment, w którym podzielę się z Panem swoją skromną refleksją życiową, tak jak wówczas Pan dzielił się z nami w trakcie tego pamiętnego spotkania....
 
       Łączę wyrazy szacunku
       Krzysztof Sawański
       Wrocław
 
Jako uczeń drugiej klasy liceum zapamiętałem z tego spotkania z Panem Pana przesłanie o potrzebie odkrywania w sobie wrażlwiości na to, co nas otacza....ludzie, przyroda, zdarzenia.

***
       08.10.09

                                                                                                          Gliwice, dnia 07.10.2009 r.

      Treść po dokonanych poprawkach – korekcie z 08.10.2009 r.

 

                         Szanowny Panie

 

                        w zasadzie nie chciałem do Pana pisać, dopóki nie otrzymam od Pana odpowiedzi na moje   zapytania wyrażone w moim piśmie do Pana z dnia 4 czerwca 2009 r. Tym bardziej, iż Pan w swoim piśmie do mnie z dnia 17 sierpnia 2009 r. obiecał to po powrocie z dłuższego urlopu.

Wszelako nie czekając na Pana powrót z dłuższego urlopu i udzielenie odpowiedzi, ośmielam się do Pana napisać w skutek stwierdzenia i zapoznania się z Pana nową internetową stroną autorską. Muszę zauważyć, iż ma Pan szczęście do informatyka który przygotowuje ją i opracowuje, albowiem obecnie jest nie gorsza niż poprzednia, jeśli nie lepsza ( choć poprzednia strona tytułowa, była dla mnie bardziej literacka i miała „ducha” , ale to moje subiektywne odczucie ).

Jednakże nie o tym chciałem, to tyle tytułem wstępu.

                      

               
W rozdziale „ Listy do Autora” przytoczył Pan  in extenso mój list do Szanownego Pana z dnia 4 czerwca 2009 r. , będącym analizą książki „Skandalista Wojaczek” II wydanie. Bardzo Panu za to dziękuję, tym bardziej, że zostałem wyróżniony przez Pana komentarzem Autora do mego listu. Jednakże drobna uwaga, otóż ten list wysłałem do Pana pocztą meilową dnia 4 czerwca 2009 r. o godz. 12,02  natomiast tegoż samego dnia tj. 04.06.2009 r. o godz. 16,53 wysłałem w ten sam sposób, tekst po poprawkach ( korekcie ), co w nagłówku zostało przeze mnie zaznaczone. Niestety w rozdziale „ Listy do Autora”  z jakichś względów ( przypuszczam przez nieuwagę osoby to przygotowującej ) został zamieszczony tekst z przed mojej poprawki-korekty. Jeśli dla Szanownego Pana nie stanowiłoby różnicy, bardzo proszę o zamieszczenie listu po poprawkach.

                               
              
Latem bieżącego roku przeczytałem między innymi książkę Dmytro Doncowa : „Nacjonalizm” opatrzone wstępem, tłumaczeniem, komentarzem i analizą Wiktora Poliszczuka z przedmową prof. Bogumiła Grotta. Wydawca książki Księgarnia Akademicka, Kraków 2008 r. Bardzo ważna dla mnie lektura, pozwalająca lepiej zrozumieć genezę nacjonalizmu ukraińskiego, jego podstaw ideologicznych i filozoficznych. Późniejsza realizacja założeń ideologicznych i programowych Dmytro Doncowa, skutkowała hekatombą niewinnych istnień ludzkich różnych nacji, nie tylko Polaków.  Owa tematyka jest dla mnie szczególnie ważna ze względu na pamięć moich rodziców, wygnańców z Kresów, mama z województwa lwowskiego, tata z województwa wileńskiego. Ważna również dla wielu milionów Polaków i ich potomków, dotkniętych syndromem ludobójstwa ukraińskiego w latach wrzesień 1939 r. do lat już powojennych . Profesor Wiktor Poliszczuk pracę doktorską „ Ideologia nacjonalizmu ukraińskiego według Dmytro Doncowa” napisał i obronił na Uniwersytecie Wrocławskim. Obrona odbyła się w roku 1994 na Wydziale Nauk Społecznych, prof. Wiktor Poliszczuk wydał ją  zaś własnym sumptem  w roku 1996 w Toronto w języku polskim. Nie do kupienia Polsce, zaś prof. Poliszczuk zmarł w roku 2008 w Kanadzie. W związku z tym mam wielka prośbę do Szanownego Pana ( jako byłego nauczyciela akademickiego Uniwersytetu Wrocławskiego). Bardzo proszę o rozeznanie dlaczego owa praca doktorska nie została opublikowana przez Uniwersytet, i czy związku z tym, jest obecnie możliwe jej wydanie przez Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego ? Sądzę, iż jest to wielkie niedopatrzenie elit intelektualnych Narodu Polskiego, iż nikt nie wykazuje zainteresowania tematem. Przecież we Wrocławiu jest silne środowisko Kresowe, jest wielu naukowców specjalizujących się w tej tematyce, jest w końcu Szanowny Pan, jest Wydawnictwo „Nortom” jest środowisko „Na Rubieży” ale nie słyszałem aby ktoś się tym zainteresował, bądź podjął jakieś kroki w tym kierunku. Informuję, iż zwracałem się niedawno w tej sprawie do właściciela Wydawnictwa „Antyk” p. Marcina Dybowskiego który obiecał zainteresowanie tematem, lecz na razie bez konkretów.

 

                        Przeczytałem ostatnio książkę prof. Stanisława Beresia i p. dr Batorowicz-Wołowiec  „ Wojaczek Wielokrotny” ( sądzę, iż pani doktorantka już się doktoryzowała ). Wprawdzie to nie jest książka Pana autorstwa, ale jest Pan jednym ze światków , rozmówców. Profesor Stanisław Bereś ma wprawdzie swoją stronę autorską, ale przypuszczalnie nie oczekuje kontaktów z czytelnikami, więc brak adresu meilowego. Pan profesor i pani doktor włożyli bardzo wiele pracy, aby dotrzeć do tak wielu świadków - świadków byłych wydarzeń historycznych związanych z życiem i fenomenem gwiazdy na firnamencie poezji i poetów polskich dwudziestego wieku – Rafałem Wojaczkiem. Chwała im za to i wdzięczność za utrwalenie dla następnych pokoleń, prawd poszczególnych osób znających osobiście Rafała  Wojaczka. Ludzie odchodzą zabierając ze sobą tajemnicę do grobu. Jednakże „szlak” mieli przetarty, dzięki twórczości Szanownego Pana, również osobie Macieja Michała Szczawińskiego z Katowic, bądź Bogusława Kierca z Wrocławia. Później dołączył również prof. Ryszard Cudak. Tutaj chciałbym się skupić na łącznikach „domicylach” tematycznych, wynikających z wypowiedzi świadków, które odnoszą się bezpośrednio bądź pośrednio do Pana osoby,  bądź książek Pana autorstwa o Wojaczku.

 

                ........  
           

 

              Wycieczka Ernesta Dyczka pod Pana adresem ze strony 345 jest moim zdaniem nieuzasadniona i bezpodstawna. Dyczek twierdzi, że : „Srokowski w swojej książce twierdzi, że Wojaczek we Wrocławiu pijał z jakąś „żulią”. Dalej stwierdził: „ (…) nie można ich nazwać sztajmesami, jak to sobie pozwolił Srokowski, który tego środowiska w ogóle nie znał”. Dyczek nie wymienia nazwy Pana książki o jakiej mówi. Przecież były dwie różne książki „Skandalista Wojaczek legendy, prowokacje, życie” wydanie z roku 1999 i „Skandalista Wojaczek poezja, dziewczyny, miłość” z roku 2006. Jestem dokładnym czytelnikiem Pana książek, ale sobie nie przypominam, aby były tam takie konstatacje, bądź określenia z Pana strony, jak podaje Dyczek. To nieodpowiada prawdzie, tym bardziej, że Dyczek wspomina, że sam jest niepijącym abstynentem !  Nie wiem na jakiej podstawie Dyczek postawił Szanownemu Panu takie zarzuty.

 

                 .....

       Na stronie 484 książki „ Wojaczek Wielokrotny” Wojciech Popkiewicz twierdzi, że był Pan redaktorem pisma społeczno-kulturalnego „ Sprawy i ludzie”, które według Wojciecha Popkiewicza było dość wredne. W Pana biografii ( w Internecie na stronie autorskiej ) brak wspomnienia na temat pracy w tym piśmie.  Proszę o odniesienie się na temat stwierdzenia p. Popkiewicza..."

(Są to fragmenty długiego listu, w większości poświęconego analizie książki  Beresia i Batorowicz - Wołowiec. Ponieważ tutaj zamieszczam tylko listy czytelników omawiających moje książki, nie cytuję całości.  Co do wypowiedzi Popkiewicza, interesującego piosenkarza, to powiem krótko - kłamstwo. A rzecz się miała tak. Po likwidacji w stanie wojennym mojego tygodnika "Wiadomości", na jego gruzach powstała gazeta "Sprawy i Ludzie", zabierając naszą redakcję, pomieszczenia i część zespołu.  W środowiskach solidarnościowych nazywana była "gadzinówką Jaruzelskiego". Nigdy nic wspólnego z nią nie miałem. Mam nadzieję, że Popkiewicz, jako człowiek honoru, publicznie przeprosi mnie za to kłamstwo. A nawiasem mówiąc, na przykładzie  Popkiewicza widzimy, jak się ludziom dorabia gęby. Szerzej piszę o tym w nowej książce "Życie wśród pisarzy, agentów i intryg". O Dyczku nic nie dodam, sam Pan właściwie go ocenił. Dyczek pojęcia nie miał o wielu sprawach związanych z Wojaczkiem.  St.S. )  
                 
                ***
 

Szanowny Panie Srokowski

 

przepraszam, że ośmieliłam się do Pana napisać; nazywam się Janina Maliszewska, jestem córką Józefa Bilińskiego, urodziłam się w 1923 r. w Hnilczu, pow. Podhajce.

Wraz z rodziną, ojcem Józefem Bilińskim i bratem Karolem, mieszkaliśmy blisko kościoła w Hnilczu.

 

Oglądając w dniu 25 lipca br. program „Wschód”, zobaczyłam, mając 86 lat, miejsce, gdzie spędziłam dzieciństwo.

 

Dzięki  tej audycji, mogłam zobaczyć dróżkę, którą chodziłam do szkoły, do kościoła (który jest teraz spalony). Ze łzami w oczach patrzyłam na cmentarz, który obecnie spełnia całkiem inną funkcję.

Oglądając film z Pana pobytu na cmentarzu, zauważyłam moment jak Pan pochylił się nad kawałkiem tablicy, i w tym momencie bardzo się wzruszyłam, gdyż w tym samym rzędzie jest pochowana moja mama, Maria Bilińska, z domu Sługocka i mój dziadek Sługocki.

 

Z całego serca pragnę Panu serdecznie podziękować, że dzięki tej audycji i za Pana zasługą, miałam możliwość choć na kilka chwil wrócić do moich rodzinnych stron i przypomnieć sobie moje dzieciństwo.

 

Jestem Panu bardzo wdzięczna, że pod koniec życia dane mi było zobaczyć te miejsca i odnowić wspomnienia.

 

Jeszcze raz z całego serca dziękuję Panu za ten wielki „DAR” – przeżycia tych dawnych wspaniałych chwil.

 

 

                                                      Z poważaniem 

                                                                         Janina Maliszewska 



9.09.09

Szanowny Panie,

będąc w Krakowie, kupiłem pańska książkę pt.:" Ukraiński kochanek". Czytam ją (440 str.) z uwagą...Ja też jestem Kresowiakiem, urodziłem się na Ziemi Grodzieńskiej - a w 58 r., jako 13-tolatek, wraz z rodzicami przyjechałem do Polski. Mieszkałem tam (w Świdnicy) 24 lata (w Opolu uczyłem się w Technikum Przemysłu Budowlanych Materiałów Wiążących - chemii nauczał mnie ojciec wicepremiera Schetyny, a j. polskiego Marian Wanczowski, wtedy chyba asystent z WSP),byłem internowany w Kamiennej Górze, a od 27 lat mieszkam we Francji. Moja biografię spisałem w "Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę" - recenzje na www.mamiko.pl ...
Szanowny Panie, w zasadzie znam historię Kresów / na Z. Grodzieńskiej nie było takiego tygla wielonarodowościowego jak na terytoriach ,na których toczy się akcja Pana powieści / ale treść Pana książki spowodowała, że postawiłem sobie pytanie:
- Czy stosunki polsko- ukraińskie nie są bombą z opóźnionym zapłonem?
a) w Krakowie- latem b.r. - spotkałem 2 Polski ze Lwowa (lekarka i profesor muzyki),które powiedziały, że codzienne słyszą "... Wtikajty Lachy z Ukrainy, to nasza zemla..." - dokładnie tak jak Pan pisze (str.400)... "Wtikajty" do Warszawy - krzyczą do nich Ukraińcy...
Polaków na tych naszych dawnych Kresach, należących dzisiaj do Ukrainy, procentowo nie jest wielu, do ich masakry nie dojdzie.... Mimo to cisną sie na myśl kolejne pytania: Co będzie jeśli Ukraińcy "upomną się" o Przemyśl (np.)...?Dzisiaj nie ma wszak najmniejszych szans na utworzenie federacji trzech państw - jak tego chciał Pilsudski, co więc pozostaje wg Pana? Kto jest lepszy dla Polski: prezydent Janukowycz,, Tymoszenko, czy aktualny?... Czy polska polityka wobec Ukrainy (i nie tylko wobec Ukrainy!) prowadzona dwutorowo nie zemści się w niedalekiej przyszłości na Polsce i na Europie...?
Szanowny Panie, kończę pisanie, zabieram się za "doczytanie" do końca Pana powieści. Przepraszam, jeśli zabieram Panu czas – piszę, bo czuje potrzebę podzielenia się mymi niepokojami, szukam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, bo mimo, ze długo mieszkam we Francji, ale nic co polskie, nie jest mi obce.
Proszę przyjąć moje wyrazy szacunku i poważania.

Marian Dziwniel.
PS.
CHAPEAU BAS!!!
 
 ***
17.08.09
 
 Szanowny Panie Stanisławie,  
                                       
popieram Pana inicjatywę dialogu z młodzieżą ukraińską na temat historii
Kresów. Urodziłem się na  Wołyniu.( parafia Derażne). Uchodząc z życiem,
widziałem na własne oczy mordowanie siekierami uciekających ze swych
domostw Polaków. Między innymi zamordowano 3 braci mego ojca.
(Stanisława, Stefana i Aleksego Żurawskich). Nie wiadomo, gdzie leżą ich
kości. Dochodzenie do prawdy o ludobójstwie jest trudne, ale konieczne,
aby zabliźnić ropiejące rany. Choć żal do morderców pozostanie, może
nastąpić przebaczenie.  Pozdrawiam serdecznie. Szczęść Boże.

Ks. Tadeusz Żurawski sdb, Łódź
 
***
12.08.09

„Szanowny Panie Stanisławie!
 
właśnie przeczytałam Pana list do min. Radosława Sikorskiego i jestem pełna uznania dla Pana intencji.
Przeczytałam Pana książkę "NIenawiść", choć może to trudno nazwać przeczytaniem, bo co jakiś czas odkładałam, by potem do niej wrócić. Tyle okrucieństwa, że trudno było przebrnąć. Nie należę do osób, które nic nie wiedziały o tym, co działo się na Wołyniu, bo moi Rodzice pochodzą z Wołynia. Mordy wołyńskie dotknęły także mojej rodziny.
Należę już do pokolenia powojennego, ale w naszym domu mówiło się o tym dlaczego Rodzice i rodzina uciekali z Wołynia. Wiem, że byli też porządni Ukraińcy, którzy ostrzegali i pomagali Polakom. Pana książkę przeczytałam po wizycie na Ukrainie. Pojechałam tam, by pochodzić śladami mojej rodziny. W mieście, gdzie mieszkali Rodzice, nie ma Polaków i nie zachowało się nic polskiego! Mimo tego spotkałam się z życzliwością Ukraińców. Przed wyjazdem nie sądziłam, że tak bardzo emocjonalnie przeżyję tę wizytę, że spotkanie z obcymi ludźmi, którzy znali moich Rodziców, tak wiele będzie znaczyć! Ludzie tacy jak Pan, którzy przeżyli to piekło, powinni rozmawiać z ukraińską młodzieżą. Ma Pan rację, niedługo to oni będą rządzili tym krajem! Powinni znać prawdziwą historię i czerpać wzorce z bohaterów pozytywnych, a nie sprawców ludobójstwa. Młodzi ludzie muszą uczyć się tolerancji i szacunku dla innych i  nie dotyczy to tylko młodzieży ukraińskiej! 
 
Serdecznie pozdrawiam
E. Barbara Guśpiel”

*** 
     4.06.2009 

      Szanowny Panie                                    Gliwice, dnia 02-04.06.2009 r.

      Tekst po poprawieniu

 

     Uprzejmie informuję, iż ukończyłem czytać Pana książkę „ Skandalista Wojaczek poezja, dziewczyny, miłość” wydanie z 2006 r. Zakończyłem lekturę dnia 31.05.2009 r. W rozdziale „Źródła” napisał Pan, że czytelnicy monitują, iż nigdzie nie mogą dostać książki o Wojaczku ( wydanie z 1999 r.). Gdy pisałem do Pana meil informując, że będę próbował zakupić m.in. „Skandalista Wojaczek legendy, prowokacje, życie” nie wiedziałem ze to będzie karkołomne zadane. Mnie się udało. Chciałbym zauważyć, iż radził mi Pan wypożyczenie niektórych Pana powieści w bibliotekach. Sprawdziłem na miejscu w Gliwicach w bibliotece miejskiej są przypadkowe pozycje, bez ładu i składu, przypadkowo zakupywane. Zaś polecane przez Pana pozycje „Ladacznica i chłopcy” oraz „Miłość i obłąkanie” w ogóle nie są w ofercie biblioteki. Wracając do tematu, to wspomniał Pan na stronie 13 powieści, o procesie sądowym z powodu pierwszego wydania. Dlaczego nie mógł Pan korzystać z rękopisów Poety znajdujących się w Ossolineum? przecież w wydaniu z roku 1999 było to możliwe. Na stronie 12 napisał Pan, że dużo życzliwości wykazał pierwszy biograf Wojaczka, Maciej M. Szczawiński, dając szanse wzbogacenia ksiązki o pewne cytaty. Szkoda, że Pan nie podał, że cytaty będą pochodzić z książki „Rafał Wojaczek który był” oraz nazwy wydawnictwa oraz  miejsca i roku wydania. Pisząc o procesie nie podał Pan kto był powodem ( powodami ), czego dotyczył pozew ( żądanie powoda(ów) ) oraz rozstrzygnięcia ( wyrok ) sądu. Czy właściwym ze względu na charakter pozwu był Sąd Okręgowy ? Czy nie chodziło o naruszenie praw autorskich ? ( jeśli tak to czyich?). Na to wszystko czytelnik nie znajduje odpowiedzi. Czy czasem sąd nie nakazał wycofania książki „Skandalista Wojaczek legendy, prowokacje, życie” ze sprzedaży? Dobrze byłoby przedstawić w tej książce ( z roku 2006 ) kto chce zamknąć usta pisarzowi przy pomocy socjalistycznych w swej istocie sądów III RP. W prawdzie na stronie 184 omawianej książki, Pan napomknął, że „sąd nie skazał mnie na więzienie, ani na karę dziesięciu tysięcy złotych, jakich żądała osoba pozywająca…” jednakże to nie stanowi wystarczającej odpowiedzi na cisnące się na usta czytelnika zapytania i wątpliwości. Na stronie 42 napisał Pan o zdaniu matury przez Rafała Wojaczka w maju 1963 r. w gmachu obecnej Szkoły Podstawowej przy ul. Stelmacha w Kędzierzynie. Pani Bek była nią zachwycona. Na całe życie zapamiętałam jego wypracowanie. Dalej podaje Pan, że po kilku latach wzięła sobie wypracowanie na pamiątkę. W związku z tym mam pytanie, czy nie pomyślał Pan o tym aby wydać wypracowanie maturalne Rafała Wojaczka z własnym komentarzem? Uważam, że na pewno byłby to ciekawy przyczynek do lepszego poznania Rafała. Czy młoda Stefa Cisek mogła mu pomóc? Wątpliwe. Bardzo dużo zrobiła słuchając jego wynurzeń, spowiedzi, on potrzebował słuchacza. Problem braku jakiegoś sensownego systemu wspomagania młodych talentów ( poetów, prozaików itd. ) ze strony państwa. Gdyby Wojaczek podjął pracę zarobkową – to po pierwsze, byłaby to praca marnie opłacana oraz wyniszczająca dla wrażliwego i twórczego człowieka. Po drugie spowodowała by (mogła ) uwiąd możliwości twórczych, należy pamiętać, że Wojaczek miał tylko maturę ogólnokształcącą. W tej sytuacji faktycznie Wojaczka utrzymywali rodzice i tylko dzięki nim mógł egzystować i tworzyć ( strona 46 ). Czytając rozdział „Uczeni i Artyści” skonstatowałem, że największym skarbem artysty jest jego wyobraźnia podbudowana głębią odczuwania świata. To jest istotą każdego artysty i powinna być szczególnie chroniona jako podstawa z której później wszystko wynika. Rozdział „Dziennik R. Wojaczka Pisany w Szpitalu Psychiatrycznym”. Rafał ma dwie możliwości: albo będzie próbował przekuć pobyt w szpitalu psychiatrycznym na budowanie swego wizerunku, na jego podbudowanie i dowartościowanie i Rafał potrafi to praktycznie wykorzystać ; bądź będzie to ukrywał, co zostanie szybko użyte przez zawistnych przeciw niemu. Rozdział „Sztuka To Życie”. Pisze Pan „Dlatego wyprowadził swoich aktorów do lasu, na łono natury i kazał kontemplować drzewa, rzeki, pola, góry …”. Gdzie w rozkazywaniu jest miejsce na sztukę? Tam gdzie wchodzi rozkaz tam kończy się jakakolwiek sztuka. Ponadto rozkazem nie można zadekretować wrażliwości i samoświadomości artysty. Opis przez Narratora – asocjacja całości nowych kierunków w sztuce świadczy o pełnej wiedzy o różnych względem siebie dziedzin sztuki, często ze sobą nie mających wiele wspólnego ( muzyka, malarstwo, poezja, teatr) brawo! Poezja lingwistyczna – Tymoteusz Karpowicz – pytanie kto ją czytał, kto ją rozumiał, kto rozpoznawał znaczenie ukryte przed cenzurą ale też przed czytelnikami. 

     Rozdział „Wojaczek i Karpowicz”. Czy sztuka ma polegać na zaznaczaniu tylko swojej odrębności? Można tworzyć dla dzieła tworzenia nie patrząc wstecz ani wokół. Oczywiście trzeba się „orientować” w kierunkach, trendach ale ważniejsze dla artysty jest posiadanie i wytworzenie swojej filozofii sztuki i teorii sztuki, bo to jest podstawą twórczości i przyszłego rozwoju. Zaznaczanie swojej odrębności, jeśli to ma być „mottem i dewizą” działania artysty, to jest drogą donikąd i prowadzącą do jego uwiądu jako twórcy. Zaprzeczył temu wszystkiemu na czym polega proces tworzenia. Od twórców należy oczekiwać szukania nie powielania swoich dokonań bo to oznacza stagnację i atrofię. Z kolei budowanie nowego na zasadzie zaprzeczenia zastanego porządku świadczy o krótkowzroczności i wejścia na manowce,  albowiem nie można zaprzeczać i szokować w nieskończoność to się normalnie zużyje i spowszednieje. Dla mnie zaprzeczenie to negacja w stosunku do czegoś, kogoś, natomiast tworzenie polega na budowaniu a nie destrukcji poprzez zaprzeczanie. Chełpiąc się swym „zwycięstwem” – dziwne dla mnie i małostkowe zachowanie Wojaczka. Czy jego chęć tworzenia ograniczała się do rywalizacji z Mistrzem? Kiedy Mistrz zmienił formę uznał to za swoje zwycięstwo powód do samouwielbienia. W ten sposób uznał, że twórca nie może się zmienia, zmieniać form wyrazu bądź nawet podstaw filozofii, idei którą chce realizować. Poeta ma prawo do eksperymentu szukania nowych dróg rozwoju, na tym polega proces twórczy. Wojaczek „wchodząc w zakazane rewiry boskiego przeznaczenia” nie wziął pod uwagę, że człowiek nie może przekroczyć granic swego poznania, jak również nie może bez konsekwencji wadzić się z Bogiem bądź co gorsza uzurpować sobie moc nadprzyrodzoną. Rozdział „Korespondencja”. Niekonsekwencja Wojaczka. Wcześniej pisze Pan, że ukazywał on ciemną stronę ciała, tandetną dziką z okropnościami, nie traktował ciała jak sacrum, a tu ciało Teresy Ziomber przypuszczalnie próbuje opisać z innej strony. Dlaczego nie jest przytaczany list do Elżbiety Fediuk? Jest przytaczany w wydaniu z roku 1999. W liście jest wprawdzie stwierdzenie, że : „ja już nie jestem poetą” ale uważam, że nie można go do końca traktować poważnie. Może to być objawem przekomarzania się z ukochaną. Czy brak listu do Elżbiety Fediuk jest wynikiem procesu? W wydaniu z roku 1999 są „Pierwsze Porywy Uczuć” po czym następuje komentarz Pana jako Narratora, „Korespondencja” z komentarzem i „Faksymilia” oraz „Dziennik Pisany w Szpitalu Psychiatrycznym”. Jest to istne bogactwo wiedzy z pierwszej ręki o Wojaczku, bez potrzeby obecności osoby trzeciej. Jest to kontakt osobisty czytelnika z Poetą, natomiast dla mniej „wtajemniczonych czyli niesamodzielnych” można było powtórzyć bardzo dobre rozwiązanie z roku 1999, czyli wprowadzić Pana komentarz jako Narratora. Szkoda że nie udało się tego powtórzyć w tym wydaniu, przecież nie każdy czytelnik wydania z roku 2006 czytał „Skandalistę Wojaczka” wydanie z roku 1999. Czyżby to zaniechanie stanowiło pokłosie owego procesu? To samo tyczy się listów Poety do ojca, nic nie zastąpi kontaktu z oryginałem. Czytelnik skazany jest na interpretację Narratora, która polega na zawierzeniu. „Do Matki – Elżbiety Wojaczek”  w wydaniu z roku 1999 w rozdziale „Do Elżbiety Wojaczek ( matki poety)” dopisał Pan poniżej w nawiasie: „ zbiory Ossolineum oraz M.M. Szczawiński – „ Rafał Wojaczek który był”. Z kolei w wydaniu z 2006 r. w rozdziale „Do Matki – Elżbiety Wojaczek” brak przytoczenia listów. Ponadto pisze Pan : „Wydrukował je w książce M.M. Szczawiński” nie podając tytułu książki ani wydawnictwa i miejsca wydania. To samo czyni Pan na stronie 12 książki „Skandalista Wojaczek poezja, dziewczyny, miłość”, z tym, że podaje Pan Maciej M. Szczawiński. Przecież wielu czytelników wydania z 2006 r. nie zna wydania z roku 1999 tym bardziej nie zetknęło się z książką „Rafał Wojaczek który był” Macieja M. Szczawińskiego, Towarzystwo Zachęty Kultury, Katowice 1993 r. ( praktycznie dziś nie do zakupienia nawet w antykwariatach). Wprawdzie poprawia się Pan na dalszych stronach niniejszej ksiązki tj. na stronie 188 ale uważam, iż to powinno się znaleźć na początku książki a nie na jej końcu. Proszę mnie źle nie zrozumieć, ja nie czynię niniejsze uwagi ze złej woli ale z sympatii dla Pana. Przecież gdybym nie darzył Pana wielką estymą, szacunkiem i poważaniem, w ogóle nie zadawałbym sobie całego trudu i ambarasu. Rozdział „Walka z Demonami”. Wojaczek igrał ze śmiercią i mógł to czynić, ale czy w zanadrzu miał jakąś niespodziankę na wypadek śmierci? Przecież chyba nie godził się na nicość w przypadku jej zaistnienia? Powinien się zabezpieczyć, powinien mieć „polisę ubezpieczeniową” na wypadek śmierci, ale o to nie zadbał i to był jego kardynalny błąd nie podlegający apelacji. Może też tak być, że to nie było samobójstwo  celowe ale z przypadku i ja osobiście skłaniam się ku tej wersji. Wojaczek nie był jeszcze gotowy na śmierć. Nie uzyskał spokoju wewnętrznego nie zamknął za sobą rachunków z doczesnością. Powtarzam to co stwierdziłem na temat Boga po przeczytaniu „Skandalisty Wojaczka” z roku 1999. Twierdzi Pan, że Wojaczek nie mógł znaleźć duchowego przyjaciela, czyżby tak wyrastał ponad otaczający go tłum? Na pewno nie mogła tej roli spełnić Stefania Cisek albowiem przypuszczalnie nie miała duszy artysty, tym bardziej wiedzy która mogłaby zainteresować Wojaczka. Stefania Cisek nie była ze świata Wojaczka, ona była przypuszczalnie wychowana w tradycyjnej śląskiej rodzinie, gdzie wszystko jest poukładane i naznaczone odwiecznym porządkiem. Co dziewczyna nastoletnia może wiedzieć o filozofii, poezji, literaturze, sztuce w przeciwieństwie do Wojaczka? Pisze Pan o aktach zawierzenia Wojaczka względem znanych mu ludzi lecz zbawienie nie nadchodziło. Człowiek nie może zapewnić drugiemu człowiekowi zbawienia, nie ma takiej mocy sprawczej. Wojaczek szukał zbawienia tam gdzie nie mógł go znaleźć. Tylko Bóg może zapewnić człowiekowi zbawienie i dać moc, wolę życia mimo przeciwności życiowych, upadków i porażek, osiągnięcia niemocy życiowej czy twórczej. Brak Boga w życiu Wojaczka był początkiem i końcem jego wszelkich kłopotów. Rodzice wyrządzili dziecku wielką krzywdę, albowiem nie zadbali o przekazanie wizji świata innego lepszego czekającego na człowieka po śmierci. Wojaczek widział tylko pustkę, czarną dziurę i nicość. Nie widział nikogo i nic po drugiej stronie. Życie bez nadziei jest niemożliwe, nadzieja trzyma człowieka przy życiu. Wojaczek nie posiadając nadziei był pozbawiony części przymiotu natury ludzkiej i dlatego żaden człowiek nie mógł mu pomóc i przez to był skazany i naznaczony na śmierć z własnego wyboru. Nikt i nic na świecie doczesnym nie może dać człowiekowi nadziei pewnej, bezpiecznej, tylko wiara i Bóg. Wojaczek wygrałby swoją walkę, zapasy i mocowanie ze śmiercią prostym i banalnym w swej istocie wyborem – zawierzeniem Bogu. I śmierć straciłaby władzę nad Wojaczkiem. Dodam, że nie tyle śmierć sama w sobie co śmierć uosabiana przez szatana, namawiająca słabego człowieka na odebranie sobie życia i skazanie go tym samym na zatracenie wieczne. Mógłbym na tym zakończyć ale nie mogę powstrzymać się przed konstatacją, że człowiek lubi gmatwać sobie życie ponad miarę pomimo prostej drogi wyboru – zawierzenia Bogu. Pisze Pan dalej, że nie wiedział Pan, że to były jego zwady z Bogiem i śmiercią. Mam pytanie, czy mógł wadzić się z Bogiem gdy nie wierzył w Jego istnienie? W śmierć łatwo można wierzyć bo jest do sprawdzenia empirycznie. „Klub Związków Twórczych”. Cytuje Pan, że Peter Brook pisał „(…) teatr jest narzędziem, środkiem autoanalizy … szansą zbawienia”. Zgadza się w przypadku gdy gra w takim teatrze zbliża człowieka do Boga, w innym przypadku jest to megalomania człowieka który chce się postawić w miejscu Boga. Upadek po takim wywyższeniu bywa bardzo bolesny  dla megalomana-uzurpatora. Zachłyśnięcie się religią Indii, kulturą, sztuką może być przejawem wypalenia wewnętrznego, szukania podniet i chwilowych błyskotek jako antidotum na niemoc twórczą. Może to być potrzebą ukrycia swojej niemocy przez szokowania otoczenia nowościami i ich powierzchownym naśladownictwem. Wielkie i gorzkie pytanie do kobiety, czy może życie twórcze uniemożliwia życie rodzinne? Przecież miłość do tego co czyni mag, mistrz, nie jest bezwzględną przeszkodą w ułożeniu życia rodzinnego, choćby z samym magiem ( jeśli jest to oczywiście możliwe). „Klub Muzyki i Literatury. Znani twórcy, artyści , pisarze- ale często bardzo mali ludzie ( kolaboranci, współpracownicy okupanta). Stanisław I. Lec kolaborant z sowiecką władzą okupacyjną we Lwowie. Jan W. Sztaudynger aparatczyk  PZPR w ZLP. Kazimierz Kutz obecnie renegat polskości Śląska, obrońca zboczeńców seksualnych. „U Dreptaków” Hrabia Wojciech Dzieduszycki wieloletni tajny współpracownik bezpieki we Wrocławiu który donosił na najbliższych. To samo H. Tomaszewski. „Świadkowie” w tym „Kazimierz Jasiński-Szela”. Ważne spostrzeżenie Jasińskiego-Szeli, że Wojaczek nie przepadał za środowiskami salonowym, wolał te gdzie nie było pozy. O ludziach nie mówił źle! Bardzo ważna cecha Wojaczka, praktycznie dziś nie spotykana. Był wrażliwym człowiekiem i można powiedzieć grzecznym gdy przeprosił gospodarza domu Jasińskiego-Szelę. Piękne, czułe wspomnienie o Wojaczku wypowiedziane przez Kazimierza Jasińskiego-Szelę. „Krzysztof Coriolan”. Dojrzała, zrównoważona i obiektywna wypowiedź o Rafale Wojaczku dokonana przez Krzysztofa Coriolan. Zastanawiająca wypowiedź, że Wojaczek który powodował liczne skandale, czynił to z wyrachowania na zimno! Czemu to miało służyć, autoprezentacji? Jeśli tak, to Rafał Wojaczek wyprzedził swoją epokę w Polsce o kilkadziesiąt lat! Potwierdzałoby to spostrzeżenie Krzysztofa Coriolan, że R. Wojaczek tworzył wokół siebie mit „luzaka” któremu na niczym nie zależy, że tylko pije wódkę, piwo i wino. Nikt się nie zastanawiał, że w takim razie kiedy pisze? Przecież poezja Wojaczka nie mogła być wynikiem nicnierobienia. 
     Potwierdzałaby to relacja J. Jasińskiej która mówi, że Wojaczek pisał nocami a w klubach przepisywał z pamięci. Dziwna a zarazem groteskowa sytuacja rodem z komedii dell^arte opisana przez K. Colriolan. W Komendzie Wojewódzkiej Milicji, w oświacie, pracował poeta i tłumacz Bernard Antochewicz który zajmował się organizacją życia kulturalnego. Nie wiedziałem że Komenda MO zajmowała się organizacją życia kulturalnego. Coriolan przechodzi nad tym do porządku jak byłaby to sytuacja normalna i najzwyklejsza na świcie. Dla mnie to doskonały materiał do kabaretu Janka Nowaka. Zdroworozsądkowa konstatacja Coriolan, że tragicznie kończy się dla zainteresowanego sytuacja, gdy poezję stawia się wyżej niż własne życie. Podoba mi się spojrzenie Krzysztofa Coriolan na Wojaczka. Przecież Wojaczek nie pracował, nie studiował, nie miał żadnych stałych źródeł dochodów, żył na koszt innych bliskich mu ludzi ( swoich rodziców choćby). Przypuszczalnie do żadnej stałej pracy się nie nadawał i nawet jej nie szukał ( poza krótkim epizodem w MPO). Starszy brat Wojaczka Piotr, musiał mieć diametralnie inny stosunek do życia niż Rafał, stąd wyrzucenie go ze swego mieszkania i późniejsze bicie szyb w mieszkaniu Piotra. Scena z przewróconym stołem przez Rafała Wojaczka, wskazuje, że nie do końca jest wiarygodna teza, że wszystkie skandale były kalkulowane na zimno. Bardzo dobra charakterystyka Rafała Wojaczka przedstawiona przez Krzysztofa Coriolan. „Teresa Ziomber”. Wspomnienie Teresy Ziomber wskazuje, że Wojaczek traktował kobiety instrumentalnie. Nie przebierał w „ofercie”. Korzystał z usług kobiet które pozwalały na takie traktowanie, więc nie powinny mieć pretensji do Wojaczka o porzucenie, bo to było wpisane w scenariusz poznania od początku. Teresa Ziomber nie ma nic do ukrycia bo chce być krótkim przedmiotem zainteresowania mediów. Grażyna L. ukrywa się za pierwszą literą nazwiska bo widocznie nie ma czym się chwalić a obecnie „gra” rolę statecznej matrony i na taką pozuje. Postawa Teresy Ziomber jest dla mnie uczciwa i prostolinijna w przeciwieństwie do Grażyny L. która jest przykładem hipokryzji i draństwa oraz kołtuństwa.
     „Janina Wieczerska”. 
     Janina Wieczerska twierdzi, że Tymek Karpowicz ( chodzi chyba o Tymoteusza Karpowicza?) nie lubił Wojaczka, był bardzo przeciwny przyjęciu go do ZLP bo mógłby sprawić w Związku kłopoty. Jak to się ma do tego, że Tymoteusz odkrył Wojaczka był jego mentorem i został przez niego namaszczony? „Jadwiga Jasińska” twierdzi, że zachowywał się jak duże dziecko. Potwierdza to też relacja J. Chilarskiego z pobytu Wojaczka w więzieniu : „Coraz bardziej go poznawałem i wydawało mi się, że to duże dziecko”. Rafał miał psychikę dziecka co potwierdza, iż aby być poetą, pisarzem, twórcą trzeba się wszystkiemu dziwić, pytać o istotę rzeczy spraw banalnych, patrzyć na świat oczyma dziecka. J. Jasińska bardzo ciepło wypowiada się o Wojaczku. Że Wojaczek był niewierzący potwierdza to J. Jasińska. Żaden ze świadków nic nie mówi o charakterze pogrzebu, czy miał charakter świecki czy religijny? Czy uczestniczył ksiądz ( katolicki czy duchowny innego wyznania) czy prowadził uroczystość mistrz ceremonii? Czy wcześniej była msza święta za spokój duszy zmarłego? Kto pokrył koszty pogrzebu, rodzina, Gmina Miasta Wrocław czy czasem ZLP? ( choć Wojaczek do śmierci- jeśli się nie mylę- nie został przyjęty do ZLP). Jeśli był organizator pogrzebu ( a musiał być), to dlaczego nikt nie zwrócił uwagi na takie rzeczy jak wzrost zmarłego i wymiary grobu?
     „Jan Chilarski”.
    Wspomnienia Chilarskiego odsłaniają Wojaczka z całkiem innej strony. Od strony sytuacji ekstremalnej czyli pobytu w więzieniu ( zakładzie karnym). Wojaczek niby inteligent, człowiek delikatny i nieprzywykły do trudnych warunków nie dał się złamać psychicznie! Ciekawe, jeśli Chilarski wiedział, że każdych celach jest kapuś, on jako kierownik działu penitencjarnego mógł ustalić kto to taki jest w celi Wojaczka i poufnie przekazać informację osadzonym. Ci wiedzieliby co z taką wiedzą począć ( ja będąc zamykany w aresztach śledczych na 48 godzin, nigdy nie pozwalałem sobie na mówienie cokolwiek ważnego, co mogłoby być użyte przeciw mnie bądź innych ludzi. Zdawałem sobie sprawę, że wśród „politycznych” siedzą kapusie bądź cele są na podsłuchu). Wiem, że takie informacje o agenturze były pilnie strzeżone i Chilarski dużo by ryzykował gdyby chciał tak postąpić, ostatecznie z wyrokiem skazującym na pozbawieniem wolności. Z kolei trzeba mieć świadomość kto szedł pracować do aresztów śledczych, zakładów karnych. Tam nie było ludzi przypadkowych. Tam byli ludzie zaufani i pewni na 100 %. To był przecież aparat terroru bezpośredniego. Kary twardego łoża okazały się dlań niestraszne ( wiem co to  zacz bo trzy razy po 48 godzin byłem tak przetrzymywany po stanie wojennym). Kara ciemnicy i sprawa brulionu pokazuje, że dla Wojaczka pisanie było najważniejsze nawet w więzieniu. Tu nie ma miejsca na pozę, teatr, granie tu jest naga prawda o człowieku. Wojaczek potwierdza, że pisanie to było jego życie, to nie była miłostka, zabawka którą można rzucić gdy się znudzi. Pisanie, poezja to była miłość szczera i na poważnie, bo można sadzić, iż była dwustronna, Wojaczek kochał poezję i ona jego. Wojaczek wyszedł z próby więzienia zwycięsko. Niewielu to się udało. Wojaczek pokazał charakter i siłę o którą próżno podejrzewać kruchego poetę. Jednakże to nie wystarczyło żeby dalej żyć. Potrzebna była nadzieja a Wojaczek został jej pozbawiony w dzieciństwie i nigdy już jej nie odzyskał. Miłość do poezji nie wystarczyła, potrzebna była jeszcze chęć życia którą daje nadzieja i wiara, gdy jej zabrakło zostały stracone złudzenia i walka o życie została przegrana. Ciekawe, że „klawisze” byli tak kulturalnymi ludźmi, iż potrzebowali uczęszczać do takich miejsc gdzie przebywali artyści, pisarze, dziennikarze. Szkoda, że w relacjach w rozdziale „Świadkowie” brak dat uzyskanych przez Pana wypowiedzi czy relacji od poszczególnych osób-świadków.
     ”Witold Rybka”. 
      „… Śmierć mnie nie interesuje, mnie interesuje umieranie” tragiczne i bolesne wyznanie Wojaczka. Poza poezją niewieloma rzeczami interesował się. Aby coś osiągnąć w czymkolwiek, trzeba się temu poświęcić. Nie ma innej drogi, możliwości, Wojaczek to rozumiał może czuł? Wtedy jeszcze nie nastał czas wąskich specjalizacji ( który obecnie zawładnął nie tylko nauką). Poezja sięga do wielu dziedzin i nie można tworzyć bez wiedzy z wielu dziedzin pokrewnych ( filozofia, literatura, psychologia, teoria sztuki itd. ), to jest wiedza która tworzy dopiero glebę dla twórcy. Ale dla poety najważniejsze jest życie. Bez obserwacji życia w jego pełnej gamie i odcieniach oraz dziwowaniu się najprostszym rzeczom, poeta nic nie osiągnie. Poeta, twórca musi mieć duszę dziecka tak jak Wojaczek. To jest moim zdaniem podstawa poezji, bez tego daru czy przymiotu nie będzie twórcą lecz odtwórcą. Wojaczek jawi się po raz wtóry jako dobry człowiek.
     „Elżbieta Fediuk”.
     Jedyna osoba z świadków, z dotychczas przedstawianych, która czuła że już nie mógł pisać. Wiersz się Wojaczkowi nie układał, już niczego nie napisał. Miał krótkie błyski, próbował. Już przy omawianiu wydania z roku 1999 stwierdziłem, że nie wydaje mi się wiarygodne twierdzenie Fediuk i Nowickiego o niemożności twórczej poety. Podtrzymuję to twierdzenie. Dalej Elżbieta Fediuk twierdzi, że lata  były bardzo ciemne, bardzo szare. Jedyne co pozostawało to pić. Nieprawda, bałamutne twierdzenie! Przecież też żyłem w tych czasach i nie uważałem, że jedyne co można robić to pić. Dużo czasu przeznaczałem na samokształcenie, chodziłem po górach ( do dziś chodzę), uprawianie sportów i w ogóle nie miałem ochoty i czasu pić. Twierdzenie Fediuk jest zwykłą blagą, pozą, nie mającą wiele wspólnego z rzeczywistością, z życiem codziennym przeciętnych Polaków, może poza menelami i „artystami”. Ciekawe czy twórczość musiała powstawać w oparach alkoholu? Sądzę że to był proces odreagowania artysty a twórczość powstawała „na sucho” przy pełnym skupieniu i wytężonym umyśle i zmysłach.
      „Prowokacje i Inne Scenki Rodzajowe”. 
      Samotność jest przypisana do procesu tworzenia. Nie ma miejsca na kompromisy, na układanie się, na dogadywanie się. Bez bólu nic nie powstaje nowego, tak samo jak z nowym życiem; nowemu życiu człowieka towarzyszy ból rodzenia, tak samo jak ból tworzenia. Coriolan napisał, że Chaciński schował Wojaczkowi kieliszek pod stołem a on myśląc, że ktoś mu wypił wódkę, ( spirytus salicylowy) zrobił awanturę i wywrócił stół. Po raz kolejny, wtóry przyrównuje się reakcję Wojaczka do reakcji dziecka a jego samego do dużego dziecka! Nie może być to przypadkiem, pomyłką zbyt wielu różnych osób, aby być artystą trzeba w sobie mieć coś z dziecka. Relacja z Natalia Gall : zdumiewające, że można postawić warunki życiu a gdy życie warunków nie spełni zabije się. Kompletna aberracja i infantylizm, to tak jak na złość mamie odmrożę sobie uszy. Rok 1981 był rokiem nadziei i rokiem zachłyśnięcia się wolnością, rokiem euforii Narodu, jak w takim czasie można było o czymś takim myśleć i popełnić samobójstwo? Czy popełniła samobójstwo po 13.12.1981 r.? z Pana relacji wynika, że nie, że przeczuwała tylko stan wojenny. Nic jeszcze się nie stało, tylko działo się ( przeciąganie liny) a już słabi duchem decydowali się na desperację. Działanie Wojaczka impulsywne, natychmiastowa reakcja na bodziec, gdzie tu miejsce na kalkulację, działanie na zimno z wyrachowaniem? Jak twierdził Coriolan.
     „Wojaczek Przepuszczony Przez Gombrowicza”. 
     Jakie straszne mieszczaństwo? „Straszne mieszczaństwo” zostało zlikwidowane przez okupantów, ginęło walcząc za Polskę w Powstaniu Warszawskim ( Gombrowicz ze swoją „gembą” bawił w tym czasie w Argentynie), w pierwszej kolejności padło ofiarą terroru komunistycznego lat 40 i 50, pozostały po nim nędzne resztki. Chyba że „straszne mieszczaństwo” to robotnicy, chłoporobotnicy, chłopstwo bez ziemi ( bandosi) przedzierzgnięte w „mieszczaństwo straszne” i inteligencja ( ćwierćinteligencka) chowu socjalistycznego bez zasad, moralności i kindersztuby! Czy czytelnika należy nieustannie pobudzać, atakować, ożywiać i prowokować nowymi wyobrażeniami i wizjami świata aby poczuł że żyje? Uważam że nie! Gdy granica percepcji czytelnika zostanie przekroczona to nawet najobrzydliwsza prowokacja artystyczna, okaże się bezsilna i bezproduktywna. Artyści mają zbyt wygórowane mniemanie o możliwości kształtowania świadomości społecznej, nie oni rozdają karty! Proszę zauważyć i zwrócić uwagę jak wygląda czytelnictwo w Polsce. Ile procent dorosłych ludzi w Polsce w ogóle nie czyta ani nie kupuje książek ani ich nie wypożycza. A jeśli już czyta, to proszę zważyć co czyta : kryminały, romansidła, sensacje z życia tzw. wyższych sfer – brr! Co tam książek nawet gazet. Największy wpływ na świadomość społeczeństwa ma telewizja ( dlatego zawsze trwa zażarta walka o obsadzenie stanowisk) i to co ona propaguje i proponuje. A proponuje ona kulturę jarmarczną, cyrkową oraz łatwą i przyjemną. Największy wpływ na stan zbiorowej świadomości mają właściciele mediów a nie artyści. Artyści są klientelą baronów, właścicieli mediów i pracują pod zamówienia „mecenasów” kultury! Najczęściej zrobią wszystko czego oczekuje i żąda od nich mocodawca. Twierdzi Pan, że Rafał Wojaczek pod koniec życia wpadł w kryzys twórczy. W wydaniu „Skandalisty Wojaczka” z roku 1999 na stronie 91 w komentarzu do rozdziału „Świadkowie”, napisał Pan, że przyczyn nagłej śmierci należy raczej szukać w bardzo skomplikowanej naturze poety, ciemnej, pełnej powikłań i sprzeczności. Ja w swojej analizie Pana książki dodałem od siebie jeszcze inny trop. I ta Pana konstatacja z wydania z roku 1999 i mój trop wskazany w meilu do Pana z dnia 08.05.2009 r. bardziej mnie przekonują niż kryzys twórczy. Najlepiej, czy to był kryzys twórczy odpowie twórczość opublikowana po śmierci Rafała Wojaczka. Wojaczek zmarł w nocy z 10 na 11.05.1971 r.
     Ja zamówiłem w Biurze Literackim we Wrocławiu wydanie „Dzieł Zebranych” Wojaczka gdzie będą ( tak przynajmniej sądzę) daty dzieł Wojaczka i to będzie łatwe do zweryfikowania. ( Nota bene w wydaniu „Wojaczek Wielokrotny” podano datę śmieci poety 10.05. A nie 11.05.1971 r. ). Zamówiłem „Dzieła Zebrane” a przesłano mi „Wojaczek Wielokrotny” które zachowałem i zamówiłem powtórnie „Dzieła Zebrane” wydanie z roku 2005. Z podanych poetów, twórców, Wojaczek wybiera dziwnym trafem-chyba świadomym i przemyślanym wyborem – twórców o pogmatwanych życiorysach i tragicznych końcach. Z podanych przez Pana „antenatów” Wojaczka, żaden nie zakończył życia w wieku dojrzałym. Wszyscy na których przypuszczalnie wzorował się Wojaczek szokowali swoją twórczością współczesnych. Mroczni, przeklęci, skandalizujący, fatalni. Dziwi mnie, że Wojaczek nie lubi być sam. Nie może być sam, jak Pan twierdzi. Potrzebuje ludzi, spotkań, rozmów, skandali – vide spotkanie autorskie Mirona Białoszewskiego w KMiL. Ludzie o silnych osobowościach, egocentryczni nie potrzebują do twórczości inspiracji innych ( żyjących). Pisze Pan, że wśród ludzi sztuki odradza się jak sfinks z popiołów, ale z poprzednich stron ksiązki wynika, że w czasie spotkań ludzi sztuki raczej mało się rozmawiało na te tematy, rozmawiało się na lekkie i luźne tematy. Z tego wynikałoby, że Wojaczkowi nie chodziło o rozmowy o sztuce lecz o zwykłe kontakty międzyludzkie. Do tworzenia nie były mu potrzebne inspiracje wynikające z rozmów z innymi ludzmi sztuki.  
    
Bardzo dobry rozdział „Wojaczek a Inspiracje”. Odsłania osobowość Wojaczka i jego „inspiratorów”. „Rozmowy”. Aby była wina musi być działanie bądź zaniechanie człowieka. Wojaczek chciał rozpatrywać pojęcie winy same w sobie? W oderwaniu od jej podstawy immanentnie z nią związaną? „Wojaczek a Hłasko”. Wojaczek widział na pewno o sposobie i okolicznościach odejścia Hłaski i może to go zainspirowało? „Wojaczek a Malarstwo”. Koniec wiersza „ Wstęp do nauki o barwach” jest optymistyczny, wschód słońca oznacza ranek, ciepło nowy dzień i nowe życie. W ten sposób wcześniejsze strofy mówiące o śmierci, chłodzie zostały jakby zneutralizowane. Zastanawiające jest odwołanie do Boga po dwakroć, w tym, że Bóg przedstawiony w sposób pasywny, nie mogący przeciwstawić się skutecznie śmierci, mogący wnieść tylko korekty do dokonującego się aktu śmierci. Z daty powstania wiersza wynikałoby, że Wojaczek pisał nocą, w tym wypadku wiersz powstałby nocą z 10 na 11 grudnia 1969 r. , choć może być, że pisał go przez dwa dnia 11 i 12 grudnia, choć wydaje mi się to mniej prawdopodobne. Obraz Szeli będący przedmiotem, inspiracją poety do napisania wiersza, przedstawiony na stronie 149 jawi się w ciemnej, ponurej aurze, więc asocjacja śmierci nie dziwi ( chyba że przedstawiony  w książce obraz, pod względem kolorów nie przystaje do oryginału ). „ Muzyka a Wojaczek”. Artysta dziwuje się rzeczom oczywistym, banalnym, dla których inni ludzie nie poświęcają nawet sekundy myśli. Artysta-poeta dostrzega inspirację w codziennych sytuacjach bytowania , tak jak bogata wyobraźnia pozwala na tworzenie asocjacji. Piękny filozoficzny, metafizyczny wiersz z delikatną rytmiką i wewnętrzną harmonią. Porównanie Wojaczek-Herbert, wyjście z tego samego wzorca paradygmatu a wynik diametralnie różny. Wojaczek poważny, egzystencjalny pełen zadumy nad doczesnością; natomiast u Herberta lekki, frywolny z odwołaniem do konkretnych osób ze świata literatury. Klimat wiersza Wojaczka bardziej mi odpowiada i jest dla mnie bardziej poetycki.
     „Wojaczek a Filmy o Wojaczku”.
    Nie oglądałem tego filmu L. Majewskiego. Ze w tym filmie uczestniczyła Teresa Ziomber to się nie dziwię, bo wcześniej w rozdziale „Świadkowie” zauważyłem, że ta Pani nie ma nic do ukrycia bo chce być krótkim przedmiotem zainteresowania mediów. Tutaj również chciała odcinać kupony z tytułu krótkiej znajomości z Wojaczkiem. W świetle jej wypowiedzi ze strony 100-101 jawi mi się jako wrak człowieka, która w każdym przedsięwzięciu weźmie udział aby sobie zrekompensować nieudane życie. Udział w filmie Janusza Stycznia też bardzo mnie nie dziwi albowiem na str. 90-91 ten Pan niewiele miał do powiedzenia o Wojaczku. Zaskakuje mnie udział brata Rafała tj. Andrzeja z którym Rafał był bardzo silnie i emocjonalnie związany do końca życia. Może chodzi o chęć zaistnienia w filmie za wszelką cenę – trzeba opamiętać, że Andrzej był aktorem ( chyba niezbyt znanym). Podoba mi się Pana konstatacja na temat filmu Majewskiego. Należy też zwrócić uwagę, że wiele zależało od scenariusza a scenarzysta widocznie nie dorósł aby zmierzyć się z legendą i życiem Wojaczka. Film TV Wrocław „Rafał Wojaczek którego nie było”. Czy Panu znającego Stycznia, nie łatwiej byłoby  uzyskać informacje których nie udało się pozyskać przez dziennikarkę? Pisze Pan, że dziennikarka nie zadała odpowiednich pytań, bo widocznie nie wiedział tego co Pan wie. Czas ucieka a z nim również Styczeń. Brat Piotr nie będzie się chwalił konfliktem z Rafałem to naturalne. Konflikt wynikający prawdopodobnie z innych priorytetów uznawanych za najważniejsze w życiu, jak również tzw. filozofii życia. Piotr był pragmatykiem, prowadził życie przyziemne i zaufał małej stabilizacji i nie mógł pochwalać ani tolerować życia prowadzonego przez młodszego brata. Życia według niego próżniaczego, pędzonego na koszt innych. „Pisarze a Bezpieka”. Może trzeba było podać pełną nazwę książki Siedleckiej? , „Obława Losy Pisarzy Represjonowanych”, Prószyński i Spółka rok 2005. Ponadto wymienić wszystkie nazwiska pisarzy represjonowanych ( na to zasługują. Często są oni zapomniani i  przemilczani, nie funkcjonują w odbiorze społecznym). Wojciech Bąk, Jerzy Braun, Stefan Łoś-miał we Wrocławskim Oddziale Związku Zawodowego Legitymację nr 1!, hrabia Władysław Grabski, Helena Zakrzewska, Jerzy Szaniawski, Jerzy Kornacki, Jerzy Zawiejski, Melchior Wańkowicz, January Rzędziński ( próbowano go bezterminowo zamknąć w „psychuszce” w Tworkach, to samo próbowano zrobić z W. Bąkiem), Paweł Jasienica, Ireneusz Iredyński, Jacek Berezin. Ponadto stopień represji skierowany przeciw nim. Szkoda również, że nie przypomniał Pan owych wybitnych poetów którzy chwalili komunizm, socjalizm ( wiecznie żywy!), Stalina, Bieruta, internacjonalizm proletariacki i zwalczali „wrogów klasowych”, „kułaków”  i inne brednie chorych umysłów. Wśród nich była „wybitna poetka” Wiesława Szymborska, jak dobrze Pan wie ale niekoniecznie czytelnicy. Najczęściej nawet wyrobieni czytelnicy tego nie wiedzą, no bo skąd? Sami zainteresowani nie chcą tego pamiętać, a kto czyta Siedlecką czy Trznadla? Przy sprawie „Repatriantów” pisze Pan „ Na posiedzeniu w KC partii (…)”. Trzeba to przetłumaczyć na : w Komitecie Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W PRL nie było jednej partii, były 3 partie: PZPR, ZSL- Zjednoczone Stronnictwo Ludowe i SD – Stronnictwo Demokratyczne. Młodzi czytelnicy najczęściej tego nie wiedzą. Dla Pana, dla mnie to jest oczywiste ale nie dla młodego pokolenia Polaków ( oni najczęściej czytają w ogóle książki, trzeba o tym pamiętać). „Powszechna Inwigilacja”. Szkoda, że nie podał Pan nazwiska i imienia agenta „Bogna” kim on był.
     „Nasze małe Sprawy Wrocławskie”.
     Omawia Pan ten czas w swej – jeszcze nie wydanej – książce „Życie wśród pisarzy, agentów i intryg”. Książkę wyda – tak sądzę- „Arcana”. „Metody Inwigilacji”. Szkoda, że podaje Pan informacje bez konkretów. Przez to jest to enigmatyczne i tajne. Wygląda to tak : wiem ale nie powiem. Czyżby było to pokłosiem procesu za wydanie książki z roku 1999?
     „Wojaczek a Bezpieka”.
     Czy Panu nie przyszła myśl, że za samobójstwem Rafała mogą stać funkcjonariusze tajnej policji politycznej PRL? Nawet jeśli nie bezpośrednio to bezwzględnie pośrednio przyczynili się do tego poprzez szykanowanie, nachodzenie, zamykanie w areszcie, kryminale czy Izbie Wytrzeźwień. Przez te działania osłabili siłę woli Wojaczka, siły witalne i przypuszczalnie radość życia. Poprzez piętrzenie codziennych trudności bytowania człowieka, spowodowali utratę chęci życia. „Wojaczek a Dziewczyny”. Czyżby Wojaczek był zamknięty na wieczność ? Tak z tego wynika, gdy pisze Pan : „… wiersz , poezja, twórczość to wielki partner kobiety, miłości. Poza tym pustka, nic”. Bez nadziei nie da się żyć. Nawet najsilniejsza osobowość nie wytrzyma życia w pustce, bez wiary , ale nie w człowieka, bo człowiek nie może być przepustką do wieczności. Może być co najwyżej, w jakiś sposób ‘pomocny” ale ostateczną instancją jest Ktoś inny, jest nim Bóg. Po przeczytaniu omawianej książki „następna w kolejce” będzie „ Wojaczek Wielokrotny” St. Bereś i K. Batowicz-Wołowiec. Wydawnictwo Biuro Literackie Wrocław rok 2008  oraz „Wiersze Zebrane” Wojaczka, tamże Wrocław rok 2005. Później chciałbym zakupić, może uda się gdzieś w antykwariacie literackim Pana książkę „Sen Belzebuba” i oczywiście przeczytać. Mam też ostatnio zakupioną książkę Joanny Siedleckiej „Kryptonim Liryka Bezpieka Wobec Literatów” ( jeszcze jej nie przeczytałem). W tej chwili czekam na dostawę „Wierszy Zebranych” Wojaczka z Wrocławia. Ja przede wszystkim opieram swoją lekturę na własnych książkach, ostatecznie korzystam z biblioteki. Tylko z tym jest mały kłopot, bo Gliwice nie mają dobrej biblioteki literackiej ( brak uniwersytetu), jest dobra ale techniczna przy Politechnice Śląskiej. Mam pytanie, jeśli bliżej Wojaczka byli Coriolan czy Chaciński, wedle Pana stwierdzenia, to oni byli najbliżej Rafała, czy oni za Pana podszeptem nie mogli by coś napisać na temat Rafała? Jeśli Pan dopiero wchodzący w środowisko napisał dwie bardzo dobre książki temat Rafała Wojaczka, to może oni też zmierzyliby się z tematem? Pisze Pan : „ Ostatnią dziewczyną Rafała, Elżbietę, poznałem(…)” nie podając nazwiska ówczesnej studentki szkoły teatralnej, czy celowo Pan to czyni, Jeżeli wcześniej Pan podał nazwisko Elżbiety?
      „Wojaczek a Metafizyka Trzy Reguły Uprawiania Sztuki”.
    Trzy reguły uprawiania sztuki bardzo dobrze zobrazowane i uzasadnione. Człowiek często to czuje ale nie potrafi wyartykułować i nazwać. Bardzo trafnie i dobrze wypunktowane atrybuty Wojaczka. „Atrybuty Wojaczka”. Mam pewną uwagę  wynikającą z lepszego rozeznania środowiska Górnego Śląska. Mikołów nie jest typowym miastem robotniczym, lumpenproletariackim na Górnym Śląsku.. Na Górnym Śląsku są inne miasta bardziej pasujące do tych określeń, to : Zabrze, Świętochłowice, Piekary Śląskie, większość dzielnic Bytomia czy Jastrzębie. Mikołów nie jest takim miastem i nie był wcześniej. ”Paradoksy Biografii”. Rafał mógł grać w wieku szkolnym wśród nierozgarniętych prostaczków – rówieśników ale w okresie Wrocławskim nie musiał. Przecież Rafał w Krakowie a szczególnie we Wrocławiu, nie musiał się do nikogo upodabniać, szedł własną drogą. Jednakże trzeba wziąć pod uwagę, że faktycznie okres pęknięcia nie stał w miejscu, tylko postępował. Do zdania matury w Kędzierzynie w roku 1963 ( tak podał Pan w wydaniu Wojaczka z roku 1999 ) pęknięcie mogło się spetryfikować bez możliwości odwrotu w drugą stronę. Potwierdzałoby to przypuszczenie to, że Wojaczek pisał do Stefy Cisek aż do roku 1966 ( tak przynajmniej wynika z rozdziału „Pierwsze Porywy Uczuć” z wydania Skandalisty Wojaczka z roku 1999 ). Mam przy tym pewne zapytanie, czy próbował Pan dotrzeć do Stefanii Cisek pisząc wydanie z roku 2006? Jeśli tak, to czy Pan ją odnalazł,  czy odmówiła wywiadu bądź udzielenia wypowiedzi? Wypowiedź Stefy Cisek mogłaby na pewno wzbogacić materiał źródłowy w Pana książce. Pisze Pan w „Paradoksach Osobowości”, że gdy ma już literaturę, sukcesy, sławę, powodzenie to chce się zabić. Nie wiem czy to wszystko mogło być wynikiem dwóch wydanych za życia zbiorków poetyckich.: „Sezon” ( w 1969 r. ) i „ Inna Bajka” ( w 1970 r.)., i to mikroskopijnym nakładzie. Sam Pan pisze na stronie 164 niniejszej książki, że w nakładzie 850 egzemplarzy! Ponadto twierdzi Pan, że nie wiersze Wojaczka są tematem powszechnych w środowisku rozmów. Więc czyżby literaturę, sukcesy, sławę, powodzenie można uzyskać tylko poprzez niesławę? Jeżeli tak, to źle to świadczyłoby o „środowisku”. Każdy przebiegły hochsztapler, kuglarz, prestidigitator mógłby uzyskać to co Wojaczek. Gdy pisze Pan, że Wojaczek wykuwa na osobowość swój szlak poematami, wierszami, praktyką, nie uczestniczy w dyskursach to przypominam swoje stwierdzenie, że nowe, wielkie, twórcze powstaje jako wynik refleksji, pracy w samotności sam ze sobą, bólu tworzenia a nie uczestnictwa w biesiadach, dyskursach ( one mogą co najwyżej dać asumpt twórcy). „Metafizyka”. Zbyt dużo śmierci, zbyt mało życia w twórczości Wojaczka, by Wojaczek mógł się wyzwolić z jej ramion. Pisząc szedł na zatracenie. Gdyby na chwilę przestał pisać może uwolniłby się z jej sideł. Brak wiary w Boga, tym samym brak nadziei powodował, że jego zmagania były skazane na porażkę. Do tego kroku, walki i zmagań o życie Wojaczka, dołożyli swoje niecne intencje swymi podszeptami a może działaniami współcześni Wojaczkowi szatani, wysłannicy piekieł, funkcjonariusze i agenci tajnej policji politycznej PRL. „Paradoks sacrum i profanum”. Czy doszedł do Boga, to wie tylko Bóg i oczywiście Wojaczek. Ja osobiście wątpię, gdyby doszedł ( Pan pisze dochodzi) to odzwierciedlałoby to jego twórczość oraz dalsze postępowanie. Poeta osiągnąłby ukojenie duchowe, spokój wewnętrzny i nie wadziłby się z Bogiem. Faktycznie jaką drogę dochodzenia wybrał Wojaczek to nie było znowu tak istotne ani ważne, ważny był efekt końcowy, niestety nie był on dla Wojaczka pomyślny. Czy zabrakło mu cierpliwości a może pokory i chęci ukorzenia się przed Najwyższą Instancją, nie wiem? Może będę więcej wiedział gdy zmierzę się z Jego twórczością. Pisze Pan o księdzu proboszczu, ale Rafałowi została zadana rana pierwej przez jego rodziców, którzy żyli jak współcześni poganie, skupiając całe swoje życie na doczesności! Nie rozumieli, że młody wrażliwy człowiek szuka czegoś więcej i nie może na tym poprzestać. Młody człowiek jest niecierpliwy i chce na wszystko otrzymać odpowiedź zaraz, natychmiast a do spraw ostatecznych, do sacrum trzeba dorosnąć i dojrzeć. Tego widocznie zabrakło Wojaczkowi na lekcji (ach) religii i stąd całe zdarzenie. Wojaczek poszedł nie przygotowany na lekcje religii, jak młody poganin, z kolei na taką sytuację nie był przygotowany kapłan-proboszcz. Oczywiście proboszcz jako osoba dorosła, dojrzała mógł wykazać więcej wyrozumiałości i cierpliwości. „Wojaczek a Późniejsze Duchy”. Jeżeli ingerencje Wojaczka zza grobu w Zycie znanych mu osobiście osób jest faktem, to jak to wytłumaczyć, że uniemożliwia im promocję jego osoby? Przecież Wojaczek wszystko robił za życia aby być na ustach Wrocławia. Wynurzeń Teresy Ziomber nie brałbym na poważnie z powodów wcześniej przedstawionych. „Kryzys”. Wątpię aby ten trop był prawidłowy – wypalenie twórcze, utrata poetyckiej energii. Przecież Wojaczek był b. młodym człowiekiem, w chwili śmierci miał dopiero 26 lat! Nawet jeśli była to niemoc to tylko chwilowa. Przecież wątpliwe aby mając 26 lat wypalił się wewnętrznie nieodwracalnie! Nawet zakładając, iż żył b. intensywnie i prowadził niezdrowy tryb życia. Wojaczek był człowiekiem porywczym i niecierpliwym, nie lubił czekać, brak mu było umiejętności czekania i w tym problem a nie wypaleniu twórczym. Powinien dać sobie, jak to się mówi „na wstrzymanie” i odpocząć i poczekać a siły twórcze by wróciły. Cóż z tego, że w roku 1971 napisał 1 wiersz – choć do końca to nie jest pewne – bo jak Pan podaje na 320 utworów niespełna połowa ma zaznaczone daty. Nawet gdyby tak było jak Pan podejrzewa to żadna tragedia dla twórcy. Przecież poeta nie pracuje na akord, to nie jest produkcja na taśmie, to jest inna materia. Tutaj decydują inne czynniki. Wojaczek ( z tego co się orientuję ) nie pisał byle jak i byle co, nie pisał „produkcyjniaków” ( jak to ja określam) on tworzył. Do tego potrzebne jest „coś” czego nie można zamówić ani kupić. W takiej sytuacji trzeba poczekać na powrót  tego „coś” inaczej iskry Bożej. To że Wojaczek nie został członkiem ZLP to wstyd dla wszystkich ówczesnych literatów i poetów Wrocławia – członków ZLP. Podejrzewam, mało jestem pewny, że to robota policji politycznej PRL i jej agentów w szeregach pisarzy i poetów Wrocławia. To samo dotyczy braku samodzielnego mieszkania przez Wojaczka. Był on przecież inwigilowany, nękany i szykanowany przez bezpiekę i agentów. Mieszkanie było towarem deficytowym( tak jak prawie wszystko w PRL) i służyło jako element podporządkowania i uzależnienia przez decydenta petenta. Wojaczek nie dał się kupić i podporządkować i uzależnić, więc nie otrzymał przydziału. Informuję Pana, że będę próbował również znaleźć i zakupić książkę Macieja Szczawińskiego „Rafał Wojaczek który był” albowiem często Pan się powołuje na tą pozycję, więc dla mnie to jest wystarczająca rekomendacja. Pisze Pan : „ Klęska z Sanatorium, którego wydawca nie przyjmuje do druku, mogła stać się gwoździem do trumny”. Mogła lecz nie musiała. Odrzucenie z druku „Sanatorium” nic jeszcze nie znaczyło, bo cenzura a właściwie SB- Służba Bezpieczeństwa decydowała o tym co zostanie wydane ( w jakim nakładzie) a co nie. Wojaczek o tym dobrze wiedział a jako nie lubiany przez „czynniki” powinien się z tym liczyć. Mógł w tej sytuacji przeczekać, wydać w drugim obiegu bądź wydać na zachodzie. Świat dla Wojaczka w tej Sytuacji się nie kończył bo to było wpisane w ryzyko zawodowe. Przecież „Sanatorium” a właściwie „Którego nie było” – po zmianie tytułu – zostało wydane już w roku 1972. Pisze Pan w rozdziale „ Ostatni Dzień” że po wyjściu z redakcji „Odry” udał się do Dreptaka gdzie spotkał Józefa M. i przez pewien czas gawędzili. Mam pytanie, czy to jest tajemnicą jak brzmi nazwisko pana M? Dlaczego wielu świadków kryje się za pierwszą literą nazwiska? Czy czegoś lub kogoś się boją, jakie czynniki o tym decydują? ( Ja wiem, że Pan nie ma na to wpływu ale musi wiedzieć rozmawiając z nimi – proszę o ogólną odpowiedź ). Na tym zakończę i proszę wybaczyć za obszerność wywodów, lecz Pana świetna książka zasługuje na poważną i staranną lekturę. Gdybym również niechcący Pana czymś uraził, to bardzo proszę o wybaczenie. Informuję, iż wyjeżdżam 08.06.2009 r. na 3 tygodnie z Gliwic. Gdyby Szanowny Pan chciałby z jakiś względów odbyć rozmowę, to podaję do Pana wiadomości swój numer telefonu komórkowego.

Serdecznie Pana pozdrawiam, życząc dużo zdrowia i sił na dalsze zamierzenia   : Ryszard Kowrygo.

 

Komentarz autora:

W zasadzie nie komentuję listów, zwykle odpowiadam na nie bezpośrednio, wszystkie są dla mnie ciekawe i ważne, ale ten wymaga choćby słówka szczególnego podziwu. Żaden z krytyków literackich nie poświęcił mi tyle uwagi i czasu, co pan Ryszard, wrażliwy i dociekliwy Czytelnik. Chlubię się, że mam takich Czytelników i chylę przed nimi głowę. Dziękuję, Panie Ryszardzie. Dużo dobrego.   
 

***
13.05.2009 r.
 
Szanowny Panie                          

(...)Pana biografia świadczy o sposobie przeżycia, nie na kolanach, nie na czworakach, nie za wszelką cenę, lecz w sposób świadczący, że honor i prawda oraz imponderabilia nie są dla Pana wyświechtanymi frazesami, lecz wartościami, dla których, jeśli trzeba i sytuacja tego wymaga, trzeba się poświęcić. W życiu człowieka czasami są wartości większe niż jego własne życie. Przecież Pan nie dał się złamać i trwał razem z Narodem, gdy wiele tzw. autorytetów dało się "zeszmacić" i przeszło na drugą stronę. Przecież człowieka strach ogarnia, gdy wychodzą takie fakty, że przywódcy "elity" niezależnego Społeczeństwa byli tajnymi współpracownikami służb specjalnych państwa okupowanego, jakim dla mnie było PRL. Z waszego wrocławskiego podwórka jest wiele takich przykładów, choćby hrabia Dzieduszycki, Henryk Tomaszewski itd. Te fakty nie są, dziwnym trafem nagłaśniane, mało tego, znajdują się pochlebcy zaprzaństwa, którzy twierdzą, że to było konieczne i wynikało z potrzeb chwili. To samo dotyczy hierarchów kościoła, nie tylko katolickiego, przeszłych i obecnych ( choćby TW Filozof, Arcybiskup Gnieźnieński, Biskup Włocławski, Tarnowski, Rzeszowski, Nuncjusz Apostolski itd. ). Pana życiorys, jak również twórczość świadczą, że może Pan każdemu otwarcie spojrzeć w oczy. Jeśli już, to Pan powinien być idolem dla młodego pokolenia, młodych poetów, bo w niektórych sytuacjach łatwiej jest popełnić samobójstwo niż trwać dla wartości i przekonań. Jestem człowiekiem, który wiele widział, wiele przeżył, wiele doznał osobiście i nie jest łatwo mi czymkolwiek zaimponować. Pan jest dla mnie prawdziwym Autorytetem, nie żadne tam tzw. "łże elity", tylko prawdziwy Bohater, który swoim życiem świadczy, a nie słowami, które niewiele ostatnio kosztują i znaczą. Chylę przed Panem czoła, dobrze, że są tacy ludzie jak Pan, którzy są i mogą być budującym przykładem nie tylko dla elit, ale również ogółu.     

Serdecznie pozdrawiam : Ryszard Kowrygo
 
***
12.03.09

Szanowny Panie Srokowski,

jako dziewczynka wiele słyszałam o Ukrainie, Podolu i mieście Odessa od mojego pradziadka Wilhelma Bienieckiego. Kilka dni temu dostałam w Polsce, dzięki uprzejmości pani w toruńskiej księgarni, pańską książkę „Ukraiński kochanek”. Wiedziałam z telewizji Polonia, że ksiązka jest bardzo interesująca i trzeba mieć silne nerwy na jej czytanie, pomimo tego książka zaskoczyła mnie. Jest świetnie napisana i mam wrażenie, że zawiera wiele prawdziwych faktów. Ja od wielu lat nie mieszkam w Polsce, znam Żydów amerykańskich, a także niemieckich, wiele mam do czynienia z Rosjanami z Kazachstanu. W 2006 roku byliśmy we Lwowie, niestety bardzo krótko. Z mojego dzieciństwa pamiętam, że powiedzenie Ukrainiec wiązało się z osobą okrutną, której powinno się bać. Mam do Pana pytanie, w jakim wymiarze książka opiera się na prawdziwych faktach?
Drugie pytanie czy książka jest względnie będzie przetłumaczona na język niemiecki?
To była pierwsza Pana książka, którą czytałam, zamówiłam w Polsce również "Nienawiść", ale nie wiem, czy dostanę, bo miałam wiele problemów z dostaniem „Ukraińskiego kochanka”.
Przesyłam pozdrowienia z Hamburga z podziękowaniami za tak ciekawą, czasami ciężką do czytania ze względu na wywoływane prze nią uczucia, lekturę.
Bożena Arps

***
Dobry wieczór,

chciałem Panu podziękować za "Lęk" i to nie tylko jako, czytelnik, ale także osoba, która pisze. Dopiero wydaję moją pierwszą powieść i nie śmiem się z Panem porównywać, ale gdy przeczytałem "Lęk",  wydał mi się Pan bardzo bliski, a Fatima jakby inną wersją tej, którą nazwałem Mariną.
Pańską powieść przeczytałem miesiąc temu i nie mogę o nim zapomnieć. Dziękuję zatem, za te chwile artystycznych uniesień, które przeżyłem dzięki Panu, w zamian mogę dać tylko plik Intimissimi, a jeśli zechce Pan- po wydaniu egzemplarz autorski. Byłbym zaszczycony.

Maurycy Witkowiak (23. 0l, 08Poznań)
 
***
27.03.08

Szanowny Panie,
 
( …)szczególnie' 'Nienawiść' 'dostarczyła mi wielu przeżyć, wzruszeń i potwierdziła częściowo to, co w dzieciństwie miałem okazję słyszeć od najbliższych. Nie jestem antysemitą i nie zamierzam nim być, ale wiem, że w Polsce prędzej i więcej można dowiedzieć się o holokauście Żydów niż o rodakach z Kresów.13 marca ze wzruszeniem oglądnąłem „Sprawę dla reportera” p. Jaworowicz, dotyczącą odmowy przyznania obywatelstwa polskiego starszemu panu pochodzącemu z Kresów, który przymusowo wcielony do wojska sowieckiego, był na Uralu. Nawet w dokumentach pisanych po rosyjsku miał wpisane, że jest Polakiem. Napisałem do „Gazety Pomorskiej” na stronę, w której czytelnicy wypowiadają się na różne tematy, że całkowicie się z tym panem solidaryzuję, ponieważ w rodzinie mam podobny przypadek-rodzina ze strony ojca, po przyjeździe na Pomorze miała w starych dowodach osobistych obywatelstwo CCCP. Opisałem, że chyba czyjś brak wiedzy historycznej to sprawił, przecież tam również żyli prawdziwi Polacy. Do dzisiejszego dnia moja wypowiedz się nie ukazała, chociaż ukazują się nawet takie, które krytykują prezydenta RP i Rząd. Być może to kolejny przykład znieczulicy na sprawy kresowe. Dziękuję i pozdrawiam!

Ryszard Siwak.
 
***
11.04.08
 
Witam,
pragnę bardzo podziękować Panu za stworzenie przepięknego dzieła pt. "Nienawiść". Po książkę sięgnęłam poniekąd z pobudek sentymentalnych. Mój śp. Ojciec urodził się w Brodach, jego ciocia mieszkała w Pańkowcach. Z opowieści Ojca i jego matki zapamiętałam jedynie tyle, że katechetę mojego Taty Ukraińcy rozcięli na pół piłą, że cała rodzina mojego Taty niejedną noc w czasie wojny spędzała nie w domu lecz w "malinowym chruśniaku", jako że przebywanie w domu wiązało się ze śmiertelnym niebezpieczeństwem. Natomiast wspomniana przeze mnie ciocia Marysia, ta z Pańkowiec (do chwili obecnej przechowuję w domowym archiwum jej listy), cudem ocalała z rzezi dokonanej w Podkamieniu - z murów klasztornych, podczas ataku, skoczyła na rozpostarty przez Ukraińców koc. Przez jakiś czas ukrywał ją w stodole jakiś miłosierny Ukrainiec, ale kazał jej odejść, bo, jak stwierdził,  jak ją znajdą, to i ją zabiją, i jego rodzinę również. Niedługo potem zmarła gdzieś na zielonej Ukrainie na tyfus - do domu jej rodziców jakaś litościwa dusza odesłała dokumenty wraz z informacją o jej śmierci.
Wracając do rzeczy, książka Pana to okrutna baśń. To przestroga i orędzie dla szalonego świata XXI wieku, który nawet może w pędzie nie zauważyć, że gdzieś rodzi się nowy potwór i znowu ludzie zamiast rąk podadzą sobie noże. Wydaje mi się, że suchy, dokumentalny zapis byłby nie do przetrawienia. Tę książkę czyta się wręcz organoleptycznie. Plastyczny, beznamiętny, naturalistyczny opis rzezi przyprawia (przynajmniej mnie) o dławienie w gardle. 
Taka nie zadość uczyniona krzywda, niepowetowana strata dla tych, co ocaleli, tych, co świadczą o tej zgrozie, której umysł ludzki nie jest w stanie pojąć - to jeden wielki stygmat. 
Nie wiem, czy będę w stanie powrócić do lektury "Nienawiści". 
W tym oceanie krwi i okrucieństwa nadzieją napawa jednak opowieść o Aniołach i cudownym ocaleniu Pańskiej Rodziny. Dzisiaj pognałam do biblioteki i wypożyczyłam "Repatriantów" i "Duchy dzieciństwa".

Pozdrawiam - Agnieszka

5.05.09

Drogi Nauczycielu!
 
Pozdrawiam Cię w związku z pojawieniem się Twojej kolejnej książki. Pozdrawiam tym bardziej , że ukazała się ona w tłumaczeniu na j. hebrajski.
Polskich książek i hebrajskich mam w domu "nawal". Niestety, problemy związane z życiem codziennym nie pozwalają mi na siedzenie nad książkami.
Na ponad 17 lat naszego pobytu w Izraelu przeżyliśmy dwie "intyfady" /powstania arabskie =terror/ i dwie wojny z sąsiadami / Liban i Gaza/. W tym czasie dwoje moich dzieci skończyło szkoły i studia. I nawet pracują! Pracuje również moja żona. Pracuje jako pielęgniarka w poradni matki i dziecka, i posługuje się j. hebrajskim!
Podstawowa nasza /moja i żony/ rozrywka, od ponad 5 lat / po ostatnim naszym pobycie w Polsce/, stał się komputer z programem TV Polonia. Ostatnio dołączył do tego program Webteleradio.com w j. rosyjskim/bezpłatnie/.
Cztery lata temu przeczytałem książkę Tadeusza Grossa "Sąsiedzi". Ona również dotyczy nienawiści. Nieco wcześniej przeczytałem około 10 książek wspomnień, pamiętników i opracowań naukowych związanych z nienawiścią do potęgi "n" i fabryk śmierci stworzonych przez najbardziej europejski naród, do którego ostatnio oficjalnie i dumie przyłączyła się Polska, Litwa, Łotwa, Estonia ...
Drogi Nauczycielu! Tobie zawdzięczam swój szeroki, jak sądzę, horyzont umysłowy. To Ty wyciągnąłeś mnie z nizin społecznych. To Twoja cierpliwość i dostosowanie tempa nauki do moich możliwości, pozwoliło mi iść dalej i kończyć kolejne studia dla dobra kolejnych pokoleń. Część swej wiedzy zdążyłem zostawić właśnie w Polsce w szkołach, w których uczyłem.
Niestety, nie dane mi było kontynuować mojej pracy w Polsce ;ani w tej poprzedniej , ani w tej obecnej . Przyczyna tego była cały czas nienawiść do wszystkich członków mojej rodziny, w tym do moich dzieci…
Wytrzymałem jeszcze 5 lat. Z końcem 1991 roku zostawiliśmy Polskę i zaczęliśmy nowe życie wraz z milionem innych wychodźców z byłych "socstran" w malutkim Izraelu.
Przynajmniej moja zona twierdzi, że tu w Izraelu, ona wreszcie czuje się obywatelem pierwszego gatunku! A kto czuje się poniżony, zawsze może opuścić ten mini kraj /15 razy mniejszy od Polski/ i szukać szczęścia , gdzie indziej. Np. Arabowie /tzw. Palestyńczycy/ mają jeszcze ponad dwadzieścia państw arabskich znacznie większych i bogatszych niż nasz kraj. A jeszcze inni mają cały świat...
Apartheidu tu nie ma. Na jednej ławce mogą siedzieć i siedzieć ... Czech, Rus i Polak i Żyd i Arab ! Geny przecież maja takie same z dokładnością do 1 promila . Wszystko co ich różni to to, co mają w głowach...
I właśnie to, co różni ludzi w ich głowach, długo jeszcze będzie przeszkadzać w stworzeniu globalnej wioski i globalnej rodziny.

Pozdrawiam! Srulek.  
 
***
19.05.08
 
Witam serdecznie,

gratuluję wywiadu w "Rzepie". Jak zwykle jest Pan słusznie ofensywny w
sprawach zbrodni wołyńsko-małopolskiej. Niby wywiad dot. książki, a
głównie upominanie się o prawdę. Nie pamiętam, czy wysłałam program
konferencji, a więc w załączniku. Odbędzie się 17 maja, ul. Jasna 1 w
Warszawie, sala konferencyjna na IV piętrze (budynek Kraj. Rady
Spółdzielczości).

Pozdrowienia,. E. Siemaszko
 
     ***
     2.07.08
 
„Witam,
Zostało mi dosłownie parę kartek tej książki. Jest po prostu wspaniała. Już mam kolejkę chętnych do czytania. Przybliżył mi Pan miejsca  i czasy, które kocham, a których nie miałam szansy zobaczyć - jestem trzecim pokoleniem po mieszkańcach Kresów. Dosłownie trafił Pan w moje zainteresowania - ciekawi mnie niezmiernie wypleniona do szczętu kultura żydowska niegdyś będąca stałym elementem krajobrazu. Postać Józefa Piłsudskiego  - opisana oczywiście przez pryzmat mieszkańców niewielkiej miejscowości, którzy nie mieli szans się z nim spotkać - jest mi szczególnie bliska - uważam Go za wielkiego i niestety niezastąpionego (nadal) Polaka.
No i te ostatnie strony - na początku myślałam, że będzie to kolejna ciężka książka o ludobójstwie - a tu dopiero na koniec krok po kroku wprowadza Pan tragiczny finał. Jest to książka, która uczy tolerancji  - nie nawołuje do ślepej nienawiści. A po wysłuchaniu paru opowieści można ślepo nienawidzić narodu; niestety generalizacja jest zawsze niesprawiedliwa.
Moi dziadkowie - zamieszkali w Toustobabach, powiat Podhajce, przeżyli to wszystko głównie dzięki ukraińskiemu wójtowi. Ostrzegł ich w nocy; Ukrainki dawały jedzenie na drogę. Inne osoby  - zwłaszcza z gałęzi rodziny Zarzyckich spotkał tragiczny finał. Później dziadek był organizatorem samoobrony AK  - i wraz z kuzynem dostał zakaz powrotu na te tereny kogokolwiek z rodziny pod groźbą zarżnięcia.

Niestety dziadek umarł jeszcze przed moim urodzeniem, a babcia, przedwojenna nauczycielka - kiedy miałam 8 lat. Ale pamiętam opowieści - może nawet zbyt drastyczne dla kilkulatka - że lubili wrzucać dzieci w ogień, roztrzaskiwać ich główki o studnie, albo rozrywać ludzi nagiętymi drzewami.

Jeszcze raz dziękuję za Pana książkę

Z wyrazami szacunku,
Ada Ogonowska
***
2.07.08
 
Witam,

powieść "Ukraiński kochanek" cudowna. Czyta się ją jednym tchem. Autentyczne i makabryczne wydarzenia przypominały mi opowiadania mojej mamy z dzieciństwa (Kresy - Wołyń).
Piękna treść, dobry język, wspaniała powieść. Polecam ją swoim znajomym.

Z podziękowaniami

Krystyna Pustelnik -
były dyrektor
Publicznego Gimnazjum Nr 1
im. Orląt Lwowskich
w Kędzierzynie - Koźlu.  
 
***
5.08.08
  
Staszku,
1. jestem pod wrażeniem Twojej książki. Myślę, że mogłaby być sfilmowana i mielibyśmy epos kresowy.
 
2. byłem dzisiaj w Dusznikach, wstapiłem do księgarni (dobrej) aby zapytać, czy jest Uk Koch. Sprzedawczyni zawołała w strone uchylonych drzwi zaplecza : "Mamuś (dosłownie jak w Twojej książce) już trzeci pan pyta o Ukr Koch.
- Niech przyjdzie w czwartek" -usłyszałem
3. gratuluję znajomości psychiki dziewcząt i kobiet, a erotyka ( Kasia-Mitia) to najwyższa półka. Nie dziwię się ,że to mogło się podobać pewnemu księdzu Z.
I z pewnością nie tylko to.
 
Na dzisiaj tyle.
Pozdrawiam
Bronek 
 
***
5.08.08

Szanowni Państwo,
 
książkę przeczytałem jednym tchem. Pożyczyłem ją teraz szwagrowi, którego rodzina pochodzi z woj. tarnopolskiego i  przeszła podobny los /moja rodzina pochodzi z woj. nowogródzkiego/. Oto  krótka recenzja: W latach 60 - tych XX wieku na dużej stacji kolejowej w miasteczku R. rozgrywała się następująca scena. Ubrany w zieloną, wojskową marynarkę z rogatywką na głowie stawał na baczność na środku poczekalni pan A., salutował i głośno krzyczał: - "Kochana Polska !". W miasteczku wszyscy go znali i wiedzieli, że pochodził  z Kołomyi. Książka Stanisława Srokowskiego koresponduje z tą sceną. Rogatą duszę miał  główny bohater Mitia, ale podobną miała także jego żona Kasia. Narody polskich Kresów przez ponad 600 lat mieszkały razem, i wspólnie tworzyły wspaniałą kulturę sensu largo. Fabuła książki nawiązuje do faktów historycznych, autor przypomina Polakom znane i wielkie  kresowe nazwiska. Fakty są niepodważalne, ale "motor dziejów" niejasny i zagadkowy. Dlaczego na progu XX wieku doszło w relacjach międzyludzkich do tak dramatycznych wydarzeń ? Dlaczego wymyślono tak nieludzkie ideologie, których  miłość nie mogła pokonać. Mitia nie rozumiał tego i długo opierał się złu. Miał na swoim koncie szlachetne i bohaterskie czyny, ale z totalnym złem nie mógł sobie poradzić i wraz z synem, którego kochał ponad życie zapłacili niezawinioną cenę. Opisując losy rodziny z Pokucia, autor informuje czytelnika o polskiej tolerancji, a zarazem rozprawia się z funkcjonującym, negatywnym stereotypem Ukraińców. Ludność polskich Kresów zachowała  bagaż dramatycznej pamięci. W PRL rzucono na tamte wydarzenia "kaganiec niepamięci",  ale prawda pozostała w niejednym kresowym domu, a książka Stanisława Srokowskiego jest tego najlepszym dowodem. Wydaje się, że autor jest jednym z nielicznych, który w formie beletrystycznej przełamuje zmowę milczenia o okrutnych zbrodniach  nacjonalistów  ukraińskich. Należy zaakceptować jego tezę, że tylko prawda jest ciekawa i tylko ona może wyzwolić od zakłamania i pchnąć narody do pozytywnego i demokratycznego rozwoju. Książka napisana jest łatwym i zrozumiałym językiem, a  słowa ukraińskie w tekście są dla Polaków zrozumiałe. Powinna być przetłumaczona na inne języki i czytana przez czytelników z innych krajów.

Stanisław  Karlik

***  
6.08.09

Szanowny Panie!
 
miło mi poinformować, że Pana dwie kresowe książki wspięły się na listę bestsellerów mojej księgarni. "Ukraiński kochanek" znajduje się aktualnie na 6 miejscu, natomiast "Nienawiść" na miejscu 10. Serdecznie gratuluję i przy okazji dziękuję za znakomite książki przybliżające wielu Polakom te tragiczne wydarzenia sprzed sześćdziesięciu kilku lat.
 
Z poważaniem,
Jerzy Świdziński
Księgarnia internetowa "mm"
www.ksiegarnia-mm.pl

***
 21.08.08
 
 
Szanowny Panie Stanisławie!

nie wiem czy jeszcze mnie Pan pamięta, mieliśmy okazję spotkać się w listopadzie 2006 r. na Pana wieczorze autorskim w Krakowie. Dość mocno wtedy zaniżyłam średnią wieku obecnych na spotkaniu osób;)
 
Dziś chciałam Panu po raz kolejny podziękować! Dziękuję za "Ukraińskiego kochanka", którego pochłonęłam będąc w delegacji, w pociągu na trasie Kraków-Łódź:) W 1 dzień i jak każdą z Pana książek - jednym tchem:)
Kolejny już raz podarował mi Pan ogromną ilość wzruszeń, po raz kolejny przenosząc do świata, za którym w przedziwny sposób tęsknię, choć nigdy go nie poznałam i nigdy nie dane będzie mi poznać. Do świata, który znam jedynie (i aż) z opowiadań mojej babci, która - przykuta chorobą do łóżka -  godzinami i latami opowiadała mi historie swojej młodości, których pozostałe w mej pamięci strzępki staramy się dziś - po jej śmierci - wraz z mamą i jej siostrami na powrót poskładać w całość..
Ale to dzięki Panu co pewien czas przypominam sobie o moich korzeniach, to Pan nie pozwala zapomnieć! Tak bardzo, bardzo serdecznie Panu za to dziękuję!
 
Dziś też sprawiłam sobie kolejny prezent - "Samotność”,  wrażeniami obiecuję podzielić się zaraz po przeczytaniu:)
 
Muszę się Panu pochwalić, ze zaraziłam Pana twórczością mamę i jej obie siostry. Na pewno Pan nie pamięta, ale pisałam kiedyś, że moja rodzina ze strony mamy pochodzi z Kresów (Żulice, Biały Kamień, Złoczów). Pod koniec wojny, jak tysiące im podobnych osób, zmuszeni byli opuścić swą małą ojczyznę wyruszając w tułaczkę w nieznane. Ostatecznie moi dziadkowie osiedli w Bielsku, podczas gdy reszta rodziny w okolicach Opola i Wrocławia. 
Ostatnio, przy okazji rocznicy rzezi wołyńskiej, historia naszej rodziny na powrót przewija się w rodzinnych rozmowach i dyskusjach. Proszę sobie wyobrazić, że moja mama, jej siostry i wujek - mąż jednej z nich, doszukali się w Żulicach pozostawionej tam rodziny. Mój wujek - Rysiu od razu zapragnął ich poznać i oczywiście, po krótkiej korespondencji, odwiedził ich z ciocią w ubiegłym roku. Okazało się bowiem, że mieszka tam żona zmarłego już brata mojej prababci - Tomasza, Ukrainka, obecnie już staruszka i jego córka - Władzia, która jakimś trafem jest niewiele starsza od mojej mamy. Oczywiście rodzina jest mocno wymieszana, polsko-ukraińska, a obecnie wszyscy żyją ślubem syna cioci Władzi, który żeni się 31 sierpnia. I moja mama, jej siostry i wujek postanowili zabawić się w świętego Mikołaja i przesłać ciotce Władzi jakieś pieniądze na prezent ślubny:)
Mam tak ogromną ochotę odwiedzić ich kiedyś w Żulicach, choć z drugiej strony odrobinę się boję, zwłaszcza nastawienia osób z mojego pokolenia (mam 27 lat), ich ewentualnej niechęci czy wrogości. Choć może niepotrzebnie. W każdym razie sporą barierą jest także to, że z tego, co wiem, mój daleki kuzyn nie mówi (bądź mówi bardzo słabo)po polsku.  W każdym razie na wesele do kuzyna nie wybieramy się, po części dlatego, by swoją obecnością - i zapewne w jakimś stopniu odmiennością- nie drażnić ukraińskich gości.. Moja mama jest zdania, że na weselu, przy wódeczce, mogłyby niestety odżyć dawne urazy i Laszki mogłyby nie być zbyt mile widziane, zwłaszcza przez starszych.. A swoją drogą czyż to nie niesamowite, że dziś 65 lat po tamtych wydarzeniach, mamy wciąż takie obawy?? Że pamięć tamtych wydarzeń jest wciąż żywa i kładzie się cieniem na obecnych kontaktach. Choć może przesadzam, podczas zeszłorocznej wizyty mój wujek z ciocią spotkali się z naprawdę bardzo serdecznym i ciepłym przyjęciem, żona ciotecznego pradziadka - Ukrainka się nawet popłakała, choć z tego, co wiem od mamy nigdy nie przepadała za moją babcią, zmusiła też dziadka Tomasza do pozostania na stałe na Kresach, nie godząc się na wyjazd do Polski..
W każdym razie jestem bardzo ciekawa, jak te nasze kontakty dalej się potoczą, na szczęście ze strony cioci Wandy istnieje ogromna wola podtrzymywania kontaktu z Polską i naszą rodziną:)
 
Ależ się rozpisałam:) A chciałam tylko króciutko Panu podziękować. Za to, że nie pozwala Pan nam zapomnieć i uwrażliwia Pan społeczeństwo, popularyzując rzetelną wiedzę na temat wydarzeń wołyńskich i ludobójstwa na Kresach. Dzięki Panu sięgnęłam po naukowe opracowania z tego zakresu i coraz bardziej zgłębiam historię Kresów. Dzięki Panu nie tylko ja, ale również i moje dzieci będą zawsze pamiętały! I Pana książki mi w tym bardzo pomogą!!
 
Serdecznie pozdrawiam z Krakowa  i życzę wszelkiej pomyślności, dużo odpoczynku w długi weekend i. zapału do pracy:) Bo jak na wiernego czytelnika przystało niecierpliwie czekam na nowe opowieści, a każda nowo ukazująca się książka Pana autorstwa sprawia, ze natychmiast biegnę do księgarni.
 
A propos, jeszcze tylko jedna drobna historyjka.. Kupując "Ukraińskiego kochanka" w księgarni na rynku w Krakowie, książkę podawał mi pewien starszy Pan. Gdy usłyszał tytuł i autora powiedział: Srokowski? Z Wrocławia? Cudowny człowiek, proszę Pani, wspaniały! Przyjaciel Wojaczka, wiedziała Pani? A ja byłam taka dumna, gdy mogłam powiedzieć, że tak, że ja również miałam przyjemność i zaszczyt osobiście Pana kiedyś poznać:) I mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy.
 
A zatem pozdrawiam jeszcze raz i do usłyszenia!(zobaczenia/przeczytania)
 
Pana wierna czytelniczka,
Magdalena Śpiewak z Krakowa
 
***
 
8.08.09
 
Basia , moja sekretarka, zakończyła  "Kochanka". Powiedziała do mnie ,
że po przeczytaniu płakała, mimo, że jej się to nie zdarza. Bardzo
książkę przyżywa i zachęca innych do czytania.
 
 Bronek  
 
*** 
5.10.08
 
Witam,

byłam dziś uczestniczką spotkania z Panem w auli naszej szkoły. Chciałabym powiedzieć, że jestem pełna uznania dla tego, co Pan robi dla Prawdy i tego, czego nie pozwala Pan zrobić Prawdzie ze sobą - po tak tragicznych przeżyciach, jako dziecko ma Pan jeszcze, jak słusznie zauważyła koleżanka, radość w oczach - to piękne.
Prawda jest ważna, i, choćby najstraszliwsza, przynosi ulgę. Wydaje mi się, że najgorsza jest niepewność, takie zawieszenie między nadzieją a czarnymi scenariuszami. Za przykład może tu posłużyć choćby historia mojego dziadka. Mieszka on w niewielkiej miejscowości przy granicy z województwem lubelskim, Majdanie Sieniawskim. W czasie wojny wieś miała do czynienia i z Niemcami, i z Rosjanami, i z UPA. Była to miejscowość polsko-żydowska z niewielką domieszką Ukraińców, ale Żydów wywieziono już na początku wojny. Bardzo aktywnie działała tam komórka AK, bo i mieli się przed kim bronić. W jej działalność zaangażował się także brat mojego kilkuletniego wówczas dziadka i jego ojciec. Brat zginął, natomiast ojca wywieźli. Kto? Gdzie? Nawet tego rodzina nie wiedziała. I tak przez kilkadziesiąt lat dziadek, a później moja mama i jej rodzeństwo, słali prośby, wnioski i dokumenty, od urzędu do urzędu, chcąc się dowiedzieć, co stało się z pradziadkiem Wawrzyńcem. A prawda o jego śmierci wyszła na jaw dopiero w ubiegłym roku, choć i tak bez żadnych szczegółów - tylko miejsce stracenia i data. Ale dla dziadka to znaczyło wiele. Myślę, że potrzebował umiejscowić dziadka w czasie i przestrzeni, aby miał gdzie wracać myślami. Prawda go uspokoiła.
Mam nadzieję, że ludzi głoszących Prawdę, jak Pan, jest więcej. Moje pokolenie tej Prawdy potrzebuje. Nawet, jeśli nie zawsze chce się do tego, w swym kosmopolitycznym , pseudonowoczesnym myśleniu, przyznać. Dziękuję

Z wyrazami szacunku
Klaudia Zarosa
(dziewczyna z kwiatami, z Jarosławia)
 
***
 
16.10.08 

Uczniowie z Liceum w Jarosławcu:
Pokonać nienawiść - Stanisław Srokowski
Pielęgnować pamięć o poległych, czy zapomnieć w imię doraźnego interesu politycznego? Niełatwy wybór, zwłaszcza jeśli chodzi o śmierć kilkuset tysięcy osób. Niektórzy stawiają na opcję pośrednią – wybaczyć, ale pamiętać. Do swojej postawy starał się nas przekonać Stanisław Srokowski, pisarz i publicysta.
Wizyta pisarza, publicysty i poety, Stanisława Srokowskiego, była związana z piątkową sesją popularnonaukową "Po Katyniu był Wołyń" oraz z promocją jego najnowszej książki pt.: "Ukraiński kochanek". Pan Srokowski jest z całą pewnością człowiekiem nieprzeciętnym: napisał już m.in. czternaście powieści, dziewięć tomików poezji, kilka książek dla dzieci i młodzieży, a nawet jeden scenariusz filmowy.
Tematyka jego dzieł dotyczy głównie Wołynia i Kresów oraz ludobójstwa Polaków, do którego doszło tam w latach 1942-1943. Wybór nieprzypadkowy - autor zna te tragiczne wydarzenia z autopsji, urodził się w 1936 r. w miejscowości Hnilcze koło Podhajec (ówczesne województwo tarnopolskie). Bestialskie działania UPA dosięgły i jego - jego dziadek został zamordowany, a cała wioska została spalona. W swoim zbiorze opowiadań "Nienawiść" opisuje szokujące obrazy metod zadawania powolnej śmierci przez ukraińskich nacjonalistów.
Autor "Ukraińskiego kochanka" rozmawiał z nami przez prawie 3 godziny. Nie sposób było wyczerpać tematu w tak krótkim czasie, jednak każdy wychodził ze spotkania bogatszy o jakąś wiedzę na temat tego, co niesie ze sobą słowo "Wołyń" a szczególnie "Kresy". Wg pisarza, my, Polacy, wyrośliśmy z Kresów i ich wielokulturowej, jagiellońskiej tradycji. -"Kresy nas stworzyły" - mówił Srokowski i chyba nie minął się z prawdą. W końcu z Kresów wywodzą się tacy zasłużeni Polacy jak Mikołaj Rej, Aleksander Fredro, Maria Konopnicka... Samo terytorium Kresów to ponad 50% przedwojennego państwa polskiego!
Padło też wiele słów na temat przyczyn rzezi wołyńskiej. Zdaniem naszego gościa, tylko UPA i jej zbrodnicza, faszystowska ideologia są winne tragicznym wydarzeniom na Kresach. Tylko ideologia, mówił Srokowski, może tak skutecznie zamieszać w głowie, że człowiek jest w stanie zabić własne rodzeństwo w imię czystości narodu.
Zważywszy na te fakty, tym ciężej pogodzić się z faktem, że teraz posiadamy mały ułamek z tego, co było naszą kolebką kulturową. Jeszcze trudniej jest przebaczyć banderowskim oprawcom, kiedy nie przyznają się do winy - mało tego, na Ukrainie gloryfikowanie działalności UPA nie jest czymś niecodziennym. W wielu miejscach można natknąć się ulice poświęcone dowódcom UPA, którzy współpracowali z nazistowską SS. Tablica pamięci niejakiego Romana Szuchewycza wisi dziś na budynku polskiej szkoły we Lwowie, co w świetle tego, co mówił Srokowski jest, delikatnie mówiąc, sporym nieporozumieniem. Jednak całe spotkanie nie służyło zaognianiu naszych relacji z Ukraińcami, przeciwnie. Jak stwierdził pisarz, tylko osobie, która jest świadoma swojej winy i szczerze jej żałuje, można przebaczyć. Zwłaszcza, że nasz sąsiad do dzisiaj chowa w tej sprawie głowę w piasek.
Mieliśmy też okazję dowiedzieć się jak wygląda warsztat pisarza na przykładzie opowiadań z tomu "Nienawiść. Z wielu strzępków różnych, prawdziwych historii, pisarz tka własną, ale, co paradoksalne, również prawdziwą opowieść.
Memento unde exiisti. Pamiętaj skąd wyszedłeś. Słuchając opowieści p. Stanisława Srokowskiego nie sposób się nie zgodzić z tym cytatem. Tylko znając własną przeszłość, będziemy mogli budować dobrą przyszłość. Warto o tym pamiętać.
 
 

17.10.08

WSPANIAŁA KSIĄŻKA !!!

Gratuluję Panu erudycji i wspaniałego pióra.
Przeczytałem Pańską książkę jednym tchem. Ujęła mnie opisana historia
dwojga zakochanych ludzi, ale także wspaniale wprowadził Pan w treść
ksiązki wydarzenia historyczne oraz panujące obyczaje na kresowych
ziemiach. Dzięki Panu o wielu faktach i zdarzeniach dowiedziałem się. /
to wielki atut tej książki!!!/
Pana książka powinna stać się LEKTURĄ OBOWIĄZKOWĄ W POLSKICH SZKOŁACH, aby nasza młodzież wyrastała w prawdzie, patriotyzmie i pamięci dla wszystkich Polaków, którzy zginęli za Polskę.

Teraz będę zachęcał innych w rodzinie oraz znajomych, aby przeczytali Pana
książkę.

Jeszcze raz osobiście DZIĘKUJĘ PANU za tą wspaniałą książkę, która jest
dla mnie LEKCJĄ PATRIOTYZMU I PRAWDY .

Z wyrazami szacunku
Dariusz Piasecki z Rawicza woj. Wielkopolskie

 
***
5.11.08
 
Witam serdecznie, Panie Stanisławie!

Właśnie zakończyłem "połykanie" Pańskiej książki... Zrobiła na mnie ogromne wrażenie, mimo iż tematyka, którą Pan w niej porusza, nie jest mi obca - od kilku lat interesuję się UPA, zwłaszcza na terenie Bieszczad, które są bardzo mi bliskie (  mieszkam "aż" w Poznaniu ). Na końcu książki, wyraża Pan optymizm i widzi Pan "światełko w tunelu" w sprawach powiedzenia PRAWDY o tamtych czasach i tamtych wydarzeniach... Panie Stanisławie - byłem w tym roku we Lwowie. Na Cmentarzu Łyczakowskim, blisko mogił Orląt, stoi obelisk ku czci SS-Galizien, postawiony 2 lata temu. Ulice, pomniki, skwery, parki noszą nazwę Bandery. Z inicjatywy Prezydenta Juszczenki, w parlamencie czeka rezolucja, uznająca UPA za organizację bohaterską i patriotyczną, dążącą do wyzwolenia Ukrainy. Cytuje Pan także słowa Jana Pawła II - w tej chwili toczy się w Watykanie proces beatyfikacji metropolity Lwowa, Szeptyckiego, "polakożercy", który osobiście wyznaczał kapelanów UPA. Na naszych oczach trwa proces zakłamywania historii, ignorowania faktów, rozmydlania wydarzeń. Dzieje się to także, niestety, w naszym kraju. Jaka jest sytuacja Polaków na Ukrainie, a jaka Ukraińców w Polsce? W Polsce Ukraińcy mają swoje gazety, wydawnictwa dotowane przez polskie państwo. W Bieszczadach stawiane są pomniki ku czci UPA, a ulicami Przemyśla maszerują ludzie ze sztandarami UPA i OUN. Korzystają z pełni praw obywatelskich. W tym samym czasie na Ukrainie, Towarzystwo Przyjaciół Lwowa gnieździ się w klitce na starówce, a jego członkowie dorabiają sobie jako przewodnicy polskich wycieczek. Robią to pokątnie i ze strachem przyjmują wynagrodzenie, gdzieś na tyłach szpitala, niedaleko Cmentarza Łyczakowskiego. Polskie wycieczki przeganiane są z niektórych cerkwi i kościołów, a pomoc polskiego państwa, w ramach Wspólnoty Polskiej, nakierowana jest przede wszystkim na katolickie kościoły. IPN wydał już kilka książek o "Akcji Wisła", ale żadnej o zbrodniach UPA w Bieszczadach!
 
Młodzi Ukraińcy są sympatyczni, otwarci na świat i innych ludzi. U starszych, dostrzegłem w oczach coś, co mnie zaniepokoiło i nie było miłym odczuciem... Ale żeby tylko nie biadolić, opowiem o spotkaniu z młodym (19-20 lat) człowiekiem, który zaczepił mnie, gdy zorientował się, że grupa, w której przebywam, to Polacy. Mówił poprawną polszczyzną, kilka lat temu dowiedział się, że jego pradziad był Polakiem, że ma polskie korzenie. Sam nauczył się języka polskiego, czyta dużo książek, zwłaszcza historycznych, kupionych za pośrednictwem Internetu - pochwalił się, że ma juz ich ponad trzysta...
Serdecznie Pana pozdrawiam,
Dariusz Skowroński
 
***
 
Witam, Panie Stanisławie,

jestem właśnie po przeczytaniu Pana książki "Nienawiść", po studiowaniu książki Państwa Siemaszko, po czytaniu różnych
stron internetowych  na temat ludobójstwa na Wołyniu. Na początku byłem
wściekły,  iż nic nie wiedziałem o tym, co się wydarzyło na Kresach. Mając 42
lata nic a nic.......Dziś jest mi smutno, zapalając dodatkowo znicz gdzieś na krakowskim cmentarzu. Przypadek sprawił, iż zagrzebałem się w tych kartach historii.
Teraz ,pozostał tylko smutek i żal , że coraz mniej ludzi wie, coraz mniej pamięta, coraz więcej nie chce pamiętać. Pojawia się pytanie, co mogę zrobić ,
co chcę zrobić z tym co odkryłem i tu dochodzimy do sedna. Czasem zdarza mi się popełnić recital, często śpiewam w gronie przyjaciół , czasem w schroniskach i tu moja prośba: Czy mógłby Pan przekazać mi ( do wykorzystania ) ,któryś z Pana tekstów dotyczący tych strasznych dni, mógłbym postarać się oprawić go w muzykę i wykonywać pośród swoich ballad o życiu codziennym. Oczywiście mogę tego nie poczuć i sprawa upadnie, ale chciałbym spróbować, jakieś wewnętrzne uczucie mnie do tego pcha. Taki pomysł zrodził się i dzielę się nim z Panem, gdyż nic
nie dzieje się przypadkiem. Nawet jeśli ma Pan inne zdanie , albo jest Pan zbyt zajęty to proszę choć o odpowiedź w paru zdaniach. Życząc wytrwałości-Pozdrawiam.
Piotr Bzowski.(www.bzowski.pl

 
*** 
29.11.08

Szanowny Panie Stanisławie,

nie będę chyba oryginalny, jeśli pogratuluję Panu „Ukraińskiego Kochanka” . Słowo dziękuję to zbyt mało, aby wyrazić wyraz szacunku za powieść.
 
Przybliżył mi Pan historię, której nie uczono mnie w szkole, a co najważniejsze ukazuje Pan Polskę, jako wielki i ogromy kraj. Kraj w którym pod jednym dachem mieszkały w symbiozie różne nacje charakteryzujące się bogatą kulturą.
Wstyd się przyznać, ale nie wiedziałem, że Lwów był tak rozwiniętym miastem stanowiącym ważny ośrodek kulturalny i naukowy.
 
W powieści uderzyły mnie bardzo krótkie rozdziały przez, co książkę pochłania się jednym tchem.
 
Moim ulubionym fragmentem jest „Rozmowa Ihora z Bogiem” i jej kontynuacja. Jest on bardzo mistyczny i przypomina wymową „Anioły”, o których już wspominałem w poprzedniej korespondencji. Dla mnie jest wyraz najwyższej sztuki. Sztuki w ujęci szerokim, a mianowicie za sztukę uważam wszystko to, co mnie porusza, a jednocześnie zmusza do refleksji i zastanowienia. Wspaniałe.
 
Bardzo dużą wagę przykłada Pan do pamięci. Słowa : pamięć i wiedza pojawiają się bardzo często w ustach Kuzyna i w pełni się z Panem zgadzam, dlatego też część mojej rodziny znajdzie pod choinką ten prezent.
 
Zakończeniem mnie Pan zaskoczył. Spodziewałem się sceny podpalenia, tortur rodziny, a Pan ukazał dramat w bardzo delikatnym ujęciu w porównaniu do scen zawartych w „Nienawiści”. Delikatnie, bez epatowania przemocy, a przecie wiemy, że Mitia to twardy facet, który przed niczym i nikim się nie ugnie. Został zupełnie zdeptany jak robak. Czytając, miałem nadzieję, że może oprawcy ulitują się nad swoim ziomkiem. Scena ta ukazuje niewyobrażalną skalę okrucieństwa i przemocy. Osiągnął Pan w tym względzie cel, ukazanie tych tragicznych wydarzeń poprzez tę „mocną” scenę. Możemy domyślać się, co stało się z Kasią i Anną. Ja odczytuje to w sposób następujący :
 
Oprawcy w tym samym czasie odwiedzi młyn i w męczarniach pozbawili życia resztę rodziny. Opisu tej sceny czytelnikom Pan już oszczędził.
 
Tak jak wspomniałem powyżej, zupełnie mnie Pan zaskoczył tym zakończeniem. Od początku powieści wiadomo, że główni bohaterowie zginą, ale sposób w jakim Pan to ukazał, zupełnie mnie zaskoczył.
 
Wielka sztuka. Kończyłem książkę w pociągu w ubiegły wtorek i pomimo, że miałem jeszcze prasę do przeczytania, nie byłem w stanie w trakcie dalszej podróży już nic przyjąć.
 
Gratuluję i dziękuję.
 
Zastanawiam się dlaczego tak długo trwała praca na tą pozycją ?
 
Proszę o wydanie raz jeszcze nie pociętych przez cenzurę tak zwanych autorskich wersji poprzednich Pana powieści dotykających tej tematyki : „Repatrianci”, „Lęk”, „Samotność”, jako wznowień.
 
Proszę, o ile nie sprawi Panu kłopotu, polecenie pozycji, które powinienem przeczytać, tak aby wiedzieć i pamiętać, i wiedzę tę przekazywać dalej. Proszę o sugestie. Pojawi się wiele pytań w tym zakresie
 
 
Podróżując dwa tygodnie temu miałem przyjemność wysłuchać rozmów jedynki prowadzonych o godzinie 17:30 na falach programu pierwszego publicznego radia. Gościm byli Prezes Związku Ukraińców w Polsce i Profesor z KUL, a rozmowa dotyczyła 75 rocznicy wielkiego głodu. Goście, ani prowadzący nie wspomnieli, że w Polsce liczni uciekinierzy znaleźli schronienie przed władzą sowiecką i głodem.
 
I na koniec mam jeszcze jedno pytanie, które zadała mi znajoma po przeczytaniu „Nienawiści”,  a brzmi ono tak : Czy posiada Pan figurkę lub figurki ocalałych z pogromu Aniołów?”
 
 
W oczekiwaniu na odpowiedź Serdecznie Pana Pozdrawiam
Maciej Witczak
 
***
 3.12.08

Szanowny Panie,

na wstępie pragnę bardzo serdecznie podziękować za zbiór opowiadań  „Nienawiść”, jakie miałem ogromną przyjemność przeczytać.
 
Pomimo posiadania humanistycznego wyższego wykształcenia, wiedza na temat Kresów była u mnie znikoma. Wręcz równa zeru.
Pierwszy raz usłyszałem na temat ludobójstwa w 2005 roku, na myjni samochodowej. Spotkałem tam mężczyznę rosyjskiego pochodzenia, który wyśmiewał polskie władze za bratnie się z Ukraińcami na Majdanie w trakcie pomarańczowej rewolucji. Zapadły mi w pamięci jego słowa „ wy się z nim całujecie, a oni was mordowali jak gęsi, co za naród”. Nie specjalnie go wówczas rozumiałem i tego, co mówi, ani czego to dotyczy.
Wiedzę na temat wydarzeń na Kresach oraz „kraju mlekiem i miodem płynącego” poznałem z felietonów Księdza Isakowicza Zalewskiego zamieszczanych w „Gazecie Polskiej”.
 
Największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie „Anioły” . Zadaję sobie od tygodnia pytanie: Czy zamieszczone zdarzenie to wymysł dziecięcej fantazji? Czy też opisane wydarzenia walki Aniołów z siłami ciemności są autentyczne?
 
Za odpowiedź będę bardzo zobowiązany i z góry dziękuję.
 
Raz jeszcze dziękuję za „Nienawiść”
 
Z poważaniem
Maciej Witczak

***  
5.12.08

Szanowny Panie Stanisławie,

Chciałbym podzielić się z Panem refleksjami na temat emocji, jakie
wzbudziła we mnie lektura Pana książki. Kilka dni temu otrzymałem od znajomego książkę pt. "Nienawiść". Po przeczytaniu kilku rozdziałów postanowiłem przerwać lekturę, ponieważ wstrząs i emocje, jakie mi towarzyszyły,  spowodowały, że z trudem mogłem
skupić się na zadaniach dnia codziennego. Pojawiły się kłopoty ze snem,
zmęczenie w pracy. Jestem ojcem 3 miesięcznej Ani i tym bardziej ciężko
było mi przebrnąć przez opisywane przez Pana tortury dzieci. Nawet teraz
przypominając sobie niektóre sceny, cisną mi się łzy do oczu.
Żyjemy w spokojnych czasach, mówimy o sobie "cywilizowani" i wydaje się,
że coś takiego już się nie powtórzy. Jednak, czy ludzie, którzy żyli w
latach 30-tych, nie uważali tych lat za spokojnych i czy nie uważali się
za cywilizowanych? Czy nie mówili, że czasy kozatczyzny i wbijania na
pal dawno minęły? A jednak zgotowali piekło większe niż za
Chmielnickiego. Dlatego uważam, że jedyną szansą na to jest
przedstawienie tej książki jak największej ilości młodzieży. Nie pod
kątem tego, ile zła uczynili Ukraińcy Polakom, tylko do jakich
okrucieństwo zdolny jest człowiek opętany przez złą ideologię, fanatyzm,
nietolerancję. Człowiek, który jeszcze dzień wcześniej był naszym dobrym
sąsiadem. Gdybym był nauczycielem, kazałbym ją czytać w klasie na głos
uczniom,  z którymi jest najwięcej kłopotów wychowawczych.
Istnieją w historii sytuacje przed którymi cofa się ludzka wyobraźnia.
Pan te fakty opisuje w taki sposób, że nie ma ucieczki...

Pozdrawiam
Bartosz Grzesiek z Ostrowa Wielkopolskiego 




 

 

Powrót do strony głównej