15.06.15

"Strach"

Przemysław Misiołek


Po przeczytaniu książki Stanisława Srokowskiego nasuwa się jedno słowo, które jest tytułem zbioru opowiadań: Strach. Jesteśmy w pewien sposób „oswojeni” ze śmiercią, szczególnie w jej wymiarze historycznym. Przyzwyczailiśmy się do czytania książek o Holokauście, obozach zagłady i o wielu innych okropnościach, szczególnie ubiegłego wieku. Niestety, wielu Polaków wciąż nie wie, co działo się na Kresach Wschodnich do końca lat czterdziestych XX wieku. Takiemu stanowi rzeczy sprzyja postawa większości polityków, którzy wciąż boją się nazywać rzeczy po imieniu. A trzeba jasno stwierdzić, że setki tysięcy Polaków zostało wymordowanych w akcjach ludobójczych przez oddziały terrorystyczne z Ukraińskiej Powstańczej Armii. W sposób bestialski i bezwzględny. Właśnie o tych niewinnych Polakach, ale także o Ukraińcach, Żydach, Ormianach i Cyganach jest ta książka.


Stanisław Srokowski, Strach. Opowiadania kresowe

Stanisław Srokowski urodził się w 1936 roku w Hnilczu (w dawnym województwie tarnopolskim). Jest prozaikiem, poetą i dramaturgiem. Spod jego pióra wyszła m. in. słynna trylogia kresowa: Ukraiński kochanek[1], Zdrada[2] i Ślepcy idą do nieba[3]. Srokowski jest autorem monografii swojej rodzinnej miejscowości: Hnilcze. Prawda, pamięć i ból[4], w której ukazał tragedię ludobójstwa. Za tom opowiadań Nienawiść[5] otrzymał Nagrodę Literacką im. Józefa Mackiewicza[6]. Wypędzony z rodzinnych stron w 1945 roku, obecnie mieszka we Wrocławiu.

Książka jest zbiorem dwunastu opowiadań. W jednym z kresowych domów zbiera się rodzina, by wysłuchiwać relacji z tego, co dzieje się w okolicznych wioskach. O tym, jak ginęły pojedyncze osoby, ale także i całe rodziny. Przeczytamy o ludziach, którzy musieli patrzeć na śmierć swoich bliskich i którzy często tracili zmysły. Nie jest to opowieść tylko o Polakach. Znajdziemy tam losy m. in. cygańskiego małżeństwa i ormiańskiej rodziny, a także Ukraińców, którzy pomagali ludności polskiej, lub tych, których współmałżonek był Polką lub Polakiem.

Strach… opowiada o ludziach, którzy mieszkali na Kresach, a którzy w pewnym okresie swojego życia żyli w tytułowym strachu. O każdy dzień, każdą noc. Niepewni jutra. Niepewni każdej godziny. Bo zawsze mógł przyjść Ukrainiec z siekierą i wymordować całą rodzinę. Oby tylko z siekierą… Należy podkreślić, że książka Srokowskiego – zdaniem recenzującego – nie nadaje się do czytania dla osób o słabych nerwach. Autor precyzyjnie opisuje metody, jakimi mordowano ludność. Można stwierdzić, że oprawcom przyjemności nie sprawiało samo zabijanie, a sadystyczne sposoby, jakimi pastwili się nad swoimi ofiarami. Wbijanie gwoździ w głowę, ściąganie skóry z rąk (tzw. rękawiczki), rozpruwanie brzuchów (szczególnie ciężarnym) to tylko niektóre z całej palety „możliwości” ukraińskich nacjonalistów.

Publikacja zaopatrzona jest w Posłowie, w którym Srokowski przedstawia, w jaki sposób te wszystkie opisane w książce wydarzenia wpływały i wpływają na jego psychikę: Tamte zbrodnie do dzisiaj wdzierają się do moich snów i zrywają mnie z łóżka. (…) Dziecinny, niewinny uśmiech został zamordowany na zawsze. Moje dzieciństwo również zostało zamordowane.[7] W ostatnim opowiadaniu, zatytułowanym Wyznanie rezusa, autor przedstawia swój powrót do rodzinnej miejscowości po blisko pół wieku od tragicznych wydarzeń. Wraca tam razem z ekipą telewizyjną, która chciała nakręcić reportaż z tej emocjonującej chwili. Powrotu do swoich korzeni, gdzie spotka się z tymi, którzy napadali na polskie wioski. Srokowski spotyka tam Iwana Badyla, który przyznaje się przed nim, że zamordował jego ciotkę Elzę[8]. Oczywiście musiało upłynąć dużo czasu, zanim wyciągnęli jej ciało ze studni. A raczej jego poszczególne części…

Recenzujący nie ma zastrzeżeń co do formuły i języka książki. Z jednej strony jest przerażająca, a z drugiej wciągająca. Kiedy przeczyta się jedno opowiadanie, zaraz trzeba będzie sięgnąć po następne, mimo przedstawianego tam barbarzyństwa. Srokowski, kilka razy pisząc o profanacjach kościołów, przedstawia opis, jak Ukraińcy wyciągali z tabernakulum kielichy, potem komunikanty, a następnie monstrancje.[9] Fizycznie jest to niemożliwe, gdyż monstrancja jest za duża, by mogła zmieścić się w tabernakulum, zresztą nigdy nie było to praktykowane. Jeśli już, to chodzi o kustodię[10]. Kilka razy autor pisze o rosyjskich żołnierzach[11]: bardziej poprawny byłby przymiotnik sowiecki lub ewentualnie radziecki.

Warto byłoby się zastanowić (i jest to bardziej sugestia wobec Wydawnictwa Fronda), czy w ewentualnych kolejnych wydaniach Strachu nie umieścić zestawienia bibliograficznego obejmującego naukowe i popularnonaukowe publikacje dotyczące ludobójstwa na Kresach. Wydaje się, że wiele osób coraz częściej sięga po różne opowieści na ten temat: można byłoby pomóc zainteresowanym w dotarciu do profesjonalnych publikacji. Wobec tego, że wciąż są to kwestie, których nie porusza się zbyt często w życiu publicznym, taka formuła mogłaby pomóc spełnić postulat uświadomienia wielu osób w sprawie tego, co działo się na rubieżach II Rzeczypospolitej.

Wielu ludzi (także polityków) powtarza, że należy zostawić wreszcie przeszłość, a zająć się przyszłością. Nie ma bardziej bzdurnego sformułowania. Po co zajmować się dziejami? Bo tylko pamięć ratuje świat. I trzeba wszystko powtarzać, by pamięć nie rdzewiała.[12] To właśnie na Ukrainie od kilku lat gloryfikuje się Stepana Banderę i wszystkich, którzy działali w ramach UPA. Te bestialstwa na wielu nacjach część Ukraińców nazywa walką o samoistną Ukrainę. A polskie państwo nie dość, że nie dba o pamięć o tych ofiarach (czego przykładem jest działalność Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa), to także wspiera tych, którzy często wyżynali całe wsie. Warto, by każdy z nas, czytając książkę Stanisława Srokowskiego, zadał sobie pytanie: Quo vadis Polonia? W stronę szacunku, czci oraz pamięci o swoich córkach i synach czy w stronę strachu, lęku i zapomnienia o nich?





Tytuł: Strach. Opowiadania Kresowe
Autor: Stanisław Srokowski
Rok wydania: 2014
Wydawnictwo: Fronda
Liczba stron: 256

[1] S. Srokowski, Ukraiński kochanek, Kraków 2008.

[2] Idem, Zdrada. Powieść kresowa, Kraków 2009.

[3] Idem, Ślepcy idą do nieba, Kraków 2011.

[4] Idem, Hnilcze. Prawda, pamięć i ból, Warszawa 2013.

[5] Idem, Nienawiść. Opowiadania kresowe, Warszawa 2006.

[6] Nagroda ta jest przyznawana corocznie (od 2002 roku) autorom publikacji literackich, dotyczących życia społeczno-politycznego, historycznych i krytycznoliterackich.

[7] S. Srokowski, Strach. Opowiadania kresowe, Warszawa 2014, s. 247.

[8] Ibidem, s. 234, 237.

[9] Ibidem, s. 37, 107.

[10] Naczynie liturgiczne wykonane z metalu w kształcie puszki, w Kościele katolickim przeznaczone do przechowywania w tabernakulum konsekrowanej wielkiej hostii.

[11] S. Srokowski, Strach…, s. 141-142.

[12] Ibidem, s. 98.

12.05.15 
KSIĄŻKA NA CZASIE
 

"Spisek barbarzyńców " Stanisława Srokowskiego jest książką na czasie,skłaniajacą do zadumy nad wpływem ideologii w ksztaltowaniu świadomości człowieka. Ujawnia metody manipulacji władzy i jej skutki na grucie polskim,bliżej wrocławskim. Obejmuje okres transformacji od czasów "Solidarności" do 2008 r.Autor pisze,że uderzenie władzy w trwałe struktury takie ,jak kościół,rodzina,tradycja staje się przyczyną degradacji tożsamosci narodowej /emigracja za chlebem,nową kulturą/,to ukryty proces wynaradawiania. Przechwytywanie firm państwowych,oszczerstwa i nagonki,prowokacje służb specjalnych i stosowanie przez nich przemocy fizycznej są stałymi metodami ujarzmiania,a inwigilacja na wszystkich szczeblach społecznych osacza naród. Produkowanie konfliktów,sianie zwątpienia i niezgody,ośmieszanie autorytetów i świętości,brak pracy,doprowadza do stanu beznadzejności,strachu i rozpaczy po to,by na nowo integrowac naród,ale już na warunkach władzy. Zamazywanie prawd z dziejów historii Polski,zmniejszanie jej znaczenia w edukacji, to świadome działanie barbarzynców u władzy,niebezpieczna pajęczyna komunizmu kulturowego,który wciąż trwa. Ideologia urabiająca społeczeństwo na posłuszną,ogłupiałą masę,niezdolną do krytycznego spojrzenia i zmian.Pokazuje,jaką potęgą są media,szczególnie w kształtowaniu opinii publicznej. Autor jest pełen współczucia dla Ludu Bożego nie radzącego sobie z rzeczywistością, pogrążonego w biedzie i nałogach. Składa jednocześnie hołd "Solidarności Walczącej",do której swego czasu należał,jej oddanym działaczom,których życie zepchnęło na out.Pokazuje też,jacy jestemy zdradliwi,nielojalni wobec siebie,ulegający słabościom,nawet ci,ktorzy wydają się bohaterami walczącymi o słuszne sprawy. Pyta,co się stało z kulturą,która przesiąkła kiczem,tandetą i komercją.Książka napisana jest barwnym,żywym językiem,bliskim realizmowi magicznemu,z dystansem i ironicznym humorem. Są tez prawdziwe nazwiska,nazwiska z kluczem,szczególnie tych ze świata polityki,no i fakty historyczne.Ciekawa jest też konstrukcja książki,przeplatająca się dwuwarstwowość akcji-czasy "Solodarności" pisane rzeczowym, faktograficznym językiem i współczesne ujete z ironią,absurdem,paradoksem. Erudycja i filozofia pisarza,zadziorność słowa,opisy zaskakujących sytuacji dają smutny osąd wykrzywionej rzeczywistości. "Barbarzyńców u bram" i "Spisek barbarzyńców" dobrze jest czytać razem,by lepiej poznać mechanizmy systemowego,pajęczego działania 'elit",by zastanowić się jak i w jakim kierunku idziemy. Zobaczyć,jaka siła tkwi w myśli ludzkiej.


Grażyna Mulczyk-Skarżyńska


28.04.15 

PIERWSZA RECENZJA: ZDRADA POLSKICH ELIT
 ( fragmenty)

Zdrada polskich elit – oto temat książki Stanisława Srokowskiego zatytułowanej „Spisek barbarzyńców”. Polacy mają się wstydzić polskości, wtedy nie będą się bronili przed mentalną rewolucją, która sprawi, że oddadzą swoją wolność i nawet tego nie zauważą.


Ogólnopolskie telewizje, największe polskie gazety, polska szkoła, rządowa polityka – wszystko, co ma w rękach grupa „historycznego kompromisu” lewicowej opozycji z komunistami – pracuje nad przemianą zbiorowej mentalności Polaków. Muszą tylko zlikwidować takie pojęcia, jak Polska, Polak, naród, historia, religia, Bóg, wiara. Kiedy w 1988 r. Adam Michnik przeprowadzał ze mną rozmowę, w której próbował przekonać mnie, że komuniści już nie zagrażają Polsce, a wrogiem jest teraz Kościół i totalitaryzm narodowy, myślałem naiwny, że mam do czynienia z intelektualną dysputą. Że facet co prawda zwariował, ale, cóż – każdy przecież może się mylić.


Gdy przeczytałem w książce Srokowskiego opis dokładnie takiej samej rozmowy z jednym z bohaterów jego książki, zrozumiałem, że było to po prostu kuszenie. Adam Michnik wyszukiwał wśród peerelowskiej opozycji sojuszników. Tych, którzy zakrzykną: „Tusku, musisz”; tych, dla których polskość to nienormalność. Ten obóz został zbudowany. Co więcej, ten spisek mniejszości jest dziś przy władzy. A Srokowski pokazuje jego korzenie w projekcie Michnika, Geremka i Kuronia z lat 80., który został zrealizowany wreszcie przez bezpostaciowych polityków PO przy wsparciu wszystkich resortowych mediów. O ile po prawej stronie wszyscy wiedzą już, na czym polegał zamysł Okrągłego Stołu, w jaki sposób lewicowa mniejszość opozycji demokratycznej zmanipulowała Solidarność, przejmując pełnię władzy w związku po 1989 r., o tyle Srokowski zaskoczy ich, pokazując, że przejęcie władzy w polityce było tylko czubkiem góry lodowej. Autor „Spisku barbarzyńców” dowodzi, że te dwa procesy wynikały z jednego zamysłu. Michnik, Geremek i Kuroń zaprojektowali antypatriotyczną, antykościelną i antyrodzinną krucjatę już w latach 80. Czy ktoś pomyślałby 30 lat temu, że w Polsce można bezkarnie szczać na krzyż?

W warstwie artystycznej książki widać wyraźnie, że Srokowski przebija się przez materię wydarzeń.(...) warto przeczytać tę książkę. Co więcej(...),jest to obowiązek każdego polskiego patrioty. Być może już straciliśmy szansę na wolną i niepodległą. Być może zamysł rewolucjonistów kulturowych się powiódł. Ale może jeszcze mamy szansę… ( Robert Tekieli, GPC)


28.08.14

O "NIENAWIŚCI" W INTERNECIE:

 Ta książka na długo zostawiła we mnie jakieś dziwne uczucia, zwłaszcza zakończenie utkwiło mi w pamięci. Pomijając ciężką, ale ciekawą tematykę, genialnie napisana, bez patosu i ten klimat jakby z pogranicza snu, w zestawieniu z tragicznymi wydarzeniami... Ciężko opisać, ale to coś pięknego (chociaż w tym kontekście paradoksalnie to brzmi). Myślę, że ciężko znaleźć coś podobnego, ale może mogłabyś polecić coś w podobnym stylu i tematyce? (Enaa) 

*** 
Ta książka chodziła za mną przez kilka tygodni, długo nie mogłam jej z siebie strząsnąć. Najdziwniejsze, że nie ma w niej tych wszystkich chorych opisów, którymi niektórzy wyraźnie lubią się napawać: nie ma obcinania piersi, wyrywania płodów, wbijania na płot itd a jednak historia długo nie daje odpocząć.

Rzadko kiedy miewam przeczucia, ale kiedy tylko usłyszałam, że Smarzowski zabiera się za film o tej tematyce, pierwsze co pomyślałam to że będzie miał tytuł "Nienawiść". Bo tylko taki pasuje. I że na pewno zainspiruje się Srokowskim.(Arya 2) 

***

Reżyser potwierdził ostatnio, że film będzie oparty o książkę NIENAWIŚĆ, Stanisława Srokowskiego ( właśnie ją ściągnąłem ) po prostu nie mogę usiedzieć w pracy, już chce to czytać :)

Ponoć nie znalazł się, żaden ukraiński reżyser do nakręcenia wspólnie połowy filmu, a szkoda...

Tak czy siak, Panie Wojtku, wierzę w Pana, Ci ludzie zasługują na ten hołd, bliscy do dziś żyjący również. CZEKAMY! ( Elmo 81)


http://www.filmweb.pl/person/W
+Smarzowski-347/discussion/Dodam+jeszcze,że+czekam+na+film+o+kresowiakach.-2373768

***
 
Scenariusz ma być, jak czytam, oparty na książce Stanisława Srokowskiego:

http://www.ksiazka.net.pl/?id=4&tx_ttnews[keyword]=Stanis%C5%82aw%20Srokowski&tx_ttnews[tt_news]=872&tx_ttnews[backPid]=100&cHash=276b59e84b

Nie jest to łatwa i przyjemna lektura: Cytat:
Oto w „Odwecie” w ukraińskiej wsi mieszka Polka, żona ukraińskiego chłopa. On ratuje życie dwójce jej polskich krewniaków, ukrywając ich w stodole podczas, gdy banderowcy palą sąsiednią, polską wieś. Rano pośpiesznie zebrany oddział polskiej samoobrony w odwecie nachodzi wieś ukraińską. Zabiją ukraińskiego męża Frani i palą jego gospodarstwo, w tym stodołę, w której ukryci pod sianem wciąż skrywają się Polacy. „Nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą” – pisał jeszcze Sienkiewicz.Nienawiści można było nie ulec. Srokowski wspomina, że jego i rodziców uratowała Ukrainka; w jednym z opowiadań Ignacy, dziadek narratora wraca do swej spalonej chaty, w pobliżu której zastaje przyjaciela i sąsiada, Ukraińca Petra przy jego spalonym gospodarstwie. Gdy banderowcy ciosem siekiery mordują Ignacego – Petro kładzie głowę na pieniek, by z nim zrobili to samo…

(Chojrak)
http://www.granice.pl/recenzja,nienawisc,650http://forum.kinopolska.pl/viewtopic.php?p=78779&sid=14e0cc254f7fbc584b759ca57b38c92a 

***

OPINIE O KSIĄŻKACH 



 

"ŚLEPCY IDĄ DO NIEBA    


***
  Na rynku wydawniczym ukazała się najnowsza książka Stanisława Srokowskiego pt. „Ślepcy idą do nieba”. Zapraszamy do odwiedzenia strony autorskiej p. Srokowskiego i naturalnie do nabycia tej wartościowej pozycji. Przypominamy, że w ubiegłym roku nie doszło do spotkania Stanisława Srokowskiego z młodzieżą w jednym z orzeskich gimnazjów. Storpedowanie tej cennej i oddolnej inicjatywy zawdzięczamy kilku mało życzliwym osobom z kręgu Rady Miejskiej i orzeskiej oświaty. (Czytelnicy)

*** 
  Życzliwi Czytelnicy podsyłają mi różne teksty, w których występuje moje nazwisko albo tytuł ksiażki, a ja samolubnie je tutaj wystawiam, jak perełki na ekspozycji niezwykłych cenności.  Tym razem wyjątkowy dar, głos samego mistrza językowych neologizmów, prezydenta  Wałęsy, którym wyraża bezcenne myśli o mojej najnowszej powieści "Ślepcy idą do nieba". Jest to wywiad lub, jak można mniemać albo nie mniemać,  kryptowiad. Tak, czy inaczej, ponieważ krąży po Internecie, niech zacznie swój nowy żywot i tutaj. Będzie to ślad dla badaczy nowatorskich odkryć pierwszej głowy państwa. Oto ten wywiad, znaleziony w archiwach "Magazynu Europejskiego". (St.S.)
 
***
 

 Wałęsa o książce: "ŚLEPCY IDĄ DO NIEBA"

 

O nowej powieści Stanisława Srokowskiego "ŚLEPCY IDĄ DO NIEBA" z Lechem Wałęsą rozmawia Stan David Ligoń


Stan D. Ligoń: Sąd Apelacyjny uznał, że Krzysztof Wyszkowski bezapelacyjnie przegrał z Panem i ma zamieścić w związku z tym płatne ogłoszenia w prasie, na którą go nie stać, a prezydent Komorowski nie tylko, że w ostatnim dniu marszałkowania w Sejmie przyznał sobie sam nagrodę finansową w niebotycznej wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych, to wczoraj jeszcze podniósł sobie o połowę emeryturę, którą będzie otrzymywał nawet w wypadku impicmentu; nie wiem, jak się to pisze...?

Lech Wałęsa: Nie pomogę Panu; w PiS-owni to raczej PiS, Kaczyński, ale do czego pan właściwie zmierza?

Stan D. Ligoń: Chciałbym polecić Panu najnowszą powieść Stanisława Srokowskiego, którą przyniosłem ze sobą, zatytułowaną "ŚLEPCY IDĄ DO NIEBA".

Lech Wałęsa: Jak? Jak pan powiedział ten tytuł? A kto napisał tą książkę? Czy nie Kazik Switoń? Bo jemu się wszystko miesza, on już w Sejmie wykrzykiwał jak ten Wyszkowski różne rzeczy, a wczoraj znowu przeczytałem na onecie, że był w Ameryce u Kobylańskiego, o którym dowiedziałem się, że podobno chciał mnie przekupić za 200 tys. dolarów, rozmawiał ze mną na ten temat Wachowski, coś do mnie dotarło, od razu odrzuciłem, bo to niegodne; on chciał mieć wpływ na obsadzanie ambasadorów w Ameryce Południowej, a ja rozumię, że można ideowo popierać, z pobudek patriotycznych, ale nie za pieniądze.

SDL: Switoń prorokuje na youtube jak Wernyhora, że "kto z krzyżem wojuje, ten od krzyża zginie", a żeby nie było włtpliwości, o kim mowa, to przytoczę z notesu: „zginął prezydent, który podpisał Traktat Lizboński odbierający suwerenność naszej ojczyźnie. Podobny los wybrał sobie Komorowski”.

LW: Mówiłem, że chory, jemu się miesza, bo przecież wierzący mówi, że od miecza zginie, a nie od krzyża.

SDL: Pan Prezydent przekazał Narodowi na Jasną Górę wszystkie wota z całego świata otrzymane od ludzi w prezencie za swojej kadencji: złote pierścienie wysadzane orłami, dyplomy, medale, doktoraty honoris causa, sztukateria; już kilka lat temu dostałem od Pana Prezydenta bogaty spis tych pozycji, było tego chyba parę tysiący wartościowych rzeczy. Zamieściliśmy wszystko nieodpłatnie w magazynie sowa, lecz potem niestety admin usunął nam całe archiwum, szkoda.

LW: Nie trzeba żałować róż, jak płonie co innego. Ja się nie przywiązuję do rzeczy. Pieniędzmi też mnie nie przekupi, bo ja nie brałem wynagrodzenia nawet jako przywódca Solidarności. A ze wszystkiego rozliczyłem się mojemu następcy, który pokwitował imieniem i nazwiskiem: Lech Kaczyński. No, a o zmarłym, to nie można nic prawdy powiedzieć, bo tego zabrania kultura mojego narodu.

SDL: Rozumiem, że nie wspominamy Anny Walentynowicz i jej krzyży zasługi za długoletnią pracę partyjną, pod którymi legła.

LW: Nie dam się sprowokować.

SDL: To może porozmawiamy jednak o najnowszej powieści Stanisława Srokowskiego: "ŚLEPCY IDĄ DO NIEBA", którą przyniosłem Panu w prezencie.

LW: Proszę zadedykować, zostawić, przejrzę przy okazji w samolocie. Ja też mam dwie nowe, moje książki, wspomnienia, słowo po słowie, wszystko tak jak naprawdę było, jak obalałem komunizm i wyprowadzałem Rosjan.

SDL: Czy to przypadek, że najnowsza powieść Srokowskiego ukazała się w rocznicę katastrofy opod Smoleńskiem, a na okładce jest żydowska drabina, która przyśniła się Abrahamowi a obok niej lecą z nieba różne piórka?

LW: Kacze pierze?

SDL: Różne piórka, białe i kolorami działające na podświadomość. A propos dopalaczy, które ma zlikwidować nowa Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii, Poseł Balicki z SLD chce uznania marichuany za lekarstwo...

LW: Panie, panie! O czym pan mówi? Ja mam dzieci. Komuna zawsze przebąkiwała o opium dla ludu, ale żeby tak otwarcie wyskoczyć? Tego się nie spodziewałem.

SDL: Czy można liczyć na to, że sięgnie Pan Prezydent kiedyś po tę książkę Srokowskiego?

LW: Nie mówię: TAK i nie mówię: NIE, skrętów nie będę z tego robił, bo od dawna nie palę, rzucilem. A o czym ta książka?

SDL: O dwóch takich, co kobiety podłożyły za nich głos przy nagrywaniu filmu i jednemu wyszło to jak symbolizują to te piórka na okładce, a drugiemu zostało z tego podstawiania kobiet coś na całe życie.

LW: Jeżeli już wiem, o czym będzie ten film, to po co jeszcze mam tę książkę czytać?

SDL: Ta książka jest ważna dla zrozumienia Polski. Mówi o polskich losach i zmaganiach z terrorem. Historie te są zatajane przez obecną władzę. Młodzież, studenci nie uczą się o niej w szkołach i na uczelniach. Teatry ani filmy nie pokazują jej. A przywracanie prawdziwej hierarchii wartości to wzbogacanie naszej wiedzy o własnych dziejach. Tylko prawdziiwa wiedza może nam pomóc zrozumieć świat współczesny i odbudować Polskę naszych marzeń.

LW: Ja już wywalczyłem wolność i dałem ją w ręce narodowi. Teraz niech młodsi przejmują pałeczkę i niech się organizują w różne partie polityczne. Teraz nie pora na takich bohaterów jak ja.

SDL: Jeszcze przyjdzie taki czas, że będzie Pan Polakom potrzebny,

LW: A coś pan? Może drugi Switoń? Też masz pan widzenia świętego Kolbego?

SDL: Myślę realistycznie i zakładam, że znowu może zaistnieć potrzeba...

LW: Działajcie, to wtedy do was dołączę.

SDL: Dziękuję za te słowa.

LW: A ja dziękuję za te piórka na okładce.

   
*** 
Ostatnie wołanie z Wołynia


O Autorze i jego dorobku nie będę wspominał, bo wszyscy go tu dobrze znamy. A więc kilka słów o jego najnowszym dziele - "Ślepcy idą do nieba". Akcja sagi rozgrywa się na Kresach, w niezwykłych okolicznościach nie tylko przyrody, ale i sił nadprzyrodzonych. 

Rozwój wydarzeń nie jest jest oderwany od sytuacji geopolitycznej Rzeczpospolitej. Nie zamykamy się tylko na Kresach. Nie brakuje też wątków, które i dziś (zdecydowanie bardziej) wywołują ożywione dyskusje, jak choćby o sens Powstania Warszawskiego. Autor oddaje głos stronom sporu. Choćby w takim fragmencie:

Gdyby nie nasza determinacja, te oszczerstwa oplatałyby nas jak pnącze przez długie lata. Nie mieliśmy wyboru Anno. Zmusiliśmy świat, by zwrócił oczy na Polskę. By znowu nie przegrała, by nas nie rozebrali na części...

-
Ale rozebrali – zimno rzuciła.
- Nie bądź okrutna, Anno.
- To nie okrucieństwo, to bezradność i wołanie o ratunek...
- Powstanie było takim wołaniem o ratunek. Chcieliśmy zwrócić uwagę świata, że nie umarliśmy i nie poddaliśmy się. I pokazujemy, że nas nikt nie złamie, że jesteśmy narodem dumnym, który nigdy nie zegnie grzbietu przed zaborcami.
- Znowu ta megalomani! Topolskie zadufanie! Co nam z tej dumy, pomachiwania szabelką?


I na tym skończmy ten cytat, bo i teraz wokół tych wydarzeń dyskutujemy bez końca, a książka poświęcona jest wszakże innym zagadnieniom.

Poznając bohaterów i ich skomplikowane losy, w tym głównego bohatera, Mitię (ale głównymi bohaterami tego dramatu są wszyscy obecni i znani z imienia i nazwiska i nieobecni, bezimienni), łatwiej wejść nam w tamten świat. 

Ale Kresy to nie tylko ludobójstwo, to też harmonijne życie rodzin w tyglu etnicznym, współpraca, wzajemna pomoc. Do czasu...

Czytając o Wołyniu, cały czas towarzyszy mi myśl o niepojętości tej zbrodni. Mimo tylu dokumentów, relacji, klucz do zrozumienia tych zbrodni pozostaje dla mnie nieznany. Ale czy taki klucz istnieje?

W kresowej sadze odnajduję wiele elementów, które tak mnie zainteresowały tym Autorem, a które znalazłem najpierw we "Śnie Belzebuba", a później   w "Aniele Zagłady". Doskonały szkic psychologiczny bohaterów, artystyczne łączenie rzeczywistości sponad naturalnymi zjawiskami, a przede wszystkim z mistyką. I oczywiście praca, która najbardziej określa mój odbiór kolejnych książek Srokowskiego, to zbiór opowiadań pt. "Nienawiść" - praca wyróżniona przez kapitułę Nagrody im. Józefa Mackiewicza. Pisałem wcześniej o niej:


Nienawiść - opowiadania niesamowite, takimi wydały mi się po przeczytaniu pierwszych stron książki. Nierealne, makabryczne, wydobyte z najdalszych i najciemniejszych mroków historii ludzkiej, przyprawiające o ciarki na całym ciele.

Jak ta, w której jeden z braci (Ukraińców), z pozoru ten spokojniejszy, bierze za nogi małą Żydówkę Ryfkę i rozłupuje jej czaszkę na kamieniu. Ciąg zdarzeń jest tyle straszny, co niezwykły, niewytłumaczalny. Gdy Jewhen roztrzaskał Ryfcę głowę, a Mychajło strzelił Jewhenowi w łeb, od tyłu zaszedł go stary Hurnyk i siekierą odrąbał mu głowę. Spirala zbrodni.

Podtrzymuje, że była to jedna z najtrudniejszych książek, które czytałem. Najtrudniejsza z warstwie opisowej i poznawczej.

Ta tematyka została ujęta w "Ślepcach" w taki sposób, który pozwala przygotować (nieświadomego) Czytelnika na makabryczne obrazy, będące nierozerwalnie związane są z ludobójstwem na Kresach. Kto nie czytał "Nienawiści", a jest z natury wrażliwy, powinien zacząć od kresowej sagi.

"Ślepcy Idą do nieba" to doskonałe uzupełnienie tej "Trylogii". A mam nadzieję, że Stanisław Srokowski nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, bo...

...jak powiada jeden z bohaterów książki:

 Musimy, Anno, notować – mówił kuzyn – zapisywać i utrwalać. Powtarzam to każdemu, kogo spotkam. Bo czas zaciera ślady, giną świadkowie, umiera nasz świat. Nie pozwólmy, by zginęła i nasza pamięć – trzymał przed sobą zwitek papierów i potrząsał nimi. - Bo pamięć jest najważniejsza.. Jak nie ma pamięci, rozpada się wszystko nasze życie, dom, rodzina, nasze obyczaje, historia i zatraca się sens ludzkiej wędrówki, a świat tonie we mgle. 
  
 
prawica.net


Stanisław Srokowski, Ślepcy idą do nieba, Arcana, Kraków 2011
 
***


"ZDRADA"
   ( powieść kresowa)

 

      Na naszych oczach rozsypuje się, pęka i tonie w mroku nasz świat. Kresy giną. Nadchodzi czas barbarzyńców. 

   O ile „Ukraiński kochanek” roztacza przed czytelnikiem na pierwszych kartach niemal sielankowy obraz pracowitego, zgodnego życia sąsiadów różnej narodowości na tle pięknej, barwnej krainy, „Zdrada” wprowadza czytelnika od razu w piekło wojny, i to wojny w jej najbardziej krwawej, bezwzględnej, okrutnej postaci. To początek końca świata Kresów. Przez rodzinną wioskę bohaterów położoną gdzieś na Pokuciu przetaczają się wojska niemieckie i sowieckie. Terror skutkuje aresztowaniami, wywózkami na Sybir albo w głąb Rzeszy, eksterminacją – w pierwszej kolejności Żydów. 

  "Wielkość nie tkwi w zwycięstwie, ale w postawie, w wyborze."

   Srokowski na kartach powieści kreśli budujące przykłady poświęcenia zwykłych ludzi, którzy z narażeniem życia ukrywają – to chyba najlepsze określenie – swoich bliźnich. Są nimi przede wszystkim Żydzi, ale także radzieccy i niemieccy żołnierze. Płacą za ten heroiczny, ludzki odruch najwyższą cenę.    Ale to nie sowiecka ani niemiecka napaść budzi w mieszkańcach Kresów największą trwogę. Gros miejsca w swojej powieści poświęca autor konfliktowi nacji od wieków żyjących obok siebie: Polaków i Ukraińców. Dotyka kwestii dziś relatywnej w stosunkach tych dwóch państw, opisując ją rzetelnie, podpierając się obficie cytowaną dokumentacją (listy, relacje świadków, artykuły). Nie waha się wyrażać własnego zdania w sprawach drażliwych, jak choćby w kontrowersyjnej kwestii wspierania ukraińskiego nacjonalizmu przez greckokatolickiego arcybiskupa Andrzeja Szeptyckiego.       Boję się pomyśleć, co się stanie za kilka czy kilkadziesiąt lat, gdy świat zamknie oczy i zażąda „Oszczędźcie nam tych okrucieństw”. Opowiadanie dziejów to nasz święty obowiązek.

       Autor nie daje czytelnikowi ani chwili na ochłonięcie. 
       Podczas lektury „Zdrady” rodzą się pytania o człowieczeństwo, siłę nienawiści, granice okrucieństwa i sens zadawanego cierpienia. Czytelnikowi nie pozostawia się złudzeń – morze wylanej krwi na nic się zda, ból pozostanie tylko bólem, poświęcenie nie okupi niczego poza honorem. Pozostaje wiara, że hekatomba ofiary nie będzie zapomniana. I po to powstała ta książka. Ku pamięci i ku przestrodze. Żądzę odwetu we współczesnych politycznych warunkach należy przekuć w cześć dla pomordowanych. Znajduje potwierdzenie prawda, że stosunek żyjących do tych, którzy odeszli, jest częścią kultury każdego społeczeństwa i narodu.

      "Za nami cienie naszych dziadów i pradziadów. I one upominają się o prawdę."

 Mariola Kruszewska 

 *Cytaty pochodzą z książki „Zdrada”
 "Magazyn Kulturalno-Literacki" 

 
**************************************************************************************  

 „Nienawiść”, Srokowski Stanisław

Autor: Bohun (www.biblionetka.pl/art.aspx?id=61784)

 

"Nienawiść" Stanisława Srokowskiego to nie jest książka o zbrodniach ukraińskich na Polakach i Żydach w czasie II wojny światowej. A przynajmniej nie jest to tylko książka na ten temat.  To książka opisująca to, do czego zdolny jest człowiek pozostający pod wpływem nienawiści. Czytając tę książkę miałem na myśli nie tylko co najmniej 100 tysięcy Polaków pomordowanych przez ich ukraińskich sąsiadów na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w czasie ostatniej wojny. Myślałem też o innych ludziach, którzy zginęli w podobny sposób: o Żydach na Podlasiu w 1941, o ludach bałkańskich w czasie wojny w latach 1990., o krwawych walkach w Afryce - o wszystkich tych, którzy zostali zamordowani w niezwykle okrutny sposób nie przez władze obcego czy swojego państwa, ale przez sąsiadów, z którymi wcześniej przez długi czas mieszkali, współpracowali, bawili się, chodzili do szkoły... Książka ma przemyślaną strukturę. Opowiadania zawierają coraz bardziej okrutne opisy. Czytelnik stopniowo oswaja się ze zgrozą. Mimo tego oswajania opowiadania takie, jak "Matka, syn i córka", "Lea", "Ołena", "Nauczycielka i uczniowie" po prostu nie dają się czytać bez robienia przerw. Równie przerażające wrażenie zrobiły na mnie jeszcze tylko "Opowiadania kołymskie" Warłama Szałamowa. I podobnie jak tamta lektura, ta również pytanie - jaka jest prawdziwa natura człowieka? Czytając dziękujemy Bogu nie tylko za to, ze nie jestesmy w roli ofiar opisanych w tych książkach, ale również za to, że nie byliśmy świadkami tych wydarzeń i nie musimy nosic pod powiekami tych budzących zgrozę scen. Końcowe opowiadania ze zbioru, a także posłowie autora wyjaśniają jego intencje. Nie chce on budzić nienawiści wobec Ukraińców. Wspomina zresztą również o odwetowych zbrodniach polskich. Autor nie obciąża odpowiedzialnością za zbrodnie całego narodu ukraińskiego, podkreślając, że większość Ukraińców była przeciwna czystkom etnicznym w stosunku do Polaków i Żydów, a niektórzy z nich ratowali swych sąsiadów (za co w wielu wypadkach zapłacili własnym życiem). Autorowi zdają się przyświecać dwa cele: uniwersalna przestroga przed tym, do czego zdolny jest człowiek działający pod wpływem nienawiści oraz danie świadectwa prawdzie i uczczenie pamięci pomordowanych. Bo prawdziwe pojednanie polsko-ukraińskie możliwe jest tylko dzięki znajomości prawdy, a nie - zapomnieniu.

**********************************

 Komentarze:

 

1.      Tytuł recenzji doskonale pasuje do odczuć podczas lektury. Conradowskie "jądro ciemności" pozostaje przed nami ukryte, bo jak można szukać jakiegokolwiek sensu w mordowaniu niemowląt czy rozpruwaniu brzuchów ciężarnych? O dalszym bestialstwie nie wspomnę, bo po paru miesiącach od lektury przechodzą mnie dreszcze. Powiem tak, jest to jedna z książek, do których na pewno nie wrócę nigdy. Jej lektura pozostawia traumę na długi czas.

„00761”

***

2.     Przerażająca książka. Dziś rano skończyłam. I podobnie jak osoba komentująca przede mną jestem pewna że przeczytanie jeden raz tej książki wystarcza. Autor narysował nam niesamowicie obrazowe sceny tej makabry, momentami czułam się jakbym była obok i patrzyła się na wszytko moimi oczami a nie narratora. Nie da się tej książki przeczytać naraz, jednym tchem. Tą książkę należy położyć w bibliotece i patrząc się na tytuł pamiętać do czego prowadzi to straszne słowo.

„ aniakosc”  

***

3.     Jestem w trakcie czytania tej książki i zmagam się z nią. Nie potrafię przejść przez ten ogrom nieszczęść i okrucieństwa. Odkładam i wracam do niej. Doszłam do momentu w którym stwierdziłam, że dalej nie mogę, buntowały się moje wnętrzności, mój umysł. Ból i groza widziana oczami ośmioletniego chłopca. Zastanawiałam się dlaczego, po co Srokowski ją napisał? Będąc w połowie książki sięgnęłam do Posłowia i to mi wszystko wyjaśniło. Mimo wszystko polecam. Wiem, że będę szukała innych książek Srokowskiego.

„aleks”

 

 BYĆ, ALE NIE ZAISTNIEĆ

Maria T.      
O nonkonformistycznej literaturze polskiej dzisiaj


Uparcie powtarzają się w mass mediach opinie, że nie ma literackiego świadectwa doświadczeń historycznych ostatnich dziesięcioleci. Podobnie podsumowania stanu dzisiejszej kultury polskiej lub kondycji języka polskiego zawierają zazwyczaj krytyczne oceny literatury. Bo jest powierzchowna, eskapistyczna, bo nadużywa wulgaryzmów lub potocyzmów, bo zredukowała się do czczej zabawy słownej. Nawet episkopat w liście o zagrożeniu polszczyzny obwiniał m.in. literaturę.

A co to jest literatura? Instytucja kreowana przez wpływowe media? Ogół pisanych w danym okresie utworów literackich? Publikowane
powieści, opowiadania, wiersze? Jeżeli przyjmiemy się, że literatura jest instytucją, to zgoda. Mamy fasadową, zastępczą, koniunkturalną grę pozorów. Ale mamy tym samym tautologię: z założenia, że literatura jest częścią panującego systemu konformizmu, wynika jałowy poznawczo wniosek o konformizmie literatury.

Aby przeczytać miarodajną liczbę niepublikowanych utworów, trzeba znajdować się w innym miejscu niż pisząca ten tekst kontestatorka. Sędziwi przyjaciele wybitnych pisarzy, recenzenci wydawniczy, d
ziałacze stowarzyszeń pisarskich, jurorzy konkursów lub młodzi „trenerzy" (!) adeptów kursów creative writing teoretycznie coś mogliby na temat dzieł niedopuszczanych do druku, recytacji lub prezentacji internetowych powiedzieć. Niekoniecznie wszakże te elitarne kręgi czytelników-selekcjonerów kadry literackiej wiedzą coś o arcydziełach nieznanych, których autorzy nie życzą sobie stawać w szranki ze spragnionymi, by „zaistnieć" naiwnymi miernotami. Tajemnicy Nieznanego z definicji nikt nie pozna. Wydaje się ona raczej mitem.

Przypomnijmy sobie półki księgarń. Nie zwracając uwagi na pozycje wystawione zgodnie z poleceniem służbowym działu marketingu danej sieci, dociekliwie poszperajmy. Im bardziej coś jest ukryte, tym ciekawsze. Poszukajmy przemilczanych albo
odwrotnie - unicestwionych gremialnym atakiem krytycznoliterackich karierowiczów książek. I co? Dalej nie ma literatury pisanej przyzwoicie i podejmującej ważne sprawy naszych czasów? Jest przecież kilka powieści Janusza Krasińskiego: Na stracenie, Twarzą do ściany, Niemoc, Przed agonią, Bracia syjamscy z San Diego. Są głębokie, ukazujące duchowy aspekt obecnej walki przeciw złu dwie nowsze powieści Bronisława Wildsteina: Mistrz oraz Dolina nicości, żeby już o jego wcześniejszych książkach się nie rozpisywać (ale znaleźć je i przeczytać warto). Jest powieść-suma doświadczeń ludzi Solidarności, Kazimierza Brauna Dzień świadectwa i tegoż autora rzecz o typowym przedstawicielu pseudoelity, Pomnik, są jego dramaty zebrane w tomie Sztuki o Polakach. Ukazują się liczne nowe wstrząsające książki Stanisława Srokowskiego: Nienawiść, Ukraiński kochanek, Zdrada... Zabierają głos w kwestiach fundamentów naszej powojennej rzeczywistości tacy twórcy, jak: Marek Harny (bodaj najlepsza jego powieść - to Urodzony z wiatru), Wacław Holewiński, łączący motywy wojennej przeszłości z teraźniejszością uczestników niecenzurowanego obiegu wydawniczego (Za późno na modlitwę, Lament nad Babilonem), są flirtujący niekiedy z konwencjami literatury sensacyjnej Szczepan Twardoch (np. Przemienienie), Marcin Wolski (z niezrównanym Noblistą), Henryk Skwarczyński (od pouczającego eseju autobiograficznego Z różą i księżycem w herbie do prowokacyjnej intelektualnie zagadki Jak zabiłem Piotra Jaroszewicza). Możemy wybierać od dziennikarskich powieści o aktualnie dyskutowanych postawach polityków i reporterów (np. Żywina i Ciało obce Rafała Ziemkiewicza) po bardziej skomplikowany tok narracji Wenantego Bamburowicza. Od Trzech tekstów o wojnie, Nul, Nekropolis Marka Nowakowskiego, Parku Wschodniego Wacława Grabkowskiego, prozy Stanisława Esden-Tempskiego po eseistykę w rodzaju Generała w bibliotece, Śmietników i ogrodów, Pustelnika z Krakowskiego Przedmieścia Andrzeja Dobosza. Od wysmakowanej, pełnej sekretów dla doświadczonych koneserów prozy Piotra Wojciechowskiego (Doczekaj nowiu) czy Eustachego Rylskiego (Wyspa, Człowiek w cieniu, Warunek) po atrakcyjniejsze dla odbiorców oswojonych z konwencją fantastyki opowieści Jacka Dukaja. Wśród poetów średniego już pokolenia, próbujących sprostać goryczy przegranych zwycięstw przypominają się nazwiska: Jarosława Marka Rymkiewicza, Juliana Kornhausera (znakomite Origami) i rzadko publikujących, milknących na zbyt długie lata: Macieja Strzembosza i Krzysztofa Koehlera. Z eseistów powinno się opisać zwłaszcza Dariusza Karłowicza, Piotra Lisickiego, Ryszarda Legutkę. Dobry esej to też literatura. Wyliczanie nazwisk i tytułów można kontynuować, nie dysponując wcale uprzywilejowanym punktem obserwacyjnym. Kto zanalizuje, usystematyzuje, spopularyzuje nonkonformistyczną literaturę ostatniego dwudziestolecia? Nie uczyni się tego w ramach instytucji skrupulatnie strzegących odziedziczonych po PRL hierarchii autorytetów. Jeśli ktoś jest niezależny, ma czas, wolę i upór, rozumie znaczenie literatury - zapraszam do tematu. Jest wolny.
(Polis, miasto Pana Cogito)

***

 Przesyłam Panu "garść "słodkich poziomek z mojego ogrody w podziekowaniu za Pana piękną książkę "Zdrada"

 
W ubiegłym roku obiecałam, że wyrażę swoją opinię po przeczytaniu "Zdrady".Pomyśli Pan, że długo ją czytałam. Otóż ja nie pochłaniam książek jedną po drugiej - byle coś przeczytać.Traktuję książkę, którą chcę przeczytać - o interesującej mnie tematyce -jak "dobre ciastko".Jem go powoli, delektując się jego smakiem.Takim też ciastkiem była dla mnie ta książka.
Jestem emerytką i nie stać mnie na wiele książek.Czytam więc powoli, by starczyło mi treści na dłużej,by wypełniała mi czas.
    Pierwszy raz spotykam się z opisem gwiazd jak w zdaniu;"Zza chmur wypłynął żółty księżyc i błysnęły dalekie sine gwiazdy."
    W opisach, wierszach, zawsze gwiazdy są srebrzyste, a tu sine.To zdanie oddaje w pełni sytuację, jaka miała miejsce.Przy opisie tej ludzkiej tragedii musiały i gwiazdy "zsinieć".
        Jak dogłębnie oddał Pan w tej książce to, co człowiek człowiekowi potrafi zrobić.Cichaczem na bezbronności innych budować swoją siłę.
Na wojnach jedni odchodzą a inni mają darowane życie.I mówi się, że jest im to pisane, że mają coś do zrobienia, jakąś misję.
 
    Jeśli Pan przeżył te czasy, to właśnie po to, by móc je opisać.
 
    Serdecznie pozdrawiam Wiesława M.
 
***

2009-11-21 20:11 | Jerzy Świdziński

W dniach 25-26 listopada odbędzie się w Krakowie sesja naukowa ku czci grecko-katolickiego aba Andrzeja Szeptyckiego. Impreza ta wzbudza wiele kontrowersji, ponieważ osoba Arcybiskupa kojarzy się mocno z wspieraniem nacjonalizmu ukraińskiego podczas II wojny światowej.

Jak przypominają środowiska kombatanckie i kresowe abp Szeptycki popierał agresję III Rzeszy inicjując m.in. modlitwy w intencji wojsk niemieckich, a także wysyłając list dziękczynny do Adolfa Hitlera. Ponadto zarzuca mu się brak wyraźnego sprzeciwu wobec dokonywanego przez nacjonalistów ukraińskich ludobójstwa na ludności polskiej, żydowskiej, czy ormiańskiej, jak również brak reakcji na aktywny udział niektórych grecko-katolickich duchownych w OUN-UPA.

Abp Szeptycki wyraził też zgodę na uroczystą inaugurację działalności zbrodniczej 14 Dywizji SS „Galizien” w katedrze św. Jura we Lwowie w marcu 1943 roku oraz oddelegował duchownych do tejże Dywizji.

Przygotowywana sesja naukowa ma się odbyć w Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie, a patronatem objęli ją kard. Stanisław Dziwisz, a także lwowski arcybiskup grecko-katolicki Igor Wożniak. Warto przypomnieć, że ów hierarcha w październiku 2007 roku poświęcił we Lwowie pomnik Stepana Bandery, wyrażając się o tym ukraińskim „bohaterze” narodowym m.in. w takich słowach:

Dla naszego mądrego narodu, dla Naszej Cerkwi ten człowiek jest bardzo drogi, dlatego że wywodzi się z kapłańskiej greko-katolickiej rodziny, był wychowany w duchu miłości do Boga i bliźniego, dostrzegał krzywdę, wyrządzaną jego ludowi, poświęcił swoje życie, aby przyszłe pokolenia mogły żyć w wolnej Ukrainie.

Jak wyglądała ta jego „miłość do Boga i bliźniego” i jakie skutki odniosła jego polityczna ideologia wiemy doskonale dzięki znakomitym pracom polskich historyków (np. monumentalne dzieło „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945” Władysława Siemaszko i Ewy Siemaszko), czy innym książkom, których celem jest zwięzłe przypomnienie okrutnych faktów sprzed kilkudziesięciu lat (np. „Przemilczane ludobójstwo na Kresach” ks. Tadeusza Isakowicz-Zaleskiego).

Wiele wskazuje na to, że krakowska konferencja może przybrać bardziej charakter propagandowy, aniżeli naukowy, i którego ukrytym zadaniem będzie relatywizacja historii na niekorzyść prawdy (takie obawy może wzbudzać choćby sam tytuł sesji, który brzmi: „Metropolita Andrzej Szeptycki – człowiek Kościoła, działacz społeczny, mąż stanu”). W obliczu takich działań pilnym zadaniem wydaje się ciągłe przypominanie o okrucieństwie i o krwi, która polała się na Podolu i Wołyniu. To na tej w ogromnej mierze polskiej krwi powstawało współczesne państwo ukraińskie i o tym trzeba wiedzieć, i o tym trzeba pamiętać.

Właśnie pamięć i prawda o tych wydarzeniach zmobilizowała polskiego pisarza, Stanisława Srokowskiego, do napisania kresowej powieści zatytułowanej Zdrada (wydawnictwo Arcana, Kraków 2009).

Po Nienawiści i Ukraińskim kochanku, którego Zdrada jest kontynuacją, to już trzecia książka Srokowskiego, który tragiczne fakty dotyczące naszego Narodu przedstawia w formie zbeletryzowanej.

Powieść czyta się znakomicie, lektura pochłania od pierwszej do ostatniej kartki. Mimo przesycenia okrucieństwem od książki naprawdę trudno się oderwać.

Właśnie to, że książka jest zbyt krwawa, można by zarzucić Autorowi. Ale z drugiej strony jak inaczej można by opisać tę gehennę, którą przeżywali m.in. nasi Rodacy z rąk banderowców? Przecież Srokowski nie wymyślił sobie tych wszystkich wyszukanych tortur, jakimi darzyli swoje ofiary walczący o samostijną Ukrainę faszyści i nacjonaliści ukraińscy. O ich sposobach walki o niepodległość wiemy z licznych relacji świadków. Zacytujmy tylko jeden fragment powieści:

Młoda kobieta zaczęła rodzić. Wyobraźcie sobie?! Wśród zaduchu, potu i strachu. Zaczęła rodzić na kamiennej posadzce, tuż przed ołtarzem. Bóle porodowe były coraz silniejsze. Kobieta pojękiwała. Kościół zastygł. Ludzie wstrzymali oddechy. A stojący w pobliżu bandzior, widząc wydobywającego się noworodka, rzucił go pod nogi i główkę dziecka zmiażdżył butem, rozcierając jak robaka.

Stanisław Srokowski w Zdradzie, ale i w poprzednich książkach, koncentruje się na okrucieństwie bandytów z OUN-UPA. Niemniej przy wciąż szerokiej propagandzie relatywizacji historii jest to w pełni uzasadnione i zrozumiałe. Powieść jednak wbrew pozorom jest niezwykle, że tak powiem, sprawiedliwa. To znaczy obok niewątpliwych cierpień Polaków mówi szeroko o cierpieniach, których doznały również inne nacje, jak choćby Żydzi, czy Ormianie. Przyznaje, że i Polakom zdarzały się okrutne akcje odwetowe. Niemniej właśnie odwetowe (a więc choćby w sensie psychologicznym usprawiedliwone), a nie z nienawiści do innego narodu.

Oddaje również hołd sprawiedliwym Ukraińcom, którzy nie popierali zbrodniczych metod walki o niepodległość. Obok kilku wspominanych historycznych postaci niejako symbolem takiej postawy jest w powieści postać popa Kiryło, który własnym ciałem zagrodził dostęp do kościoła, w którym odbywała się rzymsko-katolicka Msza św. W takim przypadku, jeśli ktoś sprzeciwiał się obłąkanej i chorej ideologii Dmytra Doncowa, Stepana Bandery i Romana Szuchewycza, nie było dla niego litości. Pop Kiryło zawisł przed kościołem, a zebranych w świątyni Polaków wymordowano co do jednego.

Czytając tę książkę nieraz można odczuć pragnienie odwetu, nawet po latach, pragnienie sprawiedliwości. Odczuwa się również żal za utraconymi polskimi Kresami, szczególnie jeśli jest się potomkiem rodziny wygnanej z ziemi, na jakiej żyły pokolenia przodków przez całe wieki. Ale najważniejszym celem tej powieści jest prawda i pamięć. Dlatego książkę tę nie tylko powinno się przeczytać, ale wręcz trzeba. Koniecznie."


Jerzy Adam Świdziński
Prawica.net

*** 

Cierpki smak literatury

 
Stanisław Srokowski
W ostatni piątek 20 listopada w restauracji „Pod gruszą” w Krakowie odbyło się spotkanie autorskie, którego gościem był dobrze znany wszystkich miłośnikom Kresów pisarz Stanisław Srokowski. Podczas spotkania, oprócz dyskusji na temat literatury i historii, padło również wiele gorzkich słów pod adresem dzisiejszej polityki pamięci Polski i Ukrainy.


Celem spotkania zorganizowanego przez wydawcę "Zdrady" Wydawnictwo Arcana, poza dyskusją na temat nowej książki S. Srokowskiego, było także podjecie refleksji na temat zbrodni dokonanych przez Ukraińców na Polakach (oraz innych nacjach) w okresie II wojny światowej i stosunku obu narodów do tych wydarzeń.

Sam autor, jak podkreślił, wierzy w możliwość, a nawet konieczność rozmowy z drugą stroną i budowania dobrych relacji na prawdzie jako jedynym trwałym fundamencie.

Istnieje znacząca różnica w postawie względem ludobójstwa na Kresach u różnych części ukraińskiego społeczeństwa (ważny jest podział geograficzny) i należy to wykorzystać. Nacjonalistycznych nastrojów używa się do politycznej gry, co powoduje wzrost niechęci do Polaków w zachodnich obwodach oraz nacisk na dalsze fałszowanie historii. Jednoznaczna postawa polskich władz mogłaby stać się jasnym sygnałem, iż nie ma przyzwolenia na zapomnienie o polskich ofiarach na Kresach, a jednocześnie odporem dla narastającej fali ekstremizmu.

Gość spotkania, sam pochodzący z okolic Tarnopola i uratowany z masakry przez Ukrainę, której imię i nazwisko zachował wciąż w pamięci, wielokrotnie w czasie rozmowy przekonywał do porozumienia z Ukraińcami. O obliczu narodu ukraińskiego nie może stanowić faszyzująca mniejszość chwaląca zbrodniarzy, zamiast ludzi, którzy ratowali innych.

Honorowanie Ukraińców ratujących wówczas Polaków, Żydów czy Ormian jest jednak trudne ze względu na niechęć samych zainteresowanych - nadal kieruje nimi obawa nie tylko przed napiętnowaniem przez nacjonalistów, ale także o bezpieczeństwo swoje i swoich bliskich.

Padło także pytanie o rolę literatury - samemu autorowi często stawia się zarzut zbyt brutalnego opisu rzeczywistości, jako można było usłyszeć na spotkaniu, krytycy niekiedy nie mogą wręcz przez książkę przebrnąć, ponieważ jest ona dla nich zbyt traumatyczna. Nie da się jednak mówić o rzeczach strasznych bez strasznych słów i obrazów, a problemy narosłe między Polakami i Ukraińcami powinny zostać wyartykułowane bez zbędnych eufemizmów.

Nowa powieść Stanisława Srokowskiego, ukazująca trudne losy przedstawicieli różnych narodów na Kresach Wschodnich, na pewno pomoże zrozumieć obecne zapętlenie stosunków polsko-ukraińskich. Kontynuuje ona główne motywy "Ukraińskiego kochanka", jednocześnie zapowiadając dalszy rozwój sagi.

Mateusz Kędzierski

 Kresy 

***

LADACZNICA I CHŁOPCY 

 Pan Ryszard Kowrygo przysłał mi szkic poświęcony powieści "Ladacznica i chłopcy". Niezwykły to szkic, drobiazgowa analiza postaw i zachowań bohaterów, ocena walorów książki i krytyczne spojrzenie na poszczególne wątki.  Rzadko się zdarza, by czytelnik z taką pasją śledził losy postaci i przyglądał się strukturze dzieła. Jako autorowi niezręcznie mi o tym mówić, ale fakty są nieubłagalne. Pan Ryszard jest czytelnkiem idealnym. Pisarz może się nim zachwycać, ale też powinien  się go bać. Bo nic nie ujdzie czujnemu oku.    

Pobierz pełny tekst szkicu (w formacie PDF) 

*** 

 "STREFA CISZY"
(wiersze)

"
Nowy tomik Srokowskiego jest... książką ważną. Stanowi przejmujący zapis autentycznych zmagań poety o to, by ujarzmić własne ciemności duchowe. Ich (wierszy) siłą jest liryczna szczerość i wymowność."
Krzysztof Nowicki

 
"PRZYJŚĆ ABY WOŁAĆ"
( powieść) 

"Powieść Stanisława Srokowskiego... to jest taki chłopski Beckett. Bohaterowie czekają na sygnały od synów jak na Gododa. Jest ona utworem bardzo interesującym i oryginalnym."
Michał Głowiński

 

***
"
Powieść Srokowskiego nabiera wymiarów uniwersalnych, staje się egzystencjalnym traktatem o ludzkiej kondycji."
Jarosław Haak

 

***
"
Proza Srokowskiego jest prozą czystą. Świat przez nią kreowany jest sam dla siebie kosmosem a jednocześnie wziernikiem w sprawy najdalsze, ostateczne, niemal metafizyczne."
Marek Jodłowski

 

***
"
Srokowski staje po stronie ludzi, którzy nie mają żadnej szansy."
Krzysztof Nowicki

 

***
"
Nareszcie nowa książka-zjawisko."
Henryk Worcell


***
"To jest bardzo człowiecza opowieść o dzikiej obronie świadomości przed grozą czasu progu. Cieszę się, że mogę w Srokowskim powitać dobrego pisarza o dużych ambicjach i śmiałości opowiadania po swojemu."
Wojciech Żukrowski

"FATUM"

(powieść
 

"To niewątpliwie przejmująca książka. Wnikliwy, wystudiowany obraz starego małżeństwa....zamkniętego w czterech ścianach."
Krzysztof Nowicki

"SEN BELZEBUBA"

(powieść)

 "Powieść jest książką satyryczno-groteskową. Środowiskowa satyra... dowcipny paszkwil na pozy, koterie, anse, układy, podchody, sposób bycia i myślenia lokalnych wielkości."
Janusz Termer

*** 

   Gliwice, dnia  07 – 21. 12. 2009 r. i  18. .01.2010 r.

  Przedmiotem analizy jest wydanie „Snu Belzebuba”  z roku 1982, w Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich, we Wrocławiu. Sygnalizuję to na wszelki wypadek, gdyby było inne wydanie, późniejsze i różniło  się od wydania z roku 1982.

   Jak rozumieć deklarację na początku książki ? ( str. 5 ) Czytelnik jest zdezorientowany, wcześniej przeczytał na okładce książki – obwolucie, krótkie recenzje – szczególnie ostatnią pochodzącą chyba od wydawnictwa – która mówi co innego. Czytelnik nie wie jeszcze, co zawiera książka, bo jest przed rozpoczęciem lektury, stąd jego rozterka. Czy podane  fakty są prawdziwe, okaże się to po zweryfikowaniu na podstawie lektury oraz znajomości życiorysu Autora. Natomiast osoby też pewnie są prawdziwe, lecz przypisane im nazwiska są fikcyjne. Tak samo jak nazwy miejscowości występujące w powieści.

   Pragnę zwrócić na początku uwagę, iż analizę książki dokonuję in statu nascendi, więc niektóre uwagi wcześniejsze,  mogą się różnić od późniejszych, albowiem to wynika z kolejności przeczytanego tekstu książki. W stopce wydawniczej jest informacja, że oddano do składania 30 lipca 1981 r., natomiast na str. 329  podano  informację, że rękopis powstał w latach 1968-1972 , czyli książka przeleżała w szufladzie 10 lat ( biorąc pod uwagę, że druk ukończono w lutym 1982 r. ). Trzeba było festiwalu Solidarności ( pierwszej Solidarności ), aby książka ujrzała światło dzienne. Takich książek było dużo więcej. Nie mogły być wydane ze względów ideologicznych, a którym to umożliwił krótki okres I - wszej Solidarności. Na stronie 7 książki jest : „ (…) z miastem B, zwanym dalej ze względu na wzgląd Podparyżem ”. Można sądzić, iż pod literą „B” kryje się Breslau-Wrocław. Z powodu jakich okoliczności, miasto B-Breslau-Wrocław - nazwane zostało przez Autora Podparyżem? Pytanie, co robił Filip Smak od marca 1968 r. do września 1968 r. ? Naciski SB ( Służby Bezpieczeństwa -  policja polityczna w PRL ) były już przypuszczalnie w marcu, a on zdecydował się do wyjazdu dopiero we wrześniu 1968 r. Wedle księdza Kromka, Filip Smak to  : „(…) heretyk, niedowiarek, a przy tym wierszokleta (…)”. Filip Smak pracował w szkole, gdzie dyrektorem był Zbigniew Pietruszka,  zaś jego interpretacja literackich wyczynów Filipa Smaka zaważyła na opinii społecznej miasteczka i dzięki temu stał się kimś. Filip otrzymał nagrodę 3 września 1968 r., a 5 września 1968 r. był kimś.

   Pewne analogie Filipa Smaka do autobiografii  Autora. Też belfer, po marcu 1968 r. na celowniku SB. Też nagroda literacka. We wrześniu 1968 r. Filip Smak stał się kimś za przyczyną dyrektora szkoły. W tamtych czasach dyrektorzy byli z nadania PZPR ( Polska Zjednoczona Partia Robotnicza). Taki dyrektor wiedząc, że belfer ma problemy z SB, nic by nie zrobił dla takiego nauczyciela, bojąc się o własną skórę. Po marcu 1968 r. Filip Smak był na cenzurowanym, ciekawe, pomimo nacisków SB dyrektor szkoły spowodował rozgłos nauczyciela w środowisku małego miasteczka. Nie wydaje się to prawdopodobne ani możliwe w tamtych czasach. Na pewno dostał zadanie „odstrzelenia” belfra, a nie wspieranie go. Ponadto można sądzić, z wypowiedzi Filipa Smak, że dyrektor szkoły Pietruszka wysyłając woźnego, żeby przyszedł na rozmowę, chciał spowodować pozostanie Filipa w szkole w K. Nie wydaje się to prawdopodobne, ani możliwe w realiach tamtych czasów. Dyrektor Pietruszka nie spowodowałby pozostania Filipa w pracy, a sam też straciłby stanowisko. O tym, kto był dyrektorem szkoły i kto mógł być nauczycielem, nie decydowała nawet PZPR, lecz policja polityczna, w omawianym czasie SB – Służba Bezpieczeństwa.

   Filip Smak nie był krezusem, o czym świadczy połatana wiatrówka, jako okrycie wierzchnie na podróż wrześniową do Podparyża. Filip Smak pewnikiem zrozumiał, że pracą belfra nic nie osiągnie, do niczego nie dojdzie, będzie stale bez pieniędzy, przygarbiony wiecznie, niedospany, przemęczony, wychudły. Stwierdził, jak jego życie zmieniło diametralnie, drobne w istocie wydarzenie, przyznanie nagrody za wiersz o wiośnie przez Wydział Kultury Rady Narodowej miasta Wrocławia.

   Przekonał się, jak nośnie społecznie jest zawód „literata”, „poety” czy „pisarza”. To było prawdziwą przyczyną chęci zmiany dotychczasowego życia. Strona 13-14-15 Prawda Filipa nie może się wyartykułować. Co to jest Wielka Prawda – jest jasnością – nic nie tłumaczy, nic nie oznacza, nic nie wyjaśnia. W przemyśleniach Filipa widzę pewne paralele do późniejszej „Samotności” – do Anastazego alter ego Autora. („Samotność” Prószyński i S-ka, Warszawa 2008 r.) Dopiero na stronie 103 dowiadujemy się, że bohater powieści ma na imię Anastazy. To imię wypowiada przyjaciółka żony Waleria. Sam Autor to potwierdza na str. 112 „Samotnośc”i. Ale na str. 183 okazuje się, że Autor jest Karol, tak go nazywa żona prof. Winkarta.

  

   Wracając do Snu Belzebuba, Filip Smak poszukiwacz prawdy wewnętrznej, nie dociera do tej prawdy, nawet się do niej nie przybliża ( str. 15 ). Widać również ( str. 14 ) że Filip Smak był swobodnych obyczajów, bo sypiał z żoną „inicjatywy prywatnej”. Jeżeli przystanek autobusowy w K., na którym stał Filip dnia 13 lipca 1968 r., był przystankiem komunikacji miejskiej, to znaczy, że miasteczko K. nie było takim małym prowincjonalnym miasteczkiem, jakby wynikało z opisu bohatera. W tamtym czasie, komunikację autobusową miejską, miały duże ośrodki miejskie, chyba że ów przystanek był przystankiem komunikacji PKS. Wedle tego, co powiedział Filip Smak na przystanku autobusowym w K. 13.07.1968 r. jego prawda wewnętrzna w istocie sprowadzała się do procesu rozmyślania.

   Stwierdzenie Filipa Smak, że jego prawda wewnętrzna rozciągała się od nierealności do realności, od snu do jawy, nie przybliża czytelnika do jej poznania. Przypuszczam, że Filip Smak sam nie wie, co to jest prawda wewnętrzna. „ Filip nią żył. Nią. I z nią” ( str. 16 książki ), czyżby ta  „prawda wewnętrzna” stanowiła, ograniczała się do jego jestestwa ? Filip uważał, że nie wolno mu spocząć, dopóki nie wyjaśni zagadki swojego wnętrza. Czyżby chodziło mu o poznanie anatomiczne swego wnętrza ? Nie był od tego bardzo daleko. Filip mówi o czymś innym. Filip Smak mówiąc o rzeczach, które są w nim, powinien uściślić, iż myśl, która uosabia rzecz, może być obrazem rzeczy istniejącej na zewnątrz niego. Jednym słowem, czy myśl może być zgodna z rzeczywistością. Mówiąc, że to tylko pozory, symbole, zakwestionował możliwość poznania przez człowieka świata zewnętrznego. Jeżeli tak, istotę sprawy sprowadziłby do absurdu.

  

   Dziwne stwierdzenie, że uczniowie lubili Filipa dlatego, że : „(…) był jedynym nauczycielem, który odróżniał uczniów wrażliwych od niewrażliwych (…)” str. 18 książki. Czy uczniowie niewrażliwi, mogli być zadowoleni, gdy nauczyciel – profesor – ich stygmatyzował  „niewrażliwością” ? wątpliwe ! Nie może być, aby klasa przypadkowych osób, z różnych środowisk społecznych in extenso – in gremio – była w równej mierze inteligentna i wrażliwa. Praktyka pedagogiczna Filipa Smak nie pociągała ( str. 18 ). Wysłanie tekstów na konkurs i fakt, że został laureatem, spowodowało,  że uwierzył, iż jest bliski odkrycia prawdy o swoim wnętrzu. Ciekawe spostrzeżenie, załóżmy, iż nie zostałby laureatem, to wtedy nie byłby bliski odkrycia prawdy o swoim wnętrzu ? Nonsens. Na stronie 11 książki, Filip Smak stwierdza, że musiał się wynieść z miasteczka K. za sprawą smutnych panów ( funkcjonariusze SB ), którzy stwierdzili, że popadł w polityczną niełaskę : „ (…) jeśli sam tego nie zrobi, zrobią to za niego inni ”, natomiast na str. 18 stwierdza, że postanowił wyjechać z K., bo liczył, że w mieście B. szybciej odkryje prawo, które kieruje jego losem, i prędzej objawi światu swoje odkrycie. Ponadto wyjechał z K.: „(…) bo nie mógł zrozumieć tego wszystkiego, co się tam działo ”.    

    Która wersja jest prawdziwa, czy ta ze strony 11 czy ta ze strony 18, a może obie naraz ? Szkoda, że Autor tego nie rozstrzygnął. Filip Smak uwierzył, że w warunkach miasta B. łatwiej zbliży się do prawdy. Czyżby warunki w dużym mieście bardzo sprzyjały dochodzeniu do prawdy? Czyżby miejsce egzystencji człowieka, determinowało sposób przemyśleń, rozwoju myśli ? Nic bardziej złudnego ! Może tylko ułatwić, ale równie dobrze może temu przeszkodzić. Kto kryje się za Eweliną Sarną - poetką ? Jak wynika z książki, była hołubiona przez miejscowy establishment za uprawianie poezji socjalistycznie zaangażowanej. Czyżby uprawianie poezji zaangażowanej politycznie – w postaci miłej dla władz danego okresu – stanowiło jakikolwiek przyczynek do cierpienia? Raczej do zaszczytów, drukowanie ponad miarę „utworów” bezwartościowych , o proweniencji „dzikiego wschodu” niż kultury śródziemnomorskiej. Można podejrzewać, że jeśli poetka „cierpiąca za współczesność” Ewelina Sarna, dożyła czasów III Rzeczypospolitej, to jest otaczana nimbem zasłużonego zachwytu przez tak zwane „łże elity” oraz środowiska jaśnie oświeconych jajogłowych intelektualistów. W większości dzieci bądź wnuki „komunistycznej arystokracji”. Oni przez koneksje, znajomości, pieniądze swoich „czerwonych tatusiów bądź dziadków”, często funkcjonariuszy służb specjalnych „cywilnych” jak i „wojskowych” mieli zapewnione studia ( choćby byli tumanami ), staże zagraniczne w krajach „zachodnich”, dla normalnych Polaków tylko w sferze marzeń. Tytuły naukowe, w tym „docenci marcowi”. Kto kryje się za małżonkiem Eweliny Sarny, a znanym tłumaczem literatury hinduskiej, Piotrem Kniejem? Dobrze byłoby już w „wolnej”  Polsce sporządzić suplement do powieści „Sen Belzebuba”, który odkrywałby imiona i nazwiska realnych osób kryjące się za fikcyjnymi nazwiskami. Autor oraz „środowisko wrocławskie” dobrze wie, kto kryje się za tymi pseudonimami, ale czytelnik już nie, jest skazany na domysły i spekulacje.

 

   Na stronie 21 Filip Smak dumając i kreśląc wizje swojej sytuacji, stwierdza : „(…) że do ostatecznego odkrycia prawdy wewnętrznej potrzebne będą jednak oczy ”. Czy oczy są potrzebne do odkrycia prawdy wewnętrznej? Prawdę wewnętrzną nie osiąga się przy pomocy zmysłu wzroku lecz myśli. Do wywołania myśli, procesu myślowego w żaden sposób nie są potrzebne oczy, chyba, że oczy są potrzebne do wzbogacenia swego „wnętrza” poprzez lekturę uczonych i nie tylko ksiąg i  utworów. To z kolei pozwoli wzbogacić proces myślowy Filipa, wznieść go na wyższe poziomy, tym samym ułatwić odkrycie prawdy wewnętrznej.

 

   Filip Smak przyjechał do B – Podparyża o godz. 5,01 – str. 8  – i do godziny 7,00 stał na peronie oparty o słup. Ze strony 23 książki wynika, że nie do końca prawdą jest  sytuacja ze str. 9 książki, że Filip nie wiedział dokąd ma iść i co ma ze sobą zrobić. Miał koło ratunkowe w postaci Wydziału Kultury – ówczesnej Miejskiej Rady Narodowej – obecnie byłby to Urząd Miasta. Bo posiadał zaproszenie, które otrzymał w czasie wręczania nagrody za wiersz o wiośnie. Czy Filip Smak wyjeżdżając z miasta K. ( według mnie Legnica ) za podszeptem smutnych panów, sądził, iż zmieniając miejsce zamieszkania uwolni się spod „opieki” tych panów ? Jeżeli tak sądził, to był w poważnym błędzie !

  

   Rozdział drugi książki.

   Niemożność odpowiedzenia na najprostsze pytania zadawane przez klientelę lokalu kategorii III – pytania egzystencjalne typu po co ludzie żyją – spowodowała chęć zostania poetą. Czy status poety, automatycznie może spowodować, iż uzyska się możliwość odpowiedzi na takie pytania? Poeta może opisywać świat, stany ducha, może zadawać pytania, lecz przez to nie spowoduje poznania tajemnicy istnienia. Jeżeli Filip Smak sądził, że status poety zbliży go do poznania tajemnicy, to się mylił. Zresztą pytanie, jak to się robi, że zostaje się poetą? Poetą się jest bądź nie, i tutaj nie pomogą żadne silne wole, choćby nie wiadomo jak twarde. Bądź zaklęcia. Bycia poetą nie można nakazać, postanowić, orzec. Najwyżej wskutek takich zabiegów można zostać marnym poetą, takim, który niczego oryginalnego, wielkiego, trwałego nie napisze. Zostanie zapomniany jeszcze w czasie swego życia. Oczywiście sam talent do bycia poetą też nie wystarczy. Jak przy każdej twórczej działalności człowieka, potrzebna jest praca, lekkość myśli, skojarzeń, poczucie piękna, harmonii. Jednak to za mało, by zostać poetą, trzeba mieć dar wyobraźni, który nie można kupić ani uzyskać poprzez mozolny trening. Ponadto trzeba mieć zdolność dziwowania się najprostszym rzeczom, trzeba mieć duszę dziecka, postrzegać świat oczyma dziecka i przetwarzać go według jego miary. Widzieć świat tak jak inni nie są w stanie go dojrzeć. Jest to skomplikowana materia niedostępna dla każdego.

  

    Filip Smak w czasie pierwszego dnia pobytu we Wrocławiu – Podparyżu , poznał wielu artystów. Z tego wynika, że poznał ich w Klubie Artystów. Czy wejście do Klubu Artystów było dostępne dla każdego człowieka „z ulicy”, czy tylko dla członków Stowarzyszeń Twórczych oraz ich gości?

   Jak wiemy, Filip przyjeżdżał do nieznanego miasta; w tym znaczeniu, że jest tam anonimowym człowiekiem, na początku drogi twórczej. Wprawdzie był oczekiwany przez kolegę ( dawnego kolegę ) wyrzuconego z pracy w K. ( Legnicy ) za niesubordynację, w wynajętej sublokatorce, ale bez pewności, że go zastanie w domu ( str. 12 książki ). Widać, że Filip Smak rankiem 20.09.1968 r. nie miał dokąd pójść. W dużym półmilionowym mieście Filip Smak od razu po wyjściu z dworca ( nieopodal postój taksówek ) zostaje rozpoznany przez znanego prozaika Kazia Druta i zaproszony na flaki i kufel piwa  w bufecie dworcowym ! Czy to nie jest zbyt ładne, aby było prawdziwe. Patrząc racjonalnie, nie wydaje się to prawdziwe, chyba że wierzymy i lubimy wierzyć w baśnie – bajki ( str. 29 książki ). To co wspomniałem wcześniej, wydaje się celowe wydanie suplementu do „Snu Belzebuba”, który by określał, kto jest  kto, co dla czytelnika stanowiłoby bezcenną pomoc dydaktyczną do książki. Czytelnik nie rozpoznaje osób, ma za mało wiedzy z hermetycznego środowiska literatów, poetów, pisarzy , aby sobie poradzić bez „pomocnika”. Na str. 33 książki wyjaśnia się sytuacja rozpoznania Filipa Smak przez Kazimierza Druta. Drut twierdzi, że był obecny przy odbieraniu nagrody za wiersz o wiośnie przez Filipa Smak. Czy wypicie jednego piwa przez Kazimierza Druta, do flaków, mogło spowodować jego mocną nietrzeźwość ? Chyba, że przed spotkaniem z Filipem był już „wstawiony”. Fakt nietrzeźwości Kazika Druta przed spotkaniem Filipa został potwierdzony na str. 30, gdzie przed udaniem się na dworzec główny, Drut miał problemy z utrzymaniem pozycji pionowej. W takim razie, pomimo „wstawienia”, prozaik Drut zachował dobrą pamięć, gdyż rozpoznał Filipa ( Autora ) na ulicy dnia 20.09.1968 r. , po jednokrotnym widzeniu w dniu 03.09.1968 r. Jest to możliwe, lecz zadziwiające! Uczciwa i prostolinijna konstatacja Filipa po niespodziewanie zakończonym posiłku w barze dworcowym przez prozaika Druta, który pozostawiwszy niedojedzony talerz flaków, zakończył „ przedstawienie ” i oddalił się, nie zwracając uwagi na kompana. Filip miał do siebie żal, że nie nawiązał bliższego kontaktu ze znanym w końcu pisarzem ( str. 35 książki ). Pewna uwaga, wynikająca z tak dokładnego opisu zdarzenia „przygody” na dworcu głównym PKP przez Autora. Pisanie książki zostało zakończone  w roku 1972, zdarzenie opisane miało miejsce 20.09.1968 r., czyli szmat  czasu, a taka fotograficzna pamięć. Przypuszczalnie to „zasługa” dzienników, które Autor musiał sporządzać na poszczególne dni czy zdarzenia. Nota biograficzna na obwolucie informuje, że „Sen Belzebuba” nie mógł się ukazać w oficjalnym obiegu do roku 1982. Dziwne, bo książka do str. 35 nie daje podstaw do obaw „władzy ludowej”, aby odmawiać jej druku. Może poza krótkim napomknięciem na str. 11, że po marcu 1968 r. przyszło do Filipa Smak dwóch smutnych panów, którzy poradzili mu, aby wyjechał z miasta K., bo popadł w polityczną niełaskę. Powodem tego była solidarność belfra z młodzieżą w tzw. wydarzeniach marcowych 1968 r. Filip Smak wyszedł na ulicę razem z młodzieżą. Ponadto na str. 12 książki, zostało podane, że kolega Filipa został wyrzucony z pracy w miasteczku K. „ (…) za zbyt samowolną interpretację narodowych dziejów oraz krytykę swojego naczelnika w województwie”.

  

     Filip Smak to człowiek niezbyt gadatliwy, a nawet nieśmiały. Na str. 36 powieści bardzo ważna charakterystyka Filipa, że gdy czymś się przejął, to rzeczywistość urastała do rangi mitu. Mit stawał się snem, a sen wymagał wyjaśnienia. Natomiast wola, wyobraźnia, logika, praca, organizowały egzotyczne myślowo wizje, budowały rzeczywistość, która nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem nie miała. Tak musiało być, bo Filip był poetą ( b. ważna charakterystyka swojej osoby, dokonana przez Stanisława Srokowskiego. Bo Filip Smak, moim zdaniem, musi być alter ego Autora. Zbyt dobrze znam biografię i  twórczość pisarza, aby się mylić! Jeślibym się mylił, to proszę o sprostowanie). W żadnej , z  dotychczas przeczytanych przeze mnie  książek Srokowskiego : „Nienawiść” ; „Samotność ” ; „Skandalista Wojaczek- legendy, prowokacje, życie ” ; „ Skandalista Wojaczek poezja, dziewczyny, miłość ” ; „ Ukraiński kochanek ” , nie było tyle informacji o Autorze, o „warsztacie myślowym”, ergo twórczym poety i pisarza. Pozwala to lepiej poznać, moim zdaniem, proces powstawania książki „Samotność ”.  Powrócę jeszcze do „Samotności”, książki tajemniczej, wieloznacznej, zagadkowej, niepodobnej do innych, przez to szalenie intrygującej, aby spróbować dokonać jej interpretacji.

 

   Widzę tutaj, w „Śnie Belzebuba” pewne analogie do sposobu konstrukcji „klimatu” tamtej powieści. Te informacje, że tak powiem, wprost z „kuchni”, warsztatu pracy, są bardzo przydatne do analizy  książek Srokowskiego. Jest to moim zdaniem bezcenna wskazówka dla osób, które chcą podążać za procesem myślowym Autora, który to proces myślowy prawdopodobnie musi poprzedzać powstanie czegokolwiek !

   Filip Smak został wyrwany ze swego środowiska – gdzie spędził 4 lata – jedzie do obcego mu, dużego miasta, gdzie praktycznie nikogo nie zna ( poza jednym kolegą ). Jedzie, można powiedzieć, w nieznane, ale nie z duszą na ramieniu, nie zalękniony, ale z pewnością trapera zdobywcy! Bo Filip Smak ma swoją prawdę, a ta prawda daje mu moc i stanowczość poszukiwań zagadki bytu.

   Na stronie 38 napisał Autor, że po drodze do Klubu Artystów, Filip zajrzał do Pawła ( Kotlica ), którego nie zastał. Następnie  Filip Smak - podał : „ (…) albowiem działacz do spraw politycznych w terenie łączność ideową nawiązywał z masami ”. Jak to się ma do tego, co zostało podane na stronie 12 powieści, że Paweł Kotlica był inspektorem szkolnym, i został wyrzucony z pracy w miasteczku K za zbyt samowolną interpretację narodowych dziejów oraz za krytykę swojego naczelnika w województwie? Czyżby Paweł Kotlica nonkonformista, przedzierzgnął się w działacza politycznego ? Ale czy taka wolta byłaby możliwa ? Służba Bezpieczeństwa czuwała, aby w szeregi przewodniej siły narodu nie wkradł się „wróg polityczny”, „wichrzyciel” , „obcy klasowo” oraz „rewizjonista ”! Do aktywu politycznego PZPR nie dopuszczało się ludzi z tzw. „ogonami” niepewnych politycznie. To, co zostało stwierdzone na str. 12 powieści, dyskwalifikowało Pawła Kotlicę jako działacza do spraw politycznych, obojętnie czy to PZPR czy jej „sojuszników” tzn. ZSL ( Zjednoczone Stronnictwo Ludowe ) czy SD ( Stronnictwo Demokratyczne ). Jeszcze raz podnoszę wątpliwość co do wejścia Filipa Smaka do Klubu Artystów. Z tego, co pamiętam ze „Skandalisty Wojaczka” czy to wydania z roku 1999, czy  z roku 2006, wejście do Klubu Artystów nie było dla każdego z ulicy, chętnego, otwarte. Czyżby owa bariera, trudność nie dotyczyła Filipa Smaka ?

    Przecież w tym czasie tj. 20.09.1968 r., Filip Smak nie był członkiem ZLP ( Związek Literatów Polskich ) ani innego związku twórczego. W tej sytuacji musiałby być wprowadzony przez „bywalca” Klubu Twórczego, a z treści powieści wynika, że wszedł sam. A propos  miasteczka „K”, jak autor określił miejscowość, z której wyjechał Filip Smak. Trudno zgodzić się z określeniem miejscowości K, jako miasteczka, gdyż jak wcześniej wskazałem, miasteczko K to Legnica. Filip Smak to alter ego Srokowskiego. Jesienią 1968 r : „(....)wygnany po wydarzeniach marcowych z Legnicy, szukałem schronienia gdzie indziej ” - strona 80 „ Skandalista Wojaczek poezja, dziewczyny, miłość ”. Zakładając, iż supozycja, że Srokowski to Filip Smak jest słuszna, to trudno zgodzić się z określeniem, że K to miasteczko. Na polskie realia, miasto Legnica to całkiem duże miasto. W latach 80 ubiegłego wieku byłem w Legnicy i wcale nie odniosłem wrażenia, iżby to było miasteczko. Raczej dość duży ośrodek miejski z dużymi zakładami przemysłowymi. Strona 40 omawianej powieści : „ Miasto każe mu się dziwić. Natura własna także ”. Przypominam tutaj moją uwagę, zamieszczoną w liście do autora z dnia 02 – 04.06.2009 r. dotyczącym lektury książki „ Skandalista Wojaczek ” wydanie z 2006 r. , gdzie dwa razy podnosiłem, żeby być poetą, pisarzem, trzeba się dziwować sprawom oczywistym, banalnym dla innych ale nie dla człowieka, który jest artystą. Tutaj autor wskazał, iż pierwej trzeba posiadać naturę, dziwującą się samemu sobie, aby później móc ekstrapolować dziwowanie się względem świata zewnętrznego! Wielka myśl w dwóch bardzo krótkich i prostych stwierdzeniach. Rzadka umiejętność mówienia, pisania w sprawach bardzo istotnych, ważnych niełatwych w sposób prosty, jakby podnoszony od niechcenia ! Dalej autor wskazuje że : „ (…) chciał Filip ogarnąć całość. CAŁOŚĆ (…) I włączyć ją do całości świata”.

   

    Uważam, że rozum ludzki nie jest w stanie poprzez swoją ułomność, ograniczoność, sprostać tak postawionemu zadaniu. Filip chciałby przekroczyć naturę ludzką, ale to nie jest dostępne dla człowieka. Człowiek jest istotą, która czasami sądzi, że może przekroczyć granice swego poznania , ale to jest buta człowieka, który nie może się pogodzić, iż nie jest królem tego świata!  Następnie próbuje Autor otworzyć przed poznaniem człowieka prawdę o bardzo ciekawej konstrukcji logicznej. Prawdę, jako sumę prawd jednostkowych wszystkich ludzi, zarówno żyjących jak i nieżyjących, taka prawda też byłaby niepełna, skażona niedoskonałością, nie przybliżałaby poznania tajemnicy bytu. Klub Horyzonty str. 42 i 43  - gdy ludzie ciężko pracowali na życie, za marne wynagrodzenie; to od rana „działacze, arystokracja nowego ustroju” rozprawiali, jak rozszerzyć ustrój sprawiedliwości i równości społecznej, według zasad internacjonalizmu proletariackiego na inne narody. Ciekawe, kim był ów „ obywatel słusznej tuszy” , palący cygaro, przestrzegający przed niebezpieczeństwem nacjonalizmu?  Jako żywo, obecne „łże elity” oraz urzędnicy unijni tak samo ostrzegają maluczkich przed homofobią i nacjonalizmem.

Widać, że tak zwana zjednoczona Europa wiele odziedziczyła po totalitaryzmie lewaków i komunistów. Ci „państwo” nie musieli ciężko pracować od świtu do noc ( z pracą po godzinach na fuchach ). Oni byli wolni od „przyziemnych spraw”, oni nie wiedzieli, co to żyć od pierwszego do pierwszego. Oni mieli czas na bajdurzenie, tumanienie „prostaczków”. Grali role autorytetów moralnych, jednym słowem „światowców”. Jak do tej roli „proletariusza, internacjonalisty” pasował atrybut imperializmu amerykańskiego czy angielskiego w postaci cygara? Czy to aby nie było objawem rewizjonizmu i braku czujności proletariackiej, rewolucyjnej ze strony pozostałych „znawców” problemów światowych, którzy obserwowali obnoszenie się z cygarem? Ciekawe, kto to kryje się pod osobą Zygmunta Felca, który szukał „natchnienia” do napisania powieści robotniczej wśród darmozjadów, „politruków”, znawców salonów, ale nie hal fabrycznych i ciężkiej pracy robotnika ? Ciekawa uwaga ze strony 44, skąd w ustroju równości społecznej i sprawiedliwości życiowej takie rozwarstwienie? Atrybutami tego rozwarstwienia są wymienione kluby różnych grup zawodowych, można powiedzieć „kast społecznych”.  

   Filip Smak nie mógł wejść na „niebezpieczny teren” dla Autora, bez ryzyka ingerencji cenzora. Trzeba było się wycofać z zakazanych rewirów pod pozorem „przyziemności sprawy”. Czyli nie było tematu, tym samym problemu z publikacją!

 

 Chciałbym zauważyć, iż o wiele ciekawsze dla mnie są rozważania Filipa Smaka nad tajemnicą istnienia, niż ukazanie lokalnego środowiska artystycznego i to jeszcze „schowanego” za fikcyjnymi nazwiskami, przez to mało rozpoznawalnymi dla czytelnika z roku 1982, a cóż dopiero roku 2010! Po kilkudziesięciu latach od przedstawianych sytuacji, straciło to na znaczeniu dla czytelnika obecnego, który nie jest w stanie rozpoznać negatywnych bohaterów, natomiast brak suplementu z indeksem nazwisk czyni to niemożliwym do wykonania. Temat ponadczasowy zawsze się „obroni”, gdy jest przedstawiony w taki sposób, jak to Autor zrobił. Temat zamknięty cezurą czasową dotyczący konkretnego zdarzenia niekoniecznie, gdy brak „pomocnika” do rozpoznania przedstawionych postaci!

 

 Strona 44-46 powieści, bardzo sugestywny i przekonywujący sposób przedstawienia akceptacji przez „artystów” obcej nieznanej im osoby „intruza” w Klubie Artystów. Wódka jako sposób akceptacji środowiska” skuteczny sposób na przełamanie „lodów” z nieznaną dlań osobą „znikąd”. Można sądzić, że przedstawiona scena jest wynikiem osobistego doświadczenia życiowego Autora, czyli Szanownego Pana Stanisława Srokowskiego. Filip Smak przedstawia się tutaj bardzo skromnie, tak jakby tylko alkohol pomógł mu zostać przyjętym do „wspólnoty artystów”. Jestem pewien, że taka „rekomendacja” to za mało, nawet gdyby Filip Smak wszystkim stawiał kolejki. Tu musiało być coś więcej. Artysta jest w stanie rozpoznać bratnią duszę, konfratra od „profana” , ale nie po ilości wypitego alkoholu, tylko choćby krótkiej rozmowy, „języka ciała”, gestów, mimiki, wypowiedzi niewypowiedzianych. Filip Smak był artystą bez „cenzusu” tzn. namaszczenia przez oficjalne czynniki, czyli można powiedzieć „na dorobku”. Filip Smak zobaczył Czarnego Anioła ( str. 47 ). Czarny Anioł to strącony anioł z nieba do królestwa ciemności, sługa szatana antychrysta. Czarny Anioł jako wysłannik antycypujący Dom Starego Człowieka o którym Autor napisał : „Po długich poszukiwaniach, zaczepiłem się w Klubie Seniora we Wrocławiu” ( str. 80 „Skandalista Wojaczek” wydanie z 2006 r.). Moje przeczucie, że Szanowny Autor jest niewierzącym człowiekiem    (  twórczość – dotychczas poznana Stanisława Srokowskiego + listy do mnie ) sądzę, iż znalazły potwierdzenie na str. 47 wiersz ostatni : „ (…) Filip był ateistą i nigdy nie wierzył (…)”. Czarny Anioł zakłócił spokój duszy Filipa Smaka, który sądził, że jako ateista jest odporny na anioły czy diabły, na jakichkolwiek wysłanników „drugiej strony”. Jego racjonalny stosunek do egzystencji, życia człowieka, moim zdaniem, nie mógł się ostać w konfrontacji z duszą artysty, która nie może poprzestać na materialnej stronie życia. Potwierdzeniem tego jest zauważenie, że po tym spotkaniu z Czarnym Aniołem, bez możliwości rozstrzygnięcia, czy spotkanie miało miejsce w rzeczywistości, czy śnie, Filipem owładnęła nostalgia oraz nastąpiło pewne rozbicie psychiczne ( rozdział trzeci książki  str. 50 ). Jest to dowód na to, że nawet racjonalny umysł nie może oprzeć się tęsknocie, pragnieniu spotkania z tajemnicą, która nim „wstrząśnie” tak, że po rozstaniu poczuje smutek i będzie podświadomie szukał ponownej możliwości otarcia się choćby o jego smugę cienia. Oczywiście, owa tęsknota za transcendencją nie dotyczy w jednakowym stopniu każdego człowieka, ale moim zdaniem, poeci, artyści są do niej przywiązani organicznie. Uważam, że nie mogą egzystować, tworzyć w pełni swych możliwości, w przypadku podjęcia krytyki i szukania dowodów na zaprzeczenia jej istnienia. Nie przeczy temu nawet to, że Filip Smak uważał to za majaki i z obawy, aby one nie wróciły, omijał Klub „Żak” i z niechęcią odwiedzał Klub Artystów. Jego racjonalny umysł nie mógł zrozumieć, że może istnieć druga strona bytu, niemożliwa do poznania empirycznego. Spotkanie Filipa Smak z tajemnicą, którą uosabia Czarny Anioł, musiało pozostawić ślad na duszy bohatera bardzo widoczny, skoro obawiał się spotkania z towarzystwem klubowym, za które kiedyś oddałby nie wiadomo co. Widać, że Filip Smak nie potrafił pogodzić się z dowodem na istnienie „tajemnicy” do tego stopnia, że : „ (…) wrócił następnego dnia do klubu, usiadł w miejscu, gdzie rozpoczął niedawną jeszcze ucztę, i oczekiwał, że pamięć przywróci choćby cień wydarzeń, wśród których pojawił się Czarny Anioł ” ( str. 49 ). Sądzę, iż otarcie się Filipa Smak o zwiastuna nieznanego, niemożliwego do poznania zmysłowego, innego świata, pozostawiło trwały ślad w jego psychice, co przez Autora zostanie ukazane w dalszej części książki – takie jest moje przekonanie formułowane a priori. Pomimo tego rozstrzępienia „rozdygotania”, Filip Smak nie stracił kontaktu z rzeczywistością, o czym świadczy jego bytność u Kierownika Wydziału Kultury, następnego dnia po spotkaniu z Czarnym Aniołem. Ciekawe, dlaczego nie jest wymieniona nazwa instytucji, w której ów mityczny Wydział Kultury funkcjonował. Czyżby był to przypadek, czy może rozmyślne pominięcie ze strony Szanownego Autora ? Przecież Filip Smak czynił starania, aby zostać zatrudnionym. Nie jest określone wyraźnie, czy chodziło o miejsce w Wydziale Kultury, czy w tej instytucji w której funkcjonował Wydział, czy czasem gdzieś indziej. Potwierdza moje przypuszczenie ze strony poprzedniej, dotyczące trwałego śladu w psychice Filipa Smaka, jako wyniku spotkania z Czarnym Aniołem, to co Autor stwierdził na stronie 52. A stwierdził, że : „ Poczuł, że coś się zmieniło. I to się zmieniło nagle. Nieoczekiwanie nawet dla niego samego. Ne rozumiał tego (…) coś się gwałtownie załamało, coś pękło, coś rozsypało się po tamtym wieczorze, gdy ujrzał Czarnego Anioła”. Według Autora ta zmiana była bardzo subtelna , albowiem na str. 53 stwierdza Autor, że zmianie uległ klimat, atmosfera życia, a nie jego istota. Przeczy tej konstatacji z kolei to, że Filip nie mógł ustalić, czy zmiana nastąpiła w jego wnętrzu, czy gdzieś poza nim. I nie mógł znaleźć sposobu „żeby przywrócić jeszcze niedawną rzeczywistość do pierwotnego kształtu”. W przypadku takiej niepewności i rozterki, trudno mówić o zmianie klimatu życia, a nie jego istoty ! Tego stanu rzeczy nie zmieniła nawet informacja, że został zatrudniony – wcześniej był w Wydziale i uzgodnił warunki. Chciał się podzielić tą informacją z Pawłem, w którego sublokatorce mieszkał, ale Paweł nie wrócił na noc do domu (następnej nocy też ). Filip Smak czekając na powrót Pawła, snuł refleksje filozoficzno-metodologiczne. Refleksje nie przybliżały go do problemów życia codziennego wręcz oddalały. Widać, że brak przyjaciela działał melancholijnie na Filipa, przede wszystkim jednak, samotność mu doskwierała. Niech o tym świadczy wynurzenie Filipa ze str. 56 powieści, gdzie przyrównał jego nieobecność do nieskończoności. To wszystko spowodowało jakby pewne odejście na drugi plan rozważań nad tajemnicą prawdy wewnętrznej. Dalej Autor na str. 56 stwierdził, że przyszedł dzień, kiedy to się diametralnie zmieniło. Filip nie wiadomo skąd : „ poczuł powagę w sobie, dostojeństwo jakieś i siłę wewnętrzną (…)”. Następne zdanie daje  odpowiedź na tak postawione pytanie : „ Filip wybierał się do pracy”. To proste stwierdzenie, ale oznaczające całkowitą zmianę dotychczasowej egzystencji było tą przyczyną.

  

Następne zdania powodują pewną konfuzję u czytelnika, jak rozumieć formułowane zdania : „ Miał więc nieść kaganiec oświaty do starego i przez sanację zużytego pokolenia, które ze współczesnością trochę na bakier było. Ciekaw więc był Filip ogromnie co go czeka wśród ludzi na przedwojennym chlebie tuczonych i myślą burżuazyjną niegdyś przesiąkniętych”. Czy takie stwierdzenia wynikały z osobistego stosunku Filipa Smaka do Polski przedwojennej – Drugiej Rzeczypospolitej ?  Proszę pamiętać o tym, że Filip Smak jest alter ego samego Stanisława Srokowskiego ! Ten język jako żywo przypomina określenia z „Trybuny Ludu” ! Czy to miało oznaczać „mruganie” do czytelnika, że przecież wszyscy wiemy o co chodzi, to tylko jest „ukłon” w stronę cenzury ? Czy to miało ułatwić wydanie powieści ? Jeśli tak, to nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Nie jest usprawiedliwieniem również, gdyby stosunek Autora do Polski był tożsamy z tym, co stwierdził w tych dwóch zdaniach Filip Smak. Tylko dwa niewielkie, krótkie zdania, ale bardzo wymowne, nawet po kilkudziesięciu latach od ich napisania ( nie wydrukowania ). Również na str. 56 powieści, jest takie zdanie : „Trzeba tu powiedzieć całą prawdę, że Filip nie należał do tych obiboków literatów, co to tylko by książki pisali, nie pracując zawodowo i nie pomnażając dorobku narodowego własnym wkładem”. Jak to się ma do słynnego zawołania towarzysza „Wiesława” ( dla młodych czytelników : to I Sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej inaczej „gensek”) czyli Władysława Gomółka, który po wydarzeniach marcowych 1968 r. zaganiał literatów do pióra, studentów do nauki a syjonistów do Syjamu ! To mogłoby wystarczyć za cały komentarz do tego zdania. !  ( Syjoniści do Syjamu – takiej treści transparenty były umieszczane w trakcie  masówek robotniczych wyrażające poparcie dla linii partii. Kto nie wierzy niech zapoznana się z Polskimi  Kronikami Filmowymi z tamtego okresu ).

 Ale jeszcze jedna uwaga, Filip niedwuznacznie w tym zdaniu zalicza siebie do literatów. Chcę przypomnieć, iż do tego dnia, z treści książki tak wynika, że 3 września 1968 r. Filip otrzymał nagrodę w konkursie literackim za wiersz poświęcony wiośnie ( str. 9, 11 książki ). O innych dokonaniach literackich Filipa do tego czasu nic nie wiadomo. Na str. 57 jest tylko wzmianka, że gdy był na studiach, to pisał pierwsze szkice literackie. Wątłym wytłumaczeniem tej postawy, jest późniejsza próba usprawiedliwienia się tym, iż : „ Wczytywał się Filip Smak w długie kolumny haseł i zawołań do czynu, do naprzód ku jasnej przyszłości i nasiąkł tymi hasłami, w głębi poetyckiej duszy marząc o własnym wkładzie do sprawy narodowej”. Nie wiem jak można w swej naiwności zaliczyć do sprawy narodowej dyktaturę ciemniaków spod znaku sierpa i młota. Dyktaturę bezwzględną, i bardzo niebezpieczną, która celem realizacji mrzonek Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina i innych „luminarzy” ustroju szczęśliwości społecznej, nie zawahała się poświęcić setki tysięcy niewinnych istnień ludzkich Narodu Polskiego ( od 17.09.1939 r. do 04.06.1989 r. ) i milionów wśród innych narodów. Pewne światło rzuca na Filipa Smak informacja zamieszczona na str. 57 książki, że gdy był na studiach to : „(…) władzę w organizacji młodzieżowej sprawował”. Wiadomo co to były za organizacje młodzieżowe, organizacje służące tumanieniu, deprawowaniu i indoktrynacji politycznej młodzieży; bezpośrednie zaplecze „aktywu” dla PZPR. Dla porządku tylko wspomnę, że Filip Smak rozpoczął pracę : „(…) na niwie kultury i sztuki narodowej ” ( str. 56 ), w Domu Starego Człowieka zwanym delikatniej, z pobudek humanitarnych, Pensjonatem Miejskim ( str. 57 książki ). Z kolei na str. 80 w „Skandalista Wojaczek poezja, dziewczyny, miłość” nazywa  go Autor „Klubem Seniora”. Proszę również zwrócić uwagę, że w książce „Sen Belzebuba” str. 56 nazwał Autor tę pracę jako „na niwie kultury i sztuki narodowej” ( sic !) natomiast w książce „Skandalista Wojaczek” str. 80 nazwał mniej pompatycznie ( tak jak faktycznie Autor myślał o tej pracy ), jako zaczepienie się w Klubie Seniora we Wrocławiu.  Bardzo ciekawa i pouczająca jest również rozmowa przeprowadzona przez Filipa Smak z dyrektorem Centralnego Domu Kultury Pięknym Lolem (str. 58 „Sen Belzebuba” ), który pieczę sprawował nad DSC ( Dom Starego Człowieka ). W tej rozmowie Piękny Lolo stwierdził, iż : „Musimy wyprowadzić DSC z letargu i paraliżu artystycznego. Musimy, takie cele. Takie obowiązki przed nami położyła organizacja ”. Każdy pamiętające tamte czasy z autopsji, wie co w nowomowie oznaczała „organizacja”. Przypomnę, „organizacja”  to Podstawowa Organizacja Partyjna Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w skrócie nazywano je POP-y ! Dodam, iż tylko PZPR miała prawo i przywilej posiadania w każdym zakładzie pracy, w każdej instytucji publicznej, podstawową organizację. Partie „sojusznicze” to jest ZSL – Zjednoczone Stronnictwo Ludowe i SD – Stronnictwo Demokratyczne, nie.

 

 Mam pewną konfuzję, albowiem na str. 56 Filip Smak, czyli alter ego Autora, opisał pensjonariuszy Domu Starego Człowieka – Pensjonatu – z pozycji walczącego aktywisty nowego porządku, nowych czasów, a na str. 60 nazwał ich całkiem inaczej, po ludzku jako : „…zasłużonymi obywatelami starszego pokolenia”. Skąd taka dychotomia określeń dla jednego przedmiotu opisu ? Nie zapytam się która jest tożsama dla Filipa, albowiem jest to oczywiste dla każdego, kto zetknął się z  twórczością Stanisława Srokowskiego.. Pisze Autor na str. 61, że Hiacynt Chałwa w swoich wierszach z akcentem humanitarnym, bronił foksteriery, pudle i wilczury, a czy z takim samym zaangażowaniem bronił prostego, skrzywdzonego człowieka, człowieka skrzywdzonego przez ustrój, w którym przyszło mu żyć? Wydaje mi się, że uzasadnione jest stwierdzenie, że ważniejsze dla wielu ludzi, szczególnie w obecnych czasach, jest dobre samopoczucie zwierząt ( w tym oczywiście psów ) niż ludzi ! Sądzę, że jest to wynik tego, iż prościej i  bezpieczniej, lepiej widziane przez oświecone „łże elity” jest bronić „zagrożonych praw” zwierząt niż ludzi. Przykładem tego jest chwalebna postawa Hiacynta Chałwy, który był zwiastunem „nowych czasów” które w pełnej krasie możemy obserwować obecnie.  Pamiętam z kolei, że „za komuny” w  PGR-ach ( Państwowe Gospodarstwa Rolne ) lepiej traktowało się zwierzęta hodowlane niż ludzi tam pracujących. To jest kolejny dowód na to, że komunizm a libertynizm, liberalizm czy jak to nazwiemy ( czyli to co w Polsce obecnie mamy – moim zdaniem, republika bananowa ) mają się „ku sobie” !  Na str. 63 napisał Autor, że Hiacynt Chałwa posiadał program literacki – to jest normalne – że literat sformułował jakiś program literacki. Ale dodał Autor, że sformułował również program społeczny. Moim zdaniem, do formułowania programu społecznego, kwalifikacje poety o specjalności opiewania natury w jej najwierniejszym człowiekowi kształcie – psie ; są niewystarczające, mówiąc delikatnie. Mówiąc brutalnie – żadne. Wspomniał Autor , że zyskały poparcie także stronnictw politycznych, to jest  najgorsza rekomendacja dla takiego programu społecznego. Przecież należy pamiętać, jakie to były czasy, były to czasy pełnej „demokracji socjalistycznej”. Co to oznaczało, to niech przypomni stwierdzenie towarzysza Wiesława : „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”, bądź słowa towarzysza Cyrankiewicza : „ kto podniesie rękę na władzę ludową, to my tą rękę odrąbiemy ”. Należy przypomnieć, iż tow. Józef Cyrankiewicz nie był pierwszy lepszym aparatczykiem, ale premierem Państwa Polskiego! Tak premier PRL przemawiał do swoich obywateli. Żeby się kończyło na słowach to nie byłoby najgorsze, ale te słowa miały pokrycie w czynach ( przypomnę wydarzenia czerwcowe w Poznaniu w 1956 r. ). Nie było stronnictw politycznych bez „koncesji” partii komunistycznej, która przepoczwarzała się z PPR – Polska Partia Robotnicza, a po wchłonięciu ( nazwali to „zjednoczenie” ) w  PPS ( Polska Partia Socjalistyczna )zaś na końcu w  PZPR.    

  

 Ciekawe, po co zorganizowano zbiorowe spotkanie poetyckie w Pensjonacie, jeżeli pensjonariusze, według Filipa Smak byli „ starym zużytym przez sanację pokoleniem, które ze współczesnością było trochę na bakier” (str. 56 ). Przecież „ten element politycznie niepewny” – tak się nazywało demokratycznie takich ludzi – był skazany przez władzę ludową na odejście do lamusa. Przecież władza ludowa takich ludzi ledwo tolerowała i tak była wspaniałomyślna, że pozwoliła dożywać swoich dni w Domu Starców. Sądzę, że tu chodziło o co innego, trzeba było dać zarobić poetom czy literatom oraz poprawić ich samopoczucie, przez spotkanie literackie z liczną „klaką”. Zaś Filip Smak i Piękny Lolo mogli się „wykazać” przed egzekutywą partyjną, że prowadzą reedukację „elementu politycznie i ideologicznie niepewnego”. Że pensjonariusze Domu byli dla władzy elementem podejrzanym, niech na potwierdzenie tego przypuszczenia posłuży fakt, ze str. 60 powieści, że : „(…) syn Obywatela Kuwiejskiego pełnił odpowiedzialną funkcję w Odpowiedzialnym Urzędzie, będąc odpowiedzialny za kulturę mas i elementów chwiejnych ”. O jaki urząd chodzi to chyba każdy wie ( SB ) a pensjonariusze potraktowani jako „element chwiejny”.  Ponadto ze strony 65 wynika, że pensjonariusze w ogóle nie wiedzieli, nie słyszeli o tych pięciu sławach poezji czy literatury polskiej. Na otwarte spotkanie z pięcioma poetami czy literatami, o których pisze Filip Smak,   przypuszczalnie trudno byłoby o tak liczne audytorium. Stwierdza Autor na str. 65, że January Kwiek należał  równocześnie do kilku organizacji społecznych i politycznych, których programy się wykluczały. Śmiem twierdzić, że w tym czasie w PRL nie było takich organizacji społecznych i politycznych. Wszystkie legalnie istniejące musiały deklarować, iż uznają jako przewodnią siłę narodu polskiego PZPR. Nie kwestionują porządku prawnego „Ludowej Ojczyzny” oraz sojuszów międzynarodowych ze szczególnym uwzględnieniem ojczyzny proletariatu światowego, to znaczy Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich. Każda partia, czy jak Autor pisze organizacja społeczna i polityczna, musiała deklarować wierność pryncypiom ludowej ojczyzny, bo inne nie mogły istnieć. Chyba, że do takiej organizacji społecznej zaliczył  Autor Kościół Katolicki w Polsce. Bo przecież nie można za taką organizację uznać „PAX”. Należy pamiętać, kto był organizatorem PAX-u, jaką rolę w tym odegrały służby specjalne okupanta sowieckiego „Śmiersz” ( Śmierć Wrogom – i dosłownie tak była realizowana ) jak i tzw. władzy ludowej. Bolesław Piasecki ocalił swoją głowę, godząc się na współpracę. Wynikiem ratowania głowy przez Bolesława Piaseckiego było założenie w 1945 r. przezeń, Stowarzyszenia „PAX”, jako organizacji „świeckich działaczy katolickich” z koncepcją „potrójnego zaangażowania ” w budowanie socjalistycznej ojczyzny. Sumą owego potrójnego zaangażowania było zaangażowanie patriotyczne, socjalistyczne i „katolickie”. De facto Stowarzyszenie PAX miało spełnić rolę konia trojańskiego w Polskim Kościele Katolickim Powszechnym. Dodałem Powszechnym, aby mnie źle nie zrozumieć, bo nie chodzi tutaj o Polski Kościół Katolicki – schizmatycy w stosunku do Kościoła Powszechnego.

 

 Na str. 64 wymienia Autor całą piątkę poetów mających wystąpić w Pensjonacie, w tym Królowa ( zwana na str. 62 : „Konopnicką poezji polskiej dwudziestego wieku”), występująca tutaj jako Ewelina Sarna. Ponadto Hiacynt Chałwa, Joanna Gruszkowska, January Kwiek i Bogumił Kamizelka. Sądzę, iż osoba znająca lepiej tamte czasy i środowisko literackie Wrocławia, byłaby w stanie, bez kłopotu wskazać, kto kryje się za tymi „desygnatami”. Mogę podejrzewać, że określenia takie jak : Królowa ( Sarna), Kamizelka, Kwiek mogą mieć jakiś związek przymiotami osobistymi tych osób. Na str. 67 pisze Autor, że Kwiek wciągał się na listy różnych organizacji, w tym opozycyjnych. Czy nie przeszkadzało im to, że równocześnie należał do organizacji prorządowych? Czyżby nazwisko Kwieka aż tyle znaczyło ? Z tego co Autor pisze, to był typowy oportunista nastawiony na branie od każdego który coś mu proponował. Kwiek nie szanował swego nazwiska, ale to nie znaczy, że organizacji, szczególnie opozycyjne miały postępować tak samo.

  

   Na str. 68 powieści, napisał Autor, że Kwiek na wieczór autorski został zaproszony w sposób tajemniczy. Nikt nie wiedział, kto go zaprosił, natomiast odniosłem wrażenie ( str. 58 książki ), że Filip Smak był organizatorem, więc musiał wiedzieć, kto był zaproszony i dlaczego. Nawet gdyby decydujący wpływ miał na to Piękny Lolo, to Filip Smak musiałby o tym wiedzieć. Dopiero na str. 68 książki, wyjaśnia się, że Królowa to Ewelina Sarna. Wcześniej raz Autor pisał Królowa, po czym Ewelina Sarna ( str. 65 ). Mniej analityczny czytelnik, mógł mieć wątpliwość, czy to jest jedna i ta sama osoba, czy dwie różne osoby. Teraz dopiero ze zdziwieniem stwierdziłem, że wcześniej miałem wątpliwości, że Ewelina Sarna – Królowa to musi być znana poetka wrocławska Urszula Kozioł! Uprawiająca m.in. lirykę moralistyczną. Jak się to ma do stwierdzenia ze str. 65 że : „(…) związała się pewnego wieczoru z tłumaczem literatury hinduskiej, Piotrem Kniejem ”. Użyte określenie sugerowało „wolny związek”. Zostało to wyjaśnione później, na str. 69, że to „ mąż Królowej mlaskający w czasie jedzenia ” tłumacz literatury hinduskiej. Na str. 69 książki, dość sarkastycznie pisze Autor, że maniery nie wyróżniały grona literackiego, które chętnie przekraczało te normy dla samej chęci ich przekraczania. Podaje Autor tu o ignorowaniu opinii publicznej przez wybijanie szyb – tu moja uwaga, że chodzi o osobę Rafała Wojaczka. Ja w swojej analizie  książki „Wojaczek Wielokrotny”  - mój list przesłany meilem dnia 07.10.2009 r. – analizie ograniczonej tylko do „domicylu” odnoszącego się bezpośrednio lub pośrednio do książek  Pana Srokowskiego na temat Wojaczka; zauważyłem, że wybijanie szyb w oknach willi Piotra Wojaczka ( brata Rafała ) było usprawiedliwione okolicznościami. Nikczemne okradzenie z współwłasności willi Rafała i Andrzeja ( braci ) oraz ojca Edwarda przez Piotra Wojaczka ! Autor mój list umieścił na swojej stronie internetowej autorskiej – ale w wersji okrojonej -  wyjaśnienie akceptuję , ale bez mego podpisu – nie jestem małostkowy, więc nie zwracałem wcześniej na to uwagi ; czynię to teraz „przy sposobności”. Oczywiście inaczej to się przedstawia w przypadku „wychodzenia” Rafała Wojaczka z lokali publicznych przez szybę – vide z Klubu Dziennikarza, czy Klubu Związków Twórczych. Częściowo można to usprawiedliwić tym, że był to protest przeciw wypraszaniu go z tych miejsc. Natomiast stwierdzenie : „(…) pewien poeta kontestator, który rzucał butelkami, gdy tylko je miał pod ręką ” jest gruba przesadą. Rafał Wojaczek nie był agresywnym młodym poetą, co to rzuca butelkami. Zdarzyło mu się, to fakt, lecz to była reakcja na nachalne umizgi otoczenia, bądź naruszenie jego sfery intymności przez osoby nieakceptowane, które nie reagowały na ostrzeżenia Wojaczka.

  

 Podoba mi się przedstawienie przez Autora osoby Joanny Gruszkowskiej. Z tego obrazu wyłania się postać wrażliwej kobiety, innej, która nie przystaje do sztampy, wzorca dominującego na rynku próżności. Sposób zachowania podczas gdy została zmuszona przez okoliczności zewnętrzne, aby przysiąść się do Filipa w Klubie, znamionuje kobietę z klasą. Siedzieć obok siebie przez co najmniej kilka godzin, bez próby nawiązania rozmowy, to mi się podoba. Mało która kobieta by tą sytuację wytrzymała, większość by odeszła od stolika. Na stronie 71 ksiązki, stwierdza Pan, że odezwała się po 2 lub 3 godzinach do Filipa zauważając, że dużo pije. Pomimo agresywnej odpowiedzi Filipa, nie zraziła się,. Zainteresowała ją szczerość wypowiedzi Filipa i bezpośredniość, bardziej niż co on powiedział. Filip pomimo wypicia dużej ilości wódki, zachował ostrość spojrzenia , jeżeli zauważył po wyrazie twarzy poetki : „coś ciebie gryzie, he, he ” . To były ostatnie chwile zapamiętane przez Filipa. Nie wiedział jak się znalazł w mieszkaniu Pawła ( którego jak zwykle nie było ). Opisana sytuacja rozegrała się w Klubie Artystów, tak wynika ze strony 72 książki.

Rozdział piąty. Zadziwiająca jest siła która tkwi w czymś tak kruchym i ulotnym jak poezja. Pensjonariusze, którzy jak wcześniej wynika, nie mieli kontaktu żadnego z poezją, literaturą, sztuką jako taką w swej formie i treści, zastygli w oczekiwaniu na coś wielkiego, coś mistycznego. Jak sztuka a w zasadzie oczekiwanie na spotkanie ze sztuką, może zmienić egzystencję człowieka, czy grup ludzkich, widać na tym przykładzie ( str. 73 ). Dlatego wszyscy despoci, tyrani tego świata, boją się sztuki wolnej, która może zmieniać myślenie człowieka, tym samym jego życie, czyniąc człowieka z niewolnika, wolnym. Czytając rozdział piąty, ukazany jest nadzór jaki sprawował nad poetami, pisarzami aparat polityczno-partyjny. Uosobieniem tego aparatu polityczno-partyjnego jest postać Krwawej Władzi. Dla niepoznaki zafałszowanie istoty rzeczy, bajdurzy o nauczeniu ( chyba działaczy kultury w rodzaju Piękny Lolo bądź Filip Smak ) liczenia się z czynnikiem społecznym. Brak bliższego określenia cóż to jest ten czynnik społeczny – można sądzić, iż jego personifikacją jest partia robotniczo-chłopska czyli PZPR. Dalej Krwawa Władzia peroruje, że jakby czynnik społeczny był gwarancją postępu i ludowładztwa. Zaraz potem pyta, czy poeci sprawdzeni w kartotekach ( str. 76 ). Tak to wyglądało ludowładztwo i liczenie się z czynnikiem społecznym w praktyce ! Kim faktycznie była Krwawa Władzia : „(…) postrach okolic, mówców na trybunach, przewodniczących, sędziów, prezesów(…)” ? Nie była postrachem okolicy li tylko dlatego, że była żoną dziennikarza, nawet gdyby był to bardzo wielki dziennikarz. Można sądzić, iż była pracownicą , jawną bądź tajną wiadomego resortu, który w praktyce pokazywał jak wygląda ludowładztwo i na czym ono polega. Gdyby kogoś to nie przekonywało to co stwierdziłem powyżej, to może niedowiarków przekona, iż Krwawa Władzia zapytała Filipa czy : „ Poglądy znacie (…). Poglądy. Istota rzeczy ”, oczywiście, nie chodziło o poglądy Filipa, bo one były znane Krwawej Władzi, lecz ma się rozumieć zaproszonych poetów ( str. 77 ). Później dała Pięknemu Lolu oraz Filipowi. Smak o znaczeniu czujności w aparacie kultury. Proszę zwrócić uwagę, na określenie kultury jako aparatu ! Nie jest prawdą, moim zdaniem, to co Autor napisał, że : „Bali się jej funkcjonariusze różnych urzędów, ponieważ była nieustępliwa w swoich żądaniach ”. Bano się jej dlatego, iż była tajnym bądź jawnym współpracownikiem Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Sposób zwracania się przez Krwawą Władzię do Pięknego Lola jak również Filipa Smak, wskazuje niedwuznacznie na pozycję tej pani. Zwróciła się wprost do nich : „ To duża szansa dla was, towarzysze, takie zgromadzenie – powiedziała.  Przyjdą czynniki, czuwajcie ” ( str. 77 ). Z tego co wiem, to raczej w sferze kultury ( nawet tej oficjalnej) nie stosowano formy zwracania się przez per „towarzysze” lecz pani, pan. Ta forma zwracania się wskazuje, że Krwawa Władzia była wierną córką i bojowniczką partii komunistycznej. Przecież Filip Smak nie był towarzyszem bo nie należał do PZPR. Konfrontacja 5 poetów w Pensjonacie zapowiadała ostre starcia między niektórymi z uczestników. Obawa Kamizelki została w pewnym gmachu uciszona. Wskazano, że : „ (…) nie histeryzujcie, towarzyszu, Kamizelka to nasz człowiek. A że wychyla się, musi robić pozory ”.

 

 Rozdział szósty. Wprowadził Autor w rozdziale czwartym do powieści, nową osobę, personę ważną czyli Krwawą Władzię, nie określając  jej bliżej, skazując tym samym czytelników na domysły. Skąd plenipotencje Krwawej Władzi, w czym są one umocowane ? Przecież nie w tym, iż była żoną dziennikarza ( str. 76 ). Wcześniej odnosząc się do Krwawej Władzi też snułem domysły, nie wiem na ile były trafne ( jeżeli w ogóle były ). Skąd u przedstawicielki awangardy nowego ustroju, opartego na sojuszu proletariacko – chłopskim takie przywiązanie do etykiety towarzyskiej pasującej raczej do salonów burżuazyjnych a nie salonów państwa ludowego ? Ale wychodzi szydło z worka, słoma z butów, gdy Krwawa Władzia widzi w lustrze swoje czerwone powieki. Wtedy prezentuje język furmana skonkretyzowany w myśli : „ Znowu zrobił ze mnie szmatę. Całą noc, schlany, nieprzytomny, pierdolony chłop ”. Dalej Pięknego Lola po proletariacku,  może bardziej po chłopsku – przyrównuje do bydła mówiąc myślą : „ Ale to bydło też się nie domyśla” ( str. 83 książki ). Wcześniej Krwawa Władzia zwracała się do Pięknego Lola per towarzyszu  natomiast tu, zamiast towarzyszu, obywatelu bądź wy, mówi elegancko pan. Str. 83 książki, czy słowami można zmienić rzeczywistość obiektywnie istniejącą ? Krwawa Władzia wydając dyspozycje Pięknemu Lolu jak ma witać przybyłych na spotkanie ; Dom Starego Człowieka każe nazwać placówką wypoczynku i pracy kulturalnej ! Czy nazwanie desygnatu innymi słowy, spowoduje jego zmianę ? Przecież Dom Starego Człowieka to nie to samo co placówka wypoczynku i pracy kulturalnej. Takie szalbierstwa językowe były metodą działania systemów totalitarnych, które chciały zmieniać rzeczywistość na skróty ; dokonując zmiany języka na nazwanie, określenie desygnatu. Sądziły, że tym sposobem zmienimy desygnat. Te niby niewinne igraszki językowe spowodowały bardzo groźne implikacje dla następnych pokoleń, wprowadzając zamęt myślowy, oraz chęć zmiany rzeczywistości poprzez zmianę języka. Myśl musi odpowiadać rzeczywistości. Nie można zmieniać rzeczywistości poprzez zmianę procesu myślowego i zmianę języka. Sądzę że jest to zrozumiałe. Filip Smak patrząc na tłusty kark Krwawej Władzi, przyrównał go do szynki podrapaną ryżową szczotką ( przy myciu ) bądź przez kota (str. 84 ). Krwawa Władzia wskazuje dobry smak, pytając Filipa Smak czy mają kwiaty oraz kurtuazyjnie czy kłopoty minęły bo słyszała, o jego wypadku. Filip wypadek nazwał głupstwem, niczym ważnym, zaś jego wynikiem było potłuczenie. Z wskazaniem na tramwaj. Na wcześniejszych stronach książki „Sen Belzebuba” nie było żadnej wzmianki o zdarzeniu z udziałem Filipa.

 

Rozdział siódmy. Gdy czytam na str. 85 o czynniku ludowo-społecznym ( którego personifikacją była Krwawa Władzia ) to przypominam sobie inny czynnik ludowo – społeczny w czasach nieco późniejszych. Czynnik pod nazwą IRCh – y Inspekcji Robotniczo Chłopskiej. Inspektorzy czynnika ludowo – społecznego IRCh – y  siali postrach wśród personelów sklepów, gdy szukali „spekulantów” ukrywających towary na zapleczach sklepów, pomimo, że praktycznie wszystkie towary były na kartki ( w tym wódka, papierosy, buty itd. ). Dla Krwawej Władzi kultura to był synonim szerzenia poglądów czyli propagandy, realizowanej, uskutecznianej przez prelekcje, pogadanki, referaty. Na spotkanie poetów przyszedł nieproszony poeta zwany w mieście Zjawkiem ( Janusz Zjawek ). Napisał Autor na str. 85 że przyszedł „węsząc honoraria i co za tym idzie, picie”. Ale jakże to, Zjawek mógł węszyć honoraria, jeżeli nie był przewidziany w preliminarzu budżetowym wieczoru poetów? Przecież zaproszeni byli : Hiacynt Chałwa, Ewelina Sarna, January Kwiek, Gruszkowska i Kamizelka i nikt więcej. Gdy nadszedł czas rozpoczęcia spotkania – wieczoru poetyckiego – okazało się, że nie ma Kamizelki – Chałwa stwierdził, że spóźni się jak zwykle ; oraz Gruszkowskiej. Ewelina Sarna też się spóźniła, bo o 7 minut. Krwawa Władzia zdecydowała o poczekaniu 5 minut uzasadniając, że pensjonariusze są przyzwyczajeni do punktualności. Z tego widać, że Piękny Lolo był figurantem, choć z formalnego punktu widzenia on był gospodarzem spotkania i on powinien podejmować takie decyzje. Z kolei jak Krwawa Władzia mogła wiedzieć o tym, że : „(…) pensjonariusze są przyzwyczajenia do punktualności” jeżeli Pensjonat odwiedzała okazjonalnie ( inne placówki kulturalne też ), wprowadzając nieraz strach ( str. 77 książki ). Sarna – Królowa próbowała ustalić jakieś formy porozumienia przed rozpoczęciem spotkania, uzasadniając, że będą rozmawiać z ludźmi starszymi, lecz została zastopowana przez Chałwę. Chałwa stwierdził, że każdy musi być sobą, żeby nie grać żadnych ról, uzasadniając to potrzebą autentyczności. Pisarz nie powinien przybierać różnych garniturów na różne okazje. ( str. 88 ). Dalej nastąpił festiwal myśli, które w sposób prostolinijny i można sądzić autentyczny, wypowiadały się na temat uczestników spotkania. Z tych wypowiedzi nie wypowiedzianych, dużo prawdy dociera do czytelnika. A to, że Chałwa ubiera się tak samo przez cały tydzień, : „(…) ubiera się tak samo w niedzielę, co i w środę ”, przy tym zakładając muszkę. A to, że jest Don Juanem powiatowym, choć Wrocław nie był miastem powiatowym lecz wojewódzkim. Ta myśl a w zasadzie myśli : „(…) biegła myśl od głowy do głowy ”. Te myśli prawdziwe „od serca” mogły się ujawnić z powodu ich nie werbalizacji. Trzeba zauważyć, że Chałwa w tym względzie tzn. nie zakładania różnych garniturów okazał się wiarygodny. Jego słowa o tym, że pisarz nie powinien przybierać różnych garniturów na różne okazje, okazały się zgodne z postępowaniem p. Chałwy ! A muszka zamiast np. krawata wskazuje na elegancję, indywidualizm, nie uleganie stadnym zachowaniom i poczucie smaku poety czy pisarza, jak sam Chałwa się określił. Chałwa dalej ujawnia myśl : „ A jak pokażemy, że jesteśmy sobą, przekonamy społeczeństwo, że pisarzom można zaufać ”. Z tym, że pokazanie „że jesteśmy sobą” w aspekcie wcześniejszej myśli wypowiedzianej, należy rozumieć jako brak zgody na odgrywanie jakiś ról. Sądzę, że Chałwa się mylił co do istoty zagadnienia. O pisarzach, poetach świadczy ich twórczość i społeczeństwo oceniając twórczość dokonuje aktu zawierzenia, zaufania bądź dezaprobaty. Ta busola nie zawsze jest niezawodna jak pokazuje przykład choćby Władysława Odojewskiego, który napisał dwa arcydzieła : „Zasypie wszystko zawieje” ( sprawa Katynia i ukraińskiej irredenty ) oraz „Oksana” ( sprawa tragicznych stosunków polsko – ukraińskich ), a od roku 1964 do 1971 był TW – Tajnym Współpracownikiem o pseudonimie „WO” policji politycznej – Służby Bezpieczeństwa w PRL. De facto był agentem do chwili wyjazdu na stypendium do Wiednia w czerwcu 1971 r. Po wyjeździe urwał się ze „smyczy” SB i nawet pracował w Radiu Wolna Europa. Bardzo ciekawie opisała tę sprawę Joanna Siedlecka w książce „Kryptonim Liryka. Bezpieka wobec literatów” Warszawa 2009 r. Wydawca Prószyński Media Sp. z o.o. Włodzimierz Odojewski wyjątkowy szubrawiec, bo donosił m.in. na swego przyjaciela z radia Jerzego Krzysztonia. Korzystając z jego zaufania, uzyskiwał odeń informacje o jego pobytach w USA po czym przekazywał te informacje SB. Świetną scenę ze str. 88, polegającą na mistrzowskim opisie dialogów, rozmów, głosów, których nie było słychać, przerwało wejście spóźnionej Gruszkowskiej. Wielka szkoda, że Szanowny Autor tak szybko zdecydował się przerwać bardzo ciekawe i niecodzienne rozmowy niewypowiedziane – których nie było słychać. Symptomatyczne jest wypytywanie przez Krwawą Władzę  Pięknego Lola o osoby na Sali szczególnie o „faceta” w kącie. Gdy odpowiedział „ten to ten” natychmiast to zostało zrozumiane przez Krwawą Władzię, która uśmiechnęła się i złagodniała. Z tego wynika, że SB obstawiała również swoimi szpiclami spotkania poetyckie czy literackie w Domach Starców ! Filip Smak nie przywiązywał wagi do tego co nosi po kieszeniach, jeżeli znalazł tam „kalendarz sprzed lat”. Ponadto nie przywiązywał dużej wagi do pisanych do niego listów miłosnych, jeżeli „zarzucał” je po kieszeniach, nie mówiąc o tym, że miał wątpliwości przez kogo był pisany. Reminiscencje dotyczące osoby od której pochodził list, tak pochłonęły Filipa, że zapomniał gdzie się znajduje i co się wokół dzieje. Krwawa Władzia z dezynwolturą zwróciła się do niego aby „towarzysz kierownik” włączył się do dyskusji. Z kłopotu Filipa wybawiło wejście spóźnionego Kamizelki. Ze str. 93 dowiadujemy się, że Chałwa był przedwojennym oficerem o nienagannej postawie  Mam przypuszczenie, może uzasadnione, może nie, iż posiadanie „ogonów” w postaci posiadania pagonów oficerskich wrażej „Polski sanacyjnej” skłoniło Chałwę do „ucieczki” i zostanie „psim poetą” albowiem „władza ludowa”  nie pozwoliłaby na inny rodzaj twórczości. Może też być, że za pozwoleniem na „pisanie” była deklaracja współpracy z wiadomym resortem ( u władzy ludowej -  nic nie było za darmo ). Tutaj Autor wykazuje, że nie darzy szczególną sympatią Sarnę, gdy zauważa, że : „(…) biust dobrze umocowany przyprawiłby o zawrót głowy jeszcze niejednego mężczyznę pod rauszem ”.  Można mniemać, na podstawie użytych określeń : (…) odznaczał się znakomitym poczuciem smaku, szczególnie przy dobrze zastawionych stołach, ale także w wyborze na przykład partnerek do zabaw i uciech towarzyskich”, że Autor również nie darzył szczególną predylekcją Chałwy. Nie rozumiem następnego zdania, następującego po opisie znakomitego poczucia smaku Chałwy. „Słowem, mógł zjednać sobie masowego czytelnika współczesnej poezji ”. Przecież poeta może sobie zjednać masowego czy elitarnego czytelnika, swoją poezją a nie poczuciem smaku przy dobrze zastawionych stołach, czy partnerek do zabaw bądź uciech towarzyskich. Zresztą, skąd masowy czytelnik ma wiedzieć o takich przymiotach ( czytaj upodobaniach ) poety, którego zna najczęściej z jego twórczości i nie widział go nigdy na oczy nawet nie wie jak on wygląda. Nie można tego opierać na przykładzie Hrabiny, albowiem jednostkowy przypadek nie daje podstawy do takich uogólnień i ekstrapolacji ( str. 94 ). Hiacynt Chałwa określił swój stosunek do poezji polegający na obronie poczytności, jasności, klarowności i ideowości. Te kamienie milowe rozumienia poezji, przedstawione przez Hiacynta Chałwę, nie mogą się ostać w konfrontacji z krytyką. Cóż to znaczy poczytność, moim zdaniem, może to polegać na schlebianiu oczekiwaniom np. wydawców, krytyków literackich czy niewyrobionym gustom przeciętnych czytelników. Nie na tym ma polegać „uprawianie” poezji. Dalej, przesłanka jasności może być kagańcem dla wyobraźni poety, bo poeta będzie się samocenzurował w procesie twórczym, tak aby sprostać aksjomatowi jasności. To samo można stwierdzić co do żądania zachowania klarowności. Natomiast nie za bardzo rozumiem co Hiacynt Chałwa miał na myśli żądając ideowości poezji. Czyżby to, że poeta ma a priori ustalone wzorce ideowe do których musi dostosować swój proces twórczy a szczególnie wynik tego procesu ? Gdyby okazało się, że wynik procesu jest na bakier z aksjomatem ideowości to tym gorzej dla niego ( wyniku ). Dalsze doprecyzowanie przez Chałwę, że idea to miłość wprowadza, moim zdaniem,  jeszcze większy chaos myślowy. Idea dla mnie jest wynikiem procesu myślowego człowieka, jest to stworzenie koherentnego programu jako wynik pracy rozumu, natomiast miłość nie jest czymś racjonalnym lecz zmysłowym, jako wynik poznania zmysłowego człowieka. Która jest zmienna, niestała, ułudna, wybaczająca, zaślepiona, zaborcza, ale przez to piękna i metafizyczna, po prostu człowiecza. Dalsze stwierdzenie Chałwy, że licznym gatunkom zwierząt należy się nasza miłość jest już z pogranicza abberacji umysłowej. Na potwierdzenie tego niech służy stwierdzenie Chałwy ze str. 95 : „Opiewam zwierzęta, nasze kochane psy, naszą przednią straż domów. Opiewając psy, opiewam miłość ”. Nic dodać nic ująć. W dzisiejszych czasach, gdy abberacje psychiczne i wszelkie zboczenia stają się normą lansowaną przez bezbożne i libertyńskie „łże elity”, takie stwierdzenia nie są niczym szczególnym, ale w latach opisywanych przez Narratora niekoniecznie ! Zjawek na takie wyznania zachował zdrowy rozsądek i trzeźwość umysłu  gdy zaczął się śmiać, po czym zapadł w milczenie obejmując głowę w jednoznacznym i wiele mówiącym geście – obiema dłońmi. Chałwa nie poprzestał na tych wywodach, ale brnął dalej, stwierdzając m.in. : „Nasze psy to narodowa sprawa ”. Widać, że wszyscy za prezydialnym stołem byli zniesmaczeni oprócz Hrabiny ( za stołem Kwiek, zakwestionował status poety Chałwy, Kamizelka podśpiewywał się, Zjawek oprócz tego, że otoczył głowę rękami przeklinał pod nosem). Znaczące było zachowanie  Krwawej Władzi, która obserwowała obcych ludzi w kącie. Ich zachowanie nie zdradzało ich uczuć,, więc Krwawa Władzia nie reagowała. Jak wcześniej wspomniałem, byli to przypuszczalnie funkcjonariusze na służbie ( inaczej esbecy ). Można założyć, że brednie wypowiadane przez Chałwę nie stanowiły żadnego zagrożenia dla zasad ustrojowych PRL – w oczach funkcjonariuszy, więc do woli mógł bajdurzyć. Na to jak był odbierany przez tzw. obywateli mas pracujących miast i wsi, tudzież na zasłużonej emeryturze, świadczy reakcja pensjonariuszy. Była ona bardzo ciekawa. Byli zdziwieni, lecz gdy usłyszeli, że to poeta ich „zdziwienie nieco zbladło”. Widać poeci mieli większą dozę tolerancji niż normalni zjadacze chleba. Co uchodziło poecie nie uchodziło normalnym ludziom. Powiem dosadniej, był to przejaw traktowania poetów czy w ogóle artystów, twórców przez masy pracujące i na zasłużonych emeryturach „ z lekkim przymrużeniem oka”, czyli jako osobników niepoważnych. Filip Smak będąc fizycznie na wieczorze poetyckim był jakby nieobecny duchem. List sprzed lat od Asi, wywarł na nim wielkie wrażenie. Podejrzewam, że spotęgowany wyrzutami sumienia, iż szedł do Asi ale nie doszedł, bo wystraszył się, że uległa wypadkowi samochodowemu ( str. 92 książki).Nie dowierzam temu co Filip stwierdził, że ten list odczuł jako głos obcego człowieka, że to jego martwe życie, niepotrzebne dla niego sprzed lat ( str. 92 ). Jeżeli by tak było, to skąd na stronie 97 myślał : „ Dlaczego ona się mnie bała? Nigdy tego nie mówiła. Nigdy tylko w tym liście”. Na str. 97 wypowiedź Sarny( tak sądzę na podstawie „Usta Sarny wciąż w ruchu”) : „ Poezja to droga do serc innych ludzi ”. Tak ale tylko takich ludzi którzy poezję czytają, czują i rozumieją. Dla większości ludzi ona nic nie znaczy bądź w najlepszym wypadku jest im całkowicie obojętna. Dalej na str. 98 monolog wewnętrzny Filipa : „ Czuję obrzydzenie do kogoś kto jest mi obojętny ”. Nie rozumiem, jeżeli czuję do kogoś obrzydzenie, to znaczy, że nie może być dla mnie obojętny tylko jest naznaczony moją niechęcią, wrogością i obrzydzeniem. Z przytaczanych przez Filipa zdań, zdań wypowiadanych przez Sarnę wynika, że prawiła komunały poza ostatnim zdaniem, które spowodowało gwałtowny protest Chałwy, brzmiało ono : „Nasza misja to prawie chrześcijańska ”. To już nie komunał ale nadużycie, szalbierstwo i humbug. Jak można przyrównywać działalność poety czy nawet poetów do religii, do nawrócenia pogan, ateuszy na wiarę w Boga i Jego Syna Jezusa Chrystusa, jako odkupiciela za grzechy ludzkości. Ale protest Chałwy nie wynikał, jak się później okazało oburzenia wiernego syna Kościoła Katolickiego, ale z pozycji marksistowskich. Wiadomo o co chodzi „wiara opium dla ludu”. Marksiści chcieli zastąpić wiarę w Boga wiarą w człowieka i zaczęli budować niebo na ziemi, wiadomo z jakim skutkiem. Do dziś duża część ludzkości, świata  nie może po tej terapii dojść do siebie. Chałwa bronił : „ naszego ustrojowego optymizmu, bronię wiary w człowieka dojrzałego ideowo, moralnie i historycznie ”. Wcześniej perorował że : „My musimy bronić szańców nowego humanizm, naszego, nowoepokowego, słonecznoustrojowego, a ty nawołujesz do mieszczańskich sentymentów ”. Chałwa zaakcentował element klasowy, walka klas nie może być zapomniana jako element pryncypialny w rozumieniu poezji, są różnice ideowe między ludźmi a ich nie zniweluje ani nie spowoduje zbliżenia ludzi. Chałwa wykazał tutaj czujność ideologiczną , godną najlepszego cenzora, co na pewno zostało zauważone przez dwóch panów z rogu sali : „  coś sobie szeptali, po czym jeden zapisał jakąś uwagę w notesie” ( str. 100 ). Sarna koncyliacyjnie zareagowała na protest Chałwy mówiąc : „ Proszę Państwa, proszę mnie zrozumieć, każdy z nas ma prawo do wyrażania swojego poglądu na temat poezji. Tak samo jak kolega Chałwa, tak samo i ja mam prawo”. Proszę zważyć ( str. 78 ), na wiec poetycki młody Kuwiejski wysłał ojca przestrzegając aby uważał, bo jak wróci to ma zdać relację. Zgodne z tym Kuwiejski notował teraz każde słowo Sarny.  Sarna znowu popełniła faux-pas  - w rozumieniu agentów „zabezpieczających” wieczór poetycki, mówiąc : „Musimy przecież prezentować takie poglądy jakie mamy, a nie takie, jakie są nam w danej chwili wygodne”. Ewelina Sarna na koniec stwierdziła, że głosi humanizm otwarty. Gdy agent obsługujący spotkanie, poprosił o bliższe sprecyzowanie poglądu humanizmu otwartego albowiem jest kilka koncepcji tej teorii, Sarna nie chciała podjąć tematu, mówiąc że wyznaje jeden, ale z względu na szerokość materiału byłoby to zbyt uciążliwe, więc zaproponowała, aby : „inni koledzy wygłosili swoje credo poetyckie (…) ”. Gruszkowska powiedziała, że wiersze same mówią a ona nie wie co ma powiedzieć. W porównaniu z dość dużym oczytaniem oraz umiejętnością posługiwania się uzyskaną  wiedzą, prezentowaną przez Sarnę ; Gruszkowska prezentowała się jak bezbronne dziecko,  które nie wie co ma powiedzieć bo wiersze same mówią. Od poety można wymagać nie tylko pisania wierszy, ale również żeby coś potrafił powiedzieć o swoim procesie twórczym, o przeżywaniu życia, codziennej egzystencji, stosowanych systemach wartości, o wyznawanej teorii sztuki bądź filozofii sztuki, metafizycznym bólu istnienia ; które determinują  jego twórczość i jak to wszystko się przekłada na twórczość poetycką. Również January Kwiek jawi się jako poeta spod znaku absurdu, latającego białego konia czyli Pegaza – symbolu natchnienia i polotu poetyckiego. Bez szczypty absurdu, bez próby zgłębienia tajemnicy istnienia, bez contradiectio in adiecto – oksymoronu, nie może być dobrej poezji. Ma rację Kwiek, gdy mówi : „Poezja, gdy ma skrzydła i ogon, żyje bez korpusu ” ( str. 103 ). Kamizelka podniósł znaczenie marzenia, jego potrzeby w życiu poety - marzenie pozwala się wznosić. Z kolei marzenie jako tęsknota do wielkiego świata niekoniecznie. Można poznać wielki świat a nic nie osiągnąć. Tęsknota do wielkiego świata, polegającej na oglądaniu i poznawaniu to za mało.  Trzeba „przetrawić” ten wielki świat w swoim wnętrzu, go skonsumować aby coś z tego mogło powstać. Samo oglądanie, podglądanie nic nie da. Jak słusznie zauważyła Gruszkowska na stronie 70 książki : „ Tylko ludzie bez wyobraźni muszą jeździć, bo nie stać ich na wolność wewnętrzną, musza być uwięzieni krajobrazami żeby zrozumieć jego urodę (…) ”. Ni stąd ni zowąd  na wieczór poetycki przybyła grupa młodych. Wyglądało to tak, iż byli to protagoniści Hiacynta Chałwy : „Chałwa uniósł rękę nie za mocno. Chłopcy odpowiedzieli : aha Popatrzyli na niego radośnie, trochę pajacowato. Dobrze jest, powiedziało życie wewnętrzne Chałwy ”( str. 106 ). Przybycie grupy młodych odnotował Kuwiejski. Ze trony 107 książki, wynika dla mnie, może się mylę, iż Hiacynt Chałwa to może być Tymoteusz Karpowicz; koryfeusz poezji lingwistycznej. Filip Smak usłyszał że : „Poezja to słowo. Tylko poezja lingwistyczna zdolna jest, do zapisania stanu moralnego i duchowego współczesnego świata. Inna tej roli już nie może spełnić”. Nie można się zgodzić z tym, że poezja to słowa, poezja to przede wszystkim słowo ale nie tylko. Poezja to również marzenie, wyobraźnia, zaduma, tajemnica ale również oksymoron, ale też rytmika, muzyka, nastrój chwili, czyli to coś niewypowiedziane słowem. Okazało się, że Chałwa choć bliższy był lingwistom niż wszyscy pozostali poeci obecni na wieczorze poetyckim, ale nie do końca był akceptowany. Wskazali, że jego wiersze nadają się na akademię Towarzystwa Ochrony Zwierząt. Moje przypuszczenie o tym, że za Hiacyntem Chałwą kryje się mistrz Tymoteusz okazało się błędne. Lingwiści zakłócili przebieg spotkania do tego stopnia, że Piękny Lolo konsultował z Krwawą Władzią przerwane spotkania. Zamiast przerwania spotkania, dopuszczono do głosu przedstawiciela aparystów. Stwierdził on, że popierają Chałwę i  że to poezja przyszłości a tylko głuchy nie może wyczuć jej tętna ( str. 108 ).

 

Aparyści okazali się przeciwnikami lingwistów. Chałwa jako sztandarowa postać aparystów, odczytywał ich  żartobliwe manifesty programowe typu : „My aparyści prawie ateiści nie idealiści głosimy pochwałę życia i picia ”. Na str. 126 książki, jest potwierdzenie mego przypuszczenia, że Chałwa to sztandarowa postać aparystów : „(…) do ugrupowania aparystów, któremu przewodził Hiacynt Chałwa”. Opis unoszenia się w powietrze Chałwy i jego powolny odlot do nieba, jest jakby personifikacją siły poezji, jej magicznej mocy, przewagi ducha nad materią. Poezja potrafi sprawiać cuda, dokonując przemiany ludzkich serc i umysłów ( vide casus Hrabiny str. 111 ). Wznoszenie w aureoli Chałwy, może również oznaczać ostateczne zwycięstwo jego koncepcji uprawiania poezji w starciu z oponentami. Zwycięstwo Chałwy wyniknęło, nie tyle z przesłanek merytorycznych, lecz poparcia głośnej grupy jego zwolenników, którzy, zagłuszyli i zakrzyczeli innych poetów biorących udział w wieczorze poetyckim. Lot Chałwy można też przyrównać do lotu Pegaza ze strony 102 ksiązki, jako wolność poezji, wolność sztuki, wolność myśli ludzkiej która nie da się okiełznać  i zniewolić za pomocą knuta materii bądź zastygłych kolein myśli ludzkiej. Samobójstwo Dłubadełki – skok z okna Pensjonatu – można przypuszczać, że bezpośrednio po wieczorze poetyckim, który odbył się w czwartek ( str. 113 ), należy moim zdaniem, związać ze zdarzeniem opisanym na str. 102 powieści. Otóż, Dłubadełko wpadł w wielki popłoch, ogarnął go bezgraniczny strach, został poruszony do trzewi, wskutek okrzyku Januarego Kwieka, że : „Hop, poezja to biały koń. Hop biały koń ”. Poezja została przyrównana do Pegaza, nieujarzmiona moc poezji, wyzwolona z pęt doczesności, zmierzająca do wolności jak lot konia ze skrzydłami w powietrzu. Wielce wymowne jest tutaj spostrzeżenie Narratora, że : „Uśmiech zastygł na twarzy w taki sposób, jakby Dłubadełko chciał powiedzieć : poznałem tajemnicę wolności ”. Nie wiem, czy nieuprawniona będzie hipoteza, że Dłubadełko chciał zasmakować wolności jako Pegaz, decydując się na skok z okna Pensjonatu. Może Dłubadełko sądził, pod wpływem poezji usłyszanej na wieczorze  poetyckim, że jego lot nie zakończy się upadkiem na bruk ulicy ? To zdarzenie może posłużyć jako przykład par excellence wielkiej siły „rażenia” poezji, która ludzi wrażliwych, acz nieprzygotowanych do obcowania z nią, może doprowadzić do takiego stanu tęsknoty za nią, iż  za krótkotrwałe obcowanie z wolnością, skazują się na potępienie wieczne. Nie zważają, że mają  „ jak w banku” na sądzie ostatecznym, zapewnione skierowanie do piekła bądź w ostateczności do czyścica. Ale można wskazać inną drogę do uzyskania  stanu wolności, drogę trudniejszą bo wymagającą siły ducha i pracy umysłu, polegającej na wolności wewnętrznej,  która jest pełniejszym  stanem wolności, bo stanem niezależnym od czynników zewnętrznych, w tym wypadku lotu w powietrzu który z natury rzeczy nie może trwać długo.

 

 Lot Hiacynta Chałwy jest świetną odskocznią nad ukazaniem ówczesnych elit kulturalno-artystyczno-politycznych Wrocławia. To jest pretekst do wiwisekcji ówczesnych ( str. 117-127 ) elit, przy czym zostało to poprzedzone opisem wielu wypadków komunikacyjnych – wypadków wywołanych jakoby nadprzyrodzonym zjawiskiem lotu człowieka , bez skrzydeł bądź : „(…) żadnego technicznego aparatu ”. Ze str. 126 książki wynika, że Hiacynt Chałwa mimo, ze przedwojenny oficer to miał pewne poważanie – albo lepiej „przełożenie” na władze miasta Wrocławia, jeżeli potrafił „pomóc” poetce Walerii Nędzy w uzyskaniu dużego mieszkania : „(…) mimo, że mieszkała sama ”. Oczywiście nie bezinteresownie, albowiem popierała ona Chałwę. Ze str. 127 książki wynika, że grafomanka , o kaprowych oczkach Waleria Nędza, była wyjątkowo przebiegłą i zdeprawowaną osobą jeżeli : „Rozgłaszała na przykład, że jest chora na raka i pisała podania o stypendia ministerialne. Zwykle przyznawano jej, a ona śmiała się w kułak (…) ”. Dalej wynika, że pisała ona konformistyczne bajeczki jako cenę za uznanie u „oficjalnych czynników”. Narrator podaje na str. 127 iż bardzo znany działacz polityczny o ekstremistycznych poglądach ateistycznych, rozmawiał w swoim domu przy ul. Jaśminowej z księdzem proboszczem z tej samej parafii. Pragnę zauważyć, że już sam fakt przyjęcia w swoim mieszkaniu księdza proboszcza, świadczy o pewnej odwadze cywilnej tego działacza politycznego. Bo co by się stało gdyby to ktoś zauważył ? i doniósł gdzie trzeba ? Los takiego działacza politycznego byłby skończony ! Z kolei to że ksiądz odwiedził swego parafianina, nawet błądzącego, dobrze o nim świadczy. Jezus Chrystus też tak zrobił, poszedł szukać jednej owieczki odłączonej od stada. Jeżeli chodzi o księdza kanonika i studentkę III roku matematyki, to chcę zauważyć, że tam gdzie zabraknie Pana Boga, tam zawsze szatan wchodzi podstępem. Szatan swoją niecną działalnością , chce poróżnić człowieka z Panem Bogiem i skazać duszę zagubionego, błądzącego człowieka na zatracenie wieczne.

 

 Rozdział dziewiąty. Jak można było przypuszczać, ranga która została przypisana spotkaniu poetyckiemu w Pensjonacie, po wielokroć przekroczyła jego faktyczne znaczenie. Ale w państwie policyjnym, każde zgromadzenie ludzkie, które wykracza poza ramy przypisanego scenariusza , budzi niepokój reżysera i scenarzysty. Dziwne tylko, że to Filip Smak był poszukiwany od godzin rannych następnego dnia po wieczorze poetyckim ( str. 136 ). Przecież był on nowym pracownikiem i nie był wysoko sytuowanym w hierarchii aparatu kultury. Przecież Piękny Lolo i Krwawa Władzia zadecydowali i dali przyzwolenie na zoorganizowanie zbiorowego spotkania poetyckiego w Pensjonacie. Filip Smak jedynie zasygnalizował zoorganizowania spotkania z Parnasem poetyckim miasta ( str. 58 ). Natomiast Piękny Lolo zadecydował, że uruchomi całą machinę organizacyjną i propagandową, celem podniesienia rangi wieczoru poezji. Gdy „czynniki” zainteresowały się wynikiem spotkania poetów, wskazał swego podwładnego jako odpowiedzialnego za „efekt” spotkania. Czyli wystawił, mówiąc brzydko swego pracownika na „odstrzał”. Z kolei ja nic takiego nie zauważyłem w całym wieczorze – spotkaniu poetyckim, co by dawało powody do zaniepokojenia, czy to PZPR czy to Urzędu Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk czy policji politycznej PRL ( SB ) bądź też Prezesa Oddziału ZLP we Wrocławiu. Należy również pamiętać, że Piękny Lolo był dyrektorem Centralnego Domu Kultury, który pieczę sprawował także nad DSC ( str. 57 ). Na str. 138 dowiadujemy się, że „Urząd” o którym mówił Piękny Lolo na str. 136, to nadal Urząd. Ponadto Filip na str. 138 podaje, że Piękny Lolo podał numer w Rynku pod który miał udać się Filip Smak, natomiast z relacji na tą okoliczność przeprowadzonej rozmowy z Pięknym Lolo ( str. 136 ) nic takiego nie wynika. Wynika tylko, że Filip  wiedział, że ma się zgłosić do Urzędu – bez nazwy – nie wiedział do jakiego wydziału ma się zgłosić i w jakiej sprawie. Narrator powinien większą uwagę zwracać na szczegóły, tak żeby poprzednie fakty były koherentne z następnymi. Chyba, że to było zamierzone działanie Autora. Na str. 139 Narrator podaje, że Filip : „Objął wzrokiem gmach i odczytał potężną tablicę wymalowaną czerwonymi literami : Urząd. Tam poszedł”. Nie może być prawdą to co podaje Narrator, nie mogło być tablicy o nazwie „Urząd” bo to nic nie znaczyło. Bo nie było urzędów jako takich, bez nazwy własnej ! To jest po prostu nieprawda. Z jakich powodów Autor stara się ukryć urząd o jaki chodzi ? Czyżby z obawy przed cenzurą ? Ta ostrożność nic nie dała, bo książka przeleżała w szufladzie 10 lat. Pośrednio ze str. 138 wynika, że chodziło o Urząd Miejski, bo tramwaj skręcił i pomknął prosto pod Urząd Miejski. Narrator stara się być bardzo dokładny, podając ilość stopni na schodach pokonanych przez Filipa – 37 stopni – a nie podaje nazwy urzędu do którego wszedł Filip ! Zadziwiająca logika postępowania ! W czasie ewidencjonowania przez urzędniczkę przyjścia Filipa Smak do Urzędu, na pytanie urzędniczki : „Poeta? Tak, poeta” odpowiedział. Filip Smak do przyjazdu do Wrocławia pracował jako nauczyciel języka polskiego w mieście powiatowym K. Po przyjeździe do B -  miasta Wrocławia – po pewnym czasie został zatrudniony w Domu Starego Człowieka, zwanym Pensjonatem Miejskim, ale nie w charakterze czy na stanowisku poety ( nie było takiej możliwości ). Na str. 56 stwierdził Narrator, że Filip wybierał się do pracy na niwie kultury i sztuki narodowej. Czy Filip Smak był w tym czasie członkiem ZLP aby mówić że jest poetą ? W tamtych czasach wpisywało się w dowodzie osobistym między innymi zawód i miejsce pracy. Czy Filip  Smak jako alter ego Narratora – Autora ( Stanisława Srokowskiego ) miał w dowodzie osobistym w pozycji zawód wpis Poeta ? a miejsce pracy Oddział ZLP ?  ( bez takich wpisów do dowodu osobistego – każdy był traktowany jako „pasożyt” społeczny – z przykrymi tego konsekwencjami ). Filip został wezwany w trybie pilnym ( str. 136 ) do Urzędu, gdy się zjawił w pokoju nr 213 trzecie piętro u inspektora Kuś, to się dowiedział, że inspektor jest zajęty i zostanie w odpowiednim czasie wezwany i wszystkiego się dowie ( str. 142 ). Wydawało by się, że sytuacja wyżej przedstawiona to absurd w stylu Franca Kafki ale w komunizmie, to co dla normalnych warunków zewnętrznych było absurdem, abberacją ; wcale  nią nie było, to była norma, standard, zasada. Rozdział dziesiąty. Na str. 147 Narrator napisał, że : „ (…) zaapelował również Bonawentura Grzybek do innych działaczy czołowych i głównych, a także do działaczy naczelnych i przewodnich (…) żeby za jego przykładem, zobowiązania ku czci przyjmując, sami i masowo pozbywali się wszelkich will, daczy, domków jednorodzinnych, jachtów, samochodów z zasłoniętymi żółtymi firankami, basenów krytych i basenów otwartych, stawów rybnych i kont w bankach zagranicznych (…) ”. Nie chcę się na ten temat wypowiadać, czy to jest baśń, bajka czy chciejstwo Autora, ale pragnę zwrócić uwagę na co innego. Filip Smak przyjechał do B-Wrocławia – 20 września 1968 r. Po jakimś czasie otrzymał pracę w Domu Starego Człowieka. Nie jest to precyzyjnie określone, od kiedy zaczął pracę, ale możemy założyć, że pod koniec roku 1968. Po krótkim czasie ( można sądzić, że bardzo krótkim ) doszło do opisanego spotkania poetów w DSC- Pensjonacie. Zaraz po tym miał miejsce przypadek przekazywania przez Grzybka „bez niczyjej namowy, jedynie z poczucia obywatelskiej wspólnoty swoją willę na cele ogólnoludzkie i postępowe”. Można przyjąć, że na początku roku 1969 lub trochę później, miało to miejsce oraz jego apel o wyzbywanie się dóbr doczesnych na rzecz ludu. Wcześniej było wspomniane str. 146 : „ (…) żeby dać przykład innym, jak się zachować należy w historycznie ważnych momentach swojego gwałtownie budzącego się do życia kraju ”. Coś tu nie gra. Gwałtownie budzący się do życia kraj, wskazuje raczej na początek dekady tow. Edwarda Gierka, lecz wyliczenie dokonane powyżej, mówi co innego, że to był schyłkowy okres rządów Gomółki ( nawet gdyby wyliczenie było nietrafne, to też nie będzie błędu w sprawie niżej przedstawionej ).  Sama wymiana tych dóbr doczesnych przyprawia o zawrót głowy. Czy Autor nie zapomniał, że to były czasy rządów tow. Wiesława ? Przecież Władysław Gomółka był prostym komunistą i wyznawał zasady siermiężnego socjalizmu, i nie tolerował wśród aparatu władzy przejawów burżuazyjnej czy kapitalistycznej własności. Było to niemożliwe pod rządami Władysława Gomółki. Więc te baseny kryte, jachty , konta zagraniczne to raczej było niemożliwe za jego rządów, bo po prostu nie było wtedy takiej akumulacji kapitału. Na str. 148 Narrator podał, że : „(…) drugą już daczę dla swojej kochanki, znanej działaczki katolickiej Heleny Motylek, w lasku podmiejskim przygotowuje (…) ”. Jest to moim zdaniem, grube nadużycie. Przecież w państwie policyjnym i ateistycznym, walczącym z wiarą i Kościołem Hierarchicznym ; jakim przez cały czas było PRL – nie ma mowy o żadnych niezależnych partiach czy stowarzyszeniach katolickich. Już wcześniej wspomniałem, że było tylko PAX współpracujące i kolaborujące  z reżimem oraz Caritas – odebrany Kościołowi i upaństwowiony.

 

 Rozdział jedenasty. Str. 154 Eweliny Sarny przyszedł pierwszy z zaproszonych gości Wiesio Rogacz. Zaczął od lustrowania kątów, sprawdzania lamp, gniazdek elektrycznych, sufitu. Pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku - wiedza w społeczeństwie – o stosowaniu podsłuchów innych niż telefonów, była jeszcze na szczątkowym poziomie, bo nie było żadnych form zorganizowanego sprzeciwu społecznego. Społeczeństwo było zatomizowane i niezorganizowane. Do inwigilowania społeczeństwa i poszczególnych jego przedstawicieli, wystarczyły osobowe źródła informacji, dużo tańsze i niezawodniejsze w dostarczaniu wiedzy niż sprowadzane z zachodu, za dewizy urządzenia podsłuchowe. Narrator na str. 155 wspomniał jakby mimochodem o Hercogu, który nie mógł uporać się z habilitacją, a jednocześnie wciąż „krępując się stopnia docenta państwowego (….) ”. Szkoda, że nie zostało to przez Autora wyjaśnione. bliżej. Nie każdy wie o co tu chodzi. A chodzi o tzw. „docentów marcowych” . Władze komunistyczne w odwecie za rewoltę studencką z marca 1968 r. ze szkół wyższych, oprócz tego, że relegowali bardzo dużo studentów to w ślad za nimi usunęli również b. dużo wykładowców, którzy sympatyzowali ze studentami, choć niekoniecznie. Wystarczyło, że był wątpiącym w marksizm-leninizm i zachowywał niezależność myśli bądź osądu, był szanowany przez studentów, albo był pochodzenia niesłusznego, to wystarczyło żeby być usuniętym z uczelni. Na ich miejsce powoływano ludzi miernych ale wiernych, wiernym zasadom ustrojowym państwa socjalistycznego oraz PZPR, bez dorobku naukowego, bez habilitacji, często bez doktoratu, ale zachowujący czujność ideologiczną i klasową. To byli tzw. „docenci marcowi”. Z rozdziału jedenastego  wyłania się bardzo pesymistyczny obraz środowiska, gdzie walka o wpływy przesłania wszystko. Do czego twórcom to było potrzebne ? Ewelina Sarna wiele energii i pieniędzy, czasu, sił witalnych przeznacza na działalność która przystoi żigolakom. Z opisu wyłania się ponury obraz intrygantki, kobiety stosującej metody poróżniania środowiska, ostracyzmu towarzyskiego. Wszelkimi sposobami stara się zjednać sympatię różnych wpływowych osób, nie stroniąc od wręczania różnorodnych prezentów, które miały jej zapewnić przychylność na teraz jak i w przyszłości. Stosowała przemyślane metody działania, wyznaczając swoim stronnikom role do spełnienia w określonych środowiskach. Widzę tutaj podobieństwa do metod stosowanych przez SB względem literatów. Pomówienie, plotka, rzucanie podejrzeń, kłamstwo, intryga to były normalne metody postępowania owej „Pani Poetki”. Ale zastanówmy się na chwilę, o co w tym wszystkim chodziło ? O to aby zostać Prezesem Oddziału Związku Literatów Polskich. Czy literaci dokonując wyborów nie wiedzieli na kogo głosują ? Czy głosowania były jawne czy tajne ? W głosowaniach tajnych, takie osoby nie powinny mieć żadnych szans. Z tego co wiem, w czasach opisywanych przez Stanisława Srokowskiego, głosowali wszyscy obecni członkowie ZLP. Dopiero później, jeśli się nie mylę w 1976 r., wprowadzono w miejsce demokracji bezpośredniej, formę pośrednią. Formę pośrednią polegającej na tym, iż prezesa Zarządu Głównego czy Zarządu Oddziału ZLP, wybierał Zarząd ze swego grona a nie wszyscy obecni z prawem głosu ! Wszyscy obecni z prawem głosu, wybierali z pośród siebie zarząd bez możliwości wyboru prezesa czy wiceprezesa. Jeżeli jednak były wybierane to znaczy, że większość była w różny sposób przekupiona przez mocodawców. Przekupić można było w bardzo prosty sposób ; literatów, poetów spolegliwych bądź  delatorów, się drukowało w dużych nakładach, wznawiało się, a niepokornych nie. Prasa odmawiała publikacji artykułów, bądź tak je szatkowano, że szanujący się twórca musiał rezygnować ze współpracy. Telewizja odrzucała kolejne projekty, to samo radio. Wybitnych twórców acz niepokornych, skazywano na nędzę materialną, vide Stanisław Dygat i Kalina Jędrusik ( jego żona ). Natomiast kolaudacja filmu Ewy Kruk „Palace Hotel” według scenariusza Stanisława Dygata, którego zaatakowano oskarżając go o obrazę Polski i polskości, kosmopolityzm itd. spowodowała przedwczesny zgon Dygata w wieku 64 lat, Kalina Jędrusik zmarła natomiast w wieku sześćdziesięciu lat. Wiem,     Andrzej Szczypiorski był miłośnikiem zwierząt i członkiem Towarzystwa Przyjaciół Zwierząt a zarazem długoletnim agentem służb specjalnych PRL. Czy to on jest tym Hiacyntem Hałwą ? Rozumiem, że Ewelina Sarnie chodziło o prezesurę Oddziału Wrocławskiego ZLP ale czy funkcja warta była takiego postępowania ?  Przecież po kilku, kilkunastu latach o tym kto był prezesem pamiętają najczęściej tylko historycy literatury ! Podejrzewam, że tu chodziło bardziej o prestiż, pieniądze i władzę nad innymi literatami i poetami. Ta chęć była, moim zdaniem, spiritus movens postępowania Eweliny Sarny i jej podobnych. Najczęściej byli to też marni pisarze i poeci sztucznie nagłaśniani przez władze, którzy nie mogli liczyć na to, że ich twórczość zostanie pozytywnie zweryfikowana przez bezstronnego sędziego, jakim zawsze jest upływ czasu ( vide wieloletni wiceprezes Oddziału Warszawskiego ZLP – Jerzy Putrament ).

 

Rozdział dwunasty. Autor na str. 166 nazywa instytucję żądającą wyjaśnień w związku z decyzją przekazania wilii na cele charytatywne przez Bonawenturę Grzybka, Wysoką Instytucją. Sądzę, iż nie sam fakt przekazania willi wzbudził zaniepokojenie, ale apel Grzybka skierowany do innych majętnych posesjonatów, aby poszli za jego przykładem i wyzbywali się majątków na rzecz ludu i w imię tego, że : „ I to, co ludowi należne, nawet przez jednostkę własną krwawicą tej jednostki zbudowane, ludowi musi być oddane ” ( str. 147 ). W tamtych czasach, żadna inicjatywa nie mogła być realizowana jako niezależna, nie uzgodniona z przewodnią siłą narodu – PZPR.  PZPR musiała wyrazić zgodę na coś takiego i nie mogła być zaskakiwana takimi „nieodpowiedzialnymi” pomysłami i działaniami ! które nota bene odwoływały się wprost do idei ludowładztwa, co dla państwa totalitarnego jakim była PRL było b. niebezpieczne. Należy pamiętać, że Polska Rzeczpospolita Ludowa – PRL wprost odwoływała się zasady ludowładztwa jako naczelnej zasady ustrojowej, i nie mogła tolerować takich „nieodpowiedzialnych” zachowań swoich przedstawicieli. Przecież zasada ludowładztwa, realizowana przez partię komunistyczną PZPR, opierała się na terrorze aparatu bezpieczeństwa nad masami, zaś „powrót do źródeł” z hasłami typu „człowiek człowiekowi bratem jest” oraz „że w tym braterstwie ludowładztwo realizuje swoje najszczytniejsze ideały”, mogło w najlepszym wypadku być uznane za rewizjonizm zaś w przypadku zachowania pryncypialności, za trockizm i kontrrewolucję ! Jeszcze jedna uwaga, Grzybek dokonując darowizny czy aktu zrzeczenia się własności nieruchomości zabudowanej willą, nie pozostał parnasem. Na str. 169 Narrator podaje, że Grzybek jest posiadaczem mieszkania własnościowego spółdzielczego, wyposażonym w antyczne meble i historyczne płótna wiszące na ścianach. Można rzec, że darował co mu zbywało ale dlaczego ? Przecież chyba nie chodziło mu o popularność w społeczeństwie, bo to nie miało żadnego znaczenia dla jego pozycji społecznej. O jego pozycji decydowały notowania w PZPR. Okazuje się, że na przesłuchanie przed Wysoką Instytucją stawiła się cała śmietanka towarzyska miasta Wrocławia. Natomiast Prezes Wysokiej Instytucji wiele Grzybkowi zawdzięczał, bo : „(…) kilka lat temu  wyciągnął z jakiejś śmierdzącej afery samego Pachołka, zacierając wszelkie ślady toczącego się śledztwa ”.

 Grzybek znał osobiście  prawie wszystkich stawających. Okazało się, że Grzybek b. dużo o nich wiedział a na każdego z nich miał „haka” czyli kompromitującą na ich temat wiedzę. Dosadnie ujął to z oburzeniem : „I ja z nimi ! Z tymi przestępcami ! ”. Wrocław, zresztą jak cała Polska miał elity o mentalności alfonsa. Obecnie w III Rzeczypospolitej nie jest lepiej, dominują tzw. „łże elity” jako owoc agenturalnego „dogadania” się pod stołem, pomiędzy komunistyczną wierchuszką a tzw. „opozycją demokratyczną” w 1989 r. w Magdalence. Narrator mocno przesadził stwierdzając : „ (…) bo nikt nigdy tym tramwajem nie jeździł. Przeciwnie, każdy z obecnych zostawił przed Wysoką Instytucją najnowszy model samochodu marki Volvo lub Mercedes (…) ”. Pamiętam te czasy, w najlepszym razie mogły to być czarne Wołgi lub Tatry. Takich samochodów w tamtych czasach na ulicach polskich miast nie było. Na str. 174 przedstawił Narrator sytuację, gdy sekretarz Sobieraj chciał uzyskać poparcie Grzybka na przeniesienie prezesa Pachołka na inne, równie intratne stanowisko, lecz prestiżowo mniej znaczące. Szkoda, że przedstawiony tutaj toczący się między protagonistami : „w milczeniu niewidoczny pojedynek myśli”,  trwał tak krótko. Wszelako konkluzje pojedynku były budujące, Grzybek nazwał sekretarza Sobieraja „świnią” natomiast Grzybek został nazwany „idiotą”, nic dodać nic ująć. Moje dywagacje z poprzednich stron że „władza ludowa” nie lubiła być zaskakiwana przez nieustalone z nią działania, okazały się trafne. Na str. 175 – 176 prezes Pachołek ( wypełniający zadania „władz naczelnych” ) podniósł fakt że : „ (…) powszechnie szanowany działacz Bonawentura Grzybek przekazał na cele, jak sam zaznaczył, charytatywne własną willę ”. Dalej prezes Pachołek spuentował, że : „obywatel Bonawentura Grzybek, którego wszyscy dobrze znamy i cenimy za wieloletnią działalność społeczną, sprawił nam, naszej ludowej władzy, pewien kłopot ”. Zebrany aktyw miał „rozpatrzyć różne aspekty powstałej sytuacji ”. Ciekawa była reakcja Grzybka na takie dictum acerbum, kiedy zaprotestował, nazywając to „łamaniem praworządności ”. Zamienna była reakcja osób siedzących niekoniecznie najbliżej Bonawentury Grzybka, po usłyszeniu słów prezesa Pachołka odsunęło się od niego, oprócz jednego który „pamiętał że Grzybek już nie z takich opresji wychodził i zawsze padał na cztery łapy ”. Trafna była diagnoza Grzybka który spuentował to „to jakaś mafia”, faktycznie władza PZPR miała charakter mafijny, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Dalej sytuacja rozwijała się w ten sposób, że Grzybek nazwał ją skandalem i grandą oraz naruszeniem wolności osobistej. Prezes Pachołek powołując się na gazetę „Myśl Jednoczącą” powiedział, co ona pisze : „ Znany działacz przekazał willę na cele charytatywne”. Prezes zadał w związku z tym ważkie pytania, które odzwierciedlały stanowisko aparatu partyjnego. Ale dlaczego przekazał ? „ I w jakich okolicznościach? I więcej, przeciwko komu przekazał ? Prezes zakończył stwierdzeniem : „Komu to służy, obywatele ? Pytam was : Komu to służy”. Chciałoby się odpowiedzieć, ze wrogom ludu, wrogom państwa robotników i chłopów. Kolektyw wszystkim jednostka niczym. Tak w tamtym czasie powinna brzmieć odpowiedź zniewolonego czy zniewolonych umysłów. Grzybek swój krok uzasadnił tym, że „poczuł głęboką więź z masami”. Po czym zaatakował pytaniem dlaczego inni w tym obywatel prezes nie oddali swoich willi. Pachołek zauważył, że Grzybek nie odpowiada na pytania ale pragnie oskarżać : „przedstawicieli ludowładztwa, którzy stoją na straży sprawiedliwości społecznej”. Te słowa pozwalają przypomnieć te straszne czasy, kiedy człowiek musiał udowadniać, że nie jest wielbłądem. Dobrze, że młode pokolenia Polaków nie muszą tego poznawać na własnej skórze. Niestety, są młodzi głupcy, ( za Stalinem można by powiedzieć „pożyteczni idioci” ) którzy dalej bajdurzą o ustroju sprawiedliwości społecznej, iż oni to by przeprowadzili lepiej i skuteczniej niż ich dziadkowie lub ojcowie. To jakby głosowanie, czy lepiej z Pol Potem a może z Mao Tse Dongiem, Leninem czy Stalinem. Do czego był zdolny tamten ustrój, niech młodym niedowiarkom uzmysłowi powszechny donos i delacja jako sposób na utrzymanie w ryzach społeczeństwa. Oczywiście wcześniej zlikwidowano fizycznie warstwy oświecone i patriotyczne Narodu. Cel był jeden, stworzyć nowego człowieka, człowieka podporządkowanego, pozbawionego indywidualnych przymiotów, człowieka o mentalności zaprogramowanej maszyny. Oczywiście programatorami byli klasycy marksizmu-leninizmu. Był to szatański ustrój. Obecni pogrobowcy to najczęściej wnuki zdrajców Narodu Polskiego spod znaku KPP ( Komunistycznej Partii Polski ) zaś ich ojcami byli ludzie którzy zniewalali Naród, z pod znaku UB – Urzędu Bezpieczeństwa i SB – Służby Bezpieczeństwa. Oto efekt braku rozliczenia zbrodniczego ludobójczego ustroju sprawiedliwości społecznej. Klasycznym, klinicznym przykładem niech będzie to, co powiedział prezes Pachołek na str. 181 książki obwinionemu Grzybkowi : „ Oto zeznania lojalnych obywateli miasta B, którzy byli świadkami obcych nam klasowo i światopoglądowo demonstracji (…). Widziałem na własne oczy, jak mój sąsiad, co mieszka w willi obok (…), ten sąsiad stał ostatnimi dniami w swoim sadzie i patrzył w gwiazdy i niebo i mówił do gwiazd i do nieba. Wyglądało to jak modlitwa”. Że takie posądzenie było szalenie ważne dla obwinionego i automatycznie stawiało go na pozycji przegranej – bo jak się bronić na urojenia chorych umysłów – niech świadczy dalszy rozwój sytuacji. W ślad za tym padł zarzut nie do obalenia ( w ten sposób władza ludowa „załatwiła” wielu ludzi uczciwych a przez to niewygodnych dla towarzyszy ) , że : „obywatel Grzybek potajemnie przechodził na pozycje obcej nam wiary. Spiskował z obcymi nam, wrogimi siłami. Zadawał się z perfidnie przenikającą do naszego kraju obcą nam i wrogą propagandą”.  Proszę zważyć, iż aby takie sytuacje jak wyżej opisana, były możliwe, wcześniej trzeba było dokonać oczyszczenia przedpola. Takie sytuacje były z życia wzięte, to nie były sytuacje wydumane, rodem z „teatru absurdu”.

 

 Autor poruszył szalenie ważny temat, jest to bardzo celna egzemplifikacja szaleństwa ustroju komunistycznego. Ten jeden przykład wystarczy dla każdego normalnego człowieka, ażeby zrozumieć, iż bez inspiracji szatana taki ustrój nie mógłby powstać. Oczywiście wcześniej musiała powstać myśl ludzka która stworzyła archetyp, paradygmat takiego ustroju. Taka myśl od początku była skażona inspiracją szatana. – stąd wspaniały tytuł „Sen Belzebuba” ! Tak, to  nie przypadek takiego tytułu powieści ! Stanisław Srokowski jest prawdziwym wizjonerem ! Przeciwko czynowi Bonawentury Grzybka zostały również wprzęgnięte służby specjalne państwa, o czym wprost poinformował prezes Pachołek – str. 182 książki (sic !). Służby specjalne „poczęły szperać i zbierać dowody na prawdziwość jego decyzji (…) obywatel Grzybek uzasadniał swój czyn tym, że pragnie mocniej związać się z ludem”. Efektem szperania i zbierania dowodów przez służby specjalne państwa ludowego były zeznania innych obywateli, którzy zachowali czujność ideologiczną i klasową. Jeden z nich zeznał : „ Patrzył w niebo i mówił : Jestem z tobą. I po twojej stronie, I zamilkł. Długo milczał, a potem powiedział : słyszę cię, słyszę. Mów jeszcze”. Konstatacja była przygniatająca dla Grzybka i bez możliwości ratunku ( tam gdzie rozum śpi budzą się upiory ), było to w czystej postaci odchylenie prawicowe i nacjonalistyczne. Za towarzysza Bieruta karane nawet śmiercią ! Mało tego, Pachołek obarczył Grzybka winą za katastrofę tramwaju, albowiem motorniczy patrzył w niebo, jakby za zdradliwym przykładem czołowego obywatela miasta Grzybka. W tej sytuacji można było oskarżyć Grzybka za wszystkie plagi społeczne i katastrofy włącznie z plagą stonki ziemniaczanej. Stonki zrzucanej przez wrogie samoloty imperialistów amerykańskich na polskie pola.  Ale okazało się, że to nie koniec spektaklu, bo do rozgrywki włączył się sekretarz Sobieraj. Zarzucił on prezesowi Pachołkowi brak czujności obywatelskiej vide  ciche popieranie obywatela Grzybka vide inra : współwinę obywatela Pachołka bo nie dopilnował obywatela Grzybka, wraz z nim wielu innych. Sekretarz Sobieraj ; zaproponował obu obywateli przekazać Specjalnej Komisji , co zostało przegłosowane bez sprzeciwów. Dla normalnego człowieka, przedstawiona historia to absurd do kwadratu ; ale to nieprawda, prawdą było to co przedstawił Autor. Życie w PRL to jeden wielki groźny, niebezpieczny absurd.

 

Rozdział  trzynasty. Jak można było przypuszczać, Bonawentura Grzybek nie mógł się podnieść o własnych siłach z upadku, wpadł w obojętność i otępienie, więc młoda żona Aniela Grzybek odesłała go do szpitala ( str. 189 ). Bonawentura Grzybek wylądował w szpitalu psychiatrycznym, ale to nie wynikało z potrzeby eliminacji nieposłusznych pod względem politycznym obywateli. W ustroju sowieckim to była normalna praktyka. Każdego przeciwnika ustroju ludowego traktowano jak chorego umysłowo i zamykano w „psychuszkach”. Czyniono to bez wyroku sądu ( ale nawet gdyby był taki wymóg formalny, to nie stanowiłoby to problemu, sądownictwo PRL realizowało wytyczne polityczne PZPR. ). Z wypowiedzi Narratora wynika, że Grzybek był w takim stanie, że to było dla niego bez znaczenia. Jednakże na podstawie monologu wewnętrznego Bonawentury Grzybka, w gabinecie prof. Merlinga, można przypuszczać, że Grzybek powoli dochodził do siebie po traumie przeżytej w Wysokiej Instancji. Lecz nie do końca bo był b. rozgoryczony, czuł się skrzywdzony przez Sobieraja bo za zbliżanie się z ludem oczekiwał szacunku a został : „ A tu proszę, oddali mnie do szpitala psychiatrycznego” str. 195. „Obywatel” Grzybek w rozmowie z prof. Merlingiem rozważał różne warianty rozmowy z psychiatrą, oraz wziął pod uwagę, iż gdyby interlokutora zaatakował słownie, to może wpisać mu do „karty zdrowia” a nie jak można było sądzić „karty choroby” „ agresję maniakalną” ( str. 192 ). Grzybek powiedział psychiatrze, że „oddałem ludowi swoją willę” a prof. Powiedział : „ Wiem to piękny czyn”. Grzybek dalej po analizie różnych za i przeciw powiedział, że : „To wszystko przez tego Sobieraja. To na pewno przez niego, bo z Pachołkiem to ja bym sobie poradził. Ale ten to gracz (…).On mnie chce wykończyć(…). Za to (…) że zbliżyłem się do ludu. Tylko za to, rozumie mnie pan? (...). On mnie powinien szanować za to. Tak jak inni powinni mnie za to szanować. A tu proszę, oddali mnie do szpitala psychiatrycznego”. Profesor widać, że prowadził grę, chciał jak najwięcej zwierzeń usłyszeć od Grzybka. Widać, że  od początku miał przekonanie co do stanu zdrowia pacjenta. Tak myślał patrząc na Grzybka : „ Trudna bestia. Wysoki stopień komplikacji. Do schizofrenii maniakalnej dojdą nowe zbiory chorób”. Okazuje się, że Grzybek posiadał dobre rozeznanie sytuacji, gdy na str. 192 przewidywał możliwość wpisania mu a karcie zdrowia ( dlaczego nie choroby ? ) przez prof. Merlinga agresję maniakalną. Może też tak być, że prof. Merling otrzymał zlecenie, inaczej „obstalunek” na załatwienie Grzybka, jako psychicznie chorego, i że jego całe postępowanie było li tylko wynikiem choroby a nie śwaidomie podjętej decyzji. Sposób nazwania przez prof. Merlinga, Grzybka jako „bestii” nie powinien mieć miejsca, nawet w myślach niewypowiedzianych. Lekarz tak nigdy nie powinien mówić ( nawet w myślach ) o pacjencie , a proszę pamiętać, że to lekarz z tytułem profesora : „ A tymczasem Bonawentura Grzybek stanął przed pogodnym obliczem największej sławy psychiatrycznej w Podparyżu, samego Apoloniusza Merlinga (…) wybitnego znawcy dusz ludzkich, wielkiej sławy zagranicznej, doktora honoris causa kilku uniwersytetów trzech kontynentów (…)”. Chciałoby się powiedzieć : noblesse oblige – szlachectwo zobowiązuje ; ale jak widać nie wszystkich to dotyczyło, nowy człowiek miał za nic zasady ogólnoludzkie, tu powstawała in statu nascendi nowa jakość socjalistycznego człowieka. Profesor zaczął indagować Grzybka o oddanie willi, czy to było dobrowolne? Czy nikt do tego go nie namawiał ? czy nie było w tym nic dziwnego ? Widać, że odpowiedzi Grzybka go nie przekonywały – nie pasowały do przyjętej z góry tezy. Grzybek powiedział, że działał dobrowolnie, z własnej woli, nikt go do tego nie namawiał, że to był jego obowiązek. Pytał o ogłoszenie w gazecie. Grzybek potwierdził, że powiadomił opinię publiczną o tym fakcie. Profesor chcąc nie chcąc ( bardziej nie chcąc niż chcąc ) skonstatował : „ Tak, to całkiem logiczne. Najpierw pan oddał willę, a potem poinformował społeczeństwo” ( str. 198 ). Profesor jednak dalej indagował Grzybka, licząc zapewnie, że Grzybek powie coś co będzie pasowało do tezy profesora , pozwoli na wykazanie jego „schizofrenii maniakalnej”. Nie mam wątpliwości, że sposób zachowania profesora i zadawania pytań świadczy o jego roli w zrobieniu z Grzybka wariata, przydzielenie mu przez siły zła zadania advocatus diaboli. Pomimo wcześniejszych zapewnień Grzybka, że działał dobrowolnie, bez namowy, z własnej woli, prof. Merling pytał o to samo ale inaczej : „ Może ktoś panu podpowiedział – ciągnął profesor”. Pomimo zapewnienia Grzybka, że wie co robi, to Merling dalej dręczył Grzybka : „ A czy nie słyszał pan jakiś szeptów, głosów, czegoś takiego (…) miękko mówił profesor” ( str. 199 ). Miękko zadawane pytania miały zapewne uśpić czujność Grzybka i skłonić go do potwierdzenia tego co sugerował Merling. Widząc niezdecydowanie Grzybka, koncyliacyjnie powiedział : „Niech pan nic złego nie myśli  - usłyszał pojednawczy głos -  Chcę ulżyć pana cierpieniom”. Przygana Merlinga : No czekam” świadczyła o presji wywieranej na Grzybka, aby potwierdził to na co czekał Merling ! Grzybek się pogubił w tej serii pytań i sugerowanych odpowiedzi, że bezradnie zapytał : „co mam mówić ?”. Profesor dalej męczył pacjenta pytaniami, czy słyszał głosy, gdy otrzymał odpowiedź przeczącą, to stwierdził, że chodzi o głosy z zewnątrz, może ze snu, może jakieś szepty. Gdy Grzybek postanowił zmienić strategię rozmowy, było jasne, że walkę wygrał przebiegły Merling. Grzybek naiwnie sądził, iż w razie wpadki wycofa się, uważał, że tutaj wystarczy praktyka polityka, stosowania uników. Gdy Grzybek zaczął się wahać na wmówienie mu, że słyszał głosy mówiąc : „Tak …to znaczy nie…wystękał pacjent ” profesor czym prędzej zaczął go przekonywać, że to całkiem normalne. Na nieoczekiwane pytanie Grzybka : „(…)  a czy pan profesor też słyszy głosy” otrzymał odpowiedź twierdzącą, że : „Każdy słyszy… naturalnie, każdy, kto ma jakąś wrażliwość odrzekł profesor”. Gdy Grzybek potwierdził, że słyszał takie głosy oraz, że na jego decyzję miał wpływ latający poeta, to szermierka słowna, a właściwie walka o być albo nie być dla Grzybka została przegrana z kretesem. Grzybek podpisał na siebie cyrograf – tak uważam ( zaznaczam, że to piszę nie znając dalszego rozwoju wypadków ). Grzybek przyznał się profesorowi, że : „wiara w lud jest naszą świętą sprawą  (…)   – Miej serce i patrz w serce ( …) ”. Profesor zauważył, że przez Grzybka przemawia mądrość ludowa a pacjent dodał, że również wyrzuty sumienia : „Nie można mieć willi, jak ktoś inny żyje w baraku” ( str. 202 ). Grzybek stracił chyba poczucie rzeczywistości, bo pochwalił się Merlingowi, że za nim poszli inni co Merling skwitował, że właśnie odpoczywają. Jak się okazało później, odpoczywali w szpitalu psychiatrycznym Merlinga. Okazuje się, że Grzybek chyba wierzył w hasła o równości i sprawiedliwości społecznej, gdyż na str. 203 stwierdził : „ (…) było coraz ciężej żyć (…) Było głupio zajeżdżać pod willę, jak obok ludzie w podartych bluzach…w zimnie… w barakach…głupio…bez sensu…w niezgodzie z wytycznymi i hasłami”. Grzybek był egzemplifikacją działaczy którzy w swej naiwności życiowej, wierzyli w możliwość stworzenia raju na ziemi. Historia ludzkości poświadcza, że takie próby nigdy nic dobrego dla zwykłych ludzi nie przynosiły, poza cierpieniem, grzechem, krwią, niewolą i ludobójstwem. Merling po upewnieniu się, że pacjenci którzy poszli za przykładem Grzybka, są już u siebie i po kuracji zaproponował spacer mówiąc przewrotnie : „Może pozna pan kogoś ze znajomych (…) ”. Było zrozumiałe, taka projekcja miała czemuś służyć ! Merling pokazał mu jego znajomego , dyrektora fabryki mebli kolorowych który oddał willę oraz samochód na skarb państwa i ogłosił to w prasie. Mała dygresja, nic w prasie nie mogło się ukazać bez zgody właściwego Urzędu Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk. Jeżeli takie informacje były niewygodne i niebezpieczne dla władz, to zrozumiałe, że nie mogły się ukazać i nie może to odpowiadać prawdzie. Tym bardziej, jak wynika z wcześniejszych stron książki (str.175,182 ) prasa nagłośniła i wyeksponowała przypadek działacza Grzybka. W następnym pokoju Grzybek rozpoznał prorektora Akademii Medycznej. Merling wyjaśnił mu, : „(…) pan prorektor przyznał się, że nie ma wykształcenia średniego, mimo że posiadał odpowiednie    dokumenty o wykształceniu wyższym, i zrezygnował z funkcji prorektora. Ogłosił to publicznie. I co pan na to?”. Było jasne, że projekcja jego znajomych – pensjonariuszy szpitala psychiatrycznego – miała unaocznić i zarazem pozwolić zrozumieć Grzybkowi, że jego postępowanie będące wzorem dla innych, było zagrożeniem dla porządku społecznego i prawnego PRL. Tym samym zasługującym na surowy osąd i potępienie. Świadczy o tym, wypowiedź Merlinga do Grzybka : „ Chcę, żeby pan zrozumiał, do czego pan doprowadził”. Grzybek pomimo wielkiego wstrząsu jakiego doznał po obejrzeniu pensjonariuszy – jego znajomych – jednak dobrze rozumiał, że niebezpieczne może być dla niego przyjęcie jakiś proszków – niby na głowę – gdy gwałtownie odmówił ich przyjęcia ( str. 206 ). Prorektora Akademii Medycznej w szpitalu psychiatrycznym umieściła rodzina : „(…) a i rektor się wstawił” zaś Grzybka żona Aniela, która nie mogła mu wybaczyć oddania willi ( str. 187 ). Za trzecimi drzwiami był umieszczony sekretarz z powiatu który według cicerone : „Uparł się, żeby objąć niższe stanowisko, bo nie kwalifikuje się na sekretarza organizacji ludowej (…).Uzasadnia swoją decyzję brakiem kompetencji i, to najciekawsze, wyrzutami sumienia”. A wszystko to za przyczyną Grzybka i informacji w prasie, która pozwoliła mu zrozumieć : „ (…) że są porządni ludzie na świecie i że on także chce się do nich zaliczać”. Rozumiem, że powyższe przykłady posłużyły do ukazania patologii społecznych, oraz naiwną wiarę w potencjalną uczciwość sekretarzy partyjnych i innych aparatczyków partii komunistycznej i jej przybudówek. Powyższe wypływa z przekonania o możliwości człowieka do zmiany swego dotychczasowego życia i do diametralnej katharsis czy sanacji. I z tym mogę się zgodzić, bo należy dać człowiekowi szansę poprawy. Trzeba być miłosiernym. Jednakże zasadnicze pytanie, co daje asumpt, co może być przyczyną zmiany dotychczasowego grzesznego żywota ?

 I tutaj zaczyna się problem, bo Narrator nie potrafi przekonywująco tego uczynić. Jakieś wyrzuty sumienia ? No dobrze mogą być wyrzuty sumienia. Ale żeby mogły wystąpić wyrzuty, to musi pierwej być sumienie a oprócz tego jeszcze możliwość rozróżnienia dobra od zła. Czy ci ludzie, zaprawieni w bojach towarzysze, którzy żeby dojść do tych zaszczytów i stanowisk, musieli wielokroć zaprzeć się samego siebie, zaprzeć się swoich bliskich i niejednokrotnie ich zdradzić, byli by do czegoś takiego zdolni ? Przecież każdy zdrowo myślący człowiek wie, że to nie było, po ludzku patrząc, możliwe. To byli ludzie bez sumienia, bo gdyby je mieli, nie byliby w stanie w tym uczestniczyć. Proszę wierzyć, że nikt ni stąd ni zowąd zostawał wysoko postawionym dygnitarzem czy aparatczykiem. Tutaj obowiązywał system selekcji negatywnej już od najmłodszych lat. Po drodze wyparli się wiary w Boga i zostali wyprani z wszelkich tęsknot za absolutem; pozostał tylko prymitywny materializm, teorie o walce klas oraz darwinizm społeczny, wulgarny marksizm-leninizm i dialektyka. Jeżeli nie wyrzuty sumienia to co ? Jakie przykłady ?  poczucie sprawiedliwości ? obywatelski obowiązek ? zbliżenie się do ludu ? obawa przed ludem ? wolne żarty. Żaden powód, podany przez Narratora jako przyczyna wyzbycia się majątku nie wytrzymuje krytyki. Proszę również zważyć, jaka część społeczeństwa nic nie posiadała, była wyzbyta z wszystkiego. Poza jednym, , ale najbardziej istotnym elementem jestestwa człowieka, wiarą w Boga i związanym z tym etosem wychowawczym, moralnością i etyką. To jest element dziedzictwa Narodu Polskiego który determinuje jego przetrwanie przez następne wieki i pokolenia. To trzeba pielęgnować, hołubić i szanować bo to pozwoli przetrwać nam jako Narodowi. Nie jachty, nie wille, nie dobra materialne, bo jest to rzecz nabyta którą można kupić i sprzedać w każdej chwili. Ducha Narodu Polskiego nie można kupić ani nie można zamówić bądź zlecić wykonanie umową o dzieło ! Duchem Narodu nie można frymarczyć!!

Dla Polski ale przede wszystkim dla Narodu Polskiego ( bo państwo polskie może szybko upaść, jak się obserwuje ostatnie wyzbywanie się atrybutów suwerenności na rzecz Unii Europejskiej ) jego zachowanie stanowi warunek sine qua non naszego przetrwania jako Nacji. Ja to mówię sine ira et studio,  bo to tak się wszystko układa jako szatański plan dla Europy. Europy która nie chce pamiętać czym była noc komunizmu dla Europy Środkowo-Wschodniej; bo scenariusz piszą matołki, ideolodzy  o mentalności lewaków z zachodu Europy , którzy nie wiedzą co to zacz. Na str. 214 Narrator ujawnia, że przykład Bonawentury Grzybka skłonił zacnych i powszechnie szanowanych obywateli do wyzbywania się majątku na rzecz ludu, ale faktycznie nie mógł być to w żadnym wypadku lud jako taki, lecz państwo które tylko z nazwy było ludowe. Bo przecież nie lud jako taki, był obdarowany, bo nie mógł z tego powodu, iż nie ma takiego bytu prawnego  ;  „lud” nie ma zdolności prawnej ani zdolności do czynności prawnych lecz jego reprezentant tj. Skarb Państwa ! Tym samym, można przyjąć, że to co zostało zagrabione przez aparat , bądź nabyte tylko z powodu przynależności do nomenklatury partyjnej wróciło do suwerena i jego reprezentanta Skarbu Państwa ! Czy ci „darczyńcy” nie rozumieli skutków swego postępowania ? Przecież to była z awansu społecznego ówczesna „elita” narodu jak obecne „łże elity”. Prawdziwe elity zostały fizycznie zlikwidowane, ci co pozostali przy życiu, zostali nędzarzami pozbawionymi podstaw egzystencji a niektórzy poszli na współpracę z reżimem komunistycznym, vide hrabia Dzieduszycki. Elity a postępowali jak nierozgarnięci prostaczkowie. Ich „dary” nie trafiły tam, gdzie naiwnie sądzili, powinny trafić. Biedni, wykluczeni, upośledzeni, dalej pozostali biednymi, wykluczonymi, upośledzonymi, a ci którzy żyli kosztem wykluczonych warstw społecznych, mieli się nadal dobrze.

Str. 215 prof. Merling mówi o zbiorowym oczyszczeniu i odrodzeniu moralnym społeczeństwa, zaś ci którzy mieli być sprawcami tak zdecydowanych osądów profesora, śpiewali : „ W mogile ciemnej usia siusia, w mogile ciemnej tralala. Co wypijem to dla nas, bo za sto lat nie będzie nas. Co użyjem to dla nas, bo za sto lat nie będzie nas”. Mam tylko jedno skojarzenie, paralelę z agentem Bolkiem i jego „zdrowie wasze, gardła nasze”. Oto jak wyglądało par excellence odrodzenie moralne społeczeństwa, zbiorowe oczyszczenie. Natomiast czy można mówić o odrodzeniu moralnym społeczeństwa na podstawie warstwy wyalienowanej z tegoż społeczeństwa ? Boć przecież aparatczycy, nomenklatura, partyjni towarzysze to nie było społeczeństwo, to był wrzód na tkance społecznej. Trzeba mieć tego świadomość, niestety treść książki zamazuje te relacje, zaś czytelnicy nie mający obiektywnej wiedzy o tych czasach,  mogą się pogubić. Na str. 218 Narrator podaje przypadek słynnego Jakuba Berbeć, prezydenta Wyższej Centrali, co został przywieziony specjalnym samolotem , do czupków we Wrocławiu. Profesor wyjawił poufale Grzybkowi, że : „Został przywieziony, kiedy zdecydowanie odmówił piastowania tej najwyższej godności (…).Wyobraża pan to sobie ? I to dlaczego odmówił ? Odmówił dlatego, że uznał, iż są od niego godniejsi. Tak nam tutaj oznajmił.. Powiedział jeszcze, że na świecie dzieją się, a dokładniej mówiąc, zaczynają się dziać rzeczy niezwyczajne i jego głos sumienia – tak powiedział – jego głos sumienia każe mu zrezygnować z takiego wysokiego urzędu”. W przypadku obsadzania najwyższych stanowisk w państwie bezprawia, w państwie policyjnym, w państwie podległym „Wielkiemu Bratu”, nie było przypadkowych nominacji – nie wyborów. Tutaj nawet nie decydowało Biuro Polityczne PZPR ale Centrala Centrali czyli Biuro Polityczne Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Człowiek który się związał z partią komunistyczną, i doszedł do wysokich stanowisk partyjno-państwowych, nie mógł naraz oświadczyć, że odmawia i rezygnuje. Tutaj nie on decydował lecz partia, partia wydając polecenie partyjne żądała, mało egzekwowała, wykonania polecenia co do joty. Tutaj nie było miejsca na odmowę, pod pozorem, że są godniejsi. Gdy partia stwierdziła, że masz być to musiałeś być. Niesubordynacja była traktowana jako zdrada, zaś karząca ręka „władzy ludowej” nie ograniczała się na delikwencie ale również dosięgała jego rodzinę. Jak powiedział Putin – gdy się zostało KG-bystą to już nim się jest do końca życia. Odejście ze służby na emeryturę wcale nie oznaczało, że przestało się być KG-bystą. Partia komunistyczna opierała się na zasadzie mafijnej. Nie można z niej wysiąść jak z na przystanku, to było traktowane jak dezercja, jak zdrada ( oczywiście tutaj mowa o wysokich aparatczykach i „ludziach służb” ). Ludzie na wysokich stanowiskach nie mogli mieć sumienia, ich sumienie stanowiło sumienie partii, więc mowa o wyrzutach sumienia tych ludzi jest niczym nieuprawnioną hipotezą. Ludzie władzy państwa totalitarnego, państwa zbrodniczego, nie mogli mieć wyrzutów sumienia , i je nie mieli. Przypisywanie takich słów Jakubowi Berbeć jest fantazją literacką lub chciejstwem Narratora. Słów : „Władza to okropny wyrzut sumienia. Tam na szczytach nie można żyć bez krzywdy, bez kłamstwa, bez fałszowania idei. Władza to narkotyk kłamstwa. Ja już mam tego dość” ( str. 219 ). Takich słów nie mógł wypowiedzieć gensek państwa zbrodniczego, państwa terroru i bezprawia – i nigdy ich, żaden z przywódców, choćby stał nad grobem ( vide przykład starego zbrodniarza i agenta sowieckiego Jaruzelskiego )  nie wypowiedział. .

Wstrząsające wyznanie,  ale nie dla znającego kulisy władzy państwa totalitarnego bądź autorytarnego ( do października 1956 r. totalitarnego – zbrodniczego , po 1956 r. autorytarnego  zaś po 13.12.1981 r. do 04.06.1989 r.  ponownie zbrodniczego ). Należało by zauważyć, że owe wyznanie nie jest prawdziwe dla wszystkich rodzajów i form sprawowania władzy publicznej. Jest prawdziwe i immanentnie przypisane władzy uzurpatorskiej, władzy nie pochodzącej z wyboru, władzy narzuconej.

Sprawa poety i prozaika Grzegorza Pijawki ( str. 219-221 ) opowiedziana przez prof. Merlinga, Grzybkowi, jakoby chodzącego i opowiadającego innym artystom że jest grafomanem : „ (…) że przez długie lata był oszustem, cynikiem, fałszerzem i żadne jego słowo nie ma znaczenia w literaturze”. Faktycznie to mogło być niewygodne i wstydliwe ale tylko dla krytyków literackich, którzy pracowali pod „obstalunek” zaś nie miało żadnego znaczenia dla czytelników. Czytelnicy rzadko kiedy zgadzają się z krytykami, a często bywa tak, że w ogóle nie wiedzą o ich opiniach. Również to nie miało żadnego znaczenia dla innych poetów czy prozaików, oni bardzo dobrze wiedzieli czy twórczość Grzegorza Pijawki jest cokolwiek warta i czy ma charakter grafomański. Na str. 222 Narrator przekazał ciekawą rozmowę telefoniczną przeprowadzoną z nieznaną czytelnikom osobą. Jestem przekonany, że tym towarzyszem był Sobieraj , który wykorzystując przypadek Grzybka utrącił tow. Pachołka. Z treści rozmowy telefonicznej wynika, że Sobieraj zażądał od prof. Merlinga zatrzymanie Grzybka w szpitalu psychiatrycznym ( prof. widać się wahał, czy konieczne jest zatrzymanie Grzybka ). Merling w stosunku do Grzybka zastosował wybieg, pod pozorem niedokończonej rozmowy, którą dokończą jutro, zaproponował Grzybkowi ( bez możliwości odmowy ) gościnę w wariatkowie. Na str. 223 książki podano : „Nowym ambasadorem Republiki Ghany został mianowany ob. Kazimierz Pachołek, dotychczasowy prezes Wysokiej Instytucji”. Z treści enuncjacji podanej w „Myśli Jednoznacznej” wynikałoby, że Kazimierz Pachołek został ambasadorem Republiki Ghany, co w rzeczy samej jest bądź byłoby absurdem. Powinno chyba być, ambasadorem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej w Ghanie, został Kazimierz Pachołek. Taka w PRL była zasada, gdy towarzyszowi podwinęła się noga, to szedł w „dyplomaty” lub „ambasadory” ( dyplomata to nie zawsze ambasador ).

 Moje przypuszczenie, że tow. Sobieraj utrącił tow. Pachołka okazało się trafne. Na uwagę zasługuje, że zostając prezesem Wysokiej Instytucji pozostał równocześnie sekretarzem organizacji ludowej. Czyli wyraźne wzmocnienie pozycji Sobieraja, w jednym ręku pozostały dwie b. ważne funkcje publiczne. Można przypuszczać, że teraz tow. Sobieraj będzie chciał do końca zneutralizować tow. Grzybka, nakazując prof. Merlingowi ( nic na piśmie, wszystko na „gębę” ) , zatrzymać na obserwacji lub leczeniu Grzybka. Str. 224 dość enigmatyczne odwołanie  do idei,, że twórca powinien być bliżej problemów prostego człowieka. Twórczość powinna być wprzęgnięta do rydwanu ideologii, powinna być bardziej „produkcyjna” bardziej „kolektywna”, bardziej „walcząca” z reakcją i zacofaniem oraz z „przesądem” czyli, jednym słowem być awangardą nowych czasów. Tak to rozumiem, tylko nie rozumiem gdzie tu miejsce na cud, w materializmie dialektycznym i historycznym nie było miejsca na cud, nawet cud przemiany ludzkich serc, albowiem przeciwników wydumanych bądź rzeczywistych, starano się eliminować najlepiej raz na zawsze. Tak ekstrapoluję słowa ze str. 224 : „ (…) żeby nie powiedzieć obłędnym wpływie słynnej idei na osobowości twórcze, że najpierw musi być praca, żeby potem zdarzył się cud (…)”. Pomimo odwrócenia tendencji wyzbywania się majętności a w ślad za tym składania samokrytyki i odcinających się od : „ zaraźliwej i niezgodnej z naszą rzeczywistością działalności sił sprzecznych z interesem wszechstronnie rozwijającego się społeczeństwa”, Bonawentura Grzybek brnął coraz bardziej w swojej drodze pod prąd nowych tendencji. Zrzekł się przed prof. Merlingiem mieszkania własnościowego M-6,  prosząc o M-2, które całkowicie mu wystarczy, konta dolarowego, konta dewizowego „demoludów”, książeczki  oszczędnościowej oraz samochodu osobowego. Przy tym wypowiadał mądrości typu „najważniejszą sprawą człowieka jest dobro zbiorowe” przy tym stwierdzając, że jest bardzo szczęśliwy ; co świadczy, iż nadawał się na leczenie jak najbardziej ( zgodnie z moją uwagą, że wszystkie darowane dobra przeszłyby na rzecz Skarbu Państwa a nie żadnego „mitycznego” ludu ). Narrator umieścił u czubków oprócz Grzegorza Pijawki również poetę ekscentryka Jacka Konia, co może świadczyć o tym : że albo mieli „ na pieńku” z Narratorem – Autorem i zostali tym wyróżnieni, bądź faktycznie tam się znaleźli niezależnie od intencji Autora-Narratora. Oczywiście Narrator nie byłby sobą, gdyby nie przypomniał czytelnikom o poetce Ewelinie Sarnie, konstatując , wkładając w jej usta gorzkie wyznanie : „Na nic moje walizki koniaków. Na nic wszystko. I tak mnie nikt nie szanuje. Nikt”. Bardzo dobrze, że Narrator przypomniał sobie o Filipie Smak ( str. 228 ) bo się obawiałem, że zapomniał o sobie, ale dobrze pamiętał o Ewelinie Sarnie. Widocznie Ewelina Sarna musiała się Narratorowi bardzo się narazić w przeszłości. Jednakże ta awersja jest całkowicie zrozumiała, biorąc pod uwagę wredny charakter Eweliny Sarny, można powiedzieć nieco swawolnie „ istna sekutnica”. Wszelako fakty podane przez Autora - Narratora w swojej powieści „ Skandalista Wojaczek poezja, dziewczyny, miłość” wydanie z 2006 r. str. 13 i 14 są bezdyskusyjne. Pani poetka Urszula Kozioł , stara się wykorzystywać mit i legendę Rafała Wojaczka, przypisując sobie zasługi które nigdy nie miały miejsca. Mało, że kłamie w żywe oczy, to jeszcze oczernia i dokłada nieżyjącemu pisarzowi Henrykowi Worcellowi oraz przy okazji dokopuje także kolegom z Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich. Najohydniejsze w postępowaniu p. poetki Urszuli Kozioł jest to, że kala w bezprzykładny sposób Rafała Wojaczka oraz Henryka Worcella ( abstrahuję tu od faktu współpracy przez H. Worcella ze Służbą Bezpieczeństwa. Henryk Worcell został zwerbowany do współpracy w roku 1949  - jeszcze na terenie powiatu bystrzyckiego na podstawie „materiałów kompromitujących” którymi były wrogie wypowiedzi dla władzy ludowej. H. Worcell był prowadzony pod pseudonimem „Konar” ), nieżyjących już, i nie mogących się bronić bądź zabrać głos. Autor  bardzo dobrze wypowiedział się o Henryku Worcellu w swojej książce „Skandalista Wojaczek”: wydanie z 2006 r. w aspekcie wielkiego poety Rafała Wojaczka, mimo, że Henryk Worcell donosił bezpośrednio na Autora do SB. Donosił nawet w tym czasie gdy obaj Panowie byli Prezesami Zarządu Oddziału ZLP we Wrocławiu   ( Stanisław Srokowski -  jeśli się nie mylę - był w tym czasie Wiceprezesem Zarządu Oddziału ZLP we Wrocławiu ). Szanowny Autor prawdę podał na str. 14 „Skandalisty Wojaczek” albowiem, faktycznie na str. 105 książki Macieja Marka Szczawińskiego : „ Rafał Wojaczek który był ” Towarzystwo Zachęty Kultury. Katowice 1993 r. w liście do Mamy , Rafał Wojaczek napisał: : „ (…)Mamo, zeszmacę się i napiszę podanie o stypendium na drugi kwartał. Może Worcell poprze, skoro chodzi i dobrze o mnie mówi” (list do Mamy z dnia 13.II.1969 r. nadany przez Rafała z Wrocławia ulica Lindego 12 ). Jednakże nie do końca to była prawda, albowiem „Konar” w marcu 1971 r. donosił SB, „o zagrożeniu i bezkarności młodego poety, który zagrażał zdrowiu i życiu innych, szczególnie po częstych przypadkach upijania się”. Winą za to „Konar” obarczał władze, przyznające Rafałowi Wojaczkowi stypendia !  ( „Artyści a Służba Bezpieczeństwa Aparat bezpieczeństwa wobec środowisk twórczych ” IPN Wrocław 2008 r. - część VI strona 90 ).  Bardzo dobrze przedstawił Stanisław Srokowski relacje między Henrykiem Worcellem a Rafałem Wojaczkiem na stronach 15 – 20 swojej wyżej wymienionej książki.  Przy okazji pragnę poinformować Szanownego Autora, że udało mi się zakupić książkę Henryka Worcella „ Pan z Prowincji” wydawnictwo PIW Warszawa 1973 r. Powiem wprost, pod wpływem informacji zawartych w  książce, tylekroć wymienianej przeze mnie „Skandalista Wojaczek”  z 2006 r. Książkę zakupiłem celem dowiedzenia się czegoś więcej o Rafale Wojaczku, również           spojrzeniem innych prozaików. Nadmieniam, iż w tym samym celu ostatnio zakupiłem książkę Bogusława Kierc „Rafał Wojaczek Prawdziwe życie bohatera” Wydawnictwo WAB, Warszawa 2007 r. Zaś w międzyczasie przeczytałem książkę Macieja M. Szczawińskiego „Rafał Wojaczek który był” wydanie z 1993 r. Nie udało mi się natrafić na wydanie z roku 1996 bądź z roku 1999 ,Wydawnictwo Książnica Katowice, które polecał mi rozmowie Maciej Szczepański. Musze się przyznać, że Rafał Wojaczek i jego twórczość ( za przyczyną Stanisława Srokowskiego ) stały mi się bardzo bliskie, więc po  lekturze „Wojaczek Wielokrotny” prof. Stanisław Bereś, Katarzyna Batorowicz-Wołowiec ; sięgnę po „Rafał Wojaczek Wiersze Zebrane” Biuro Literackie Wrocław, rok 2008.

Wracając do tematu, rozdział czternasty. Lot Hałwy przyrównany do wróżby jakby był awangardą – forpocztą czasu niepokoju i bólu w życiu społeczeństw i ludów ( str. 239 ). Równocześnie moc sprawcza lotu Hałwy, do przebudzenia  człowieka , społeczeństw i ludu ; bo pomimo kilkudziesięciu lat urabiania duszy człowieka, przez media, ideologów, propagandę nowych czasów, okazało się, że to było tylko powierzchowne urobienie człowieka w masę bezwolną. Czy w takim razie, edukacja radiowa, telewizyjna, i gazetowa społeczeństwa ; że człowiek dobrem najwyższym i siłą najwyższą na świecie, a nie żaden Duch Boży, czy światopogląd naukowy okazał się nic nieznaczący w porównaniu  z zjawiskiem rozumowo niewytłumaczalnym ? Gdyby tak było, to nikt by nie  inwestował w media tak wielkich pieniędzy, z tego prostego powodu, że nie byłyby skuteczne. Niestety tak nie jest, wystarczy posłuchać i popatrzeć na przeciętnych Kowalskich. Ich sposób myślenia, zachowania, ich marzenia są w zasadzie takie same, lub co najwyżej niewiele różniące  się między sobą. Ale to jest wynik tego, że różne są media ( telewizje, stacje radiowe, prasa, internet ) i one czasami trochę się między sobą różnią. Obecnie następuje umasowienie ludzkości, umasowienie społeczeństw, tak, że praktycznie przeciętni Kowalscy niewiele między sobą się różnią. I to jest efekt roboty mediów. Każdy człowiek poddany obróbce mediów, przez okres kilku miesięcy, stanie się bezwolna masą ! Dlatego media są wielkim zagrożeniem dla człowieka, który nie zdaje sobie z tego sprawy ! Większość mediów dąży do ujednolicenia człowieka, tak aby był on przewidywalny i postępował w sposób wskazany przez media ( de facto demiurga – jego właściciela ). Widać to bardzo dobrze np. na ryku reklam. Słuchając z kolei ludzi, słyszy się najczęściej kalki językowe używane przez  media, czyli doszło do tego, że sposób myślenia człowieka jest w dużym stopniu wynikiem wielkiej manipulacji mediów. Jest  inspiracja dla bezmyślnych osobników. Do tego również przyczyniają się ciągłe eksperymenty w nauczaniu młodych ludzi. Co przychodzi nowa ekipa, to natychmiast się zmienia programy nauczania. Szkoły de facto i de iure nie kształtują młodych ludzi, nie wychowują, nie uczą myślenia  , lecz ich tresują na nowych niewolników niezdolnych do refleksji nad sobą i światem. Ponadto szerzą defetyzm i mało tego, deprawują młode umysły wskazując stany nienormalne np. zboczenia człowieka jako coś normalnego np. małżeństwa pederastów czy lesbijek. Ale nie tylko, bo również wskazują grzech jako stan bezgrzeszny nazywając np. zabicie nienarodzonego człowieka zabiegiem. Bądź życie lub śmierć człowieka nienarodzonego uzależniają od fanaberii matki, która np. nie chce sobie „komplikować życia”. Nie wskazują człowiekowi, że jest to największa berberia zabijając bezbronnego. Jest to najcięższy grzech przeciw Bogu jak również przeciw człowiekowi. To samo dotyczy zabijania ludzi starych bądź schorowanych, którzy są ciężarem dla młodych i pracujących. Liczy się pieniądz a nie człowiek. Ludzkość tak postępując kieruje się ku samozagładzie, samounicestwieniu. Tu nie potrzeba wojen atomowych – ludzkość odrzucając prawa natury i prawa Boże idzie na samozatracenie. I to jest efekt działania szatana, to nie człowiek sam z siebie stworzył reżim hitlerowski i faszystowski, reżim komunistyczny, czy obecne systemy neoliberalne ( będące wypadkową tamtych systemów ) za tym stoi szatan, który dąży do zniszczenia człowieka jako dzieła Boga. Tylko, że szatan , oświeconym scjentystom wmówił, że go nie ma, że nie ma szatana, mało tego, również wmówił że człowiek na ziemi może postępować jak sam Bóg. Tym samym nie mając bojaźni Bożej, uważa , że sam sobie sterem okrętem i prawo pozytywne może ustanowić, że grzech nie jest grzechem a prawo i prawa narodów do życia są mrzonką ciemnogrodu. W tamtych czasach – czasach opisywanych przez Autora takiego zagrożenia nie było, była jeszcze rodzina, silna Bogiem a media nie miały takich możliwości jak obecnie. Dlatego Szatan – Belzebub przepuścił atak na rodzinę, jak ostoi wiary w Boga oraz jako miejsca narodzin nowych ludzi i wychowania następnych pokoleń. Dlatego tradycyjna rodzina jest wyśmiewana, jest poniżana, jest niszczona przez alkoholizm, narkomanię, rozwiązłość obyczajów i walkę z wiernością małżeńską. Promuje się za to zboczeńców takich jak pederaści, lesbijki czy pedofilie.

 Na stronie 240 Narrator napisał : „Coraz bardziej lud uwalniał się od podświadomych lęków, niepokojów, strachów leśnych, głosów nieznanych nawoływań tajemniczych, mar nocnych, coraz szerzej wchłaniał współczesną wiedzę o dobrach doczesności (…)”. Gdyby tak było, to nie byłaby potrzebna cała wielka machina państwa komunistycznego do walki z Kościołem Katolickim, chyba, że  dla Narratora Kościół to podświadome lęki, niepokoje, strachy leśne, głosy nieznane itp. Toć to nie wiara w Boga lecz bożki pogańskie, półbustwa,  jednym słowem neopogaństwo. Państwo komunistyczne propagowało neopogaństwo, przypisując niektórym ludziom cechy boskie np. tow. Stalinowi, czy czyniąc z rozumu ludzkiego coś absolutnie doskonałego, ergo boskiego. To co Narrator podaje jako przykład odwagi własnej i obywatelskiej czujności : „(…) pijąc na cmentarzu miejscowym alkohol przy popasie koni, nie lękając się zmarłych ani dusz zmarłych, grając w karty na grobach i nucąc piosenki o wydźwięku ateistycznym, podbarwione frywolnymi rymami(…). A w czasie procesji lokalnej kołtunerii(…) cygara publicznie palili i śmiali się (…). Ani krzyż niesiony, ani powaga chwili nie rzuciły ich  od dobrych kilkunastu lat na kolana. To byli nowocześni obywatele państwa, wyzwoleni od staromodnych obyczajów kościelnych (…)” , toć to zezwierzęcenie całkowite i upodlenie człowieka, dokonane poprzez indoktrynację prostaczków. Pisze Pan, że od kilkunastu lat nie padli na kolana, śmiem twierdzić, że to nieprawda. Nieprawda bałamutna. Padali na kolana ochoczo, na rozkaz, przed portretem tow. Stalina, na wieść o jego zgonie i przed innymi bożkami wskazanymi przez partię komunistyczną ( która nigdy się nie myli ). Napisał Autor, że cygara publicznie palili, czy to nie przesada ? Gdzie wiejscy prostaczkowie, w czasach wiecznego niedoboru, gdzie brakowało sznurka do snopowiązałek  mieliby kupować cygara ? Nawet gdyby się zdarzył za przyczyną tow. Stalina taki cud  ( jego duch wiecznie żywy ), to za co mieliby je kupić ? ( nawet nazywając cygarami wyroby cygaropodobne !). Palili cygara „cygaropodobne” a kąpali się oświeceni towarzysze w najlepszym przypadku raz na tydzień, albowiem były problemy z mydłem jak również bieżącą ( nie mówiąc o ciepłej ) wodą.

  Powiem uczciwie, iż nie miałem pomysłu jak zrozumieć lot Hiacynta Chałwy – psiego poety. Moja wcześniejsza interpretacja była dopuszczalna, ale mnie nie zadawalała. Sądzę, że druga możliwość jest bardziej „racjonalna”, jeżeli w ogóle do opisanego zdarzenia można użyć takiego określenia. Otóż sądzę, że Narrator tęsknił do spowodowania przebudzenia społeczeństwa ze snu , maligny komunistycznego zaczadzenia  umysłów. Pragnął, ale nie wiedział jak to może uczynić. Nie mógł wprost nic zasugerować społeczeństwu, albowiem natychmiast zostało by wychwycone przez cenzurę i wydanie książki zostałoby odłożone ad Kalendas graecas. W tej sytuacji Autor posłużył się fortelem i wybiegiem, nadając opisanemu zdarzeniu znaczenie bajki i fantasmagorii i fantomu. Wtedy dalej mógł już sobie pozwolić na racjonalne wypełnienie powłoki, jakoby rojenia i fantasmagorii. I tak po mistrzowsku uczynił, przedstawiając bardzo drobiazgowo  wręcz fotograficznie zachowania aktywu ateistycznego na niespodziewane zagrożenie racjonalnego, naukowego nowego porządku. Zastosował Autor w finezyjny sposób, zakpił sobie z cenzury, wprowadzając bardzo ważne pod względem społeczno-socjologiczno-ontologicznym tematy, do swojej książki. Naprawdę to było posunięcie arcymistrza  szachów , jestem pod dużym wrażeniem dla maestrii Autora.. Był to świetny i celny strzał Pisarza przeciw bezprawiu państwa komunistycznego PRL. Próba przebudzenia moralnego Narodu, sanacji moralnej społeczeństwa, składającego się z jednostek zatomizowanych, nie mogącego w sposób zorganizowany wystąpić w obronie prawa do wiary w Boga, swoich praw człowieka – praw niezbywalnych. Autor mimo posłużenia się taktyką w przedstawieniu walki ustroju bezbożnego ateizmu i nihilizmu z społeczeństwem wierzącym, nie uniknął zablokowania wydania książki. Książka przecież przeleżała w szufladzie 10 lat ! Gdyby nie radosna rewolucja pierwszej Solidarności, z lat 1980 – 1981 , książka pewnikiem przeleżałaby w szufladzie do roku 1989 ( co najmniej ).

 Na str. 245 Narrator przedstawia spotkanie literackie we wsi Cepy Dolne ze znanym prozaikiem, poetą, dramaturgiem z miasta Wrocławia, Remigiuszem Rybakiem. Nie wiem, ale nie wydaje mi się, aby język przedstawiony przez Narratora, był odpowiednim dla danego audytorium. Nie sądzę, aby poeta w ten sposób się wypowiadał, choć przyznam, że język jest bardzo wyrafinowany i subtelny. Ale nie o tym, poeta wypowiedział takie zdanie : „ Bo nie ma estetyki bez etyki ”. Nie można się zgodzić z taką konstatacją. Estetyka to nauka o pięknie a etyka to ogół ocen i norm moralnych. Według Słownika języka polskiego, Wyd. PWN, Warszawa rok 1978, pod redakcją prof. Mieczysława Szymczaka, estetyka to : 1. „nauka o pięknie zajmująca się badaniem wartości artystycznych oraz ocen estetycznych, dociekająca przyczyn ich kształtowania się oraz ustalająca kryteria tych wartości i ocen” ; bądź 2. „ogólna teoria sztuki, badająca treść i formy dzieł artystycznych” ; lub 3. „piękny wygląd czegoś, piękno; poczucie piękna”. Zaś według słownika, etyka to : 1. „ ogół ocen i norm moralnych przyjętych w danej epoce i zbiorowości społecznej; moralność”. 2. „nauka o moralności zajmująca się opisem analizą i wyjaśnianiem rzeczywiście istniejącej moralności istnieniem dyrektyw moralnego postępowania”. Etyka normatywna. Etyka opisowa. Na podstawie powyższego można zaryzykować twierdzenie, że estetyka może funkcjonować bez etyki zaś etyka bez estetyki. Są to nauki autonomiczne, niezależne od siebie. Lot Chałwy można również rozumieć jako ucieczkę myśli ludzkiej od spraw doczesnych, spraw ziemskich. Jako odwieczną tęsknotę człowieka za absolutem, za Bogiem, za nieskończonością. Chęć uwolnienia się od materii, od powłoki cielesnej na  rzecz idei jako wytworu myśli ludzkiej. Ale idei rozumianej jako coś ludzkiego. Jednym słowem, idea w życiu człowieka jak również w życiu całych zbiorowości ludzkich, jest nadrzędna nad materią. Bez idei, bez wiary , człowiek sobie nie poradzi. Bardzo mi się podoba interpretacja zdarzenia dokonana przez Błażeja Skórowąsa ze wsi Cepy Dolne ( str. 248 i 249 ). Błażej wprost stwierdził , iż w życiu człowieka jest miejsce na cud i że nie ma samej pewności ale jest wiele tajemnicy wszelakiej. Faktycznie trzeba się zgodzić z Błażejem. Ponadto Błażej Skórowąs powiedział : „Bo mądrych to niby moc, co wiedzą wszyćko, i wszyćko wytłumaczą, a nie znajdzieta braciszkowie, nie znajdzieta dużo takich co powiedzą, że cud jakowyś jest w nas, w tym czy w innym życiu, i tylko patrzeć, a pojawi się ”.  A dalej powiedział : „Oj, Franuś, Franuś, nie ma samej pewności na ziemi, a dużo jest, tajemnicy wszelakiej. A jeśli widzim tajemnice, to widzim. I my widzieli tajemnice ”. Należy się również w zupełności zgodzić z diagnozą wypowiedzianą przez dziadka od Janików, że : „ (…) czasy trudne dla ludzkości przychodzą, bo ludzkość pychą żyje i w Boga nie wierzy ” ( str. 256 ). Autor na str. 257 przedstawił jakby życie po życiu doczesnym. Najbardziej razi starego Janika jasność : „wszystko widzę a to razi. Widzę to, czegom za życia nie widział. A najgorsze, że widzę marnotrawstwo, lenistwo, obijanie się wasze ”. Autor przedstawia w sposób naturalny rozmowę ze zmarłym dziadkiem. Wzajemne przenikanie się doczesności z wiecznością jako coś normalnego i zupełnie ludzkiego. Sprawy ostateczne przedstawione w sposób ludyczny, normalny, ludzki jako oczywistość bytowania człowieka. Zaś przejażdżkę zmarłego dziadka rowerem na cmentarz : „ (…) bo to był drogi kawał, a i nogi zmęczone, odbierzecie jutro z cmentarza, pod bramą zostawię” jak rzecz najnormalniejszą i to tak faktycznie wygląda. Splątanie i wzajemne przenikanie się dwóch wymiarów życia człowieka i ludzi, tych żyjących i tych zmarłych ( ale żyjących w naszej pamięci ) przedstawiane jest w sposób ciepły, jako swoista łączność następujących pokoleń ! Bardzo mądra i humanistyczna postawa Autora.

  Za te klimaty, za te prawdy oczywiste dla każdego, za tą zadziwiającą łatwość splatania ze sobą dwóch wymiarów życia człowieka, tego doczesnego i tego po drugiej stronie lustra, za pochylenie się nad losem każdego człowieka, niezależnie od jego statusu i mądrości, za nadanie odpowiedniego wymiaru tajemnicy istnienia, za uczenie ludzi patrzenia na świat i siebie z pewną dezynwolturą  – za to wszystko ( i kilka jeszcze innych rzeczy ) podziwiam i uwielbiam  twórczość Stanisława Srokowskiego, jako niedoścignionego Mistrza słowa i persyflażu intelektualnego !

Aktywiści partyjni, twardogłowi młodzieżowcy jako awangarda nowych czasów, rozumni i racjonalni w swoich wyborach życiowych, nazywający wiarę w Boga jako zabobon, ciemnotę i nic więcej ; których ucieleśniał, asocjował Kuba Grzelak, został przykładnie ukarany. Naśmiewanie się przez aktyw propagandowo-agitacyjny z wiary ojców naszych, mało, walka z Kościołem Katolickim, i nie tylko z Katolickim, ale przede wszystkim jako największym, najsilniejszym, mającym największy wpływ na Naród, musiała się źle skończyć. I tak się skończyła zgodnie z naturalnym porządkiem rzeczy oraz poczuciem ludowej sprawiedliwości.  Bluźnierca jako uosobienie Belzebuba – Szatana ukazany w osobie Kuby Grzelaka został odpowiednio wynagrodzony. Jednakże Autor dał mu szansę na wycofanie się z szaleńczej drogi walki z Bogiem ( nie przekomarzania  się,  nie wadzenia się,  lecz walki ). Zostały mu wysłane ostrzeżenia, aby się powstrzymał, aby nie krzywdził ludzi, odrywając ich na siłę od Boga, ale to nic nie dało. Ukazanie bezbożnikowi Grzelakowi, człowieka w czerni z poruszającą się laską ( na polu ). Po raz drugi, po wyjściu z klubu „Ruchliwość” , zostało skwitowane przez Grzelaka , to niemożliwe, to niemożliwe. Nawet głos mówiący mu i Pietruszce ( Mariannie Pietruszce – kochanki Grzelaka ), ze wszystko jest możliwe : „Nawet to, że dzisiaj nad ranem. I tu przerwał” nie wywarło na aktywiście pożądanego wrażenia. Dalej sposobił się do walki z Bogiem, wybierając się następnego dnia rano w ważnych sprawach organizacyjnych do powiatu. Przepowiednia pana w czerwieni z poruszającą się laską, udzielona Mariannie w nocy w pokoju Grzelaka : „ Powiedział : Dziś nad ranem ptak wpadnie mu w twarz. Na to już nie ma rad. I oddalił się. A laska za nim ” spełniła się co do joty. Grzelak jadąc rano motorem do powiatu, rozbił się o drzewo przydrożne : „A rozbił się dlatego, że gołąb wpadł mu w twarz i motor walnął w drzewo. I ptak nie żył. I Kuba nie żył”. Jednym słowem, sprawiedliwości stało się zadość. Bardzo naturalistycznie została przedstawiona walka pomiędzy towarzyszami o stołki, o stanowiska we wsi Podjadki. Walka pomiędzy przewodniczącym miejscowej rady tow. Wabikiem, a sekretarzem Janem Ziółkiem. Symptomatyczny jest język stosowany przez adwersarzy jak również argumentacja. Po mistrzowsku zostało to przedstawione w nowomowie towarzyszy z partii komunistycznej. Została w bardzo lapidarny sposób uzewnętrzniona przez establishment partyjny pogarda dla zwykłego człowieka. Choćby poprzez stwierdzenie tow. Zenona Wabika : „Tak, towarzysze, sytuacja jest zła. Bo ludzie nie dorośli do swojej epoki, do blasku życia. Musimy dać odpór różnym spiskowcom przeciw rozumowi (…)”. Stosowane przez przeciwników argumenty świadczą o systemie „blasku życia” w jakim przyszło po roku 1945 żyć w Polsce. Zarzut o braku ze strony Jana Ziółko : „nie ma poczucia obywatelskiej czujności” bądź kontrargument przeciw Wabikowi : „ jak ludzi opanowały te podszepty, że cud się zdarzył, to nasz przewodniczący nie tylko, że patrzył przez okno, nasz przewodniczący Wabik, wyobraźcie sobie, rzucił się na kolana, razem z całą rodziną, i razem z całą rodziną się modlił”. Wskazuje w sposób bezdyskusyjny, co to były za czasy. Chore czasy nastały, i chorzy ludzie rządzili Polską.  Jakby komu było tego mało, to następne przykłady są pod ręką : „ A drzwi zamykał, czyli odgradzał się od ludu, odcinał się od mas, sekretarz Ziółko” ( str. 267 ), lub : „bo lękać się ludu, to nie wierzyć jego siły twórcze, jeżeli nawet lud popełnia błędy światopoglądowe, o czym my, ateiści, wiemy doskonale” ( str. 267 ). Tak wyglądały walki o stanowiska, wpływy, synekury i stołki na poziomie podstawowym czyli gminnym. Nie inaczej wyglądało to na wyższych szczeblach administracji bądź organizacji partyjnych. Autor to świetnie przedstawił wcześniej podczas rozgrywek w województwie pomiędzy sekretarzem Sobierajem a prezesem Pachołkiem ( str. 174 – 186 ).

 Na str. 272 – 274 Autor podaje jak księża katoliccy ustosunkowali się do znaków na niebie, podczas mszy świętych niedzielnych, odbywających się bezpośrednio po opisanych zdarzeniach. Opisywane kazania w zasadzie rozczarowują. Ksiądz kanonik Baryluk powiedział : „ (…) znowu nadszedł czas, żeby dobra ziemskie odrzucić, szaty strojne, majątki ziemskie, a ku Niemu się zwrócić, modlitwą błagając i smutkiem przepraszając gniew Jego”. Pamiętajmy jakie to były lata, to były lata siermiężnego socjalizmu. Przeciętny Polak ledwie wiązał koniec z końcem, więc o jakich to majątkach mowa ? Przeciętni Polacy byli biedakami, można powiedzieć ludźmi ubogimi. Człowiek ubogi jest skoncentrowany przede wszystkim na doczesności, na zapewnieniu bytu sobie i rodzinie. Jego postrzeganie krąży wokół materii i jego jestestwo jest zamknięte dla idei, dla ducha. I takich nauk nie pojmie, bo ich po prostu nie jest w stanie zrozumieć ! Aby można mówić o odrzuceniu dóbr ziemskich to pierwej trzeba te dobra posiadać. Przecież do minimum egzystencji są potrzebne jakieś dobra materialne, czy taki człowiek ma się ich wyzbywać ? Takie rzeczy można oczekiwać od pustelników a nie zwykłych ludzi nastawionych materialistycznie i konsumpcyjnie do życia. Bardziej przekonywujące było kazanie księdza Babińca, mówiącym o sianiu zła pozostawaniu na to obojętnymi. O zaprzedawaniu dusz chrześcijańskich na usługi diabłu. Szatan – Belzebub szykuje ludziom śmierć, poprzez wciąganie ich w sieci zła, bezbożności i pogardy. Wielu odeszło od Boga ale to odejście nie uwolniło dusz od uzależnienia, bo nie wiedzą co mają czynić z tą wolnością. Co to za wolność , gdy człowiek nie może się modlić ? Tak było za „komuny” i to wraca wraz z bezbożną Unią Europejską.

 

 Rozdział piętnasty. Str. 279 bardzo radosny wiersz o aparystach. Aparyści nie idą z partią i jej programem ideologicznym, który bardzo konkretnie wyrażał się w sloganach : „naród z partią, partia z narodem”. Przypominało to jako żywo, drugi totalitaryzm czarnych koszul. Z tego wniosek, że blisko było „czerwonym krawatom” do „czarnych koszul”. W totalitaryzmie „czarnych koszul” sztuka niezrozumiała dla ideologów była zdegenerowana i pozbawiona prawa bytu. W totalitaryzmie „czerwonych krawatów” podobne, sztuka nie służąca bieżącej ideologii, nowemu porządkowi, umacniania jedności robotniczo – chłopskiej, internacjonalizmowi proletariackiemu, jednym słowem duchowi nowych czasów, była reakcyjna i na usługach imperialistów. Widać na tym przykładzie, że nawet u marksistów – leninistów, materialistów dialektycznych, historycznych, i ahistorycznych ;  duch, idea był przed materią. Na str. 284 Narrator przedstawia bardzo krótką notatkę jaka ukazała się w „Gazecie Awangardowej” w której autor Jerzy Doliniarski odniósł się do wieczoru literackiego młodych poetów B ( Wrocławia ). Redaktor wskazał na wielki sukces artystyczny Hiacynta Chałwy : „ (…) odniósł przywódca aparystów lewego skrzydła Związku Artystów. Jego poezja okazała się prawdziwym lotem artystycznym, wywołała powszechny entuzjazm i uznanie ”. Dalej Narrator poinformował, że notatka ukazała się na ostatniej kolumnie  : „ A to, że ukazała się na ostatniej kolumnie, dowodziło znaczenia, jakie redakcja przykładała do lotu Chałwy”. W normalnym państwie, informacje o pierwszorzędnym znaczeniu, dla opinii publicznej, choćby lokalnej ukazują się na pierwszej stronie, na pierwszej kolumnie a nie na ostatniej, jak napisał Narrator. Pomimo tego, że informacja mówiła wyraźnie o tym, że : „ Jego poezja okazała się prawdziwym lotem artystycznym (…)” to redakcja dokonała sprostowania. Sprostowania bezprzedmiotowego, trzeba wyraźnie stwierdzić, użyte sformułowanie było tak oczywiste i zrozumiałe i precyzyjne, że nie można prostować czegoś co do „prostowania” się nie nadaje. Jednakże czytelników, w tamtych czasach traktowało się jak nierozgarnięte dzieci ( obecnie, odnoszę wrażenie, że również ). Podano, że użyty zwrot „prawdziwym lotem” może się okazać mylący dla wielu czytelników a im chodziło o : „ (…) wartość literacką wierszy wspomnianego poety”. Podaje Narrator, że pozostałe dzienniki milczały ; to efekt manipulacji dziennikarskiej, manipulacji medialnej, obecnie też na co dzień stosowany. Fakty niewygodne się nie zauważa, ich nie ma, więc  nie można  informować społeczeństwa o czymś co w realnym świcie nie istnieje. Obecne media przypominają mi media z okresu państwa totalitarnego, państwa policyjnego, państwa podległego, jakim bez wątpienia był PRL. Wnioski nasuwają się same, dla rozumnego czytelnika. Narrator świetnie ukazał charakter tego totalitaryzmu, ukazując przesłuchania „stróżów prawa” ( inaczej stójkowych ) przez porucznika Sowę, na okoliczność zweryfikowania lotu Hiacynta Chałwy ( str. 285 – 287 ). Bardzo sugestywne jest określenie demonstracjami, patrzenie w niebo ! „ A czy były jakieś demonstracje, coś takiego, jak grupowe patrzenie w niebo, westchnienia, zbyt intensywne oczekiwanie ze wzrokiem wbitym w chmury, czy było coś takiego, pytali ci, co pytali” ( str. 287 ). Dalej kapitan Milicji Obywatelskiej Szulc przesłuchuje poetów biorących udział w wieczorze poetyckim. Okazuje się, że Kamizelka był znany kapitanowi MO „ze służby” ze „starej przyjaźni”. Widać strach „władzy ludowej” przed mitem, legendą, przed czymś co nie zostało prześwietlone i tym samym nie do końca poznane, a jak poznane to ujarzmione i spetryfikowane. Dobrze to wypowiedział Jakub Szulc do Kamizelki : „Bo widzisz, zaczynają się mity, pewne elementy chcą to wydarzenie wykorzystać dla swoich, delikatnie mówiąc dość niejasnych celów politycznych. Dlatego musimy wyświetlić całą rzecz i powiedzieć ludziom prawdę”. Władza ludowa i owszem mogła ustalić prawdę obiektywną, ale i tak niezależnie jak ona by była, podawała do publicznej wiadomości taką „prawdę” która była korzystna dla jej interesów i dla niej samej. Społeczeństwo było kompletnie pozbawione dostępu do informacji, albowiem wszystko było tajne, stanowiło tajemnicę państwową lub co najmniej służbową. Zaś cały czas społeczeństwo było tresowane  przez nawoływanie do zachowania czujności i tajemnicy, bo imperialiści i wywiad niemiecki ( oczywiście tych złych Niemiec – NRF ) dybie na naszą „niepodległość”. Władza ludowa musiała wszystko wiedzieć, co społeczeństwo robi, czym się zajmuje, jak spędza czas „niezorganizowany przez władzę”. Mało tego, policja polityczna chciała wiedzieć o czym myśli społeczeństwo ; potem zaś ukierunkować te myśli, ba wpływać na sposób myślenia człowieka. Czyniono to w prosty sposób, podając ludziom jako prawdę to co było konieczne dla celów politycznych partii komunistycznej i pozwalało realizować jej politykę : divie et impera. Z kolei sieć delatorów, konfidentów  pozwalała wiedzieć czym zajmuje się społeczeństwo, o czym myśli o czym marzy i oddziaływać na nie, puszczając w obieg, wychodzące z policji politycznej  „ prawdziwe informacje” jako pochodzące z niezależnych źródeł. Perfidna metoda doprowadzona do perfekcji, jako sposób na „utrzymania w ryzach” niewolników nowych czasów.

 Funkcjonariusz, kapitan Jakub Szulc próbował coś „wyciągnąć” na temat lotu Chałwy od poetki Eweliny Sarny. Ubek próbował „podejść” Sarnę na współczucie, mówiąc : „ Władze administracyjne i polityczne oczekują od nas wyjaśnień, jak to było rzeczywiście z tym lotem, a my okazujemy się bezradni, szczerze przyznał (…). Nie wiemy już, co z tego, co ludzie mówią, jest prawdą, a co wymysłem czy mistyfikacją. A może wszystko jest mistyfikacją ? – spytał i bystro w niejasną otchłań poetyckich oczu Eweliny Sarny” ( str. 289 ). Sarna okazała się wytrawnym graczem, bo zwietrzyła szansę zdyskredytowania Chałwy przed zbliżającymi się wyborami do Zarządu. Zresztą, funkcjonariusz sam jej powiedział, że : „ (…) mówiąc między nami, sprawa Chałwy jest dla władz niewygodna” ( str. 290 ). Sarna podjęła grę z ubekiem, wskazując złożoność, ulotność materii oraz wieloznaczność i skomplikowaność ludzi pióra. Nie odpowiedziała wprost na pytanie : „Czy Chałwa rzeczywiście uniósł się i poleciał w powietrze ? ” ( str. 291 ). Podsumowała rozmowę, nasuwając myśl, udzielając podpowiedzi funkcjonariuszowi jak należy interpretować wydarzenie w Pensjonacie. Sarna podsunęła wygodne dla władz wytłumaczenie powstającego mitu lotu Chałwy. Jeżeli ludzie mówią o jego wzniesieniu się, : „ (…) to nie należy traktować tego dosłownie, bo to wcale nie oznacza tylko fizycznego lotu, choć może i to oznaczać” ( str. 292 ). Narrator wskazał, że dla doraźnych korzyści, bądź rozgrywek personalnych między ludźmi pióra, zdarzali się tacy, którzy szli na współpracę ze „służbami”. Podejrzewam, że w czasie pisania książki przez Autora, to mogło być tylko przeczuciem a nie konkretną wiedzą. Taka wiedza była najściślej chroniona, służby specjalne, nigdy nie zdradzają swoje „osobowe źródła informacji” czyli kontakty operacyjne i TW ( Tajny Współpracownik ). Jak czas pokazał, Autor miał „nosa”,  bardzo  dużo ludzi pióra współpracowało, było delatorami swoich kolegów przed policją polityczną PRL. Naprawdę, antycypacja Szanownego Autora, znalazła swoje potwierdzenie po latach,  dzięki powstaniu IPN oraz ograniczonej możliwości dokonywania kwerendy ocalałych ze zniszczeń dokumentów policji politycznej. Ze zniszczeń, gdyż pomimo powstania pierwszego niekomunistycznego rządu Mazowieckiego, dalej niszczono archiwa służb PRL , co nie dziwi,  gdy na straży dokumentów  postawiono starego ubeka Kiszczaka. Na str. 293 jest następne potwierdzenie tego, że Autor miał dobre przeczucie co do funkcji pełnionej przez służby specjalne gdy kapitan oświadczył poetce Sarnie : „My proszę pani, wbrew waszym mniemaniom, wcale nie jesteśmy tak jednostronni, jak się wam cywilom wydaje”. Zadziwiająca trafność dedukcji pozwalająca dokonać takich konstatacji w roku 1972 ( zakładam, że koniec książki był pisany w roku 1972 ). Nie mogę pojąć , jak to możliwe, aby Autor mógł mieć takie trafne spostrzeżenia, gdy większość społeczeństwa w ogóle nie zdawała sobie sprawy, że w państwie ludowym jest coś takiego jak służby specjalne cywilne czy wojskowe ( osławiona informacja wojskowa – później WSW ). Dla mnie, moja wiedza w roku 1972 ograniczała się , rozróżniała MO, ORMO ( Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej )  i WSW – Wojskowa Służba Wewnętrzna . Wszelako w roku 1972 miałem 17 lat co było usprawiedliwione moim wiekiem.

 Przesłuchanie Kwieka nic nie dało, na pytanie czy widział wylatującego przez okno Chałwę odpowiedział a właściwie krzyknął : „Ha, biały koń poezji”. Z kolei Gruszkowska wyjaśniła kapitanowi : „ (…) poezja rodzi się z miłości, a miłość to skrzydła”. Kwiek i Gruszkowska w przeciwieństwie do Sarny, nie wchodzili w żadne „układy” z ubekiem tylko wskazywali na swoje rozumienie poezji, nie rozumiejąc w ogóle sensu zadawanego pytania przez kapitana. Prowadzący przesłuchania i można powiedzieć śledztwo w sprawie, kapitan, złożył meldunek, że : „ (…) można wysnuć wniosek, że rozpuszczona fama jest dziełem artystów, którzy przygotowują się do wyborów związkowych, a lot Chałwy miałby być w tych wyborach argumentem koronnym”. Dalej zakończył raport stwierdzeniem : „zdaje się, że poza celem celami czysto związkowo-prestiżowymi nie mają innych. Nie należy brać pod uwagę możliwości agitacji politycznej, choć koła klerykalne interpretują, jak donieśli mi wywiadowcy, wydarzenie na swój fideistyczny sposób” ( str. 294 ). Te przesłuchania, śledztwo prowadzone w sprawie „nadprzyrodzonego zjawiska” wskazuje na system w którym to zostało przedstawione. System absurdalny od początku do końca, który chełpiąc się swoimi „naukowymi” podstawami „racjonalnością oraz rozumowością” daje posłuch plotce, szalbierstwu, humbugowi. Do wyjaśnienia zjawiska „nadprzyrodzonego” uruchamia się cały aparat służb i swoich wywiadowców, śledzi poszczególne osoby jak również całe grupy społeczne, stosuje rewizje – przeszukania mieszkań poetów, mimo że : „ (…) choć powszechnie było wiadomo, że poeta nie miał żadnych konfliktów z władzą i że był oddanym i lojalnym obywatelem państwa” ( str. 295 ). Jak wynika z oświadczenia prokuratora „ ze względu na dobro publiczne”. Jaka to była „demokracja socjalistyczna” przedstawia Narrator na stronie 296, gdzie ukazuje przedsięwzięte środki celem odnalezienia, zatrzymania i odprowadzenia poety do komisariatu. Celem jego zatrzymania , zdjęcia Chałwy zostały dostarczone do wszystkich komisariatów w kraju. Choć nie wiadomo z jakiego powodu nakazano poszukiwania poety oraz jego zatrzymanie, bo jak wynika z postanowienia prokuratora, o przeszukaniu ( rewizji ) mieszkania Chałwy, nic mu praktycznie nie zarzucono. Chyba, że liczono, że rewizja dostarczy materiałów obciążających poetę. Jak wynika ze strony 295 książki, znaleziono rękopis ( który najwięcej przysporzył „władzy ludowej” kłopotów ) w którym poeta Hiacynt Chałwa : „ (…) robił wyznanie, że kocha się we władzy tak samo jak ona w nim”. Z treści ksiązki dowiadujemy się, że w wyniku gigantycznej akcji poszukiwawczej : „ (…) doprowadzono do posterunków milicyjnych setki tysięcy obywateli (…)”. Zaś jaki to był system praworządny, ale oparty na dyktaturze proletariatu ( Kisiel swego czasu powiedział „ dyktatura ciemniaków” za co został obity do nieprzytomności przez tzw. „nieznanych sprawców” ), niech świadczy konstatacja Narratora : „ Stworzył się niesamowity tłok w dość skromnych pomieszczeniach karnych, bo zanim sprawdzono dowody tożsamości, zebrano opinie o zatrzymanych, mijały nieraz całe tygodnie”. Nie wiem ile w tym jest licentia poetica a ile faktów, albowiem co pamiętam, to można było w tamtym czasie zatrzymać „do wyjaśnienia” każdego kto się napatoczył na 48 godzin, zaś Narrator mówi o całych tygodniach. Ale w ustroju sprawiedliwości społecznej wszystko było możliwe, nawet „cuda” co wyżej zostało przedstawione.

Do jakiego zamieszania doprowadziła „afera” Hiacynta Chałwy niech świadczy to, że : „ Pewien dyrektor instytucji artystycznej sprowadził z Centrali specjalnego interpretatora współczesnej poezji, znanego krytyka i strukturalistę, autora prac z zakresu psychologii twórczości a także rozbioru logicznego struktur poetyckich, i zaproponował mu najwyższą stawkę wydawniczą za rozszyfrowanie twórczej idei Hiacynta Chałwy” ( str. 297 ). Owym znakomitym krytykiem, teoretykiem i strukturalistą okazał się Leon Bażan. Moja dygresja na ten temat, otóż to co podaje Narrator to nie są żadne konfabulacje Stanisława Srokowskiego. Książka Joanny Siedleckiej „Kryptonim Liryka Bezpieka wobec literatów” – o której wcześniej wspominałem – dowodzi, że bezpieka zatrudniała dla swoich celów literatów i krytyków literackich, takich jak choćby Wacław Sadkowski ( Konsultant TW – „Wacław” a od 1981 r. „Olcha” ), który sporządzał dla „resortu” recenzje książek i pism, zaś „prowadził” go i „zadaniował” sam pułkownik Krzysztof Majchrowski. Główny esbecki zwiadowca od literatury. Czyż tym pułkownikiem nie jest czasem Kamizelka, o którym Autor  pisze na stronie 295 książki ? Zatrudnienie wybitnego speca od literatury, Leona Bażana, celem dokonania nowej interpretacji liriki  Chałwy, czyli nowej egzegezy, spowodowała spostrzeżenie jej „drugiego dna” które wcześniej unikało uwadze miejscowym kołom literackim Wrocławia. Wskutek twórczej interpretacji dokonanej przez Leona Bażana, poezji Chałwy, miejscowe środowisko literackie Wrocławia, spostrzegło i zrozumiało swój błąd, że dotychczas widziało w niej : „ (…) tylko pierwiastki kynologiczne” zamiast jak dowodził wybitny krytyk, teoretyk et cetera : „ jej wysokie walory duchowe i niezgłębioną tajemnicę metafizyczną”. Owa nowa egzegeza spowodowała nawet to, że miejscowy krytyk literacki Wiesio Rogacz ( będąc dotychczas Paziem Sarny ) , idąc za przykładem „mistrza” Leona Bażana, zmienił diametralnie swój stosunek do poezji Chałwy ; i z jej przeciwnika stał się jej najgłośniejszym zwolennikiem ( str. 299 ). Ów Wiesio Rogacz, jak podaje Narrator, wypowiedział znamienne słowa : „ Krytyk może się mylić, ale nie może popaść w niełaskę piękna, a czujemy tutaj przecież wszyscy, iż otacza nas aura poezji piękna i mądrości, której sprzeciwiać się – oznaczałoby grzeszyć” ( str. 299 - 300 ). Oto przykład w czystej postaci, że człowiek nie krowa i może zmieniać poglądy w zależności od tego, co mu się bardziej opłaci. W wyniku czego, Wiesio Rogacz dokonał proletariackiej samokrytyki i oświadczył czołobitnie : „Muszę przyznać z gorzkim żalem, że nie dość wiernie tłumaczyłem sens tej znakomitej, a chciałoby się rzec więcej – wprost genialnej poezji. Dzięki nowatorskiej motywacji wywodów mojego kolegi z Centrali, Leona Bażana, i ja przejrzałem. Tak nie wstydzę się tego przejrzałem (…)”  str. 300 książki . Dalej Narrator podaje jak kajał się Wiesio Rogacz na okoliczność nazywania poezji Hiacynta Chałwy „psią poezją”.  Przy okazji zaatakował zmanierowanych lingwistów i atawistów, po czym wyjawił istotę rzeczy. Istotę rzeczy polegającej, krótko mówiąc, na tym, że Chałwa : „ (…) jakby pragnął zamaskować głębię liryczną, psa eksponował. Być może niesprzyjające warunki w naszej prasie dla wyższej idei kazały Chałwie zamaskować pragnienie lotu, oderwania się od ziemi (…). Od tego przemówienia ( ci co dotychczas nie doceniali poezji Chałwy – dopisek R.K. ) stali się głosicielami idei Chałwy jako proroka kilku głębi ”. Muszę stwierdzić, iż jestem po raz wtóry pod wrażeniem  maestrii Autora ! Dla tego passusu ze str. 300 - 301 , choćby nic innego istotnego w książce nie było, warto ją po stokroć przeczytać, naprawdę persyflaż intelektualny najwyższego lotu – chyba mogący się równać z samym  lotem Hiacynta Chałwy !

Władza ludowa, jako władza rewolucyjna o podbudowie naukowej, wykazała czujność dokonując dalszego sprawdzenia sprawy Chałwy. Ustalono, że był ateistą. Należał do partii – w tekście napisano organizacji – politycznej, która głosiła pogląd naukowy : „  (…) więc nie było powodu, żeby posądzać go o próby zachwiania tegoż światopoglądu”. Dalszy rozwój wypadków można powiedzieć, jest niecodzienny. Odezwa Rady Miasta Wrocławia do obywateli o zachowanie czujności obywatelskiej i niezdawaniu wiary fałszywym pogłoskom, co do jakoby lotu Hiacynta Chałwy, dała odmienny efekt od zamierzonego. Warto zwrócić uwagę, na język użyty do napisania odezwy do społeczeństwa ( tzw. nowomowa ). Choćby tak : „ (…) żeby dali właściwy odpór cudzej propagandzie (…) ” oraz nazwanie apelu „Nierozważne pogłoski w narodzie”. Ukazanie się apelu w lokalnej prasie ( Gazeta Awangardowa ) spowodowało wyjście ludzi na ulice, opróżnienie zakładów pracy, szkół i uczelni oraz udanie się w formie pochodów  oraz obleganie gmachów i urzędów państwowych. Dalsza próba pacyfikowania nastrojów społecznych jak również odwołania – zdjęcie ze stanowisk – czołowych funkcjonariuszy lokalnej administracji i nadzoru politycznego oraz ukarania ich poprzez przeniesienia na inne odpowiedzialne stanowiska lub w stan spoczynku ; od razu nasuwa skojarzenia z rewoltą robotniczą na Wybrzeżu z grudnia 1970 r. Wiadomo, że nie można było napisać w formie bezpośredniej, więc Autor posłużył  się formą zawoalowaną, ale dla każdego w miarę rozgarniętego czytelnika zrozumiałą i nasuwającą się mimowolnie. Jednakże to co jest zrozumiałe dla przeciętnie rozgarniętego czytelnika, wcale nie musi być dla krytyka literackiego. Czytając bardzo zdawkowe recenzje krytyków literackich  powieści „ Sen Belzebuba ”, żaden nie zauważył – nie dostrzegł – paraleli opisanej na stronach 302 – 305 do rewolty robotniczej z grudnia 1970 r. Recenzje przytaczane na obwolucie książki, są bardzo górnolotne, pisane językiem wydumanym i sztucznym, tak jakby nowomowa używana przez towarzyszy spod sierpa i młota. Bardzo trafna i celna uwaga na koniec rozdziału piętnastego książki : „Naród który raz poznał smak własnej wolności, nigdy nie zechce jej utracić ”. Jednakże Szanowny Autor nie był w stanie przewidzieć sytuacji, która jest wynikiem wielkiej manipulacji elit w stosunku do własnego Narodu. Manipulacji związanej z „akcesją” do Unii Europejskiej. Naród jako suweren do dziś dnia nie zna dokumentów „akcesyjnych” oraz tych zawartych i podpisanych później. Mamy klasyczną sytuację wyzbycia się suwerenności na rzecz eurokratów z Brukseli ( de facto na rzecz Niemiec i Francji oraz Wielkiej Brytanii ; albowiem oni zachowali dla siebie pierwszeństwo stosowania prawa krajowego nad europejskim ) , jakby tego było mało, kosmopolici i lewacy z Brukseli , szykują się do stworzenia w miejsce poszczególnych narodów, państw tworzących Unię jednego narodu europejskiego ! Toć to recydywa z niedalekiej przeszłości, gdy to stworzono naród radziecki. Wiemy jak to się wszystko skończyło. Jednakże matołki i ideolodzy z zachodu Europy, nie mają tych doświadczeń i brną w ślepą uliczkę. Tak zwane „łże elity” za synekury w Brukseli, sprzedali suwerenność polityczną Polski a teraz sprzedają i wyzbywają się resztek suwerenności ekonomicznej Narodu i Państwa Polskiego. Media ( również w międzyczasie sprzedane kapitałowi, najczęściej niemieckiemu ) tumanią i demoralizują tubylców,  jak biali tumanili Indian w Ameryce. Zaś władza polityczna państwa, nie tylko za synekury w Brukseli ; ale można uprawnienie sądzić, iż wykonując polecenia swoich ukrytych mocodawców ( nie przypadkiem agentura nie została ujawniona do dzisiaj, mają tym swój udział wywiady państw ościennych,  którym zależy na Polsce jako państwie podległym ) zalewają umysły tubylców „sieczką” tak żeby naród tubylczy nie był w stanie w tym wszystkim się „połapać”. Muszę z przykrością stwierdzić, iż to im się udaje, ale za tym stoją profesjonaliści a nie amatorzy, jakimi mi się jawią nasi „politycy” oraz ich zaplecze intelektualne w postaci „ łże elit”.

 

 Rozdział szesnasty. Na stronie 307 książki, urealnia się to, co było przepowiedziane na stronie 142 rozdział dziewiąty. Wtedy Inspektor był zajęty i mimo że wezwał Filipa do urzędu, to go nie przyjął, : „Inspektor Kuś wezwie pana. Mamy telefon (…). Proszę czekać. Ale. Nie musi pan wiedzieć teraz. Na wszystko przyjdzie czas ”. Opis wędrówki Filipa na 3 piętro po korytarzach urzędu wskazuje na niezwykłość sytuacji. N korytarzach brak interesantów : „ (…) mimo że była godzina tuż popołudniowa”. Na korytarzach gromadzili się urzędnicy przy oknach ( str. 308 ). Jednakże ostatnie zdanie rozdziału piętnastego na stronie 305 stanowiło jakby antycypację tego co miało nastąpić, było groźną przepowiednią przyszłych zdarzeń. Rozdział szesnasty stopniuje nastrój jakby absurdu, dziwności scenerii w której się znalazł nasz bohater Filip Smak. Wyczuwa się nastrój oczekiwania na coś co ma się zdarzyć. Takie konstatacje formułuję po przeczytaniu zaledwie trzech pierwszych stron ( str. 306-308 ) rozdziału szesnastego. Filip spotkał na trzecim piętrze Urzędu, Krwawą Władzię : „ w towarzystwie dwóch panów, kroczących po jednej i drugiej stronie”. Opis wyglądu Krwawej Władzi oraz towarzyszących jej panów, dokonany przez Filipa, może wskazywać, że byli to funkcjonariusze tajnej policji politycznej ( SB ). Wyrzut, gniew emanujący z wyrazu twarzy Krwawej Władzi, na widok Filipa, wiele wyjaśnia i tłumaczy. To samo, gdy Krwawa Władzia była popychana przez obu panów przy wejściu do jakiegoś biura ( str. 309 ). Ten opis wskazuje niedwuznacznie, że Krwawa Władzia była zatrzymana na przesłuchanie(a) a może nie tylko. Proszę pamiętać, że wszystko się „zaczęło” od przyjęcia Filipa do pracy w Pensjonacie oraz jego inicjatywy zorganizowania wieczoru poetyckiego z Parnasem literackim miasta B ( Wrocławia ) - str. 58 książki. Więc Krwawa Władzia mogła mieć niewybaczalny żal do Filipa, jako przyczyny wszystkich kłopotów i problemów stąd wynikłych. Z kolei należy przypuszczać, że Krwawa Władzia jako funkcjonariusz służb ( moje przypuszczenie z wcześniejszych stron analizy ) się „wykręci” z wszelkiej odpowiedzialności.  Filip w końcu dotarł do pokoju gdzie okazało się, że okna są okratowane – pomimo, że to było 3 piętro budynku.

 Zasadą jest, że okna odratowuje się, w instytucjach specjalnych ale raczej parter i  ewentualnie pierwsze piętro oraz ostatnie a nie wszystkie kondygnacje. Ponadto okna pomieszczeń szczególnie ważnych dla danej instytucji niezależnie od piętra. Fakt okratowania okien pokoju do którego dotarł Filip Smak ( 3 piętro ) może wskazywać na szczególnie ważny charakter tego pokoju ( pokojów ) dla danej instytucji w której znalazł się Filip. Tym bardziej, że 3 piętro nie było ostatnim piętrem gmachu, co wynika ze strony 319 powieści. Ponadto drzwi do pokoju otwierane i zamykane na przycisk, wskazuje, że osoba nie będąca pracownikiem, mogła wejść i wyjść z tego pokoju tylko za przyzwoleniem pracownika ( str. 311 ). Filip został zaproszony do czekania na korytarzu, gdzie zobaczył stojących urzędnikowi przy oknach : „ Wprawdzie na korytarzu, przy oknach, wciąż stali ludzie z lśniącymi zarękawkami, (…). Urzędnicy nie odwracali się tym razem od Filipa” ( str. 311 ).

 Pragnę zauważyć pewną niezgodność w scenografii przedstawionej przez Narratora. Opis korytarza z którego wszedł Filip do pokoju jest różny na str. 311 a 309.  Na str. 309 podano, że Filip wszedł do pokoju „przesłuchań z kratami” bezpośrednio z korytarza bez okien na którym nikogo nie było. Narrator podał : „ Sam nie wiedział, kiedy znalazł się w mrocznym niskim korytarzu, bez okien, mając za sobą zamknięte drzwi, a przed sobą mur. Po bokach ledwie zaznaczały się szare wejścia do biur. Nikogo jednak nie było tutaj. Przynajmniej nikt nie stał na korytarzach, jak w innych rewirach. Filip nie wiedział, czy ma pukać, czy czekać, aż będzie wezwany (…). Próbował więc Filip zawrócić, żeby wyjść na światło, jedna żarówka w końcu korytarza dawała bowiem słaby blask, rozjaśniający jedynie małą plamą podłogę ” ( str. 309 ). Zaś na stronie 311 podano, ze Filip wyszedł z tego pokoju przesłuchań na korytarz z oknami. Czyżby stał się cud przemienienia ; korytarz mroczny niski bez okien naraz stał się zaludniony urzędnikami stojącymi przy oknach ? Obecność urzędników ewentualnie można wytłumaczyć ale jak wytłumaczyć zmianę korytarza z mrocznego, bez okien oświetlonego jedynie jedną żarówką  na  korytarz z oknami ?

 Gwoli porządku, należy wspomnieć, że Filip spotkał Pięknego Lola w towarzystwie paru nieznanych Filipowi osób, oraz grupę poetów z wieczoru literackiego ( oczywiście bez H. Chałwy ) , którzy po krótkiej z nim rozmowie udali na wyższe piętro ( str. 311-313 ). Filip Smak został w końcu przesłuchany przez podinspektora. Zastanawiająca jest absurdalność zadawanych pytań. Pytania jakby rodem ze szpitala psychiatrycznego. Ostatnie pytanie a w zasadzie przedostatnie, czy latał za pomocą rąk – ramion wskazuje na absurdalność całej sytuacji przesłuchania. Sądzę, że tu chodziło o „rozmiękczenie” Filipa przed właściwym przesłuchaniem prowadzonym przez inspektora Kusia i naczelnika Gabika. Ponadto chodziło o coś więcej, o potwierdzenie przez Filipa niemożliwego jako możliwego. Bo dla poety  nie ma niemożliwego a szczególnie w sferze fantazji i kalamburu myśli. Przesłuchanie Filipa było ukierunkowane pod potrzebę udowodnienia założonej przez decydentów tezy, to widać gołym okiem. Była potrzeba zdyskredytowania „lotu Chałwy” jako fantasmagorii poety nie chodzącego po ziemi ( str. 314 – 316 ).

Narrator określa przesłuchujących Filipa jako urzędników ( podinspektor Stefan Zięba, inspektor Kuś, naczelnik Gabik ), lecz moim zdaniem, to nie byli urzędnicy lecz funkcjonariusze policji politycznej ( SB ). Miejscem przesłuchań nie był Urząd Miejski – na jakiej podstawie prawnej Urząd Miasta miałby prowadzić przesłuchania ? Od tych spraw były inne urzędy – Prokuratura oraz Milicja Obywatelska – miejscem przesłuchania nie był Urząd Miasta  lecz był to gmach Komendy Wojewódzkiej MO. SB dla niepoznaki ukrywała swoje istnienie, sytuując się w strukturze organizacyjnej MO. Na  to, że  nie był Urząd lecz siedziba SB wskazuje również to, że przesłuchanie prowadzone przez podinspektora było prowadzone na 3 piętrze, zaś przez inspektora i naczelnika na 6 piętrze a Filip bezpośrednio po zakończeniu pracy przez podinspektora udał się na 6 piętro a wynik przesłuchania był już znany , nie tyle wynik przesłuchania co  cała rozmowa. Musiała być możliwość techniczna, obserwowania i słuchania bądź samego słuchania między różnymi piętrami i pokojami budynku. Na potwierdzenie tego przypuszczenia, mogę się posłużyć cytatem ze str. 317 : „ Dziwi się pan, że my wiemy. My wszystko wiemy”. Jaka instytucja w państwie policyjnym tak mogła powiedzieć ? Również  miała takie możliwości ? Przecież nie Urząd Miasta tylko policja polityczna która sprawowała kontrolę nad obywatelami od kołyski po grób !

Po tym przesłuchaniu, z szóstego piętra, Filip udał się na dziesiąte piętro ( ostatnie ), na dalszy ciąg prania mózgu przez bezpiekę. Z tego wynikało, że miał to być ktoś jeszcze wyżej postawiony niż naczelnik. Ten wysoko postawiony nie „ukazał się” Filipowi lecz przemawiał do niego będąc niewidocznym dla Filipa. Filip czuł, że ten ktoś przed chwilą opuścił pokój o czym świadczyło, że  : „W papierośnicy tlił się pet. W maszynie wkręcony papier był do połowy zapisany” ( str. 318 ). Tu chodziło o wytrącenie z równowagi Filipa jak również, było to działanie na podświadomość celem wywołania poczucia osaczenia i bojaźni u Filipa. Zaś grozę i strach spotęgowało na pewno wyznanie funkcjonariusza : „ Wiem wszystko o kolorach, o locie, o tym, co pan mówił i czego pan nie mówił naszym urzędnikom”.

 Bezpieka chciała wywołać u swoich ofiar zwierzęcy strach przed wszechwiedzą organów. To miało powodować niewiarę przed jakimkolwiek działaniem, rezygnację z marzeń, jednym słowem defetyzm. Nie przypadkiem, po odpowiednim rozmiękczeniu ofiary, po utraceniu zdolności kierowania swoim postępowaniem, chwilowym poczuciem osaczenia, lękiem odbierającym zdolność przewidywania, zaćmieniem umysłu, pozostawiono wentyl bezpieczeństwa. Tym wentylem bezpieczeństwa okazało się : „ Uchylone jasne, oświetlone okno. Poczuł, że lęk go opuszcza. Wstał i zaczął zbliżać się do okna. Szedł wolno, pewnie, zdecydowanie”. Wszystko byłe jasne, wynika, że okno nie było zakratowane ! Zasadą ( co wcześniej wykazałem ) , standardem było, że w takich instytucjach jak wyżej opisana, okna były kratowane. Jeśli nie wszystkie to przynajmniej parter, I piętro, ostatnie piętro oraz szczególnie ważne. Ubecja często chcąc doprowadzić do samobójstwa swojej ofiary, prowadziła przesłuchania połączone z torturami ( fizycznymi lub psychicznymi bądź połączonymi równocześnie ) , po czym na chwilę zostawiali osaczonego samego z otwartym, nie zakratowanym oknem, oczywiście na odpowiednio wysokim piętrze. Sytuacja była prosta, albo skorzystasz  z „okazji” i wyskoczysz przez okno, albo spotka cię ten sam los, ale poprzedzony długotrwałymi męczarniami. Bardzo często tak się działo, tylko mało kto wiedział o takich szatańskich metodach policji politycznej. Autor widocznie wiedział, albo przeczuwał gdy napisał : „ Miał wrażenie, że jakaś wielka siła pcha go ku oknu. Obejrzał się, czują, że ktoś jest za jego plecami. Nikogo nie było. Idź, idź – szeptał ktoś do ucha. Idź ! Tam jest twoje przeznaczenie. Wypełnia się twój los. Wypełnia się twoja prawda wewnętrzna. Szedł” ( str. 319 ). Takie podszepty płynęły na pewno nie z umysłu Filipa lecz z głośnika z którego przemawiał do Filipa ubek.

Pragnę przypomnieć i zwrócić uwagę, że ja formułuję swoje wrażenia, refleksje, przemyślenia i opinie na bieżąco ;  jak wspomniałem na początku opracowania „Sen Belzebuba” in statu nascendi, na bieżąco czytając daną stronę ( bądź jedną, dwie do przodu ) nie wiedząc co przyniesie przyszłość, czyli następne stronice czy rozdziały. Dlatego niektóre wrażenia mogły się różnić z opiniami formułowanymi po przeczytaniu kolejnej partii lektury ; ale postanowiłem nie wprowadzać zamieszania i oprzeć się na koherentnym systemie analizy książki.

 

 Rozdział siedemnasty. Na str. 320 Narrator przedstawił sytuację stojącego Filipa Smak na parapecie okna i patrzył w przestrzeń a nie na dół. Jakby chodziło o samobójstwo, to raczej wzrok byłby skierowany w dół, do ziemi. Patrząc z wysoka ( 10 piętro ) w studnię czeluści, człowiek przeżywa stan zahipnotyzowania, boi się, ale jakaś przemożna siła wzywa go do siebie, coś go ciągnie na dół. To coś, to bez wątpienia Szatan – Belzebub próbujący człowieka ściągnąć do siebie, skazać na potępienie wieczne. Człowiek musi sobie zdawać sprawę, że Belzebub czyha na jego duszę, że chce go odciągnąć od Boga nie przebierając w środkach, czyli stosuje metodę per fas et nefas.  Na str. 323 podaje Narrator, że fakt stania na parapecie okna najwyższego piętra budynku Urzędu Miejskiego przez Filipa był przyczyną wielkiego zbiegowiska pod Urzędem. Nawet gdyby to nie był budynek bezpieki lecz Urzędu Miejskiego, to przecież tam nie pracowali idioci. Gdyby się tylko zorientowali w czym rzecz, od razu podjęto by odcięcie placu od reszty miasta, zaś stojącego w oknie by zdjęto, nawet wbrew jego woli. W państwie policyjnym, żadne zbiegowisko ludzkie, wywołane spontanicznie, nie mogło liczyć na tolerancję władz. Nawet gdyby pierwotnie zaplanowano całą sytuację po zegarmistrzowsku  licząc na samounicestwienie poety ( choć byłoby tutaj zasadne pytanie, czym naraził się Filip Smak władzom, ze one chciały jego skoku z 10 piętra ? Przecież Filip Smak w roku 1972 nie stanowił żadnego zagrożenia dla ustroju, dla porządku publicznego).

 Na str. 324 napisał Szanowny Autor m.in. : „ Nic więc dziwnego, że kościół, owa mądra i stara instytucja, wcześniej niż inne instytucje i urzędy zmiarkowała, że należy choćby w podtekstach oznajmić narodowi, iż nadchodzą odmienne czasy, które niosą zapowiedź innej przyszłości. Stąd, dając intuicji prawo przypuszczeń, liczne kazania w duchu wieczystym, pełny patosu i dumy narodowej”. Kościół ( można założyć, iż chodziło Autorowi o Kościół Katolicki, bo tylko Kościół Katolicki był postrzegany przez komunistów jako realna siła z którą trzeba się liczyć  ) nie można porównywać do innych instytucji i urzędów. Tym bardziej instytucji i urzędów w państwie bezprawia. Kościół, jeśli można tak powiedzieć, „pracuje” w innych sferach niż świeckie instytucje i urzędy. Nawet gdyby nie czynić tego zastrzeżenia, to w opisywanym przez Stanisława Srokowskiego okresie, tylko Kościół Katolicki miał posłuch w Narodzie i mógł i to czynił czyli występował w obronie ducha Narodu ale również jego materii  zagrożonej przez bezbożny, szatański ustrój. Jakie inne instytucje i urzędy to czyniły ? Przecież Autor  dobrze wie, że nie było żadnych instytucji i urzędów które by mogły coś czynić wbrew partii komunistycznej, nawet jeżeli by zmiarkowały, że nadchodzą odmienne czasy. Można hipotetycznie założyć, że jakieś instytucje i urzędy zmiarkowały, iż nadchodzą odmienne czasy, które niosą zapowiedź innej przyszłości – jak Autor  napisał – i ogłosiłyby  to publicznie, i co by z tego ogłoszenia miało wyniknąć ? Czy sądził  Szanowny Autor, że Naród dałby posłuch tym enuncjacjom ? wolne żarty, Naród w pierwszej kolejności patrzył kto ogłasza te rewelacje. Sądzi Szanowny Pan, że instytucje czy urzędy skompromitowane współpracą z partią komunistyczną, czy państwem komunistycznym, nawet gdyby ni stąd ni zowąd ogłosiły rzetelny czy prawdziwy tekst ; wywołałyby odzew społeczny ? Przecież Naród nie ufał wszystkim instytucjom czy urzędom – w zasadzie ja nie pamiętam abym ufał komukolwiek poza Kościołem Katolickim – w PRL, zaryzykuję tezę, że nie było takich instytucji czy urzędów.

Dalej drążę temat. Gdzie Szanowny Autor widział nadchodzące odmienne czasy, zapowiedź innej przyszłości ? W roku 1972 nie było w PRL żadnej nadziei  na inne czasy, na inną przyszłość ( i w tym tkwił dramat Narodu ). Tylko człowiek naiwny tak mógł  sądzić. Czy PZPR została odsunięta od władzy ? Czy został wprowadzony system wielopartyjny, ale realny a nie papierowy ? Czy doktryna dyktatury proletariatu przestała obowiązywać ? Czy został wprowadzony system demokratyczny zamiast demokracji socjalistycznej ? Pytania można by mnożyć, ale odpowiedź na wszystkie byłaby przecząca. Więc na jakiej podstawie wysnuł Szanowny Autor  tak daleko idący wniosek ? Czy na tej podstawie, że jeden aparatczyk komunistyczny został zastąpiony przez innego ?  Towarzysz „Wiesław” – Władysław Gomółka został odsunięty po masakrze na Wybrzeżu ( wersja dla maluczkich : „ze względu na stan zdrowia” ) a   jego miejsce jako I – go Sekretarza zajął komunista tow. Edward Gierek. Przecież Szanowny Pan dał odpowiedź, jak miały wyglądać te nowe czasy na str. 325 – 327 , gdy Przewodniczący Czubik ( moim zdaniem był to tow. Edward Gierek ) bajdurzy, że : „Władza jest zawsze z ludem, bez względu na zachowanie ludu ”.

 Na stronie 325 Przewodniczący Czubik – E. Gierek – wyraźnie i jednoznacznie powiedział, że  : „ Ja proszę obywateli sprawuję nowy styl władzy”. Na str. 326 Przewodniczący Czubik powiedział : „ (…) naród jest z władzą. Tak, obywatele, naród zawsze jest z władzą (…) Bo, jak zauważyliście, władza jest z narodem”. Zaś na str. 327 stwierdzone : „ A jak naród woła, władza wraz z narodem woła. Oto logika dziejów. Oto nowy styl. Styl ! ”.  Na podstawie powyższych sentencji widzimy, że nie było mowy o żadnych odmiennych czasach czy innej przyszłości – chyba, że dla Szanownego Autora  zmiana stylu jest równoznaczna ze zmianą jakościową. Pierwszy Sekretarz PZPR dał wyraz sprawowanego nowego stylu władzy w czerwcu 1976 r., w Radomiu czy Ursusie czy Płocku , dla młodszych informacja „ścieżki zdrowia”.  Zgoda, że nie mógł Autor  tego wiedzieć w roku 1972, ale jak wcześniej wykazałem ( przynajmniej próbowałem ) żadnej zmiany jakościowej nie było i być nie mogło. Przecież Narrator  powinien pamiętać słowa, wypowiedziane kilka lat wcześniej przez I-go Sekretarza PZPR, że władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy ! Wszystko inne było propagandą i tumanieniem mas i utrzymywanie ich w permanentnej głupocie i niewiedzy. Na str. 327 Przewodniczący Czubik powiedział : „ Nie zapominajcie, że na waszych oczach dzieją się dzieje A tam bije serce naszego narodu – Przewodniczący Czubik uniósł rękę do góry i wskazał palcem przestrzeń”. Serce Narodu Polskiego nigdy nie biło w nieokreślonej przestrzeni, lecz w Świętym Mieście Częstochowie w Kaplicy Czarnej Madonny w Klasztorze Paulinów. Zaś od 18 lat, rycerz Niepokalanej, biedaczyna z Torunia, Ojciec Dyrektor Tadeusz Rydzyk, za pośrednictwem dzieł Bożych to jest Radia Maryja a później Telewizji TRWAM, prostuje ścieżki grzesznemu ludowi, prowadząc nas do Mateczki Przenajświętszej a za Jej wstawiennictwem do Boga. Moim zdaniem, tylko wiara katolicka jest w stanie uratować Naród Polski przed utraceniem tożsamości i ducha, bo suwerenność Naród utracił wraz z wejściem do libertyńskiej i grzesznej Unii Europejskiej oraz podpisaniem przez zdrajców tzw. Traktatu Lizbońskiego. Jeszcze raz powtórzę, jedyna nadzieja na przeciwstawienie się bezbożnej ofensywie wysłanników piekieł, to Radio Maryja i Telewizja TRWAM.

 Filip Smak stojąc na parapecie okna patrząc w dół na zgromadzony lud doświadczył walki o jego duszę, między Białym a Czarnym Aniołem ! Gdy myślał „Lud czeka na swój cud” to doświadczył działania Białego Anioła. Tylko na czym, miałby się uzewnętrzniać ten cud ? Czyżby na nadaniu przez Przewodniczącego Czubika ludowi praw suwerena ? Praw suwerena, zawłaszczonych bezprawnie za pomocą okupacyjnej Armii Czerwonej, od chwili przekroczenia przez nią granicy Państwa Polskiego z dnia 17 września 1939 r. A może na dobrowolnym oddaniu władzy przez PZPR ? Tylko komu oddać władzę, gdy Naród Polski został pozbawiony elit przez okupantów czarnego i czerwonego a później przez rodzimy aparat terroru ; zaś ci co reprezentowali ciągłość legalnej władzy, wskutek zdrady „sojuszników” , musieli zostać na wygnaniu poza granicami kraju ? Czym zakończyło się przekazanie władzy w roku 1989 doświadczamy na własnej skórze do dnia dzisiejszego. Zakończyło się dogadaniem „pod stołem” w Magdalence, między czerwonymi oprawcami a agentami tychże oprawców, na czele z osławionym „Bolkiem”. Druga możliwość ukazana Filipowi Smak to złożenie ofiary, ta możliwość nie wyszła od samego Filipa Smak, lecz od kogoś z zewnątrz. Filip usłyszał : „ Lud czeka na ofiarę – usłyszał czyjś wyraźny szept. Otworzył oczy i zdrętwiał. Kto to mówi ? Do kogo „ Chciał się obejrzeć za siebie, ale poczuł, że to niemożliwe (…) co u diabła ? – nie mógł pojąć Filip. I wtedy przewidział mu się nagle, ku jego największemu zaskoczeniu, Czarny Anioł ”. Widzimy tutaj jakby scenę kuszenia Jezusa z Nowego Testamentu. Czyżby Filip Smak chciałby się upodobnić do Syna Bożego Jezusa Chrystusa ? Toż to byłaby sytuacja niewyobrażalna, świadcząca raczej o utraceniu możliwości okiełznania swojej wyobraźni twórczej przez Autora ! Czyżby o to chodziło ? Okazało się że nie, Szanowny Autor bardzo zgrabnie wybrnął z kłopotliwej sytuacji : „ To z Biblii – zinterpretował. Nie to mój głos wewnętrzny. Przybrał taką formę. Muszę się poddać głosowi wewnętrznemu – uśmiechnął się do siebie ”. Powraca wcześniej przedstawiony przez Narratora  motyw „głosu wewnętrznego”. Czy ma on charakter imperatywu moralnego Filipa Smak ? Co to jest głos wewnętrzny, że ma władzę nad alter ego Autora ? Przecież Filip Smak nie powinien bezwolnie poddawać się głosowi wewnętrznemu. Takie postępowanie mogłoby prowadzić do wytłumaczenia każdego zachowania, każdego czynu, nawet skierowanego przeciw życiu drugiego człowieka. Człowiek musi okiełznać swoje żądze, bo jeżeli tego nie potrafi, to zbliża się, bądź upodabnia do zwierzęcia którym kieruje instynkt bądź popęd. Człowiek posiada rozum i musi nim się posługiwać a nie tłumaczyć się jakimś głosem wewnętrznym.

Widać z dalszych strof strony 328 książki ( strona przedostatnia ) że trwa dalsze kuszenie Filipa Smak. Nie jest jasna sytuacja, czy przez Szatana – Belzebuba czy przez człowieka który wchodzi w rolę Szatana – Belzebuba. Nie zapominajmy o tym, iż pokój na ostatnim piętrze budynku umożliwiał mówienie do gościa bez ujawniania mu się. Filip Smak usłyszał : „ Jesteś poetą losu – znowu usłyszał szept. Głos był słodki i łagodny. Spełnia się twój czas – słodko szeptał głos. To mój głos wewnętrzny. To moja prawda wewnętrzna. Odnalazłem ją poczuł się w jakiś szczególny sposób wybrany. Tak wiedział, już, że jest wybrańcem losu”. No dobrze, Filip Smak mógł czuć się, że jest wybrańcem losu ( uzasadnia takie poczucie fakt, bycia przez niego poetą ), ale do czego bądź względem jakiej sytuacji, wybrańcem losu ? Co kryło się za stwierdzeniem, że Filip Smak jest wybrańcem losu ? Nie pomaga zrozumieć tych wątpliwości eksponowany wątek prawdy wewnętrznej. Nie wiadomo też, co to jest ta prawda wewnętrzna. Głos wewnętrzny wcale nie musi być tożsamy z prawdą wewnętrzną. Zaś prawda wewnętrzna nie wiadomo czy musi być tożsama z prawdą zewnętrzną obiektywną. Wynikałoby z użytego przez Autora określenia, że prawda wewnętrzna – dodałbym subiektywna – nie musiała być zgodna z prawdą zewnętrzną obiektywną. W tej sytuacji rozbieżności między prawdą wewnętrzną subiektywną a prawdą zewnętrzną obiektywną, która ma pierwszeństwo ?  Ponadto należałoby się również odnieść do imperatywu, czy prawdzie wewnętrznej można przypisać rolę imperatywu ? Nie jest to jasne dla czytelnika.   Można sądzić, iż stwierdzenie „spełnia się twój czas” wskazywało, że to są ostatnie chwile życia bohatera. Czytajmy dalej co z tego wyniknie, bo sytuacja jest ciekawa a zarazem dramatyczna.

Strona 329 ostatnia, czytamy  : „ (…) wtapiał się w bezkresy, które same w sobie były celem i ostatecznością ”. Bezkresy mogą być celem, ale ostatecznością ? Ostatecznością człowieka nie jest bezkres tylko Bóg oraz Sąd Ostateczny. Jest to niezrozumiałe poszukiwanie sensu w bezsensie ateizmu. Człowiek niewierzący, ateista, moim zdaniem jest skazany na zmierzenie się z bezsensem swojej egzystencji. Wynikiem tego może być albo stwierdzenie, że Bóg istnieje i odzyskanie nadziei bądź stworzenie na swój użytek wiary w bożka , lub w przypadku braku wiary pomieszanie zmysłów lub jako wyraz kapitulacji, samobójstwo. Człowiek myślący poważnie o zagadce swojej egzystencji ( nie biorę pod uwagę ludzi „wolnych” od tego rodzaju rozterek, czyli inaczej bezmyślnych osobników  ) nie może żyć, mając świadomość początku i końca swego istnienia, czyli nicości po śmierci. Dla swego życia potrzebuje celu, potrzebuje sensu, potrzebuje Boga. W pustce nie można żyć. W tej sytuacji neopoganin nowych czasów, celem zagłuszenia bólu istnienia, tworzy sobie bożki które dlań są surogatem wiary ( wiara w bożki ), które mają mu zastąpić Boga. Jest to namiastka, ersatz, która ma mu zastąpić Boga,   Człowiek pierwotny też tak postępował, nie znając prawdy objawionej, tworzył sobie bożki jako ersatz Boga o Którego istnieniu nie wiedział bo nie znał prawdy objawionej. Ateizm moim zdaniem, jest to cofnięcie się w rozwoju człowieka do stadium pierwotnego, animistycznego. Pisze Autor dalej : „ Filip Smak, doznał niewyobrażalnej do tej pory radości”. Ale z czego, czy z tego, że : „ (…) czuł się lekki i nieskończony, tak jakby jego życie wchłonęło życie innych światów, jakby jednocząc się z przestrzenią i czasem, on właśnie, a nie kto inny przenikał w najgłębszą ideę losu (…) ”. Wydaje się, że Filip Smak nie chce pogodzić się z małością człowieka, z jego rolą przypisaną mu przez Stwórcę, chce wejść w zakazane „rewiry” ludzkiego poznania. Filip Smak próbuje je sobie przypisać, może inaczej, czy może ubrać się w atrybuty przynależne komu innemu,, ale nie człowiekowi. Filip Smak widać chce zmierzyć się z ograniczonością człowieka, próbuje się postawić w miejsce Boga. Niedwuznacznie świadczy o tym zapis myśli Filipa ze str. 329 :„ (…) kiedy patrzył w odległe konstelacje, widział oczami wyobraźni nieograniczony wszechświat, poczuł swój lot nad niezbadanymi drogami układów gwiezdnych, przenikał nieprzewidywalne konstelacje, przedzierał się przez granice wiecznych ciemności i przerażającego światła”. Mam pewność, że za tym, za próbą wejścia w „zakazane rewiry” dla ludzkiego poznania, przez śmiałka Filipa Smak, stoi Szatan Belzebub. Niedwuznacznie świadczy o tym to co Filip Smak przypomniał sobie na moment przed postawieniem kropki nad „i” : „ (…) gdy tylko przekroczył drzwi portierni, usłyszał jękliwy, gorzki, odległy śmiech, dochodzący ze ściany, która była kamieniem ”. Było wiadomo, że los Filipa Smak jest przypieczętowany. Gdy człowiek nie potrafi przeciwstawić się podszeptom Szatana – Belzebuba, który nakłania człowieka do przekroczenia nieprzekraczalnego, musi to się skończyć tragicznie dla omamionego nieszczęśnika. Było już za późno na wycofanie się Filipa, nawet gdyby tego chciał ! Był już w szponach Belzebuba. Skok Filipa z okna Urzędu, był jakby dopełnieniem formalności  : „ A gdy wyrzucił ciało, które wplątane w świst powietrza mknęło ku wieczności, cisza nagle pękła ; dojrzał wielką ognistą gwiazdę, przybliżającą się jak nagły meteor, przebijającą cienką ściankę nieskończoności. Czuł się wolny”.

 Powtórnie powraca tu, ten sam motyw wolności, poznania tajemnicy wolności, jak w przypadku skoku Dłubadełki, pensjonariusza DSC ( str. 113 książki ). Czy wolność człowieka ma polegać  na wyborze rodzaju śmierci samobójczej ? Jeśli tak, to byłaby to bardzo nihilistyczny i niebezpieczny rodzaj wolności. Człowiek musi pamiętać, że nie on  jest dawcą życia, i nie może bezkarnie nim szafować. Jest to przykład do czego może prowadzić pycha człowieka, postawienie siebie w roli dawcy życia. Moim zdaniem, Autor chciał przestrzec czytelnika przed taką wolnością, pisząc swoją powieść „Sen Belzebuba”. Zakończenie książki jest trochę pesymistyczne, ale nie może być inaczej, w przypadku zmagania się człowieka z Szatanem – Belzebubem, gdy człowiek, w skutek swojej indolencji i bezkrytycznej wiary w „szkiełko i oko” oddalił się od Boga stając się ateistą i agnostykiem.

 

Książka „Sen Belzebuba" jest wielowymiarową powieścią, poruszającą najistotniejsze w życiu każdego człowieka sprawy, w tym sprawy ostateczne. Przede wszystkim   książka ma wymiar ponadczasowy albowiem dotyczy tajemnicy egzystencji, istnienia  człowieka, która pod każdą szerokością geograficzną, czy różnymi ustrojami państw, wygląda podobnie. Ponadto ma wymiar poznawczy, gdyż bardzo wiernie oddaje „klimaty” życia ludzi w ustroju komunistycznym, jest to naprawdę wielka kopalnia wiedzy o życiu ludzi w PRL. Z tego – ale nie tylko – względu, powinna być bezwarunkowo lekturą obowiązkową w ostatnich klasach szkół ponadgimnazjalnych ( średnich ). Również książka ukazuje wnętrze artysty, jego rozterki duchowe,  proces myślowy poniekąd twórczy, jego próbę zrozumienia i ogarnięcia tego, co jest niedostępne dla poznania człowieka. Również, wydaje się, była próbą wskazania społeczeństwu drogi wyjścia z marazmu, beznadziei, atrofii, upadku, grzechu, życia w permanentnym kłamstwie i donosicielstwie, życia w państwie totalitarnym, poprzez jakoby odnowę moralną – sanację, ówczesnych elit narodu ( vide casus Grzybka ). Że ta droga odnowy moralnej, etycznej, poprzez samoograniczenie swojej zachłanności i konsumpcji, była niewykonalna, z powodu nieprzystosowalności i sprzeczności z zasadami doktrynalnymi PRL a przede wszystkim, sprzeczna z „naturą” człowieka ; to inna sprawa. Wszelako Autor próbował jakiegoś wyjścia z sytuacji, poprzez wskazanie utopijnej i idealistycznej drogi, niewykonalnej w powodu wyżej wskazanych. Na koniec, jest to przedstawienie od środka, degrengolady, zdeprawowania części środowiska literackiego. Ale każdy człowiek, obojętnie kim jest, choć szczególnie narażone są środowiska „ opiniotwórcze” i „inteligenckie” na sprzeniewierzenie się swemu etosowi – jest wydany na pokuszenie Belzebuba, w tym wypadku uosabianego przez państwo totalitarne, jakim w swej istocie było PRL. Jednakże środowiska opiniotwórcze Narodu, powinny mieć świadomość swojej szczególnej roli, tym samym szczególnej odpowiedzialności względem wspólnoty, albowiem są one depozytariuszem „sumienia Narodu” i na nich spoczywa obowiązek chronienia go jak ”źrenicy” oka.

Dla ludzi – czytelników bardziej  „ciekawskich” ale w tym dobrym znaczeniu, zalecałbym Szanownemu Autorowi, wydania do książki suplementu, z indeksem nazwisk odpowiadającym użytym pseudonimom ( fikcyjnym nazwiskom ). „Sen Belzebuba” jest książką wybitną, książką z „najwyższej półki” przeznaczoną dla wrażliwego, myślącego czytelnika, która może zaspokoić najbardziej wyrafinowane gusta czytelnicze, a zarazem książką odkrywczą, nie zawaham się powiedzieć, epokową !  Dziękuję, za fantastyczną przygodę literacką, którą od dłuższego czasu mogłem doznawać, obcując z  książką „Sen Belzebuba”.

 Książka ze względu na swoje walory, powinna być jak najszybciej wznowiona ( najlepiej z suplementem o który wyżej wspomniałem ) w nakładzie odpowiadającym jej znaczeniu. Każdy Polak, uważający się za człowieka kulturalnego, powinien, mało, jest zobowiązany, zapoznać się z tą wybitną książką, książką odkrywającą „mroki” duszy ludzkiej, ukazującej od środka zasady działania państwa ( w tym wypadku niedemokratycznego, państwa bezprawia  ) , bez przesady książką historyczną, wszelako w żaden sposób niepodobną do klasycznej prozy historycznej. Ale to wyłączna zasługa Mistrza, tak prawdziwego Mistrza Stanisława Srokowskiego ! Uważam że dzieje się krzywda Szanownemu Autorowi, iż jest On „rozpoznawalny” dla oczytanych czytelników bądź krytyków literackich, pod kątem Kresów mimo, że jest  wielowymiarowym człowiekiem, pisarzem, dramaturgiem  i poetą, gdzie tematyka Kresów jest tematyką szczególną, ale nie wyłączną.

 

 Ryszard Kowrygo

***  


"DUCHY DZIECIŃSTWA"
             (powieść)


Srokowski znalazł niepowtarzalny i własny sposób na pokazanie koszmaru ludzkich cierpień: dziecka polskiego, żydowskiego, ukraińskiego. Pobrzmiewają tony "Stu lat samotności" i "Blaszanego bębenka". Autor napisał powieść bardzo oryginalną i mądrą, najlepszą i najciekawszą w swoim dorobku"

Janusz Termer

 ***
"Od czasu dylogii Leopolda Buczkowskiego "Czarny potok" i "Dorycki krużganek" nie mieliśmy w naszym piśmiennictwie równie wstrząsającej wizji tych dramatycznych doświadczeń. Niezmiernie silna w wyrazie artystycznym i ważna książka, której wartość daje się porównać z najlepszymi dokonaniami."
Wacław Sadkowski

"REPATRIANCI"

(powieść)

 

"Srokowski... od razu pojawił się w pełni oryginalnego talentu, zdobywając sobie z marszu krytykę i czytelników. Powieść "Repatrianci" ... została uznana za książkę roku."
Waldemar Smaszcz

 

***
"Pożegnanie z umarłym światem przesyca świat "Repatriantów"... Lament, który głoszą (bohaterowie)... jest sam w sobie jednym z najpiękniejszych trenów, jakie zna literatura polska."

Tomasz Miłkowski

 

***
"Jest to metafora ludzkiego losu. Jest to przejmująca literacka wizja dramatu społeczności zmuszonej do porzucenia wszystkiego."
Leszek Bugajski

 

***
"
Proza utrzymana w duchu utworów Grassa czy Marqueza."
Polityka

"
Wiele scen z "Repatriantów" przywodzi na myśl malarstwo Marka Chagalla."
Jerzy Kwiatek

 

***
"
Powieść Srokowskiego wywiera wstrząsające wrażenie."
Bogdan Twardochleb

 

***
"Współczesny epos, jakim są "Repatrianci"... rejestruje przełomowy moment w dziejach narodu... Powieść Srokowskiego przypomina "Chłopów" Reymonta."
Stanisław Stanik

 

***
"
Za dźwięcznym recitativo "Beniowskiego" zapytać moglibyśmy: komu jedzie pociąg w najnowszej rewelacyjnej... powieści Srokowskiego."
Aneta Mazur

 

***
"Powieść Srokowskiego należy uznać za wielką, rozbudowaną balladę."
Tadeusz Błażejewski

 

***
"Srokowski... drąży pasjonującą go problematykę odważnie, a nawet bezkompromisowo... Tym większa zasługa Srokowskiego, że... coraz wyraźniej zaznacza swój profil artystyczny. Historycy i socjologowie... znajdą w powieści bezcenny materiał... powinni studiować tę prozę z uwagą i pokorą... Srokowski staje w awangardzie tego trudnego, bolesnego, ale koniecznego zabiegu (przewartościowania w zbiorowej świadomości brzemienia czasu)."
Wacław Sadkowski

"LĘK"

(powieść)

 

"Lęk" jest powieścią niecodzienną we współczesnej literaturze."
Tadeusz J. Żółciński

 

***
"
Podjęty przez Srokowskiego problem jest niezmiernie ważny. Dotychczas znajdował się w kręgu poszukiwań poznawczych psychologów, socjologów kultury lub ujawniał nagłą aktualizację przy lekturze wybitnych dzieł dawnych. Teraz pojawia się w książkach współczesnych prozaików."
Michał Boni

 

***
"Jest powieść ta swoistą anatomią miłości... Ma w sobie coś z atmosfery Antonioniego, wielką precyzję wywodu psychologicznego. Jest także książką o psychologii aktu twórczego, a więc o jednej z najpiękniejszychp rzygód, jakie wymyślił człowiek".
Jarosław Haak

 

***
"Lęk" jest utworem... efektownym, dobrze i szybko się czyta, może liczyć na powodzenie. Jest to w sposób niekłamany powieść o miłości.
Michał Głowiński
*** 

Proszę Pana. Nie rozumiem. Co stało się z Fatimą ? Ona nie umarła, nie mogła umrzeć. Jeżeli odeszła jakaś jej cząstka, to tak jakby zabrała coś ze mnie. Nie wiem, jak Pan to zrobił, ale "Lęk" hipnotyzuje, wciąga sama się teraz boję, nie wiem, czy o nią, czy o  siebie. Fatima wciąga. Piotr odszedł, Fatima nie może.
Olka - czytelniczka 

"CHROBACZKI"

(powieść)


"
Powieść... jest całkowicie niekonwencjonalna, afabularna... Język traktuje autor - zgodnie z imperatywem awangardowym - jako jeden z tematów powieści, a nawet jednego z jej bohaterów. Bawi się nim... wyprowadza radykalne konsekwencje z pomysłów Gombrowicza i Witkacego, by je przewieść przez filtr pomysłów Joyce'owskiego typu... Wpisuje się tu... w orientacje artystyczne współczesnej prozy światowej... Powieścią tą sytuuje się Srokowski w rzędzie takich pisarzy, jak Parnicki czy Buczkowski. Nurt językowych eksperymentów w prozie zyskał w Srokowskim zdecydowane wsparcie."
Wacław Sadkowski

 

***
"Porwał się Srokowski na napisanie Powieści Jakiej Jeszcze Nie Było. Powieści będącej czymś w rodzaju współczesnej Księgi Ksiąg, ucieleśnieniem Wielkiej Fikcji, w której w literackim kształcie zamanifestowałaby się niemalże Mądrość Wszechrzeczy. Porwał się zatem Srokowski na stworzenie Wielkiego Eposu Swego Ludu."
Anna Borowa

 ***
"
Jest to książka niezwyczajna."
prof. dr Bogdan Owczarek
 
   
"MITY GRECKIE"


"To najlepsze tego typu opracowanie."
dr Ilias Wrazas, grecki filozof

 

***
"
Stanisław Srokowski dał lekturową propozycję oryginalną i przekonującą. "Mity greckie" Srokowskiego powinny być stale w księgarniach jako świetny podręcznik."
prof. dr Jan Trzynadlowski

"WOJNA TROJAŃSKA"

(opowieść mitologiczna)

"Ta lektura po prostu wciąga. Uderza wiernością wobec Homerowego oryginału. Otrzymaliśmy znakomitą opowieść o wojnie trojańskiej."
prof. dr Jan Trzynadlowski

 

***
"
Lektura "Przygód Odyseusza" jest fascynująca. Uczniowie będą mieli okazję zachwycić się po raz kolejny książką lubianego autora."
Małgorzata Popek, polonistka

"SKANDALISTA WOJACZEK"

(książka biograficzna)

"Takiej książki we Wrocławiu nie było. To prawdziwy majstersztyk biograficzny, świetnie napisany, z fantazją, rozmachem i pięknym językiem. I o kim? O poecie całą gębą, barwnym oryginale, o fantastycznej i bulwersującej osobowości, Rafale Wojaczku, który popełnił samobójstwo, mając 26 lat. Srokowski pisze o Wojaczku z miłością i znawstwem."
Agnieszka Świerg-Zdybecka


***

".... w innym wymiarze wracał w wierszach do bliskich sobie pejzaży. Tam się nasycał atmosferą popołudniowych obserwacji, połykał zakazane owoce przyciszonych rozmów, szeptów i dochodzących ze wszystkich stron gwarów" - tak pisze Stanisław Srokowski w "Skandaliście Wojaczku".

Książka opowiada o buncie jednostki i samotności bohatera przenikającej ciało czytelnika. Rafał Wojaczek, bo o nim mowa, zatapiał swoją codzienność przede wszystkim w poezji , której był miłośnikiem. Autor opisuje jednak wzmagania osoby psychicznie chorej będącej na wąskiej krawędzi zawartej miedzy życiem a śmiercią. Przedstawia poetę jako człowieka wyobcowanego przez środowisko, ukazuje jego bunt oraz lęki chorego umysłu cierpiącego podczas przebywania w tłumie.

Słowo pisane staje się Arkadią , w której Rafał Wojaczek może wyrazić samego siebie. Na uwagę zasługuje dziennik pisany w szpitalu psychiatrycznym, w którym notował wrażenia, wiersze, sentencje, luźne myśli oraz rysunki. Dociekliwe są również wypowiedzi znanych osób na temat postrzegania życia artysty przeplatane wierszami i ciekawymi wydarzeniami. Na piedestale postawiona została jednak walka człowieka z różnymi lękami.

"Strach w nasze serca, tyle grozy gęstej
By nie powiedział kto, że nie zna lęku."

Poezja stworzyła mu wolność, o której marzył oraz dała możliwość najlepszego powiernika bardziej wartościowego od psychiatry. Droga, którą sobie obrał ukryta była w poetyckości języka. To właśnie owa poezja pozwoliła na ukazanie wieloznaczności wypowiedzi, wyrażanie odczuć, dała przestrzeń i swobodę, otwarcie się na ludzi. W ten sposób Rafał Wojaczek pozwolił spojrzeć na siebie przez pryzmat swojej choroby zrzucając ciężar przytłaczającego go świata tego widzialnego, niewidzialnego , materialnego , duchowego , pełnego klęsk czy udręk. W sposób interesujący zaakcentował autor postać swojego bohatera ocierającego się o sztukę, teatr a tym samym kreującego samego siebie.

W książce widać wyraźnie człowieka, który zagubił sens życia, degradującego wszelkie wartości, , rozdartego, roztargnionego, poszarpanego wewnętrznymi walkami a z drugiej strony niesamowicie zdolnego. W wyniku choroby Wojaczek stał się niezrozumiały, dziwaczny, irracjonalny, absurdalny, ale i zagadkowy. Kiedy następuje w nim pewne pęknięcie , zagubienie własnego "ja", jedynym rozwiązaniem staje się samobójstwo.

"Jest ciemno
jest ciemno jak najciemniej
mnie nie ma"

Życie poety, jak i jego stany emocjonalne przekładają się na twórczość , która może wywoływać zachwyt poprzez swoją oryginalność, głębię wyrazu oraz olśnienie. Pisząc jednak o tym młodym skandaliście należy mieć na względzie dwa sprzeczne żywioły: życie i śmierć. Życie to walka, której ujście odnajduje w sztuce a śmierć to próba skrócenia cierpienia i ucieczka przed rzeczywistością. Może dlatego poeta degraduje ciało , pokazując jego choroby, brzydotę i szuka czegoś wznioślejszego od śmierci - Najwyższej Istoty.
Sylwia Skroś
http://www.fm.lebork.pl

DSP, Book Publishing,USA


 

***


 

"Książka Stanisława Srokowskiego "Skandalista Wojaczek" nosi podtytuł "poezja, dziewczyny, miłość". Wydaje się jednak, że bardziej odpowiednie byłoby zawarcie w nim słów: "poezja, legenda, śmierć", bo autor więcej miejsca poświęca prezentacji mitu, jaki o sobie tworzył Wojaczek oraz dokładaniu własnych "cegiełek" do tego wizerunku, niż odkrywaniu pewnej uniwersalnej prawdy o poecie z Mikołowa.

"Nagła fantazja, tęsknota za wspólną młodością, a także bolesny gniew, że zabrakło mi któregoś dnia Rafała i jego potężnej, anielsko - diabelskiej duszy" - tak opisuje autor motywy, które skłoniły go do napisania biografii przyjaciela. Biografii, która rynek księgarski oraz rzesze miłośników twórczości Wojaczka poruszała od początku. Srokowski bowiem, po rozmowie z bratem poety, Andrzejem, i wieloma jego przyjaciółmi podejmuje próbę pisania o Rafale Wojaczku bez wybielania, oczyszczania jego życiorysu. Wspomina o dzieciństwie i młodości poety, o tym, jak w II klasie liceum został on wyrzucony z mikołowskiej szkoły, jak nie potrafił znaleźć sobie miejsca w domach (i ramionach) kolejnych sublokatorek. Nie boi się wspominać o tym, jak Wojaczek dobrowolnie poddawał się badaniom w szpitalu psychiatrycznym. Pisze o paradoksach jego życia, nie zapomina o kłopotach z cenzurą i prl-owską bezpieką. Komentuje filmy, jakie o Wojaczku nakręcili Lech Majewski oraz Grażyna Pieczuro, porównując obraz, jaki się z nich wyłania z rysem Wojaczka, jakiego sam znał.

A Wojaczek w ujęciu Stanisława Srokowskiego to postać fascynująca. Buntownik, sprzeciwiający się zastanej rzeczywistości, "szarości, banałowi pospolitości". To barwnie upierzony ptak, który nie potrafi odnaleźć się w realiach Polski Ludowej. To samotnik - bo choć ludzie do niego lgnęli i był wciąż otoczony przez rzesze ludzi, z nikim nie udawało mu się nawiązać nici prawdziwego porozumienia. Wielki mitoman (do czego zresztą sam otwarcie się przyznawał) i ekshibicjonista. Trochę romantyk, trochę - prowokator i cynik, wciąż toczący specyficzną grę z przeznaczeniem i śmiercią. W końcu - Wojaczek jest kolejnym herosem z panteonu bohaterów Wrocławia - miasta cudownego, magicznego, czy wręcz - mitycznego.

Bo Wrocław to drugi, kto wie, czy nie równie ważny bohater książki Srokowskiego. To miasto - jako się rzekło - cudowne i wyjątkowe, miasto, w którym skupiło się środowisko wielkich artystów, którzy na trwale wpisali się w jego historię. Srokowski wspomina niektórych spośród nich, pisze o lwowskich korzeniach kultury i nauki Wrocławia, opisuje wielkie przedsięwzięcia (jak Teatr Laboratorium) czy miejsca, w których spotykała się śmietanka towarzyska i artystyczna Wrocławia (jak Klub Związków Twórczych czy klub Dreptak). Równocześnie marginalizuje jednak rolę Mikołowa i Katowic w życiu poety, nadmieniając tylko, że uciekł stamtąd, bo miasta te nie dałyby mu możliwości swobodnego rozwoju. I to uznać można za jedną z wad książki.

A wad tych jest, niestety, więcej. Kolejną jest ów obraz mitycznego Wrocławia, który w ujęciu autora biografii Wojaczka urasta niemal do rangi Atlantydy, a porównywany jest z miastami starożytnej Grecji. Autor zdaje się być głęboko przekonany, że Wrocław jest tym dla kultury polskiej, czym były starożytne Ateny dla całej kultury śródziemnomorskiej - i ten subiektywizm, owa szczegółowość w nakreśleniu pejzażu Wrocławia jako tła opowieści o poecie, miast uwiarygodnić książkę, tylko jeszcze bardziej uwypukla jej subiektywizm.

Srokowski zresztą, choć aspiruje do roli demaskatora i pragnie obalić mity, narosłe wokół postaci Wojaczka, w rzeczywistości sam często popada w ton profetyczny i - obalając stare - tworzy równocześnie własną legendę poety z Mikołowa. Legendę fascynującą - ale czy bliską prawdzie?

Interesujące są sposoby odczytania poezji Wojaczka przez pryzmat jego biografii, bezcenna - próba ukazania roli, jaką w życiu poety odegrał jego mistrz - Tymoteusz Karpowicz. Od strony formalnej warto zwrócić uwagę na wplecione w opowieść fragmenty dziennika Srokowskiego, w którym odnotowywał on niejako "na gorąco" swe wrażenia po spotkaniach z przyjacielem.

Książka składa się z krótkich rozdziałów, opatrzonych zwykle wiele mówiącymi tytułami. Wyjątkiem jest część "Świadkowie". Autor zawarł tu głosy bliskich znajomych Wojaczka, wspomnienia o poecie jego najbliższych przyjaciół, a zarazem - ludzi kultury, dziennikarzy, publicystów, twórców...

Nie bez przyczyny wspominałem na początku o motywach, jakie kierowały Srokowskim przy pisaniu biografii "Skandalista Wojaczek". Bo nie jest ona kompletnym, zamkniętym kompendium wiedzy o mikołowskim poecie, lecz raczej - opowieścią jego "demonach sprzeczności i przerażenia, obsesji śmierci, przekleństwie życia". To sentymentalna podróż, spowodowana "tęsknotą za wspólną młodością". Podróż, w którą z pewnością warto się wraz ze Stanisławem Srokowskim wybrać."

Sławomir Krempa, granice.pl

 

***

Kim właściwie był Wojaczek? Jedni twierdzą, że świrem, pijakiem i buntownikiem. Inni zaś, że doskonałym poetą, o wyjątkowej osobowości. Jak jest naprawdę? Spór ten doskonale rozstrzyga w swojej książce Stanisław Srokowski - prywatnie przyjaciel Wojaczka, ale przede wszystkim autor jego biografii pt. "Skandalista Wojaczek". Pewnie w tym momencie powiecie - "co tu w ogóle rozstrzygać? Żył, napisał kilka wierszy i umarł". Przyznam wam szczerze, że początkowo byłam podobnego zdania. Jednak z każdą kolejną przeczytaną stroną moje podejście zaczęło całkowicie się zmieniać. Żeby stać się legendą trzeba sobie na to odpowiednio zasłużyć. I tak też było w tym przypadku.

Rafał Wojaczek kochał zamieszanie. Wzbudzał ferment, jak nie swoją poezją, to zachowaniem. Igrał z losem. Był stałym bywalcem szpitala psychiatrycznego. Pił spirytus salicylowy, czasami przegryzając go dżemem. Kochał spacery po cmentarzach. Podcinał sobie żyły, okaleczał ciało. Niejednokrotnie targał się na swoje życie. Chciał poczuć jak to jest, kiedy się umiera& Poprzez niesławę zdobył sławę. Jego wiersze są doskonałym odbiciem jego osoby, ale także i czasów, w których przyszło mu żyć (lata sześćdziesiąte). Przeplata się w nich nagość z krwią, seksem i miłością. Kipią one buntem i przerażeniem.

Bardzo ważną rolę w życiu Rafała odegrał Wrocław, miasto w którym mieszkał. Była to mekka ówczesnego życia kulturalnego, ale zarazem miejsce dziwne i niepokorne. Wojaczek doskonale wtapiał się w to, co go otaczało. On po prostu tym żył. Właśnie ta atmosfera, ta otaczająca go rzeczywistość, stały się głównymi motorami jego twórczości. Celem i pasją Wojaczka była poezja. To w niej szukał ocalenia. Nie udało mu się jednak -  poległ, a poezja, którą ubóstwiał przez całe życie, stała się współwinna jego nieszczęścia&

Moim zdaniem jedynym znaczącym minusem tej biografii jest umniejszenie roli jaką odegrał Kraków i Mikołów. Wydaje mi się, że to uproszczenie może w pewnym sensie przyczyniać się do zakłamania prawdy o Wojaczku. Zauważyć należy także, że książka nosi podtytuł "Poezja, dziewczyny, miłość", a tematyką tą zajęto się szczerze mówiąc dosyć pobieżnie. 

Bardzo trafnie zaś Srokowski dokonuje prezentacji wizerunku Rafała. Czyni to wręcz po mistrzowsku - dokonuje zestawienia opinii innych ludzi z własnymi odczuciami i wspomnieniami. Daje to naprawdę plastyczny i przede wszystkim realistyczny wizerunek poety. Można by pokusić się nawet o stwierdzenie, że w pewnym sensie to właśnie on sam tworzy  legendę Wojaczka.

W książce tej zachwyca przede wszystkim fakt, że autor nie "sili" się na często spotykaną w biografiach wzniosłość, wynoszenie ku niebiosom bohatera. Nie próbuje niczego zmieniać, by oczyścić życiorys Wojaczka. Pokazuje go takim, jakim był, jakim go kochano, nienawidzono a następnie zapamiętano. Posiłkuje się relacjami najbliższych przyjaciół, rodziny, znajomych. Widać, że doskonale rozumiał, i nadal rozumie, idee Wojaczka. Uważa go za wielką indywidualność. Podziwia jego wiersze, mimo iż jego własna twórczość jest ich całkowitym przeciwieństwem. Chce, żebyśmy zrozumieli wyjątkowość Wojaczka, żebyśmy poczuli moc jaką posiadał i którą zaraził już niejednego. Chce pokazać, że duch tego poety nadal żyje. I udaje mu się to osiągnąć.

Daria Jankiewicz, Homo Politicus


 RECENZJE CZYTELNIKÓW

(Gandalf, księgarnia internetowa)

"Księga o poeci wielkim, jakimż to Rafał Wojaczek jest. Wszystko widziane okiem zmyślnym pana Srokowskiego. Jakiż to dziwak był, alkoholik, istny wariat. I świetny poeta. Poeta wyklęty, na dodatek. Niczym francuscy parnasiści, Baudelaire, VerlaineChory ekscentryk, psychol, geniusz. Tak, geniusz! Owa książka powinna być znana każdemu, kto choć trochę interesuje się poezją XX wieku. Jest świetnym dokumentem, świadectwem o czasach Wojaczkowi współczesnych. To nie tylko zwyczajna, banalna szara biografia artysty, to istny koszyczek babuni z rozmaitymi rozmaitościami. Bardzo smacznymi. Na dodatek wspomnieć należy, że sam autor, samiuśki, on również plącze się w historię o Wieszczu Wojaczku, pokładając w tym uczucia co niemiara. Gdyż w tymże czasie, co i Wojaczek, Srokowski również we Wrocławiu był, mało tego, traktował wojaczka naszego jako dobrego przyjaciela! Nie ma co się rozwodzić nad przyjemnością, jaką daje przeczytanie książki. Czyta się jednym tchem, wierzcie mi! Polecam!

olgaksu89@op.pl

***

"Innego Wojaczka pokazuje nam Stanisław Srokowski w książce "Skandalista Wojaczek. Poezja, dziewczyny, miłość". Zamieszcza tutaj wypowiedzi znajomych Rafała - jego brata, dziewczyn, znajomych poetów, malarzy, sąsiadów. Srokowski długo przygotowywał się do napisania tej książki. Sam był mieszkańcem Wrocławia, wyczuwał atmosferę panującą w tym magicznym mieście, Wojaczek był człowiekiem tajemniczym i dowcipnym. Aleksander Rozenfeld w "Skandaliście Wojaczku" wspomina pogrzeb poety, kiedy to trumna nie mieściła się w grobie wykopanym przez grabarzy: "Nawet na własnym pogrzebie Wojaczek nie mógł obejść się bez żartu". Rafał Wojaczek był poetą o złożonej osobowości, samotnikiem zafascynowanym śmiercią, do której przez lata przygotowywał swoich nielicznych przyjaciół. Pierwsze próby samobójcze poeta podejmował już w wieku kilkunastu lat. Srokowski wskazuje na ową fascynację śmiercią i rozkładem ciała, wspomina, że może być kluczem do interpretacji utworów. Nieufny, nieobecny człowiek, rozrzucający swoją twórczość po znajomych - taki był Rafał. Srokowski z sympatią, przechodzącą niekiedy w podziw pisze o buntowniku. Rozgrzesza go z jego wystąpień, z ekscytacją pisze o słynnym wychodzeniu Wojaczka przez okna, o nonkonformistycznej postawie. Srokowski w swych poszukiwaniach trafiał do kobiet, które Rafał niegdyś kochał, czytał miłosne listy poety, poznał nawet intymne szczegóły związków Wojaczka. Można pokusić się o wniosek, że poeta zawładnął Srokowskim. Stał się częścią jego życia, olbrzymią częścią. Pracę nad książką można przyrównać do pracy archeologa. Srokowski, odkrywając kolejne karty z życia "poety wyklętego", wspomina swoją przeszłość, wrocławskie znajomości, zapach lat 60. być może "Skandalista Wojaczek" jest w pewnym stopniu terapią autora, który chce pogodzić przeszłość z teraźniejszością, zbudować pomost pomiędzy minionym a obecnym. Swój sukces zawdzięcza Wojaczkowi.

Stasiaokla1989@buziaczek.pl

***

"Skandalista Wojaczek" Srokowskiego to najwybitniejsza książka biograficzna o tym poecie. Opisuje historię życia z prawdziwą maestrią. Czuje się tamten czas. I dramat wielkiego poety. Srokowski stoi z boku i jest jakby czułym obserwatorem, a wkracza wtedy, kiedy musi. Tę książkę powinni czytać poeci nowych pokoleń, nauczyciele, studenci i licealiści. By poznać fenomen olśnienia, ale przerażenia światem. Dzieło porywające!!!

Ela


 

***

"Rafał Wojaczek był już za życia legendą, mitem, postacią magiczną", skandalistą. Jego krótkie życie ( zmarłw wieku 26 lat było pełne bolesnych przeżyć. Przede wszystkim trawiło gogłębokie poczuciesamotności, "tragiczna świadomość skończoności ludzkiej egzystencji i nieodwracalności człowieczego losu". Był poetą, który musiał walczyć o uznanie. Jego wiersze często krążyły wokół spraw fizjologicznych, krwi, cielesności, seksu. Świadomie budował własną legendę jako skandalisty. Znany był z tego, że zdarzało mu się przechodzić przez szybę. Raz jakiegoś szatniarza, który go czymś zdenerwował, zawiesił na szelkach na haku. Innym razem filiżanką rozbił głowę komuś, kto powiedział coś, co się Wojaczkowi nie spodobało. Gdy kiedyś na przystanku nie zatrzymał się autobus, na który akurat czekał, rozpiął spodnie i w kierunku odjeżdżającego autobusu wystawił goły tyłek. Lubił szokować. Nadużywał alkoholu. Bał się ludzi. Pomieszkiwał w różnych miejscowościach. W ostatnich latach życia mieszkał we Wrocławiu, gdzie zmarłprzedawkowawszy medykamenty. Autor książki, Stanisław Srokowski, znał Rafała Wojaczka osobiście. Spotykał się z nim wiele razy. Pędzili podobny styl życia. Obaj nie mieli stałego zamieszkania, zmieniali sublokatorki. Często spotykali się w tych samychspelunach i klatkach schodowych. We Wrocławiu chodzili na piwo na Dworzec Główny i łazili bez celu po peronach. Bywali w tych samych lokalach, w Klubie Dziennikarza oraz Klubie Związków Twórczych. Wspólne im było poczucie "atmosfery dziwności, niesamowitości i jakby przekleństwa tamtego czasu". Książka zawiera wspomnienia autora oraz innych, którzy znali Wojaczka. Są tu też fragmenty listów Rafała, jego prywatne zapiski, a także kilka kartek ksero z jego notatkami i listami, dzięki czemu Rafał Wojaczek staje się czytelnikowi jakby bardziejznajomy i jeszcze bardziej bliski."

SHV00NG


 

POEZTA UMARŁ, POETA WCIĄŻ ŻYWY

"Mimo że od śmierci Rafała Wojaczka - zaliczanego do "kaskaderów literatury" i jednocześnie uznawanego za "poetę przeklętego" - minęło już 35 lat, wciąż pozostaje on ważną postacią polskiej poezji współczesnej. I wciąż chętnie sięga po jego twórczość młodzież. Czy jednak równie chętnie sięgnie ona po - w dużej mierze wspomnieniową - książkę Stanisława Srokowskiego "Skandalista Wojaczek"? Tytuł na pewno do tego zachęca&

Stanisław Srokowski - pisarz znany na Dolnym Śląsku - miał to szczęście, że zetknął się z Rafałem Wojaczkiem w swoich młodzieńczych latach. Po okresie dzieciństwa i młodości, które przyszły autor "Sezonu" spędził w Mikołowie, nieudanych próbach zapuszczenia korzeni w Kędzierzynie, Katowicach czy Krakowie, Wojaczek trafił wreszcie w połowie lat 60. do Wrocławia. Stolica Dolnego Śląska była w tamtym okresie ważnym ośrodkiem kulturalnym, co Srokowski często zresztą podkreśla, w tym zresztą upatrując jednego ze źródeł artystycznej postawy poety. Postawy, która do dzisiaj wzbudza spore kontrowersje. Jedni Wojaczka chwalą i fascynują się jego nierzadko obrazoburczą poezją, inni odrzucają po przeczytaniu pierwszych słów, dostrzegając w niej wytwór chorej wyobraźni. Tych dwóch stanowisk w żaden sposób pogodzić się nie da. Przeciwników poety przekonać raczej się nie da, dlatego też książka Srokowskiego zdecydowanie nie jest przeznaczona dla nich. Chyba że chcieliby oni utwierdzić się w swoich negatywnych ocenach. Wiele mówi już podtytuł tej pozycji: "Poezja - dziewczyny - miłość". Choć i on nie odpowiada do końca prawdzie. Zabrakło dwóch bardzo istotnych elementów w życiu Wojaczka: alkoholu i choroby psychicznej. Ale być może Srokowski nie chciał nadmiernie epatować czytelników dewiacjami pisarza. Tym bardziej, że mógłby się tym narazić na kolejny proces sądowy (jeden już miał po pierwszym wydaniu książki).

"Skandalista Wojaczek" ma niezaprzeczalne plusy, ale ma również sporo minusów. Nie czytałem wprawdzie pierwszego wydania książki i nie potrafię stwierdzić, na ile różni się ono od jej wznowienia, zakładam jednak, że autor dążył za wszelką cenę do tego, aby swe dzieło udoskonalić, poprawić błędy pierwodruku (o czym zresztą sam wzmiankuje). W międzyczasie zapewne udało mu się również dotrzeć do nowych osób znających Wojaczka, a ich relacje i wspomnienia zostały przez Srokowskiego ujęte w nowym wydaniu. To plus. Jak również to, że książka pisana jest "sercem i krwią". Nie da się ukryć, że Srokowski zafascynowany jest "poetą przeklętym". Że wiele gotowy jest mu wybaczyć. Znacznie więcej niż inni, głównie ci, którzy nie zawsze byli traktowani przez Wojaczka z należnym im szacunkiem. Autor "Skandalisty&" podświadomie jednak ucieka od ocen postawy moralnej czy obyczajowej poety. Wspomina o jego alkoholizmie, swoistej manii "wychodzenia przez szyby", często nagannym stosunku do kobiet - ale go za to nie piętnuje. Przyjmuje postawę przyjaciela, który po latach wciąż stoi na straży czci nieżyjącego kolegi po piórze. Negatywna ocena przebija się tylko miejscami, kiedy Srokowski oddaje głos innym znajomym Wojaczka. Ich relacje - m.in. poetów Janusza Stycznia, Aleksandra Rozenfelda, plastyka Kazimierza Jasińskiego-Szeli, historyczki Jadwigi Jasińkiej czy też przyjaciółki Rafała Teresy Ziomber - należą do najciekawszych partii książki. Wyłania się z nich w pełni prawdziwy, pozbawiony ubarwień portret Wojaczka - człowieka tyleż prowokującego świat, co zagubionego w nim.

Impulsywne podejście Srokowskiego do tematu spowodowało jednak błędy konstrukcyjne w książce. Autor parokrotnie powraca do tych samych wątków, miesza chronologię, dorzuca rażące encyklopedycznością - i całkowicie nieprzystające do formuły książki - rozdziały poświęcone ludziom wrocławskiej kultury (aktorom, muzykom, plastykom). Pragnie w ten sposób stworzyć portret miasta, które wywarło, jego zdaniem, przemożny wpływ na Wojaczka. Zabieg ten jednak kompletnie nie przekonuje. Zamiast oddać specyficzny klimat kulturalny Wrocławia kilkoma zdaniami napisanymi "od serca", Srokowski przytacza biogramy Hugona Steinhausa, Wojciecha Jerzego Hasa, Igora Przegrodzkiego (by zakończyć tę wyliczankę na postaciach najbardziej znanych). Niestety, burzy to nastrój dzieła. A i z samym Wojaczkiem niewiele ma wspólnego. Można odnieść wrażenie, że konstrukcja książki wymknęła się autorowi spod kontroli - stąd chaos i narracyjny bałagan.

Nie najlepiej przedstawia się także język, jakim posługuje się Srokowski. Zawiera liczne błędy stylistyczne, logiczne i interpunkcyjne. Przykłady tych pierwszych? Proszę: "(&) pisarze próbowali przekraczać granice poznawcze języka, jakby się pragnąc przebić przez tę pustkę" (s. 7); "Wydobywamy z naszego środka to, co świeże, żywe i prawdziwe"(s. 8); "W mikołowskim mieszkaniu Rafał i Andrzej [chodzi o brata, nieżyjącego już aktora, Andrzeja Wojaczka - przyp. sch] mieli osobny pokój"(s. 21); "[Andrzej Wojaczek] gdziekolwiek się znajdzie, na jakimkolwiek dworcu kolejowym, natychmiast przypomina sobie tamte lata i ich specyficzne aromaty"(s. 29). Bywa, że Srokowskiego ponosi zapalczywość i wtedy ociera się wręcz o grafomanię - bo jakże inaczej potraktować zdanie: "Szpilą języka brutalnie przebijał nadymające się balony poezji"(s. 132)? Pojawiają się także błędy w nazwiskach: twórca filmowej adaptacji "Lalki" i "Sanatorium pod klepsydrą" nazywa się w jednym miejscu "Wojciech Haas" (s. 10), a I sekretarz KC PZPR w latach 60. - "Gomółka" (s. 120). Irytujące bywa powoływanie się na listy Wojaczka ("ciekawe są listy Rafała do ojca"lub - o listach do matki - "to chyba najciekawszy zbiór listów", s. 73-74) - przy braku cytowania choćby jednego z nich. Nielogicznością jest również przywoływanie we fragmencie dotyczącym filmowego życia Wrocławia faktu nakręcenia w stolicy Dolnego Śląska jednej z wersji "Frankensteina". Owszem, zrobiono to, ale w ponad dwadzieścia lat po śmierci Wojaczka - jakiż więc ma to z nim związek?

Książce Srokowskiego zabrakło przede wszystkim dobrego redaktora, który powściągnąłby nieco wyobraźnię autora, wyłuskał błędy i zasugerował zmiany konstrukcyjne - dzięki tym ostatnim "Skandalista" na pewno zyskałby na przejrzystości. Mimo to warto po tę książkę sięgnąć, zwłaszcza jeśli się Wojaczka lubi i ceni. Zawsze można się czegoś nowego o poecie dowiedzieć.

Sebastian Chosiński, ESENSJA


 

UWAGA, NADCHODZI! WOJACZEK

"Ukazał się nowy "Wojaczek", pogłębiony i inny niż poprzednio. To jednak nie poeta dojrzał, a dojrzał wyraźnie jego biograf i znajomy sprzed lat.
Taka książka była już konieczna, bowiem to, co wypisują o Wojaczku autorzy rozmaitych antologii z Kuncewiczem na czele dawno już wymagało konfrontacji. I dobrze, że się ktoś wreszcie na tak konfrontację zdecydował. Być może stanie się to "głosem w dyskusji" i zaczynem naprawdę poważnego opracowania, bo jak dotąd próżno by go nawet wyglądać. A czas chyba już ku temu najwyższy

Srokowskiego nie czyta się lekko, bo "Skandalista Wojaczek" lekką prozą nie jest. Autor starał się skupić na tym, co sam wiedział o poecie i swe twierdzenia poprzeć opiniami innych, oczywiście pasującymi do swoich. Zdań przeciwnych jak ognia unikał. Również prowadzone przez niego śledztwo jest jakby pobieżne, nie do końca zamknięte. Tak jakby śledczy ograniczył się wyłącznie do posegregowania dokumentów i umieszczenia ich w odpowiednio opisanych teczkach, samą ich treść pozostawiając już innym. Szkoda.
Dlatego moim zdaniem udało się Srokowskiemu jedynie odtworzyć w zasadzie wyłącznie "zewnętrznie" postać poety, podczas, gdy część "duchową" pozostawił zupełnie nietkniętą na czytelnikom wierszy Wojaczka.
Autor pokusił się jednak o oddanie klimatu i atmosfery lat tamtych, a były one - szczególnie we Wrocławiu - zupełnie inne niż teraz. Nie zgadzam się jednak z diagnozą powodów, dla których tak było. Bo było to też naonczas miasto nie tylko niespotykanej gdzie indziej fali bandytyzmu, ale i heroicznych postaw w czasie epidemii. Miasto ruin i energicznej odbudowy, miasto coraz większej liczby święcących nocą latarni i krążącego pomiędzy dworcami nocnego tramwaju linii "0".
Zapomniał chyba jednak Srokowski o tym, jaką rolę i frajdę w owym czasie grał bunt wobec z pozoru uporządkowanego świata, którego przejawem mógł być nawet atak na utapirowane i wysoko upięte włosy na głowie spieszącej do pracy urzędniczki.
Srokowski starał się więc opowiedzieć o Wojaczku, jakim on był, jego zdaniem naprawdę. Szukał też odpowiedzi, dlaczego takim właśnie był? Nie odmawiam mu racji. Przypomnę jednak, ze pierwsza wersja "Skandalisty" spotkała się z poważnym sprzeciwem ludzi w większym lub mniejszym stopniu uchodzących za "znajomych" poety.
Obecna ma charakter pogłębiony, jak mówią. Ale czy rzeczywiście jest to książka o prawdziwym Wojaczku? Czy może bardziej o Srokowskim, który był i blisko, jak twierdzi, i bardzo daleko, jak się okazuje od poety. Wojaczek mentorów nie potrzebował, na przyjaciołach czy dziewczynach też mu "zwisało". On chciał być akceptowany i uwielbiany przez tłumy, a niestety nie był. I to go męczyło. Więc albo pił, albo pisał. Najczęściej jednak krążył zgarbiony po pewnym rejonie Wrocławia szukając miejsca i ludzi, gdzie by można było wypić. Szukając nowej burdy, w której mógłby zaistnieć, zwrócić na siebie uwagę, chociaż arsenał środków, jakimi w tej dziedzinie dysponował już dawno uległ wyczerpaniu i nawet jego igraszki ze śmiercią niczyjej już uwagi przykuwać nie chciały.
Wojaczek był jak miejski, samotny hipis bez braci uwięziony w klatce potrzeby akceptacji i niewolny od potrzeby wolności ... Niczym pisząca wiersze ćma sobie tylko wiadomą potrzebą przymuszona do walki z płomieniem świecy.

ELKa,www.magazynświat.pl

***

 

Poeta krwi, spermy i śmierci

Autor: Meszuge

Mówi się, że to polski Rimbaud i na pewno coś w tym jest. Wiele elementów biografii obu poetów jest zadziwiająco zbieżnych, także w odniesieniu do samej twórczości: „Sezon w piekle” – Rimbaud, „Sezon” – Wojaczek. „Bal wisielców” – Rimbaud, „Powieszony” – Wojaczek. „Modlitwa wieczorna” – Rimbaud”, „Modlitwa bohaterów” – Wojaczek. I tak dalej, i tak dalej.

Są jednak i znaczące różnice. Swój najlepszy wiersz, "Le bateau ivre", "Statek pijany", Arthur Rimbaud napisał w wieku lat siedemnastu, był homoseksualistą, w pewnym momencie porzucił poezję i zajął się przemytem broni i ponoć handlem niewolnikami.

Czy Wojaczek świadomie naśladował Rimbauda? Kto wie? Ja wolę określenie – twórcza inspiracja. Zwłaszcza że kiedy porównuje się Wojaczka i Hłaskę, a także kilku innych „wielkich” z tamtego okresu, choćby najlepszego przedstawiciela poezji lingwistycznej, Tymoteusza Karpowicza, to też ujawniają się zbieżności.

Jaki naprawdę był Rafał Wojaczek? Z tej mieszaniny błazeństwa i grozy, dramatu i groteski, jakim było życie poety, Srokowski stara się utworzyć odpowiedź na to pytanie i robi to całkiem udatnie – na tyle, na ile to możliwe. W końcu w aktach Ossolineum nadal znaleźć można dokumenty, w których niedwuznacznie stwierdza się u Wojaczka chorobę psychiczną.

To jednak nigdy chyba nie budziło wątpliwości – próby samobójcze (z tą udaną w nocy z 10 na 11 maja 1971 we Wrocławiu), dziesiątki albo setki samookaleczeń, manifestacyjna konsumpcja spirytusu salicylowego raczej nie znamionują człowieka psychicznie zdrowego w najprostszym znaczeniu tego słowa. Czy jednak faktycznie był schizofrenikiem? To już inna sprawa. A jeśli nawet, to czy schizofrenicy nie są w stanie tworzyć poezji?

Za trzy rzeczy cenię Srokowskiego i jego „Skandalistę Wojaczka”:
1. Potrafił powiązać, odnieść i porównać życie i poezję Wojaczka z innymi twórcami - nie tylko poetami.
2. Zdobył wspomnienia o Wojaczku różnych ludzi, którzy go znali lub się z nim w jakiś sposób zetknęli.
3. Potrafił osadzić Wojaczka w cudownie opisanym czasie i miejscu. Lata sześćdziesiąte i częściowo siedemdziesiąte we Wrocławiu to czas niezwykły. Kresowe korzenie środowiska inteligenckiego (Lwowska Szkoła Matematyczna Hugona Steinhausa), Teatr Laboratorium Grotowskiego (następca opolskiego Teatru 13 Rzędów), Picasso, Tomaszewski, Karpowicz, Has, Młodnicki, Cybulski, Kawalerowicz, Polański, Kieślowski, Munk i wielu innych - stworzyli tam klimat, atmosferę, która nie powtórzyła się już w Polsce nigdy i nigdzie. 
(BiblioNETka.pl)
 

***
"Autorska relacja Srokowskiego przeplatana jest cytatami z rozmaitych pism urzędowych, książek i artykułów o Wojaczku, wreszcie z Wojaczka samego. Wzbogaca to... wiedzę o poecie."
Piotr Bratkowski, GW


 

"UKRAIŃSKIE WIERSZE MIŁOSNE"


"Tłumaczenie wierszy ciekawe, oryginalne, znać dbałość i troskę o zachowanie nastroju, indywidualnego widzenia świata i wielości sposobów przedstawiania stanów duchowych."

H.J.

 

 
Ukraińska namiętność, miłość i melancholia…
Zbiór “Ukraińskie wiersze miłosne”, pod redakcją Stanisława Srokowskiego to rzecz niezwykła. Natrafiłam na nią zupełnie przypadkowo – przeglądając przecenione książki w antykwariacie. Z początku wahałam się, czy ją kupić, bo sprawiała wrażenie niestarannie wydanej. O! Jakże zmieniło się moje zdanie! Dziś, kiedy jestem już po przeczytaniu  “od deski do deski”, uważam to wydanie za jedno z najpiękniejszych. Kiedy już utargowałam spuszczenie i tak z niskiej ceny, wrzuciłam książkę do torby i zapomniałam o niej na dwa dni. Odkryłam ją znowu przypadkiem – przepakowując się. Odniosłam wrażenie, że za każdym razem ten tomik cierpliwie na mnie czekał, nie narzucał się. Usiadłam wygodnie na kanapie i zaczęłam od wstępu. Już po pierwszych dwóch stronach – osłupiałam. Ten wstęp autorstwa Stanisława Srokowskiego, to skarb dla ludzi szukających powiązań ukraińsko – polskich w literaturze. Autor bardzo delikatnie opowiada o inspiracjach ukraińskich wśród polskich twórców oraz odwrotnie, wszystko uwzględnia na bardzo szerokim polu czasowym (od Polski Piastowskiej i Rusi Kijowskiej do XX wieku). Mówi o rzeczach oczywistych i ludziach znanych jak np. o “Zamku Kaniowskim” Seweryna Goszczyńskiego, ale także o rzeczach wcześniej niesłyszanych tak łatwo, jak szerokie odwołania Tarasa Szewczenki do Mickiewicza i Słowackiego. Wspaniale łączy wątki, dzięki czemu opowieść o relacjach w literaturze polskiej oraz ukraińskiej jest płynna, zrozumiała i przede wszystkim bardzo ciekawa.
W drugiej części wstępu autor omawia manierę miłosnej poezji ukraińskiej, wskazuje rzeczy, na które podczas lektury warto zwrócić uwagę, tłumaczy wybory jakich dokonali poeci.   Jest to część konkretniejsza, ale warto ją przeczytać, ponieważ daje całe mnóstwo cennych wskazówek, które bardzo nam się później przydadzą, sprawią, że nad rzeczami niejasnymi będziemy zastanawiać się o połowę krócej.
Na końcu książki, znajduje się skorowidz autorów, których wiersze zostały zamieszczone oraz ich krótka charakterystyka, zamykająca się przeważnie w 3 – 4 zdaniach. Rzecz przydatna, kiedy zechcemy znaleźć więcej utworów konkretnego poety.
Wśród wierszy stanowczo przeważają te smutne, o miłości niespełnionej. Już tak jest, że poezja bardziej hołubi niepowodzenia i zawody uczuciowe, mało kto ma czas na pisanie, kiedy jest szczęśliwy.
Poezja ukraińska jest bardzo namiętna. Mówi się, że mężczyźni piszą wiersze dla późniejszych czytelników – dla poklasku. Wiersze kobiet są intymne, pisane jakby tylko dla nich samych. Uważam, że jest to hasło, które przyświeca temu tomikowi. Poetki zacytowane stworzyły piękne obrazy, obnażyły swoje lęki i uczucia. Ukraińcy to autorzy dopracowanych arcydziełek, pełnych zmyślnych metafor. Nie można ocenić,, które z nich są lepsze. To zależy od tego, czego oczekuje czytelnik. Jak by nie było, każdy znajdzie coś dla siebie.
***
I jak mam cię teraz zapomnieć?
Ma dusza do kresu dobiła.
Takiej dziwnej trucizny
jam jeszcze nigdy nie piła.
Tak czystej goryczy,
tak bolesnego pragnienia,
takiego milczenia co krzyczy,
takiego wokół płomienia.
Takiej ciszy gwiezdnej,
Takiego bezmiaru czasu!…
To może nawet nie wiersze,
lecz kwiaty ci rzucać zawczasu?!
LINA KOSTENKO
Jak już mówiłam, z większości wierszy przebija wschodnia melancholia. Z jednej strony jest beznadziejny smutek, z drugiej cierpliwe pogodzenie z losem. Obydwie postawy połączone w jednym wierszu. Nie ma gwałtowności ani krzyku. Raczej szept. Cicha rozmowa z nieobecnym już ukochanym.
Widać próby odważniejszego mówienia o ciele, jednak nieśmiałość zniechęca poetów. Erotyka jest tu bardzo subtelna, o ile w ogóle występuje. Najodważniejszym z całego tomiku jest chyba wiersz:
“Święto wody”
Mokre wciąż dotąd
wąskie twoje czółno.
Pływałem nim długo,
aż minęła północ.
Aż zorza wzeszła,
rozogniłą na niebie.
Och, jak przeczystą wodą
rozbieliła ciebie.
Czy szron to
stanął ci w oczach ogromnych?
Czy lodem cienim
rzeka skuła płomień?
WIKTOR KORDUN
W zbiorze znalazło się również kilka wierszy patriotycznych, ponieważ dla ludzi ze wschodu, miłość to nie tylko uczucie łączące kochanków, ale również miłość do ojczyzny, a także – połączone z szacunkiem – do matki. Autor jednak umieścił rozsądną ilość takich utworów, pamiętając także o zachodnim czytelniku, który niekoniecznie musi to od razu zrozumieć, zatem kwestia została tylko zasygnalizowana.
Na koniec trzeba zaznaczyć, że przez cały czas obecny jest w twórczości ukraińskiej ich rodzimy pejzaż. Lasy, stepy, zmiany pór roku. Czasem jako metafora uczucia, innym razem jako symbol, czasem natura jest po prostu sobą, stanowiąc tło dla rozterek bohatera utworu.
***
Zapomniałbym w sobie ciebie
na wieki, na całych wieków wiek,
Lecz widzę – niebo błękitne
płynie w głębinach rzek..
I ty się z głębin wyłaniasz,
jak błękit jasny.
Pieszczotami cichymi sprawiasz,
że gubię się w duszy własnej.”
LEONID HORŁACZ
Wydanie choć proste, to śliczne. Kredowy, gruby papier i przedrukowane ołówkowe rysunki par, zdobiące strony książki.
Bardzo gorąco polecam. Aktualnie to mój ulubiony tom poezji.
Agnieszka Gzubicka
Strona: Koło Naukowe Iluminacja


 

"MIŁOŚĆ I ŚMIERĆ"

(wiersze)


 "Bardzo piękne, przypominające wersety "Pieśni nad pieśniami" są niektóre wiersze z tomu "Miłość i śmierć". Przejmujące i znakomite są wiersze szpitalne, pomiędzy którymi kręci się Maria, jako symbol życia i odczyniająca złe uroki. To oczywiście najlepszy... tomik, a może i jedna z najlepszych książek."
Józef Baran, poeta

 

***
"Wiersze szpitalne powinny się znaleźć w każdym szpitalu, jako poetyckie zobrazowanie cierpień człowieka i duchowe wsparcie w trudnych chwilach zmagań z chorobą. To bardzo ważne słowa w pojmowaniu dramatu ludzkiej duszy".
Janusz Telejko, redaktor radia "Rodzina"

***
"Takiej miłości, jaka zawarta jest w tych wierszach i tak kochającego mężczyzny, jaki został pokazany w tych strofach, już dzisiaj się nie spotyka. To wielka i piękna miłość. A poezja przenikliwa, dotkliwie bolesna, pełna prawdy, metaforycznego bogactwa i artystycznej urody. Czytałam wzruszona, przejęta i odkrywająca na nowo świat uczuć"
czytelniczka, Anna B.

***
Najgoręcej dziękuję za "Miłość i śmierć". WSPANIAŁE!. Boże, daj mi kiedyś pisać jak Pan. Wspaniałe, począwszy od "Marii, za całe piękno, które mi dała", aż po...:

"Za dwadzieścia lat milczenia,
łąko, na której pasą się
moje strofy i piją ze źródeł
czystej śmierci". ..GRATULUJĘ!.
(z listu amerykańskiego uczonego polskiego pochodzenia, poety i dramaturga, Leszka Czuchajowskiego)

***
"Dziękuję za tomik. Znakomity, prawdę powiedziawszy dawno tak świetnej książki poetyckiej nie czytałem...Pisał takie wiersze Nowak, Grześczak, Nowicki..."
Krzysztof Gąsiorowski, poeta

***
Dziękuję za tom wierszy. Przeżyłem je bardzo mocno.

Janusz Termer, krytyk literacki

***
"To piękna i głęboka poezja. Będę do niej wracać. Dziękuję."

Barabara Lulkiewicz, czytelniczka z Bogatyni

***
"Stanisław Srokowski "Miłość i śmierć". Tomik ten dotarł do mnie po pewnych perypetiach. Wysłany z kraju w maju, brnął przez Atlantyk równiutkie dwa miesiące, nim się znalazł na moim redakcyjnym biurku. Przypomniało mi to sprawność poczty sprzed dwudziestu lat, kiedy to przeciętna przesyłka pocztowa wędrowała do Stanów Zjednoczonych około dwóch miesięcy. Jednakże jak powiadają - danie, na które czeka się dłużej, dużo lepiej smakuje. Potwierdziło swoją prawdziwość.
Po raz pierwszy tomik przeczytałem w czasie podróży lotniczej z Philadelphii do Providance, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. Później powracałem do indywidualnych utworów i starałem się przeniknąć w środek zawartego tam bólu i miłości, aby zrozumieć natchnienie autora i zaprzyjaźnić się z jego duszą.
Żeby zrozumieć pożar na Trikieri
........ " W wąskich wnękach zatoki słonce
zapalało znicze, a błędne ogniki wody
skakały po plażach. Wciągał się na maszt
ostatni sztandar pożaru"

Żeby w bólu i śmierci, odnaleźć odrobinę piękna.

"Milczałaś, wypełniona bólem
i przeznaczeniem, dopiero po chwili szepnęłaś
skoro Boga nie ma, dlaczego nie umrzeć
wśród tak wielkiego piękna."

Drodzy państwo, tak wiele w tym tomiku doskonałych utworów, które doprowadzą do zadumy, refleksji i filozoficznych przemyśleń, że należy je wszystkie przeczytać. Gorąco polecam."

Walter Hofman, "Literakcja", USA


 

***

"Nie jestem znawczynią poezji, ale... najnowszy tomik wierszy Stanisława Srokowskiego zmusił mnie do zastanowienia się nad tym zbiorem, nad tym, czego dotyczy po prostu. A porusza bardzo delikatną i bardzo nieoswojoną przez nas, ludzi, kwestię - tę, której najbardziej się boimy i o której staramy się nie myśleć przez jak najdłuższy czas naszego życia. Srokowski nazywa tę rzecz "nieistnieniem", "nicością", a czasem po prostu "śmiercią", przed którą odczuwamy ten wieczny niepokój.

Cały tomik wierszy przesycony jest owym niepokojem - pierwsza część, zatytułowana "Niebieskie nietoperze", pozornie tylko wydaje się być pięknym obrazem wspomnień poety ze spędzonych wspólnie chwil ze swoją ukochaną Marią. Wiersze te są przesycone erotyzmem, bliskością, miłością i ciekawymi, egzotycznymi obrazami greckich wybrzeży Morza Śródziemnego, w które poeta wplótł wątki mitologiczne. Jednak co rusz można "się potknąć" o niepokojącą refleksję o nicości bytu czy o scenę czyjejś śmierci. Wędrówka wzdłuż tych pięknych wybrzeży, podczas której poecie i Marii ukazują się sceny z mitologii, ma jednak na celu ukazanie coraz większego lęku autora przed czymś, co spotkało wielu z tych mitycznych bohaterów. I to mi się najbardziej spodobało w następnych wierszach z części "Metamorfozy" - poeta porównuje się tutaj do największych "zbrodniarzy" greckiej mitologii, do tytanów, którzy poświęcili własne dobro dla dobra ogółu. Tak jak w pierwszej części ujęły mnie plastyczne opisy, tak tutaj przypadło mi do gustu krótkie, a jakże dokładne i uczuciowe ujęcie "szkolnych" mitów Parandowskiego. Trochę odbiega ta część wierszy od pozostałych swoją tematyką, bowiem widać tutaj poczucie sensu swego cierpienia, przebija stąd jakiś minimalny optymizm, który jednak zaraz zderza się z najbardziej przytłaczającymi i najtragiczniejszymi w wymowie "Wierszami szpitalnymi", najbardziej osobistymi. Poeta wręcz namacalnie ukazał cierpienie, które musiał znieść. Zepsucie, strach, samotność - przerażające zapowiedzi zbliżającej się nicości, ubrane w dobitne metafory. To tutaj następuje kulminacja strachu poety, który udziela się także czytelnikowi.

A jednak jest coś, co ratuje bohatera wierszy przed tym poczuciem nicości, nieistnienia - miłość do swej wybranki. Tylko to uczucie, obecność Marii, trzyma go przy życiu, nie pozwala się poddać i to widać w końcowych utworach tomiku."
"Fantazyzone", Maria

***

"Poezja potężnych uczuć obdarzonych ładunkiem odważnego erotyzmu wydaje się być domeną przede wszystkim twórczości młodzieńczej. Czy jednak liryka miłosna poety dojrzałego nie stanowi wartości większej przez sam fakt przebytego dystansu, świadectwo dziesięcioleci, pomimo upływu których nie osłabła namiętność?
Stanisław Srokowski ma za sobą długą i bardzo bogatą drogę twórczą. Rozgłos zyskały już pierwsze tomiki poetyckie - "Powiązania" i "Ścięte ptaki". Z wielkim zainteresowaniem spotkała się proza wrocławskiego pisarza - zarówno powieść psychologiczna pt. "Lęk", jak i kresowy epos "Repatrianci". Wśród wielu utworów wyróżnionych znaczącymi nagrodami są i dramaty - m.in. "Drzwi", za które w 1978 r. jury Ogólnopolskiego Konkursu Polskich Sztuk Współczesnych przyznało autorowi pierwsze miejsce. Spora część literackiej działalności Srokowskiego to, szczególnie w ostatnim okresie, tłumaczenia z kilku języków oraz studia nad praźródłami kultury.
Wydany właśnie zbiór wierszy jest powrotem do mowy wiązanej, której autor unikał przez blisko ćwierć wieku. Składa się z wypowiedzi stawiających zasadnicze pytania a zarazem zawierających opis wrażeń opartych nie tylko na płynnej refleksji, lecz i podbudowie gruntownej wiedzy o opisywanym, otaczającym świecie. Zapisy stanów ocierania się o transgresję konstruowane są na odniesieniach do archetypów, mitów, motywów i wątków przewijających się od zarania dziejów przez wszystkie pokolenia. Myśli bardzo osobiste okazują się zarazem ogólnoludzkie i ponadczasowe.
Doznawane niepokoje, stany błogości i cierpienia wyrażane są przez bogactwo czytelnych asocjacji. Spotykamy bowiem przede wszystkim metaforykę wywodzącą się z jednorodnej konwencji, czerpaną głównie z greckiego antyku. Mimo więc, iż w wierszach mowa o sprawach wręcz transcendentnych, ujęte są z dużą, intelektualna dyscypliną. Jest to zarazem poezja erudycyjna, której dodatkową warstwą jest obraz rzeczywistości nazwany i uporządkowany wg kanonów stanowiących fundament europejskiej tradycji. Przejmującym opisom balansowania na granicy życia i śmierci towarzyszą wstęgi wspomnień zanurzenia bez reszty w szczęściu i urodzie egzystencji. Równoległa z metafizyką jest śmiała i wyrażająca pełnię witalności zmysłowość. Zarówno tętniące życiem uczucie, jak i nagle narastająca groza śmierci objawiają się w swej bezkresnej i przejmującej potędze.
Ostatni tomik Srokowskiego to bez wątpienia zbiór poezji wybitnej. Pomimo gatunkowego ciężaru problematyki i bogactwa odwołań, czytelnika nie zmęczą labirynty artystycznych tropów. Przeciwnie, jednym z głównych wrażeń będzie zapewne otwieranie oczu na niezwykłe przestrzenie, do których prowadzi liryczny podmiot, depozytariusz przejmujących doświadczeń.
Artur Adamski

Gaje oliwne miłości w białych ogrodach śmierci.

 

"Przyznam, że Stanisława Srokowskiego znałam dotychczas tylko jako prozaika, autora sugestywnej, głębokiej psychologicznie powieści Lęki niefabularnych, eksperymentalnych Chrobaczków.Dlatego z tym większą ciekawością sięgnęłam po jego (nie pierwszy w dorobku) tomik poetycki. A składa się on z trzech wyodrębnionych, ale spójnych części: Błękitne Nietoperze, Metamorfozyi Wiersze szpitalne. Ogniwem łączącym trzy wyróżnione cykle jest postać Marii - ukochanej narratora lirycznych opowieści, która jak dobry Anioł Stróż i zarazem niezwykle cielesny i zmysłowy symbol witalnej siły życia ("kwitnie czarna róża twego łona"), przewija się w każdym niemal wierszu, a o jej wadze i znaczeniu dla wszystkich tych utworów świadczy także dedykacja umieszczona na początku zbiorku. Postać Marii przywodzi na myśl dantejską Beatrycze; trzymając bohatera za rękę przeprowadza go przez piekło choroby, piekło widma mającej nadejść śmierci.
Pierwsza i druga część (najkrótsza) czerpią obficie z mitologii greckiej. Te klasyczne już i od dawna zawłaszczone przez literaturę motywy naturalnie współgrają tutaj i wypływają niejako z inspirujących wiersze krajobrazów samej Grecji; aluzje w tytułach i samych tekstach nie pozostawiają wątpliwości.
Część pierwsza (
Błękitne Nietoperze) to utwory przesycone afirmacją życia, ale w sposób jakby skażony wiedzą o swojej śmiertelności. Wiersze te są zanurzone w miłosnych zbliżeniach ("twoje zapalone na szczytach sutki przebijały się przez czarną noc"), w cieple, świetle i dojrzałych kolorach greckich nabrzeży, w doznaniach skóry flirtującej z dotykiem słońca i wody ("błękitne wody otwierały się jak dojrzałe figi"), w smakowaniu soczystych owoców i wąchaniu rozkwitających kwiatów. Jednak całe to upajające piękno posiada nieodłączny cień, o którym bohater (podmiot liryczny) nie jest w stanie zapomnieć ("i czołgał się żółw smutku po piaskach twoich oczu."). Upiorne memento mori dudni w jego głowie bezgłośnie, lecz złowrogo. W szczelinach pieszczonego ciała ukochanej kobiety czai się rozkład, a świadomość noszonego w sobie zalążka śmierci nie pozwala zachłysnąć się rozkoszą do końca. Uroda przyrody staje się okrutna, a miłość do kobiety zamienia się w piekący ból.
Metamorfozy, czyli druga część stanowi rodzaj literackich przymiarek "aktorskich", poetyckie wcielanie się w rolę mitologicznych postaci, przeżywanie ich niełatwych losów i odnajdowanie w nich odniesień do swojego życia. Tytuł cyklu jasno odsyła do niezwykle popularnego motywu przemian w literaturze antyku greckiego i rzymskiego (choćby najsłynniejsze MetamorfozyOwidiusza), a podmiot liryczny przeistacza się (przybiera maskę jak w teatrze antycznym) kolejno w: Białego Byka, który porwał piękną Europę, Syzyfa toczącego głaz, Tantala cierpiącego od głodu i pragnienia, których nie można zaspokoić, Prometeusza, któremu orzeł wydziera wątrobę z wnętrzności, Edypa, zabójcę swego ojca i kochanka swojej matki, wreszcie Damoklesa, nad którym groźnie zawisł miecz na końskim włosie. Niezwykłą intensywność i głębokość tych poetycko-aktorskich przemian podkreślił poeta w tytułach zaznaczając w każdym z nich: Ja, Syzyf; Ja, Tantal; Ja, Damoklesitd.
Część trzecia zatytułowana
Wiersze szpitalnejest najbardziej wstrząsająca. Wiersze z tego cyklu są nagie i bezbronne jak umierający człowiek. Szpitalne wnętrza ociekają lodem, obojętność i samotność pełzają po łóżkach jak budzące wstręt insekty, a biel ścian kłuje w oczy aż do krwi ("nad pustynią ciała zaszło słońce", "usychają ostatnie wydmy dłoni", "wędrujesz przez białe kontynenty szpitalnej ciszy, wśród kanionów urywanych oddechów, przez piaski pustynne skóry, po zboczach zachodzącego spojrzenia"). Bohater liryczny dźwiga brzemię swojego przemijania i chwyta się wspomnienia o Marii, jakby jej osoba była jedynym lekarstwem nie tylko na jego przerażającą chorobę ale w ogóle na całe zło tego świata. Jakby ciepło jej ciała zdolne było roztopić trujący jad komórek rakowych, jakby jej miłość była w stanie przezwyciężyć śmierć... ("pożeram twoje mięso głodny szczur miłości", "wieczność spalała się jak świeczka w grzesznej modlitwie lędźwi.")
Najnowszy tomik Srokowskiego to wiersze bardzo klasyczne w formie i tematyce, konserwatywne w sposób elegancki, momentami pękające od nadmiaru naprawdę wspaniałych metafor ("
hasały w zagrodzie ramion źrebaki piersi"), wyraźnie wzniesione na koturnach patetycznych apostrof i unoszone nad ziemią przez metafizyczne złączenie dwóch przeciwstawnych rozdzierających ludzką duszę sił: erosa i tanatosa.
Myślę, że w dobie dosadnego w środkach hip-hopu i surowej często obrazkowo-zdarzeniowej poetyce młodych twórców warto zaczerpnąć oddechu poezji z przemijającej epoki, zwłaszcza, że jak pisze sam Autor w jednym z wierszy: "
dzisiejsi poeci nie wiedzą, co to jest natchnienie. Dzisiejsi poeci mają pomysły i twórczą inwencję, zdolności i talent, i twardo stąpają po gruncie żelaznej logiki sławy"...
Anna Alochno-Janas

Liścik od miłośniczki poezji

 

"Proszę o tomik "Miłość i śmierć". Płatność wg życzenia.
Kilka wierszy przeczytałam na Pana stronie. Jestem zachwycona. Dawno nie czytałam tak pięknej poezji.
Z wielka nieśmiałością podaje Panu adres mojej strony."
www.geocities.com/wieslawa_stepien


Na granicy mitu. W poszukiwaniu prawdy.

"Dwóch bardzo różnych autorów. Jeden jest reżyserem teatralnym, ale też prozaikiem. Drugi prozaikiem, ale też poetą. Łączą ich to samo pokolenie, to samo zainteresowanie stanami pogranicza, podobne lęki. Krystian Lupa i Stanisław Srokowski. Tak się złożyło, że prawie równocześnie czytałem ich książki. "Podglądania" Lupy to rodzaj dziennika, ale tak naprawdę solidna i gęsto tkana proza. "Miłość i śmierć" Srokowskiego jest zbiorem wierszy, ale to też rodzaj poetyckiego dziennika. Kiedy czytałem te książki, uzupełniały się. Naświetlały inne perspektywy. Pokazywały dodatkowe sensy. Dlatego postanowiłem omówić je razem. Krystiana Lupę znam jako reżysera. Nie czytałem dotąd jego prozy. "Podglądania" mnie poruszyły. Od pierwszego zdania: "I porzuciłem ją w tym domu śmierci. A przecież niejednokrotnie mówiła o przytułku... w którym gasłaby przez lata, kiedy będzie niedołężna. Nie mogę tego zgłębić... tego, jak cię zabiłem, mamo." Dziennik zaczyna się pożegnaniem z matką, jest też wiwisekcją trudnej relacji między synem a matką. "Byłem z nią wszędzie, tylko nie tam, gdzie z nią byłem". I słowa do matki: "Liczyłem, że zamieszkasz u mnie. We mnie... Liczyłem, że zmieni się moje życie." Lupa prowadzi rozmowę z matką, której już nie ma, ale która przecież jest i będzie. Z matką, która już wie do końca, kim jest jej syn, jak wygląda jego życie. Ale wciąż jeszcze nie umie się z tym pogodzić. Właśnie taki początek książki organizuje całą opowieść. Krystian Lupa przygląda się przemijaniu i starości, diagnozuje własne stany, przygląda się ludziom. Ale tak jakby patrzył tylko na tych, którzy stoją na jakiejś granicy. Albo na tych, którzy już swoją granicę przekraczają. Wiele w "Podglądaniach" opisów stanów schizofrenicznych. Jakby fascynowało Lupę właśnie to coś, co oddziela normalność od "nienormalności". I wszystkie słowa i określenia będą niewłaściwe. Bo w "Podglądaniach" nie ma pojęcia normy. Jest w nich za to miejsce na inność, na oddzielność. Mowa też często o objawieniach. Różnych. O przekonaniu, że można przenikać niewiadome. Bohaterowie tej książki przychodzą na jej karty ze swoimi sekretami. Są przekonani, że widzą to, czego nie widzą inni. Ale może naprawdę widzą, tylko trzeba im się dokładnie przyjrzeć, trzeba chcieć to zrozumieć. Trzeba poświęcić im swoją uwagę. Opowiada Lupa o mężczyźnie, który przychodzi do dawnego domu, bo kojarzy go ze zmarłą matką. Ale świadomość jej śmierci wyparł z pamięci. Więc wraca do niej, do domu aż umiera. Wraca do matki. Opowiada o nadwrażliwym chłopaku, który czyta Kafkę, bo znalazł w nim ucieczkę od logiki. Opowiada o znajomym, który utracił wstyd i na nowo go poszukuje w różnych poniżających dla siebie sytuacjach. Opowiada o wyjętej niejako z przeszłości starej kobiecie, która jest właścicielką jeszcze starszych kluczy do loży cesarskiej w teatrze. O chłopaku-sąsiedzie, który trafia do zakładu psychiatrycznego. W tej kompozycji ludzkich, poplątanych losów nie dziwi historia ze zmumifikowanym Leninem: "wywiera wrażenie, wciska się we wzrok, wżera w pamięć - przecież to praca! Fetysz mitologiczny, mitotwórczy." Sporo też miejsca w swoim dzienniku poświęca Lupa erotyce, a właściwie homoerotyce. Pisze o sobie szczerze i bez zakłamania. Poza wszystkim pisze o kulcie, o wierze, o zaślepieniu. Ustawia obok siebie pojęcie pozornie sprzeczne, a jednak nie do końca. Erotyka i wiara, wstyd i ekshibicjonizm, wszystko to przecina się w tej książce, tak jak często przecina się w psychice. Wychowanie wyznacza granice. Lupa je obnaża. Doprowadza do ich zacierania. Zarówno w teatrze, jak i w literaturze.
Na tym tle poetycka opowieść Stanisława Srokowskiego wydaje się bliźniacza. Srokowski znany jest głównie jako prozaik. Mnie urzekło kilka jego książek, ale najbardziej do dzisiaj porusza mnie "Miłość i obłąkanie" - znów temat Lupy. Starość, choroba psychiczna, pomylenie, samotność. Nie bez powodu przed laty Helena Zaworska pisała: "Stany psychopatologiczne, zapadanie w obłęd i wynurzanie się z niego, głosy i wizje, rozmowy z umarłymi, obsesje i lęki prezentowane są przez autora nad wyraz sugestywnie. Proza Srokowskiego pozostawia wrażenie pisarstwa głębokiego, autentycznego." Poezja Srokowskiego (a jest to jego pierwszy od 20 lat zbiór wierszy) nie jest daleka słowom Heleny Zaworskiej. Rytm tym lirykom wyznaczają właśnie lęki. Srokowski, jak i Lupa, staje na granicy. A nawet na granicach. Jest między teraźniejszością a przeszłością, między życiem a śmiercią, między chorobą a zdrowiem. Emocje i stany są tutaj ekstremalne. Tak jak obecna w tomie "Miłość i śmierć" jest depresja i nicość. Pisząc o sobie, ustawia się Srokowski w mitologii. Pisząc zatem o człowieku współczesnym szuka jego korzeni w przeszłości i w początkach kultury i cywilizacji. Zmieniły się pejzaże. Może mamy jeszcze trochę mniej egzotyczne imiona. Nasze stany nie zmieniły się. Nasze potrzeby i lęki również. Nie jest to jednak książka ciemna. Po jasnej stronie jest Maria, muza narratora - bohatera-poety. To światło, dla którego warto żyć. Maria buduje harmonię, daje spokój, pokazuje głębszy sens cierpienia.
"Nasłuchiwałaś jak stąpa wśród nawałnic nocy
Czerwony Anioł moich nerwów i porywają mnie
Demony depresji Harpie o ciężkich
skrzydłach(...)"
"Piłem, Mario, krew twoją, smutek, twój sen, ja śmierć
Zanurzona w głębinach, by wynieść kruszynkę życia(...)"
W śmierci zamknięte jest życie:
"i kwitnie czarna róża twego łona;
prządki naszego losu, płodne mojry, macice
Nocy, które rodzą śmierć, niestrudzenie
przędą nić życia."
Śmierć i głosy wyją w głowie. Trwa walka o życie. O przetrwanie. Spokojny sen. Bez Marii byłoby to niemożliwe.
Książka Krystiana Lupy kończy się przemarszem muzykantów przez ulicę Chopina w Krakowie: "Szli, jakby niosła ich wieść, szli jak anioły z wieścią." Szli też u Srokowskiego. Jego tomik kończy się słowami:
"Żyć choćby w smutku, z parą czarnych skrzydeł,
z paraliżem ramion, guzem mózgu,
gdy z duszy wyłażą czerwone robaki
i szczypią nas w usta.
Z nieistnienia wyciągnę do ciebie rękę,
gdy kwitniesz wśród moich oddechów,
gorąca wyspo Skiathos, na której tańczą świetliste
włosy i poszukują cię czerwone wichry
moich warg."
Ale żyć. Podglądać."
Remigiusz Grzela, Parnas

 

***
"Dziękuję bardzo za tomik. Przyjęłam go z ogromnym wzruszeniem, od razu rzuciłam się do czytania, czytałam od końca i płakałam.
Otrzymałam piękny prezent, tomik, który towarzyszy mi teraz i po który sięgnę nie raz, teraz sięgam po niego żyjąc w świecie miłości, ale życie ma w sobie miłość i śmierć, mieści te dwie skrajności, które nie potrafią bez siebie żyć. Jedna jest w drugiej i obie rozciągają to życie, czasem mam wrażenie, że w bezkres.
Dziękuję za prezent, za podarunek pełen intymnego świata uczuć i umysłu. Podarunek, który teraz pomaga mi uwierzyć w siebie, pomaga spojrzeć na życie jeszcze pod innym kątem, pod innym kątem na miłość, którą czuję, którą dzielę, którą spotkałam, choć wiem, jaka to rzadkość (miłość) w świecie ludzi, którzy mają swój smak. A śmierć, ona już mi się przedstawiała, już w nią wierzę, już wiem, że jest częścią mojego życia, jest wpisana w moje czynności, w mój pośpiech, w moją nerwicę, w moje niewyspanie, bo próbuję wygrać z czasem mi danym, w mój smutek, w puste miejsca, które wyżłobiła w moim małym świecie, w małym, ale moim, chciałoby się, żeby nienaruszalnym. Naruszyła go i zostawiła swój przeciąg. Na razie jeszcze stan zdrowia zostawia w spokoju, wyłamała drzwi do stanu ducha. ta przeciągła tęsknota, którą czuję i to, że mam teraz większe towarzystwo dusz, o których myślę codziennie, kawałek mnie przestał być na tej ziemi. Zaczęłam żyć w dwóch światach. Moja tęsknota i mój spokój, że nie wejdę w pustkę po przekroczeniu tej ostatniej granicy. Przestałam się bać własnej śmierci. Coraz więcej w życiu widzę teatru, ról, śmierć stała się częścią mojego życia. Dojrzałam. Uwierzyłam, że śmierć jest w nas i wiem, że są gorsze ostateczności.
Dziękuję za prezent, za Pana kaprys, żeby mnie i przyjaciółce wysłać tomik, tę ilość słów, które wydobyły na wierzch obrazy, na które mogę teraz patrzeć i nosić je w sobie lub zapomnieć, a potem do nich wrócić. Bardzo ciepło pozdrawiam :-)
czuję się, jakbym zaciągnęła dług. :-)
Zuzanna Gozimierska - Groniowska

 

***
"
Mam prośbę do Pana. Byłam na Pana stronie i bardzo spodobały mi się Pana wiersze, czy mogłabym kilka z nich umieścić na swojej stronie. Jest to strona literacka, dopiero zaczynam, ale mam nadzieję, że przez utwory znanych poetów rozwinie się. Pana wiersze znalazłyby się w dziale Czytelnia."

Adres strony:
http://www.poetry.freekonta.net/cafe/

Z poważaniem
Inessa Hartmann

 

***

"Z seksualnością partnerki robi się partnerkę intelektualną. Zwroty do niej jednak należy tu odczytywać jako zwroty do NIEGO. Ów partner ukryty w NIEJ, to partner MĘSKI, homoseksualista. To jest ten prawdziwy partner z marzeń Srokowskiego - ON. Zbiór wierszy zaspermiony jest męsko-męski, wbrew stwarzanym pozorom.

Wyznania do rzekomej partnerki są wyznaniami do mężczyzny. W usta "kobiety" autor wkłada swoje kwestie myślowe, by "ją" podwyższyć intelektualnie. Dorabia jej gębę. I sobie! Istny komiks.

Wszystkie te seksualne i intelektualne aspekty wierszy są wyznaniami nadętymi, sztucznymi, nieoryginalnymi, poronionymi. Jak daleko Srokowski nienawidzi kobiet, że wychodzą mu takie sztuczydła psychiczne w beznadziejnych zgoła deklaracjach podmiotu lirycznego. Autor pozuje na kogoś, kim nie jest. I upozowuje tę nieszczęsną "partnerkę". Autor nie jest sobą, bo nie ma go w sobie samym- jest zbiorem sztuczności, kompilacją, zlepkiem. Totalnym fałszem, jak i jego pokrętne życiorysy preparowane przez niego samego dla sieci Internetu.

( z anonimowego listu miłośniczki autora)


 "NIENAWIŚĆ"
          (opowiadania kresowe)

   
 

Maria Jazownik

 

 

DZIECI KRESÓW W OPOWIADANIACH STANISŁAWA SROKOWSKIEGO

 

 Literatura wywodzi się często z głębin ciemności.

I moja książka pokazuje tę ciemność.

Jest szlochem dziecka, które przeżyło katastrofę.

 

 Stanisław Srokowski

Wprowadzenie

 

Stanisław Srokowski przyjmuje w swej prozie rolę strażnika pamięci o polskich Kresach, a w szczególności – rolę strażnika pamięci o ich Zagładzie w latach II wojny światowej. W swoich eposach kresowych, a mianowicie zarówno we wcześniejszych powieściach – Duchach dzieciństwa (1985) i Repatriantach (1988, 1989)[1], jak też w powieściach najnowszych, Ukraińskim kochanku (2008) i Zdradzie (2009), a także w opowiadaniach kresowych objętych wspólnym tytułem Nienawiść (2006)[2] pisarz sięga po temat ludobójstwa dokonanego przed ponad sześćdziesięciu laty przez ukraińskich nacjonalistów na terenach Wołynia i Małopolski Wschodniej. Przywołuje obrazy i zdarzenia, które przez całe dziesięciolecia były albo przemilczane, albo też wybiórczo lub tendencyjnie naświetlane przez naukową historiografię, a których prawdziwość dziś mogą potwierdzić już tylko ostatni, z roku na rok odchodzący świadkowie.

Wśród wymienionych utworów szczególna ranga przysługuje Nienawiści, książce poświęconej „pamięci pomordowanych na Kresach w latach 1939-1945”. Na tom składa się szesnaście opowiadań ściśle ze sobą powiązanych tematycznie i kompozycyjnie. Przedstawione w nich historie dzieją się w czasie II wojny światowej na Podolu, które zostało ukazane jako „obóz bez drutów”[3]. Żyjący tu Polacy tylko na pozór są wolni i swobodni. Choć mieszkają wraz z rodzinami w swych domach i wykonują codzienne prace, są więźniami niewyobrażalnego strachu, poczucia niepewności i beznadziejności losu. Opowiadania składające się na Nienawiść ukazują wstrząsające obrazy ludzkiego cierpienia, którego źródłem jest zbrodnicza nacjonalistyczna ideologia. Charakter tej ideologii pisarz sugeruje już samym tytułem książki, a dodatkowo wskazuje na nią precyzyjnie w Posłowiu. Zwraca on mianowicie uwagę na utrzymany w duchu ideologii skrajnego nacjonalizmu Dmytra Doncowa[4] Dekalog ukraińskiego nacjonalisty. Ósme swego rodzaju przykazanie owego „dekalogu” brzmi: „Nienawiścią i podstępem będziesz przyjmował wrogów swojej Nacji”[5].

Rzeczywiście, światem ukazanym przez pisarza rządzi nienawiść, prowadząca do wyrafinowanego okrucieństwa i bestialskich zbrodni, dokonywanych na bezbronnych sąsiadach, przede wszystkim na niewinnych dzieciach, starcach i kobietach, tylko dlatego, że reprezentują inną narodowość, aniżeli nacja morderców. Co więcej, ideologia nienawiści domaga się także tego, by w imię dalekosiężnego celu, jakim ma być powstanie samostijnej Ukrainy, zabijać także swoich bliskich i krewnych, jeśli z pochodzenia są Polakami, a także tych Ukraińców, którzy nie zgadzają się na antyhumanitarny, barbarzyński program eksterminacji Polaków, Żydów, Ormian, Czechów i Cyganów od wieków zamieszkujących wschodnie rubieże Rzeczypospolitej.

Trzeba jednak szczególnie mocno podkreślić, że Stanisław Srokowski nie kreuje czarno-białego obrazu stosunków narodowościowych na Kresach w czasie II wojny. W jednym z opowiadań, zatytułowanym Odwet, ukazuje zemstę polskiej ludności na mieszkańcach ukraińskiej wioski. Polacy, zrozpaczeni po okrutnym wymordowaniu w sąsiedniej wsi ich bliskich, „zarażeni” niejako nienawiścią, dopuszczają się zbrodni, w której giną niewinni ludzie. Bezsens zemsty autor uwydatnia poprzez finalne obrazy męczarni i śmierci młodego mieszanego małżeństwa oraz ukrywanej przez nie polskiej rodziny. Pisarz ponadto nie przypisuje wszystkim Ukraińcom zbrodniczej ideologii, lecz jedynie pewnej ich grupie. Po stronie ukraińskiej ukazuje piękne przykłady przyjaźni i solidarności z Polakami. Podkreśla, że uczuć tych nie niszczy ani okrucieństwo czasu, ani nawet strach przed śmiercią. Na przykład w opowiadaniu Anioły Ukrainka Olga ostrzega polską rodzinę (notabene wcześniej pomagającą Żydom[6]) przed napadem banderowców i ukrywa ją na terenie swego gospodarstwa, dając świadectwo niezwykłej odwagi i niezgody na nacjonalistyczne zaczadzenie swych współbraci. Podobną wymowę ma ostatnie opowiadanie, zatytułowane Dziadek Ignacy. Utwór ten, mimo że tak jak wszystkie poprzednie kończy się tragicznie, jest czymś w rodzaju światełka w tunelu. Czytelnik, któremu udało się przebrnąć przez cały niezwykle mroczny zbiór kresowych historii, znajduje tu swoiste, trudne pocieszenie. Oto stary Ukrainiec, od wielu lat zaprzyjaźniony z rówieśnikiem Polakiem, nie tylko ukrywa go przed banderowcami we własnym domu, lecz w chwili zagrożenia życia przyjaciela nie opuszcza go i pragnie razem z nim, swoim bratem, synem tej samej ziemi – jak go nazywa – umrzeć. Należy jednak stwierdzić, że w całym zbiorze nad postawami solidarności i uczuciem litości przeważają zachowania nacechowane barbarzyństwem, okrucieństwem i cynizmem, nakazującym delektowanie się dokonywaną zbrodnią.

 

 

Autor jako ocalone z Zagłady dziecko Kresów

 

Znaczenie Nienawiści polega nie tylko na wyborze tematu niezbyt często podejmowanego przez polskich pisarzy[7] oraz przez pół wieku przemilczanego na obszarze badań historycznych[8]. Ważna jest tu również gwarancja autentyczności przedstawianych historii. Pisarz stwierdza: „Wszelkie podobieństwa nazw, nazwisk i postaci do nazw, nazwisk i postaci realnych są dziełem przypadku. Ale historie są prawdziwe, zdarzyły się rzeczywiście i zostały opisane tak, jak przebiegały”[9].

Autor tych historii jest bowiem dzieckiem Kresów. Przerażające i krwawe współczesne dzieje podolskiej ziemi, z której pochodzi, znane mu są z autopsji oraz z powojennych relacji kresowych wygnańców. W czasie Zagłady polskich Kresów pisarz był kilkuletnim dzieckiem, mieszkańcem wioski Hnilcze w powiecie podhajeckim, w województwie tarnopolskim II Rzeczypospolitej. W roku 1945 wraz z setkami tysięcy Polaków zmuszonych do opuszczenia swoich małych ojczyzn na wschodnich rubieżach[10], znalazł się na nowej ziemi, którą nazwano Ziemiami Odzyskanymi. Przesiedlenie na tereny bardzo odległe od miejsc, których mieszkańcy byli świadkami i ofiarami kresowej apokalipsy XX wieku, nie oznaczało jednak końca gehenny tych, którym odebrano dzieciństwo, młodość, bliskich, miejsca urodzenia. Gehenna ich trwała nadal, trwała za pośrednictwem pamięci. Pamięć stała się także podstawowym tworzywem budowanego, czy też raczej odbudowywanego przez lata poczucia tożsamości. Utrwalone w pamięci obrazy, zawierające zarówno nostalgiczne wizje kraju lat dziecinnych, „krainy mlekiem i miodem płynącej”[11], jak też potworne majaki przeżytego na ziemi piekła, określały indywidualne losy i przez lata kształtowały w wygnańcach poczucie ponadregionalnej wspólnoty, ufundowanej na okrutnym, niewyobrażalnym, a jednocześnie integrującym pokoleniowym przeżyciu.

Pisarz, jako ocalone z Zagłady dziecko Kresów, zwraca uwagę na zdecydowanie autobiograficzny (a zatem autentyczny, prawdziwy) kontekst swych opowiadań, i to zarówno w warstwie faktograficznej, jak też emocjonalnej. Opowiadania zawarte w Nienawiści można nazwać świadectwem ocalonego. Ich autor wpisuje się w doświadczenie tych wszystkich, którzy – jak Różewiczowski bohater liryczny – mogliby powiedzieć: „ocalałem prowadzony na rzeź”, w doświadczenie tych, którzy widzieli, że „człowieka tak się zabija jak zwierzę”. Jest to podstawowe doświadczenie jego wieku dziecięcego, doświadczenie, którego zapis znajdziemy w wielu utworach prozatorskich, a także w liryce[12]. Najbardziej jednak przejmującym zapisem jest Nienawiść.

 

 

Moja pamięć, wyobraźnia i emocje – pisze autor w Posłowiu do Nienawiści – rozwijały się i kształtowały w atmosferze wojny, gwałtu i straszliwych mordów. Od wczesnych lat dziecinnych wsłuchiwałem się w głosy, które mówiły o strachu, bólu i cierpieniu. Mieszkałem na wsi w województwie tarnopolskim, gdzie działy się dantejskie sceny. Mordy ukraińskich nacjonalistów, płonące wsie, gwałty i najokrutniejsze zbrodnie dokonywane na niewinnych ludziach były na porządku dziennym. Odczułem je szczególnie boleśnie, kiedy zostali zamordowani moi najbliżsi: dziadek, zarąbany siekierami, ciotka, brutalnie zabita, kuzyn Stanisław, spalony żywcem i wielu innych krewnych. Żyłem w strachu wieczornych zwierzeń i niezliczonych opowieści przy zapalonej lampie. W naszym domu zbierali się sąsiedzi i rozprawiali w nieskończoność, co się gdzie zdarzyło, jaki miało przebieg, kto został zabity, komu oczy wydłubano, język ucięto i jak się bronić przed okrucieństwem.

 

Nie miałem jeszcze ośmiu lat i chłonąłem świat wszystkimi zmysłami. Siedziałem na zapiecku skurczony i wystraszony – słuchałem. Wyobraźnia dziecka w tym wieku jest szczególnie wyostrzona i czujna. Natychmiast wychwytuje to, co najstraszniejsze, przetwarzając grozę w ciężkie, makabryczne sny, i powoduje lęki, napięcia i wieczny strach. Moja wrażliwość na krzywdę i cierpienia innych była nieustannie poddawana próbie i podsycana. Wyrastałem w klimacie przerażenia i zbrodni[13].

 

 

Apokalipsa Kresów w pamięci ocalonego

 

W opowiadaniach Srokowskiego historyczna prawda o Zagładzie polskich Kresów (niekwestionowana przez rzetelnych i niestronniczych znawców problematyki) współistnieje z prawdą emocjonalną, na którą składają się przeżycia i emocje narratora, a zarazem bohatera, związane z obserwowanymi wydarzeniami, podsłuchanymi rozmowami dorosłych, zasłyszanymi wieściami przynoszonymi do rodzinnego domu przez sąsiadów oraz krewnych z pobliskiego miasteczka.

W większości opowiadań narracja prowadzona jest z perspektywy kilkuletniego chłopca. Zbynio, jedyny syn polskiego małżeństwa, jedyny wnuk dziadka Ignacego, to dziecko wątłe i chorowite, a przy tym nadwrażliwe i naznaczone piętnem odmienności. Ważną rolę w jego życiu odgrywają obaj dziadkowie, Ignacy i Piotr – ludowi rzeźbiarze, muzycy i gawędziarze. To oni wprowadzają go w świat muzyki, baśni oraz tajemnic przyrody. Obok rodziców i dziadków do kręgu osób bliskich należą również rówieśnicy z sąsiedztwa: Ukrainiec Sławko oraz dwoje żydowskich dzieci, Ryfka i Motio.

Krótka biografia chłopca rozpada się niejako na dwie części. Momentem przełomowym w jego życiu, a także w życiu mieszkańców wioski, okazało się nastanie w gminie ukraińskiej władzy. Wraz z tą zmianą ludzie stali się wobec siebie nieufni, niektórzy mieszkańcy ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. W dużej wsi, w której do tej pory zgodnie żyli Polacy, Ukraińcy i Żydzi, pojawiły się podziały. Najpierw zniknęła rodzina karczmarza Szmula, następnie pozostałe rodziny żydowskie opuściły wieś. Dla narratora-bohatera pierwszym doświadczeniem związanym z zachodzącymi we wsi zmianami była utrata dwóch najbliższych przyjaciół:

 

Mój przyjaciel z dzieciństwa, a mieliśmy wówczas po siedem, osiem lat, Żyd Motio, dawno opuścił swój dom i nie wiem, dokąd pojechał. Mój ukraiński przyjaciel Sławko któregoś dnia powiedział, że nie wolno mu się ze mną bawić, bo jestem Lach. Nie wiedziałem, co to znaczy Lach, ale on się nadął, jakby się nadmuchał, jak purchawka, twarz mu się zaokrągliła, oczy wyszły na wierzch i obcym głosem raptem do mnie:

Ty Lach i ne budu z toboju hraty.

– Sławko, co ty? – pisnąłem. – Co ty gadasz? Jaki ze mnie Lach? Jestem Zbynio, twój przyjaciel, tyle wiosen i lat przeganialiśmy po polach i tyle wiewiórek podpatrzyliśmy na drzewach, że nie można ot tak sobie powiedzieć, ne budu z toboju hraty. Ja chcę się bawić. Chcę grać w chowanego i berka, chcę z tobą jeże i żaby podglądać w rowach i na konia włazić, by pęd wiatru poczuć. Sławko, szczo z toboju?

[14].

 

 

Zapamiętanym z krótkiego okresu radosnego dzieciństwa obrazom przyjaznego bytowania różnych nacji narrator przeciwstawia czas wojny, kiedy powstał „niewidzialny mur ciszy, który chaty polskie od ukraińskich oddzielił”[15]. Czas, kiedy rodziły się podziały na naszych i waszych, na swoich i obcych.

Wzajemna nieufność mieszkańców wsi niczego dobrego nie wróżyła. Niebawem chłopiec mógł się o tym przekonać. Oto nastąpiło w jego życiu zdarzenie, które rzuciło cień na całą jego przyszłość. Chłopiec przeżył doświadczenie śmierci. Była to – ukazana w opowiadaniu Anioł i gbur – śmierć jego małej żydowskiej przyjaciółki, siedmioletniej Ryfci, zamordowanej przez młodego ukraińskiego sąsiada. Narrator relacjonuje tę dramatyczną scenę ze wszystkimi dokładnie zapamiętanymi szczegółami, ujawniając własne przeżycia i emocje. Charakteryzując okoliczności okrutnego mordu, zwraca uwagę na to, że dokonany on został w biały dzień, i to dzień świąteczny, na głównej wiejskiej drodze, podczas gdy większość tragedii przedstawionych w tomie dzieje się o zmroku, nocą lub o świcie w domostwach, na które skrytobójczo napadali bandyci. Wizja dokonanego z zimnym wyrachowaniem morderstwa jawi się w przeżyciach chłopca jako ostateczny kres szczęśliwego dzieciństwa, jako traumatyczne przeżycie, które niczym katastrofa solarna zniweczyło jego dotychczasowy obraz świata. Okazało się bowiem, że nawet najbliższe otoczenie rodzinnego domu może być przestrzenią wrogą i niebezpieczną. Runął dotychczasowy świat wypełniony zabawami i przyjaźniami, w gruzach legły też naiwne, dziecięce wyobrażenia na temat świata dorosłych. Niezrozumiałe dla dziecka, wręcz absurdalne zdarzenie, wywołuje w jego psychice ostrą reakcję: „pragnienie, by zapaść się pod ziemię, skryć się przed światem, wpaść w ciemną otchłań, do której nikt nigdy nie zajrzy”[16]. Widocznym zaś śladem doznanego wstrząsu jest utrata przytomności i kilkudniowa gorączka połączona z majakami.

Od tych wydarzeń zaczyna się niejako drugi etap jego biografii. Etap ten znamionuje – jak metaforycznie stwierdza narrator – odejście od starych baśni i pojawienie się baśni nowych.

 

 

Znikły z naszego świata – stwierdza w imieniu własnym oraz w imieniu podobnie doświadczonych przez los rówieśników – baśnie czyste, pełne miłości, nostalgii i marzeń, zeszły ze sceny przedstawienia, w których główną rolę odgrywał szlachetny rycerz, broniący ubogich i karzący bogatych, usunęły się w cień cudowne lampy, światła i ognie pałacu, w którym panował dobry król i miał na wydaniu królewnę śliczną jak boski obrazek i wzdychającą w okrągłej wieży do kochanka, i umierającą z tęsknoty za rycerskim młodzieńcem, który miał ją wybawić od wielkich cierpień. […] Przyszła pora ponurych wiedźm, strasznych zbójów grasujących pod naszymi oknami i omamów straszących dzieci. Wszystko nagle na naszych oczach wyrosło. I wciąż olbrzymiało. Nabierało straszliwego, apokaliptycznego wyglądu. Miało stalowe oczy i żelazne ostre pazury. I my gwałtownie dorastaliśmy, mając malutkie serca i duże oczy wyobraźni

[17].

 

Pod wpływem traumatycznych doświadczeń pogłębia się samotność dziecka, które już wcześniej funkcjonowało na zasadach wiejskiego odmieńca. Przeżyte sytuacje graniczne, a w szczególności doświadczenie śmierci, pozostawiają trwały ślad na jego psychice, są jak blizna, która ciągle przypomina moment zranienia. Śmierć Ryfki, zniknięcie Motia, wreszcie zapowiedź Sławka: „Teper budemo rizaty Lachiw[18] – głęboko zapadły w jego duszę. Napór szokujących, niezrozumiałych zdarzeń i docierające do chłopca straszne relacje o nadciągającej z Wołynia fali mordów powodują, że żyje on niejako wśród umarłych, codziennie staje oko w oko ze śmiercią, strachem, samotnością i cierpieniem. Pozbawiony przyjaciół-rówieśników, wyobcowany ze świata dorosłych, obserwujący niezrozumiałą dlań zmianę zachowania rodziców, przerażonych napływającymi do wsi wieściami, wycofuje się w krainę własnych przeżyć, doznań i marzeń.

Dziadek Piotr, doskonale rozumiejący samotność wnuka i jego potrzebę poczucia bezpieczeństwa, postanawia mu pomóc. Ofiarowuje mu wyrzeźbioną przez siebie całą gromadę aniołów, wtajemnicza go w angelologię i zachęca samotnika do rozmów ze skrzydlatymi istotami. Przy okazji niejako zaszczepia we wnuku uczucia metafizyczne i wprowadza element terapii. Wierzy mianowicie i stara się chłopcu wpoić tę wiarę, że anioły będą stały na straży jego zdrowia i życia.

Jak się niebawem okaże, anioły wyrzeźbione przez dziadka Piotra rzeczywiście wystąpią w roli duchów opiekuńczych strzegących domostwa przed pożarem, dzielnie powstrzymujących najście oszalałych z nienawiści bandytów. Rodzinie chłopca udaje się natomiast ujść z życiem tylko dzięki pomocy dobrej ukraińskiej sąsiadki. W potwornej trwodze i przerażeniu rodzice wraz z dzieckiem spędzają noc w ofiarowanej kryjówce, słysząc dzikie wrzaski napastników, ryki zwierząt, jęki i płacz mordowanych ludzi. Świtu, który nastał po odejściu banderowców, mimo uratowanego życia nie mogli powitać z uczuciem ulgi. Po wyjściu z ukrycia oczom ich ukazał się obraz dokonanej zbrodni:

 

Wokół rozciągały się posępne, ciemne zgliszcza dopalających się chat. A do nieba strzelały poczerniałe, długie kominy. Na naszych oczach runął świat. Wzdłuż drogi dyndali na konarach powieszeni mężczyźni, po rowach leżały z rozprutymi brzuchami nagie kobiety i porozrzucane wokół nich sine ciałka martwych dzieci z odrąbanymi głowami.

Dymiły resztki domów i czuć było nieprzyjemny swąd spalenizny.

W wielu miejscach leżały dogorywające zwierzęta i zwęglone ludzkie zwłoki.

[…]

Ojciec nie mógł się ruszyć.

W jego wyżłobionej twarzy zastygło całe życie. Wykrzywiony bólem i gniewem grymas zasklepiał się w niemocy.

Matka zmagała się ze zwidami. Jakby nie mogła się obudzić. Jej twarz była śmiertelnie blada.

Gdy ojciec ruszył, poszliśmy za nim. Matka trzymała mnie za rękę, a ja przyciskałem do piersi Anioła Stróża[19].

 

Po niemal całkowitym spaleniu przez banderowców polskiej części wsi pozostali przy życiu nieliczni Polacy postanawiają opuścić ziemię swoich przodków i udać się do pobliskich Podhajec, wierząc, że w mieście będą bezpieczniejsi. Tam zamieszkują kamienice pozostałe po wymordowanych Żydach, coraz bardziej świadomi tego, że pobyt w Podhajcach – „mieście duchów”[20] to tylko pewien etap przed czekającą ich dalszą wędrówką. Do zaznanych już wcześniej traumatycznych doświadczeń dziecięcego narratora, a mianowicie do doświadczenia śmierci, prześladowania i utraty rodzinnego domu, dopisać trzeba kolejne – doświadczenie wygnania[21].

 

 

Martyrologia kresowych dzieci

 

Losom narratora opowiadań, dającego świadectwo swych traumatycznych przeżyć, towarzyszą historie innych dzieci. Wstrząsające obrazy ich cierpienia i śmierci unaoczniają rozmiary apokalipsy Kresów, polegającej nie tylko na całkowitej Zagładzie narodów zbędnych z punktu widzenia nacjonalistów, lecz także na unicestwieniu dotychczasowego ładu zbudowanego na fundamencie humanistycznych wartości. Kolejne opowiadania porażają czytelnika ogromem cierpienia dzieci, a zarazem bezmiarem nienawiści i barbarzyństwa ich oprawców.

W opowiadaniu Zabić dziadka dziecięcy narrator słucha opowieści o żydowskiej rodzinie ukrywającej się w Podhajcach u życzliwego Polaka. Oczyma wyobraźni widzi przerażone żydowskie dzieci ukrywające się wraz z rodzicami i dziadkiem w ciasnej komórce. W trwodze wysłuchuje relacji o tym, jak ojciec dzieci własnoręcznie dusi kaszlącego dziadka, aby uniemożliwić kapusiowi zlokalizowanie kryjówki. Niestety, po doniesieniu uzyskanym przez ukraińską policję żydowska rodzina została zabrana do getta, gdzie jej los był przesądzony, zaś ukrywający ich Polak wraz z dwójką własnych dzieci został rozstrzelany.

Losom rodzin i dzieci żydowskich poświęcone są dwa inne opowiadania, Matka, syn i córka oraz Lea, zawierające relacje dziadka Ignacego. W pierwszym z nich ukazana została gehenna uciekinierów z getta, ściganych przez ukraińską policję. Jeden z tych uciekinierów, siedmioletni Szymek, schwytany przez ukraińskiego nacjonalistę, poddany zostaje najokrutniejszym torturom i w końcu, zmaltretowany, zostaje żywcem spalony w ognisku, jego zaś siostra Marysia umiera w osamotnieniu w dole na ziemniaki, a matka popada w obłęd. W drugim natomiast opowiadaniu banderowcy na oczach pięcioletniej Stelli okrutnie znęcają się nad jej matką, bratem Emanuelem oraz ukrywającym ich polskim małżeństwem, by w końcu małą dziewczynkę zabić siekierą.

Dziecięcy narrator nie tylko wysłuchuje relacji innych, lecz także sam bywa świadkiem potwornych zdarzeń. Opowiadanie Anioł i gbur przynosi wizję pięknej niedzieli na wsi, podczas której na oczach chłopca i innych mieszkańców wioski zamordowana zostaje siedmioletnia żydowska dziewczynka, wyjątkowo zdolna i przez wszystkich lubiana Ryfcia. Zabił ją, roztrzaskując jej głowę o kamień, młody Ukrainiec, zatruty nacjonalistyczną ideologią chłopiec o wyglądzie anioła, po którym trudno było się spodziewać, że jest zdolny do okrucieństwa.

Opowiadanie Okłot zawiera opowieści przynoszące kolejne opisy metod mordowania małych dzieci. Mowa tu o rozdzieraniu żywcem niemowląt oraz o spaleniu matki z 2-letnią córką razem związanych w snopie żyta.

Makabryczne obrazy przynosi utwór Ołena. Kierujący się nienawiścią bandyci widłami wyrywają dziecko z łona ciężarnej kobiety i wrzucają je do ognia. Szczególnie przejmująca jest ostatnia scena opowiadania, ukazująca małą Ołeksę, wypełzającą z ziemianki i zaczynającą ssać pierś trupa swej matki. Jej młodzi, bardzo kochający się rodzice, Ukrainka i Polak, zostali zamordowani w czasie napadu banderowców.

Nacjonaliści nie oszczędzają też tych przedstawicieli swego narodu, którzy nie dają się uwieść zbrodniczej ideologii. Brutalny gwałt i śmierć w męczarniach spotka Ludmiłę Wołczuk z opowiadania Nauczycielka i uczniowie, młodą i wykształconą Ukrainkę, która kwestionowała barbarzyńskie metody budowania wolności Ukrainy. Śmierć spotka też dwie młode bohaterki opowiadania Amazonka, pochodzące z ukraińskich rodzin, które po zamordowaniu matki jednej z nich (pochodzenia polsko-czeskiego) postanawiają ostrzegać polskie wioski przed napadami. Po pewnym czasie jedna z dziewcząt została zamordowana, druga natomiast zaginęła bez śladu.

Przywołane tu najbardziej przejmujące w całym zbiorze obrazy śmierci dzieci unaoczniają tę prawdę, że w nacjonalistycznej wizji społeczeństwa nie ma miejsca dla wielokulturowych tradycji dawnych Kresów.

 

 

Uwagi o narracji i języku[22]

 

W całym zbiorze opowiadań widoczny jest zamysł konstrukcyjny, polegający na zastosowaniu kompozycji klamrowej, która eksponuje dominujący w utworach typ narracji. Autor stosuje najczęściej narracją pierwszoosobową w czasie przeszłym, przyjmując perspektywę kilkuletniego chłopca lub jego bliskich krewnych, których relacja oddana jest w kształcie zapamiętanym przez dziecięcego narratora (opowiadania początkowe: Zabić dziadka, Anioł i gbur, Honor, Matka, syn i córka, Lea, a także utwory końcowe: Amazonka, Anioły, Dziadek Ignacy). Kilka utworów, napisanych wedle reguł narracji trzecioosobowej, znalazło się pośrodku zbioru (Wasylko, Piękny kosz, Okłot, Listy, Ołena, Nauczycielka). Oprócz podobieństwa narracji na początku i na końcu zbioru, uwagę zwraca również pewna analogia losów postaci w inicjalnym i końcowym opowiadaniu. W obu utworach głównymi bohaterami są ludzie starzy, dziadkowie. Obaj giną okrutną śmiercią. Stary Żyd Chaim z opowiadania Zabić dziadka zostaje uduszony przez własnego syna, który morduje ojca, aby jego kaszel nie zdradził kryjówki, w której ukrywa się rodzina z małymi dziećmi. Natomiast dziadek Ignacy, tytułowy bohater ostatniego opowiadania, zostaje zamordowany przez banderowców, gdy – nie mogąc znieść warunków życia w Podhajcach i tęskniąc do miejsca urodzenia – wraca do swej spalonej wioski.

Srokowskiego sposób opowiadania o przerażających doświadczeniach Polaków na Kresach oscyluje między Różewiczowską poetyką mówienia przez ściśnięte gardło a naiwną narracją dziecka, cechującą się prostotą i obrazowością. Srokowski nie „estetyzuje” tragedii kresowych. Język jego opowiadań jest skromny, stylistycznie niewyszukany, nieomal – poza nielicznymi opisami piękna przyrody kresowej oraz częstszymi obrazami emocji i fantazji narratora – przezroczysty, maksymalnie przybliżający czytelnika do świata przedstawionego. Krótkie opowiadania, zazwyczaj wykorzystujące – jak w reportażu – relację postaci, zawierają wielki ładunek okrucieństwa. Autor ani na moment nie pozwala czytelnikowi zapomnieć o nienawiści i jej owocach. Wprowadzając sceny pełne okrucieństwa, jawi się jako spadkobierca dewizy Żeromskiego: „Trzeba rozrywać rany polskie, żeby się nie zabliźniły błoną podłości”.

 

 

Refleksje końcowe

 

Nienawiść jest przede wszystkim książką o charakterze autobiograficznym, opowiadającą o osobistym doświadczeniu autora. Ukazuje to doświadczenie na tle Zagłady polskich Kresów, na tle – jak można by powiedzieć, nawiązując do tytułu oratorium Krzesimira Dębskiego – „kresu Kresów”[23]. Według pisarza bowiem to, co się działo na wschodnich rubieżach Polski w latach II wojny, to „nie tylko śmierć kilkuset tysięcy niewinnych ludzi. To zagłada wielowiekowej cywilizacji i kultury europejskiej, która wyrosła na Kresach”[24]. Wysunięcie zaś na pierwszy plan dziecka jako bezradnego i przerażonego świadka Zagłady tym bardziej potęguje jej obraz.

Nienawiść posiada także swój wymiar uniwersalny. Aby ukazać potworność zbrodni oraz bezmiar cierpienia, autor sięga do uniwersalnych motywów apokalipsy, dantejskiego piekła i – przede wszystkim – okrutnej baśni. W opowiadaniach funkcjonują one na zasadzie mitu, osadzającego historyczne wydarzenia w kontekście uniwersum zła. Motywy te ponadto prowokują pytania o genezę zła i jego naturę, a także domagają się refleksji nad koniecznością podejmowania etycznych wyborów. Uniwersalizującą tendencję Nienawiści autor wskazuje również bezpośrednio, gdy – wyjaśniając cele swego pisarstwa – stwierdza: „trzeba pokazywać cały złożony i naznaczony bólem krajobraz życia kresowego. Niniejsze opowiadania nie są tylko kolejnym krokiem literatury w odkrywaniu tego pejzażu – są przede wszystkim głosem sumienia, ostrzeżeniem przed złem, które nadal panoszy się w świecie”[25].

 

***

 

Artykuł z książki zbiorowej Pamięć czasu Zagłady (red. M. Jazownik, A. Kucharska-Dziedzic, Zielona Góra 2011), recenzowanej przez prof. dr. hab. Bolesława Hadaczka. W książce zamieszczone zostały referaty wygłoszone podczas interdyscyplinarnej konferencji naukowej Pamięć czasu Zagłady, zorganizowanej w dniach 13-14 października 2009 roku z inicjatywy Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Zielonogórskiego dla upamiętnienia 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej.

 

 



[1] Powieść otrzymała tytuł Książki Roku 1988 w plebiscycie czytelników „Kultury”.

[2] Książka została wyróżniona w 2007 r. przez kapitułę Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza.

[3] Nawiązuję do sformułowania Bolesława Hadaczka, który całe Kresy lat drugiej wojny nazwał „jednym wielkim obozem bez drutów”. Zob. B. Hadaczek, Historia literatury kresowej, Szczecin 2008, s. 289.

[4] Dmytro Iwanowycz Doncow (1883-1973) – twórca ukraińskiej koncepcji nacjonalizmu, przyjętej w latach 30. XX wieku przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów za podstawę ideologiczną działalności politycznej. Zob. też: D. Doncow, Nacjonalizm, tłum. W. Poliszczuk, przedm. B. Grott, Kraków 2008.

[5] S. Srokowski, Nienawiść (opowiadania kresowe), Warszawa 2006, s. 251-252. Dekalog ukraińskiego nacjonalisty opracowany został przez Stepana Łenkawskiego i wydany w postaci broszury w r. 1929 (roku powstania OUN). Zob. też: W. Poliszczuk, Ideologia nacjonalizmu ukraińskiego według Dmytra Doncowa, Warszawa 1995, s. 8-9.

[6] Zob. opowiadanie Honor.

[7] Temat Zagłady Kresów Południowych (Woły­ń, dawne województwo tarnopolskie, lwowskie i stanisławowskie), nazwany przez Bolesława Hadaczka „tematem banderowskim”, obecny jest także w twórczości L. Buczkowskiego, W. Odojewskiego, F. Zamojskiego, F. Si­korskiego, A. Turczyńskiego. Zob. B. Hadaczek, Małe ojczyzny kresowe, Szczecin 2003, s. 287.

[8] Zmowę milczenia przełamali tacy m.in. autorzy prac historycznych, jak.: Bogumił Grott, ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, Aleksander Korman, Lucyna Kulińska, Edward Prus, Wiktor Poliszczuk, Szczepan Siekierka, Ewa Siemaszko, Władysław Siemaszko, Ryszard Szawłowski. Tragedię dzieci żyjących na Kresach w latach II wojny bada Lucyna Kulińska: Dzieci Kresów, Warszawa 2003; Dzieci Kresów II, Kraków 2006; Dzieci Kresów III, Kraków 2009. Tytuł niniejszego szkicu nawiązuje do problematyki wymienionych książek Kulińskiej.

[9] S. Srokowski, Nienawiść, s. 6. W jednym z wywiadów pisarz stwierdził: „Przynajmniej kilka z zamieszczonych w Nienawiści opowiadań dotyczy bezpośrednio mojej rodziny, która w tym ludobójstwie straciła dwudziestu czterech członków”. Zob. Nierozliczona zbrodnia. Ze Stanisławem Srokowskim rozmawia Petar Petrović. Polskie Radio, 17 listopada 2007. Cyt. za: http://srokowski.art.pl/wywiady.htm [10 X 2009].

[10] Z dawnych województw wschodnich II RP wysiedlono około 1,75 mln ludzi.

[11] S. Srokowski, Nienawiść, s. 242.

[12] Bohater liryczny jego ostatnich wierszy, wykreowany na pogrążonego w depresji, doznającego halucynacji i lęków pacjenta szpitala, wskazuje na dzieciństwo jako okres pierwszych traumatycznych przeżyć. Swoje doznania nazywa m.in. za pomocą takich pojęć, jak: strach, mord („strach dzieciństwa, / gdy odcięta głowa / zamordowanego dziadka Ignacego / spadła u mych stóp”), krew („krew dzieciństwa odbita w ścianie, która wyje”), śmierć („psy śmierci wyły w głębi dzieciństwa”). Zob. S. Srokowski, Dziękuję ci, Panie; Izolatka; Szczur miłości, [w:] tenże, Miłość i śmierć. Wiersze, Wrocław 2005, s. 47, 72, 87.

[13] S. Srokowski, Nienawiść, s. 247-248.

[14] Tamże, s. 13.

[15] Tamże, s. 13-14.

[16] Tamże, s. 22.

[17] Tamże, s. 159-160.

[18] Tamże, s. 203.

[19] Tamże, s. 217.

[20] Tamże, s. 233.

[21] Jest to główny temat powieści Repatrianci.

[22] Bogactwo zastosowanych w opowiadaniach typów narracji, schematów kompozycyjnych oraz wzorców stylistycznych zasługuje na analizę zdecydowanie bardziej wnikliwą od przedstawionych tu spostrzeżeń. Problematyka ta mogłaby być przedmiotem odrębnego szkicu.

[23] Prawykonanie oratorium Krzesimira Dębskiego Kres Kresów… odbyło się 17 września 2008 r. w Filharmonii Narodowej w Warszawie podczas uroczystego koncertu pod patronatem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego. Fragmenty oratorium, skomponowanego dla uczczenia pamięci ofiar mordów na Wołyniu, stanowią także oprawę muzyczną filmu Było sobie miasteczko... w reżyserii Tadeusza Arciucha i Macieja Wojciechowskiego. Film poświęcony jest historii Kisielina, miasteczka na Wołyniu, w którym 11 lipca 1943 roku nacjonaliści ukraińscy w murach świątyni brutalnie wymordowali część polskich mieszkańców. Ocaleni, m.in. rodzice kompozytora, ratowali się, uchodząc na zawsze z rodzinnej ziemi.

[24] S. Bereś, Wielka ciemność spowiła Kresy (rozmowa ze Stanisławem Srokowskim), „Dziennik”, 9 I 2007; „Angora”, 28 I 2007. Z tego tekstu zaczerpnięte zostało również motto niniejszego szkicu. Cyt. za: http://srokowski.art.pl/wywiady.htm [10 X 2009].

[25] S. Srokowski, Nienawiść, s. 251.


"Nienawiść" wstrząsająca książka Srokowskiego


Jak pisać o rzeczach, których się nie da opowiedzieć do końca? Jak pisać o rzeczach ostatecznych? Które są niewyobrażalne! A kiedy się je opowiada, wydaje się, że są to halucynacje senne, widziadła, albo rojenia chorego umysłu. Literatura poprzez wiekowe doświadczenia znalazła sporo narzędzi, by najbardziej brutalną i przerażającą rzeczywistość zakląć w literacką formę.

Właśnie, zakląć, stworzyć krainę magiczną, pomieszanie rzeczy realnych i nierealnych, imaginacyjnych i namacalnych, ale aż do bólu konkretnych. Można by tutaj cytować długą listę autorów i dzieł, poczynając od Homera po Marqueza, którzy zaklinali realność, by wywieść z niej utajone dramaty i tragedie.

Chodzi o metodę twórczą. Próbuję znaleźć jakieś analogie, by wyprowadzić z nich sens dla kreacji artystycznych autora, który zdumiewa, przeraża i zachwyca równocześnie. Mieści się na granicy tego, co niegdyś nazywano realizmem magicznym, a jednocześnie nie należy do tego nurtu. Raczej stworzył własny styl, język i odrębną estetykę. Zawiera się w niej magia, liryzm i somnambuliczne okrucieństwo, w największym stężeniu tragedia. A zarazem prostota wyrazu, precyzja języka oraz umiejętność budowania nastroju.

Stworzył literacki system ideotwórczy, który - jak się wydaje - objawia w miarę pełną złożoność i tajemnicę ludzkiej natury. Wprawdzie krytycy już dość dawno dostrzegli u tego pisarza jakby surrealistyczną wizję świata, jednak w nowej książce pisarz zaskakuje czymś zupełnie innym, głębszym, poważniejszym, znacznie ciekawszym i pełniejszym. Doprowadza tę wizję do skrajności.

Zaskakuje summą doświadczeń literackich i egzystencjalnych. Jakby odsłaniał uniwersalną zasadę zbrodni. Zdradźmy wreszcie imię tego pisarza.

To Srokowski, Stanisław Srokowski, który w swoich największych dotychczas książkach, takich jak "Miłość i obłąkanie", "Duchy dzieciństwa", a przede wszystkim "Repatrianci" z pewnością korzystał z bogatej tradycji surrealistycznej, ale robił to po swojemu, pieczętował tę sugestywną metodę pisarską własną fantazją i w moim przekonaniu szedł dużo dalej niż twórcy surrealizmu i realizmu magicznego razem wzięci.

Konsekwentnie przez lata budował i nadal buduje nową strukturę dzieła i powołuje do istnienia coś na kształt realizmu metafizycznego, w ujęciu Arystotelesowym.

Przypomnijmy, wedle najprostszych słownikowych definicji, iż chodzi o to, że "metafizyka zajmuje się, najkrócej mówiąc, przedmiotami wykraczającymi poza doświadczenie i zmierza do poznania istoty rzeczy, czyli szuka pierwszej zasady bytu. Dotąd uważano, że literatura ma jakby dwa sposoby obrazowania.

Jeden, który powstaje z odbitego lustra, czy nawet jest lustrem świata. A drugi, iż dobra literatura to jakby widok przez szybę. A tą szybą jest język. Srokowski zaproponował trzeci rodzaj widzenia literackiej perspektywy. Jego świat nie jest ani realnym odbiciem w lustrze, ani za szybą języka, on jest w głębi języka, w jego najskrytszych zakamarkach, zakamarkach jego ciemności.

Język staje się światem. Między językiem a światem zanika granica. Coś takiego się dzieje w opowiadaniach pt. "NIENAWIŚĆ", czy raczej w parapowieści, albo paradokumencie.

W tym sensie można mówić o realizmie metafizycznym u Srokowskiego. I właśnie najpełniejsze skumulowanie pierwiastka metafizycznego najgłębiej uwidoczniło się w jego najnowszej książce pt., w "Nienawiść". Nie da się inaczej tych opowiadań czytać, jeśli się nie pojmuje idei metafizycznych.

Mówiąc wprost, chodzi o tak przerażające i nieprawdopodobne doświadczenia rodzaju, o działania i potęgę zła, których nie da się ująć w żadnej realistycznej formule. By powiedzieć o największych zbrodniach, jakich dokonywał człowiek na człowieku, można to powiedzieć tylko w poetyce realizmu metafizycznego.

Czyli w czymś, co jest po rzeczach znanych i zdefiniowanych. Srokowski opowiada o wielkim akcie ludobójstwa, jakiego dokonała Ukraińska Powstańcza Armia na bezbronnej ludności polskiej na Wołyniu i Podolu na dzieciach, kobietach i starcach w czasie drugiej wojny światowej.

Ale Srokowskiego nie wydaje się interesować konkretna nacja, nawet konkretny czas historyczny, choć dokładnie umieszcza miejsce i czas akcji, ale, jak powiada filozof, jego interesuje istota bytu, czyli to, co drzemie być może w każdym z nas, w każdym człowieku i przy odpowiednich warunkach w każdym narodzie ujawnia się. I ujawnia się w skrajnych sytuacjach z najstraszliwszym okrucieństwem.

Słowem Srokowskiego interesuje to, co każdego rasowego pisarza interesuje - kondycja człowieka, jego natura i stan umysłu, kiedy popełnia zbrodnię. Dlatego z taką dociekliwością, niemal z buchalteryjną dokładnością śledzi krok po kroku każdy ludzki czyn, każdy niegodny i hańbiący człowieka gest, każdą ludzką katastrofę, by wywieść z niej niewesołe dla rodzaju wnioski.

Powiada Srokowski, iż człowiek, jako gatunek, sam w sobie i dla siebie stanowi największe zagrożenie. To najdalej idący wniosek ze zbioru opowiadań pt. "Nienawiść". I to uniwersalna i ponadczasowa, egzystencjalna diagnoza Srokowskiego. Nawiązująca do filozofii Nietzschego, który powiadał, iż cierpienie współczesnego człowieka nie jest cierpieniem spowodowanym przez Boga, ale cierpieniem spowodowanym przez siebie samego.

Natomiast na poziomie analiz społecznych, politycznych czy psychologicznych literackie ujęcie zbrodni, to łakomy kąsek dla kapłanów, psychiatrów i analityków, słowem, dla wszelkich badaczy skrajnych postaw i zachowań, i skrajnych stanów umysłu, które prowadzą ku wyzwalaniu nienawiści. Bo nienawiść nie rodzi się na kamieniu. Nie rodzi się sama z siebie.

Najczęściej nienawiść rodzi się z myśli, z idei, ze zrakowaciałych i podłych ideologii. I przekształca się w czyn. Nie można nienawiści odrywać od konkretnych uwarunkowań i konkretnych struktur społecznych, choć w swojej istocie może występować wszędzie, pod każdą szerokością geograficzną i dotyczyć każdego plemienia i każdego indywidualnego człowieka.

Tym razem nienawiść zdarzyła się w postaci skrajnego nacjonalizmu na Kresach. I Srokowski o tej skrajnie nacjonalistycznej, banderowskiej nienawiści i jej straszliwych skutkach opowiada. Wydaje się mówić, podkreślając to także w swojej publicystyce, że gdyby nie było ukraińskiego ideologa, Doncowa, z jego "Nacjonalizmem", a także tzw. Dekalogu Ukraińskiego Nacjonalisty, z jego przykazaniami o nienawiści, być możemy Europa uniknęłaby jednej z najstraszliwszych czystek etnicznych dwudziestego wieku.

Niestety, stało się. Srokowski odsłania najbardziej zbrodnicze cechy człowieka. Pokazuje w niespotykany w takim stężeniu rezultaty opiewania ideologii zbrodni.

Znam ludzi, którzy czytając "Nienawiść", płakali, wściekali się, albo doznawali nagłego olśnienia. Uświadamiali sobie, że ich niegodne czyny są niczym przy tej katastrofie człowieczeństwa. Srokowski specjalizuje się w stawianiu ostrych diagnoz uczuciom.

Ale także umysłowi. Być może dlatego jego książki tak wciągają "Lęk" miał chyba trzy albo cztery wydania i nadal jest poszukiwany, szczególnie przez młode pokolenie. Ale "Nienawiść" to coś więcej niż książka. To wielki dyskurs z historią i współczesnością.

Jednak gdy wchodzi na rynek, dają się słyszę z różnych stron groźne pomrukiwania. A po co!? A dlaczego!? A przeciwko czemu lub komu?! Odpowiadam, po to, by człowiek wiedział. Bo człowiek ma prawo do wiedzy. Nawet najokrutniejszej. A Srokowski mówi o rzeczach najokrutniejszych.

Musimy te rzeczy poznać. Musimy tę prawdę poznać. Musimy przez nią przejść i oczyścić się. Piękne słówko katharsis wydaje się tutaj odpowiednie. Bo bez oczyszczenia będzie nam trudno żyć. A przeciwko czemu lub komu pisze? Przeciwko kłamstwom, obłudzie i fałszowaniu historii. Przeciwko cynikom i zbrodniarzom.

Ale uprzedzam, trzeba mieć żelazne nerwy, by przez ten zbiór opowiadań przejść. Marek Koprowski w "Angorze" tak powiada: "Historie bowiem są prawdziwe i zostały opisane tak jak przebiegały. Przy ich lekturze krew krzepnie w żyłach z trwogi". Jednak przez to piekło trzeba przejść, by się oczyścić ze zła.

Bez tej książki niezwykle trudno zrozumieć jedno z najokrutniejszych ludzkich uczuć. Srokowski staje się ekspertem i autorytetem w odsłanianiu, nazywaniu, diagnozowaniu i identyfikowaniu zła. Jego metoda twórcza, nazwana tutaj realizmem metafizycznym przynosi nieoczekiwane i zadziwiające rezultaty.

To, co nie do pojęcia, wydaje się bardziej rozpoznawalne. To co ciemnie i okrutne, nabiera ludzkich cech. Przytłacza nas i przygniata jak najkoszmarniejsza wizja senna, majaka, ale jest realne, prawdziwe. Srokowski doszedł do takiej perfekcji artystycznego odsłaniania kolejnych warstw rzeczywistości, iż wydaje się, że już dalej pójść nie można.

Przypomnijmy pokrótce kim Srokowski jest i czym się dotychczas zajmował. Wiele lat temu napisał "Miłość i obłąkanie". Wielu czytelników było wtedy porażonych jego opowieścią o starości i umieraniu. Wspomniana wcześniej książka "Lęk" rozbudziła żywą dyskusję. "Nienawiść" zaś, najdalszy krok w rozpoznawaniu tragicznej rzeczywistości, nie może pozostawić żadnego czytelnika obojętnym.

Stanisław Srokowski dał się poznać jako ceniony poeta, tłumacz, publicysta i znakomity prozaik. Ponad rok temu opublikował głęboko poruszający tom wierszy pt: "Miłość i śmierć". Niedawno bulwersującą biografię wybitnego poety pt. "Skandalista Wojaczek". I oto otrzymujemy wstrząsającą książkę o Kresach, ich legendzie, pięknie i miłości. Ale też o wielkim dramacie i pamięci, która boli.

Ta bogata i cudowna kraina, w której w zgodzie żyły całe pokolenia Polaków, Ukraińców i Żydów, a także innych ludów, nagle stanęła w ogniu, rażona przez nacjonalistyczne ugrupowania UPA. W męczeńskiej śmierci pogrążone zostały setki tysięcy niewinnych istot. Srokowski pragnie ocalić pamięć tamtych tragicznych dni.

Już w "Duchach dzieciństwa" i"Repatriantach", poświęconych Kresom, krytycy i czytelnicy wysoko oceniali jego dorobek. Pisali: Powieść Srokowskiego jest bodajże jedynym w naszej literaturze tak doskonałym artystycznie obrazem wędrówki Polaków z jej dawnych wschodnich rubieży? (Zenon Łukaszewicz).

"Repatriantów" uważam za najpełniejsze i najważniejsze z dotychczas istniejących w piśmiennictwie polskim świadectw artystycznych...? (Wacław Sadkowski).

"Nienawiść" opowiada, jak mówi wydawca, o konflikcie sumienia i dramacie ludzkiej godności. O straszliwej samotności człowieka w obliczu tragedii i rozpaczy. W książce cytuje się słowa kardynała, Stefana Wyszyńskiego: Gdy gaśnie pamięć ludzka, dalej mówią kamienie. Ten wstrząsający zbiór opowiadań nie pozwala, by tylko kamienie mówiły.

Słuszne są słowa wydawcy: W pełnych głębi i prawdy obrazach Srokowski ocalił świat, o którym wielu chciałoby zapomnieć. Z niezwykłą siłą ekspresji i subtelną wrażliwością pochyla się nad każdą ofiarą, jednoczy się z każdym cierpieniem i przestrzega przed nienawiścią. Ta książka lepiej pozwala zrozumieć historię, ale także nas samych, współczesną rzeczywistość z jej dramatycznymi powikłaniami i innych ludzi, którzy żyją obok nas. Chwała wydawcy, że pozyskał takiego autora i namówił go, by książkę opublikował. Bardzo jest ona potrzebna naszej historycznej i czysto ludzkiej świadomości.

Szczególnie w tych czasach, kiedy nienawiść w świecie triumfuje i sieje śmierć. Powinni po nią sięgnąć wszyscy, a przede wszystkim młode pokolenie. Dzięki Srokowskiemu lepiej zrozumiemy nasz świat, naszą egzystencję i przynajmniej odrobinę sami siebie. I możemy stać się lepsi. A to duża wartość. Bo człowieczeństwo patrzy z dna upadku.
( prawica.net)

**** 

"
Palestyńczycy i Żydzi, Serbowie i Bośniacy, Ukraińcy i Polacy. W tej wyliczance za każdym razem spójnik "i" jest obciążony tyloma tragicznymi konotacjami, że jawi się jako ponury znak. Jest jak niezaleczona rana. Jak może być ona głęboka i bolesna, przekonuje książka Stanisława Srokowskiego "Nienawiść", a także wydana również niedawno ostatnia książka Włodzimierzą Odojewskiego ". i poniosły konie". Od rzezi Polaków i Żydów na Kresach dokonanej przez nacjonalistów ukraińskich minęło już ponad pół wieku, a ta pamięć wciąż boli. Mimo że od tego czasu wykonano już z obu stron wiele gestów pojednania, uwieńczonych masowym poparciem przez Polaków pomarańczowej rewolucji. "Nienawiść" to zbiór krótkich, porażających, tym bardziej że opartych na faktach opowiadań dziejących się w początku lat czterdziestych, kiedy to nagle w żyjących w zgodzie z innymi ludzi wstąpił demon, każący im mordować sąsiadów, tylko dlatego, że byli innej narodowości. Historie Srokowskiego są tym bardziej wstrząsające, że jest to opowieść z perspektywy ośmioletniego chłopca, którym był wówczas ich autor. Chłopca, który nierozumiejącymi świata dorosłych oczami ogląda np. lubianego dotąd przez wszystkich łagodnego ukraińskiego sąsiada, który nagle morduje na oczach innych idącą drogą ośmioletnią żydowską dziewczynkę. Ktoś, kto w pamięci ma obrazy z ostatnich lat: uśmiechniętą twarz Wiktora Juszczenki i radosny kijowski Majdan łatwo może zarzucić autorowi "Nienawiści" "odgrzewanie nacjonalistycznych resentymentów". Niestety sprawa nie jest chyba tak prosta.
"Nienawiść" nie jest jedyną książką na ten temat, jaką w ostatnich latach napisano, bo obok wspomnianej ". i poniosły konie" Odojewskiego powstało jeszcze kilka. A kiedy pojedzie się w okolice Przemyśla i na Ukrainę da się zauważyć, że jednak nie wszyscy wybaczyli i przestali nienawidzić. O tych mordach przez lata nie mówiono, winowajcy nie wyrazili skruchy. Niektórym postawiono pomniki. Dla ofiar pozostały niskonakładowe wydawnictwa. Bo kogóż w dzisiejszych czasach może zainteresować nieznana rzeź, w której zginęło ćwierć miliona ludzi.

Mirosław Spychalski, "Dziennik", 25 września 2006


 

 

DANTEJSKIE SCENY

 

"Przeżyć pomogła nam Ukrainka, Misiuraczka. Przyszła pod chatę i powiedziała, że tej nocy banderowcy będą rezać Polaczków. Uciekać! Dokąd? Ale to była dobra Ukrainka. Zaprowadziła nas do swojej stodoły i ukryła pod słomą" - tyle powiedział mi Jan, kuzyn Stanisława Srokowskiego, gdy 18 lat temu pisałem książkę o autorach z regionu lubuskiego. Po wojnie Srokowscy zamieszkali w Planie koło Dębna, dziś Stanisław żyje we Wrocławiu i dopiero teraz pisze to, czego kiedyś cenzura nie chciała zatwierdzić. O tym, co widział jako dziecko i co słyszał już jako dorosły. O tej strasznej rzezi, która się zaczęła po 1 i 17 września 1939. Pisze i pyta: dlaczego ukraińscy sąsiedzi obrzynali uszy, odrąbywali ręce, obcinali głowy Żydom, Polakom, nawet Ormianom? Tym, których wcześniej pozdrawiali dobrym słowem. Czy tylko chodziło o samostijną Ukrainę? Wasylko tak długo ukrywał w stodole Żyda Rotszylda, póki nie dostał od niego wszystkiego złota. "Smert Lachom!" - z tym zawołaniem napadali na polskie domy. Gwałcili kobiety. Kastrowali mężczyzn. A potem ich zabijali. Dlaczego aż tak postępowali? Na to pytanie Srokowski nie odpowiada zdecydowanie. (.) nie próbujcie mi wmawiać że świat pękł i runął w ciemność, a jego normy i nakazy moralne rozpadły się w proch i pył" mówi Helena z opowiadania "Nauczycielka i uczniowie". Znam poprzednie książki Srokowskiego. Szkoda, że zabrakło w nich tego, co jest w "Nienawiści", ale mówienie prawdy przed rokiem 1989 nie było możliwe. Dziś nikt nie zabrania tyle, że prawda o rzezi Polaków na Pokuciu Podolu i Wołyniu ma już wyłącznie znaczenie historyczne. Najstarsi jeszcze pamiętają o dramacie tamtych dni, do młodszych bardziej przemawia to, co się stało na Bałkanach w byłej Jugosławii. A jest wiele podobieństw."
Alfred Siatecki, "Gazeta Lubuska", 16 września 2006

 


PIEKŁO NA ZIEMI

"
Nienawiść" to jut trzeci (po "Duchach dzieciństwa" i "Repatriantach") zbiór opowiadań Stanisława Srokowskiego z cyklu eposów kresowych. Sam autor mówi, że znalazło się w nim to czego zabrakło w poprzednich okaleczonych przez cenzurę. Niewykluczone, że w tym akurat przypadku cenzura działała na korzyść czytelnika. Opowiadania Srokowskiego oparte na jego przeżyciach i zasłyszanych historiach przywołują niewyobrażalne okrucieństwa, których dopuszczali się na Polakach Ukraińcy w czasie II wojny światowej (a Polacy nie pozostawali im dłużni). Autor bardzo realistycznie odmalował świat moralnie zwichrowany i pełen przemocy nie oszczędzając czytelnika. Nie jest to lektura przyjemna. "Nienawiść" to opowieść o prawdziwym piekle na ziemi."
Joanna Ruszczyc, "Newsweek", 1.10.2007


 

MEGO DZIADKA PIŁĄ RŻNELI

"Nienawiść" to książka przepojona okrucieństwem, wstrząsająca... Małe obrazy przeszłości; historie, które wydarzyły się w czasie II wojny światowej, kiedy oddziały Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii przystąpiły do "ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej" na Podolu, Wołyniu i Małopolscy Wschodniej... Dramat około 300 tysięcy Polaków, zamordowanych w okrutny sposób przez ukraińskich nacjonalistów. Recenzenci, którzy po obejrzeniu filmu "Apocalypto" twierdzili, że nie sposób o większe natężenie okrucieństwa - nie czytali krótkich, reporterskich niemal zapisków Srokowskiego. Ale jest też drugi dramat - i on przede wszystkim, jak się zdaje, pchnął Srokowskiego do napisania "Nienawiści" - dramat niepamięci... Srokowski opisuje, co przeżył, co utrwalił pamięcią dziecka, a w tej najłatwiej wypalić stygmaty na całe życie. "A dusza ma wielkie oczy i długą pamięć" - pisze Srokowski w jednym z opowiadań i słowa te powinny być mottem całej książki. Dusza zapamiętała i przechowuje wspomnienie okrucieństw, jakich dopuścili się zaczadzeni nacjonalizmem Ukraińcy. Ideologia zrodziła nienawiść, a jej owocem stało się okrucieństwo. Nienawiść niszcząca miłość, ale przecież niezabijająca jej. W dwu opowiadaniach Srokowski pokazuje mieszane małżeństwa, umierają wspólnie, w mękach, bo miłość między dwojgiem ludzi bywa silniejsza od nienawiści między narodami... Ta książka poraża... Na Zachodniej Ukrainie wspólna pamięć budowana jest na fundamencie kłamstwa. Ukraińska Powstańcza Armia znajduje się w panteonie narodowej sławy, jej weterani cieszą się przywilejami, budowane są pomniki jej przywódców... Z dramatycznych opowiadań Srokowskiego płynie przesłanie, że nie można zapomnieć, dopóki zbrodnia nie zostanie nazwana po imieniu, dopóki zbrodniarze nie przestaną być strojeni w aureoli herosów. Można zszywać ranę, ale dopiero po oczyszczeniu jej wnętrza z ropy."
Marcin Hałaś, "Gazeta polska", 14.03.2007


 

UKRAIŃSKIE WIDMA

"Książka, której nie można przemilczeć.
"Nienawiść" Stanisława Srokowskiego to lektura niełatwa. I to bynajmniej nie z powodu komplikacji formalnych. Przeciwnie zawarte w tym tomie opowiadania mogłyby posłużyć za wzór prostoty i przejrzystości stylu. Gdyby nie ich treść można by powiedzieć, że dobrze się je czyta. Jednak chwilami aż chciałoby się rzucić tą książką w odruchu sprzeciwu. Współczesny czytelnik odwykł od takiej lektury. Wojenna rzeczywistość na dawnych polskich Kresach, jak ją opisuje Srokowski w każdym normalnym odbiorcy musi obudzić przerażenie. Autor nie ucieka od okrucieństwa, choć go też specjalnie nie szuka. Ono po prostu w tych opowieściach jest naturalne, jak jedzenie spanie i codzienna krzątanina wołyńskich czy podolskich wieśniaków. Tą samą siekierą w dzień ukraiński chłop rąbie drewno na opał, a w nocy swych polskich sąsiadów. Mimo wszystko mamy do czynienia z książką, którą powinno się przeczytać. Jej autor próbuje ocalić tę część naszej zbiorowej świadomości, której nie możemy amputować ani w imię pojednania ani tym bardziej doraźnej politycznej poprawności. Srokowski zresztą najdalszy jest od jątrzenia rozpalania na nowo ognia pod kotłem narodowej nienawiści. On jedynie nie pozwala o tej nienawiści zapomnieć, aby pogrzebana byle jak nie odżyła na nowo. Nie można też Srokowskiemu zarzucić oceny rzeczywistości według nacjonalistycznego szablonu. Oprócz nie mieszczących się w głowie ukraińskich okrucieństw mamy tu więc także piękne a nawet heroiczne postaci Ukraińców, jak choćby bohaterka opowiadania "Ołena", która woli śmierć niż wyparcie się swego polskiego męża. Obok polskich ofiar i cierpień znajdziemy też porażający opis bezmyślnej polskiej zemsty w opowiadaniu "Odwet". Autor, który dzieciństwo przeżył na Wołyniu zdawał sobie sprawę z siły rażenia swych kresowych opowieści, bo uznał za konieczne opatrzyć je posłowiem o pojednawczej wymowie. Czytamy w nim: "Są to wydarzenia i sytuacje prawdziwe One na pewno się zdarzyły". Nie mamy powodu by w to nie wierzyć. Jednak boję się, że tak zwane kręgi opiniotwórcze będą udawać, że nie zdarzyło się nic takiego jak "Nienawiść" Stanisława Srokowskiego. Świadczyłaby o tym głucha cisza, jaka przywitała jej ukazanie się przed ponad miesiącem. To może martwić. Jeśli umiarkowani zwolennicy pojednania i politycznej poprawności spróbują tę książkę przemilczeć, może ona posłużyć za argument fanatykom. A tych wciąż nie brakuje ani po polskiej, ani po ukraińskiej stronie."
Marek Lubaś Harny, "Gazeta Krakowska"


 

WOŁYŃ W OGNIU KRWI


"Lata czterdzieste. XX wiek. Polskie Kresy, dzisiejsza Ukraina. Czas wojny, która przemienia ludzi w demony. Nagle świat pęka. Spokojna dotąd ziemię zalewa krew... Odżyły nacjonalistyczne sny o "samostijnej Ukrainie". Bojownicy spod znaku UPA i Tryzuba najpierw rozprawili się z Żydami, by w drugiej kolejności zlikwidować i to fizycznie problem polski na tych ziemiach. Dziś nazywa się ten bezmiar okrucieństwa czystkami etnicznymi. Ukraiński pisarz, Ołeś Honczar tak napisał o tamtych okrutnych czasach: "Nacjonalistyczni dzieciobójcy, mordercy, którzy coraz bardziej brnęli w swoim okrucieństwie, sadyzmie, zatracili ostatecznie ludzką twarz...". A przemoc prawem odwetu, rodziła drugą przemoc. Dziś potrzeba ujawnienia całej prawdy jest większa niż kiedykolwiek. kiedykolwiek imię pojednania, oczyszczenia i przebaczenia. By tak się stało, trzeba znaleźć odwagę, by tej prawdzie spojrzeć w oczy i nauczyć się z nią żyć. To bardzo ważna książka. Historie są prawdziwe i zostały opisane tak jak przebiegały. Przy ich lekturze krzepnie krew w żyłach. By jednak naszą historie uwolnić od balastu, trzeba przez to przejść.
Marek Koprowski, Angora, wrzesień 2006


 

WOJNA: NASI i OBCY

"Swój niezwykły los Stanisław Srokowski prezentuje poprzez obrazy i relacje utrwalone w pamięci kilkuletniego dziecka. Dzieje postaci, które przedstawia w kolejnych powieściach i opowiadaniach mieszczą się w kilkuwiekowym cyklu produkcji ofiar (przepraszam za wyrażenie), bez swojej woli wprowadzanych w tryby historii tworzonej przez bezdusznych prymitywnych lub nadmiernie ambitnych przywódców. Za każdym razem mechanizm ten wypluwa miliony ofiar śmiertelnych i miliony tych, którzy przeżyli, ale koszmarne przejścia nie dają im spokoju do końca życia. Zawsze też każda ze stron wywołanego konfliktu znajduje usprawiedliwienie dla swoich czynów. Tylko że ich ofiary tych tłumaczeń wysłuchać nie mogą, jak też i trudno bezgranicznie skrzywdzonym uwierzyć w człowieka gdy w godzinach grozy widział przed sobą bestie, w które przemieniali się niedawni sąsiedzi i członkowie najbliższej rodziny.

Zbiór szesnastu opowiadań składających się na tom "Nienawiść" jest niejako zsumowaniem i terapeutycznym przypomnieniem tego, o czym autor pisał w wydanych w latach osiemdziesiątych powieściach "Duchy dzieciństwa" i "Repatrianci". Stanisław Srokowski ukończył przed kilkoma miesiącami 70 lat. Urodzony koło Podhajec przeżył wojnę rozpoczętą 1 września 1939r w strachu, który w swojej ekstremalnej postaci towarzyszył wszystkim okolicznym mieszkańcom przez kilka lat. Ten strach, te duchy dzieciństwa, wszystko to przejechało z autorem pociągami na nowy zachód Polski, by znowu być poddanym przeciążeniom spowodowanym poczuciem niepewności - czy tutaj aby na pewno będzie można osiąść na zawsze.

Zbiór opowiadań z pierwszej ojczyzny i przekreślonego dzieciństwa ma wymowny tytuł, narratorem jest zazwyczaj kilkuletni chłopiec wysłuchujący opowieści dorosłych, o tym co wyczyniają sąsiedzi i co się dzieje z innymi, znanymi od lat lub poznanymi przelotnie. W najbliższej okolicy, gdzie grasuje niezrozumiała dla dziecka śmierć, mają miejsce niezwyczajne zdarzenia i powstają niesamowite opowieści. Oto rodzą się podziały na naszych i waszych na swoich i obcych. W opowiadaniach najczęściej mowa jest o Ukraińcach, którzy nagle przemieniają się w bezwzględnych wykonawców jakiejś odległej ideologii, pojawiają się Żydzi, Polacy i Rosjanie, głównie jako ofiary, ale też jako ludzie stawiani w sytuacji tragicznego wyboru, więc także mordujący niejako z przymusu ze splotu okoliczności.

Opowiadania Srokowskiego są przerażające w tym nagromadzeniu zdarzeń, o jakich świadkowie chcieliby zapomnieć, ale to wszystko wraca, będąc - nie tylko w pamięci chłopca narratora - wciąż traumatycznym doświadczeniem.

Czekałem na tę książkę Srokowskiego również ze względów osobistych, ze wspólnoty doświadczeń jak i dlatego, że odległość czasowa od zdarzeń sprzed lat ponad sześćdziesięciu zmusza do dystansu. Dobrze rozumiem wrażliwość wojennego dziecka, pamiętam krzyki, pożary, bezgraniczny strach przed obcymi, ucieczki i konwulsyjne ruchy najbliższych, którzy ginęli z niezrozumiałych do dziś powodów. Może dlatego blisko mi do pacyfistów, którzy wojny nie pamiętają. Także z tego powodu nie usprawiedliwiam żadnej wojny czy innej formy zbrojnej agresji. Telewizyjne obrazy przybliżające widzowi sceny współczesnych masowych rozstrzeliwań czy pojedynczych dekapitacji i bombardowań uznaję za bezsensowne towarzyszenie zbrodniarzom. Trzeba im zabrać kamery, mikrofony i komputery z Internetem i pocztą. Ale kto to zrobi? Przecież nie zrezygnują z tego producenci broni masowej i innej - jak by jej nie nazwać - zagłady. A więc nadal jesteśmy skazani na bezradność, nadal będą rosły pokolenia dzieci wojny. Tak, pod tym względem jesteśmy jako gatunek niepoprawni, z maczugą czy z rakietą w ręku, stajemy się tacy jak nasi poprzednicy.

Stanisław Srokowski napisał swoje opowiadania z widoczną tezą: wojna jest na tyle bezwzględna, że wywraca wszelkie wyobrażenia o dobroci człowieka dominuje w niej nienawiść do wszystkiego, co dla pewnej grupy jest obce. Uczynnych sąsiadów zamienia we wrogów, wyzwala w ludziach zachowania, które nazwane zezwierzęceniem są obraźliwe dla ssaków żyjących w lasach i dżunglach. Można do tego dodać, że trwające wiele tysiącleci cywilizowanie jest nieskuteczne, pozostajemy niepoprawni, kolejne pokolenia szybko uczą się zabijania tych, których aktualnie uznajemy za wrogów."
Bogdan Klukowski, "Nowe książki", styczeń 2007

*** 
Swym tegorocznym werdyktem kapituła Literackiej Nagrody im. Józefa Mackiewicza włączyła się do ogólnopolskiego sporu o wartość prawdy. Zwłaszcza tej trudnej prawdy. Często bardzo bolesnej.
Bardzo to Mackiewiczowskie

Długie rzęsiste oklaski, jakimi rozbrzmiała amfiteatralna sala stołecznego Domu Literatury, po ogłoszeniu tegorocznej decyzji kapituły Literackiej Nagrody im. Józefa Mackiewicza (NiM), jej przewodniczący Marek Nowakowski wytłumaczył prosto i lapidarnie.

– Takie przyjęcie werdyktu, podjętego zresztą przez jury jednomyślnie, może świadczyć, że książka szóstego już laureata nagrody wychodzi naprzeciw ważnym potrzebom społecznym – powiedział Nowakowski. Pisarz wyraził też nadzieję, że pewien rozgłos medialny i wzrost prestiżu, jaki zyskał ten laur literacki w ciągu ostatnich dwóch lat, nie skończy się wraz z rządami Prawa i Sprawiedliwości.


Wśród dziesięciu nominowanych w tym roku książek zdecydowanie przeważały eseistyka i pisarstwo historyczne. Prozę artystyczną reprezentowały tylko trzy tytuły, z których zresztą dwa wyróżniono. Trzecie wyróżnienie – ich liczba wzrosła w tym roku dzięki akcesowi Polskiego Radia – przypadło w udziale również pracy historycznej.
Polski Kościół nie kolaborował

– Niewiele z nagrodzonych czy wyróżnionych przez nas pozycji było tak Mackiewiczowskich z ducha i okoliczności, jak książka tegorocznego laureata NiM – mówił sekretarz kapituły Stanisław Michalkiewicz. Jednym z podstawowych kryteriów przy przyznawaniu tej nagrody jest widoczne dążenie do prawdy, nawet brew niesprzyjającym okolicznościom. A głośna już, wydana przez Społeczny Instytut Wydawniczy Znak praca ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego z całą pewnością ten warunek spełnia. I to – jak ocenił Michalkiewicz – zupełnie niezależnie od intencji autora.

Autor nagrodzonych Mackiewiczowskim laurem „Księży wobec bezpieki”, zaczyna swe opracowanie od prezentacji postaw heroicznych, bo taka jest podstawowa prawda o polskim Kościele w czasach komunizmu, ale nie ucieka też od całej prawdy, z której wynika, że część duchowieństwa, dając się zwerbować komunistycznym służbom, przeszła na stronę wroga. Laureat, nie poprzestając na stwierdzeniu tego faktu, stara się jednak wysłuchać relacji osób, na których ciąży podejrzenie. Niestety, postawa charakterystyczna dla większości z nich zasmuca.

– Nie tylko nie przyznają się i nie okazują żadnej skruchy, ale co gorsza wszyscy zaprzeczają w podobny sposób. Czyżby realizowali jakieś zalecenia na wypadek dekonspiracji? – zastanawiał się Michalkiewicz.
Gdyby Pan Jezus nie zlustrował Judasza

Ksiądz Isakowicz-Zaleski nieraz już słyszał, że prowadząc kwerendy w archiwach IPN i pisząc swą książkę, sprzeniewierza się istocie kapłańskiego powołania. To bardzo poważny zarzut. Pytanie jednak, czy zasadny.

– Ksiądz katolicki, tam gdzie tylko może, powinien naśladować swego Mistrza. Jak by się zachował Pan Jezus w sprawie lustracji? Akuratnie tu nie ma wątpliwości. Świadectwo ewangelistów, w które nie sposób powątpiewać, stawia sprawę jasno: zaraz po ogłoszeniu uczniom faktu zdrady Pan Jezus ujawnił św. Janowi osobę zdrajcy, inaczej mówiąc zlustrował Judasza. A zrobił to, podając mu kawałek chleba umaczanego w misie – argumentował w laudacji Stanisław Michalkiewicz.

– Nie ukrywam, że niesprzyjające okoliczności, które były, są i chyba pozostaną, zmusiły mnie do przewartościowania mego dotychczasowego życia i
poważnych pytań o wartości, dla jakich wybrałem stan kapłański. Przyjmuję nagrodę w imieniu tych wszystkich, którzy przez ostatnie dwa lata udzielali mi moralnego wsparcia – wyznał wzruszony ksiądz-laureat, odbierając medal z napisem „Jedynie prawda jest ciekawa”.

Natomiast finansową premię związaną z Mackiewiczowskim laurem duszpasterz Ormian postanowił w całości przeznaczyć na cele społeczne. Połowę – na utworzenie archiwum Solidarności przy nowohuckiej szkole nr 85, im. ks. Kazimierza Jancarza; pozostałą część – na tablicę upamiętniającą tych polskich obywateli pochodzenia ormiańskiego, którzy więzieni i zsyłani za wierność Rzymowi oraz Rzeczypospolitej zapłacili w Związku Sowieckim ogromną, a nieraz nawet najwyższą cenę. Ks. Isakowicz-Zaleski upomniał się zwłaszcza o pamięć i miejsce w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Orląt Lwowskich dla abp. Józefa Teodorowicza, przedwojennego posła i senatora, Ormianina z pochodzenia, którego grób stoi wciąż pusty.
Kondycja młodego Polaka

Wyróżnienie za debiutancki tom opowiadań „Biały bokser” (Wydawnictwo Agawa, 2006) przypadło w udziale Wojciechowi Chmielewskiemu, który odebrał je z rąk Krzysztofa Zaleskiego, reżysera i dyrektora naczelnego Programu II Polskiego Radia.

– Narratorem tych opowiadań jest młody człowiek po studiach, który pracuje, pędzi życie spokojne, uregulowane, bez ekstremalnych wydarzeń. Obcy mu wszelki hałaśliwy bunt przeciw udrękom i niewygodzie. Nie pije alkoholu, nie używa narkotyków, nie bierze udziału w pędzie do kariery ani do pieniędzy. Za to dość wrażliwy, by umiejętnie zajrzeć pod powierzchnię zjawisk – charakteryzował w laudacji bohatera tej prozy Marek Nowakowski.

Według przewodniczącego kapituły, skromność i rzeczowość opisu, oraz komponowanie obrazu z drobnych szczegółów stanowią o artystycznej wartości książki, która nie atakuje efekciarstwem, nie epatuje drastycznością, skowytem duszy, bluzgiem. Nie rozpycha się, unika mocnych środków wyrazu.

– Z pozornie błahej opowieści dochodzi sygnał czegoś niepokojącego, co skrywa się w szczelinach naszej codzienności. Pojawia się też wymiar metafizyczny, jakaś potrzeba Boga. Pragnę dodać, że drugi, jeszcze ciekawszy tom opowiadań Chmielewskiego, zatytułowany „Brzytwa”, który przeczytałem w maszynopisie, stawia trudne i ważne pytania o kondycję duchową współczesnego, młodego obywatela wolnej Polski. Kapituła miała satysfakcję, odkrywając w wydawniczej obfitości „Białego boksera" – komplementował wyróżnionego prozaika Nowakowski.
Franco zatrzymał rewoltę szatana


– Adam Wielomski jest szalenie pracowitym i rzutkim badaczem myśli, którą można nazwać zachowawczą, konserwatywną, tradycjonalistyczną, reakcyjną, kontrrewolucyjną czy najogólniej prawicową. Nie licząc prac naukowych ani gazetowej drobnicy, dr Wielomski w krótkim czasie opublikował kilka ważnych książek. Mnie ten impet badawczy i sam projekt intelektualny bardzo cieszy, choć rozumiem, że innych może przyprawić o ból głowy – mówił prof. Tomasz Burek, podnosząc zasługi autora wyróżnionej przez kapitułę pracy „Hiszpania Franco. Źródła i istota doktryny politycznej” (Wydawnictwo Arte, 2006).

Jednostronny obraz Hiszpanii czasów wojny domowej 1936-39 i prawie 40-letnich rządów generała Franco, który stanowi wypadkową kłamliwych zabiegów propagandy komunistycznej oraz niewybaczalnej – jak ocenia prof. Burek – „ciemnoty oświeconych” jest przykładem tragicznego, bo kłamliwego stereotypu, zastępującego żywą, a więc skomplikowaną prawdę. Ten stereotyp, zasklepiony w naszej świadomości zbiorowej, po dziś dzień pokutuje w języku, jakim się posługujemy. Natomiast opracowanie Adama Wielomskiego stanowi rodzaj intelektualnej kontrofensywy, gruntownie przygotowanej, udokumentowanej, wspartej na przemyśleniach własnych oraz na rozległej wielojęzycznej literaturze przedmiotu.


– Dzięki studiom Wielomskiego, potrafimy lepiej niż kiedykolwiek zrozumieć motywy historycznej decyzji, jaką w tamtym momencie podjął lojalny wcześniej republikański generał Francisco Franco, przyłączając się do antyrewolucyjnego obozu. Potrafimy sobie wyobrazić, do jakich złóż pamięci sięgał, jaką wizję dziejów miał w tyle głowy w chwili, gdy krucha, niedoskonała konstrukcja republiki, naprawdę podobna wieży Babel, waliła się pod ciosami jej obłąkanych budowniczych: socjalistów, anarchistów, komunistów obrządku stalinowskiego, marksistów obrządku trockistowskiego i anarchosyndykalistów – mówił prof. Burek, przyznając się do swego dawnego zafascynowania fałszywym mitem republikańskiej Hiszpanii. Mitem utrwalonym m. in. przez lekturę głośnych powieści Hemingwaya, Malraux czy Lowry’ego.
Ukraina jako inferno

Pochwałę wydanej w 2006 przez Wydawnictwo Prószyński i Spółka „Nienawiści”, zbioru opowiadań Stanisława Srokowskiego, których akcja toczy się w latach 1941-43 na Wołyniu, wygłosił prof. Maciej Urbanowski.

Opowiadania te stanowią kontynuacją wątków z wcześniejszych powieści Srokowskiego, w których z epickim rozmachem przypominał on dramat wojennych i powojennych losów ludności polskiej Kresów Wschodnich. Jest to w istocie – co podkreślił krakowski historyk literatury – opis martyrologii mieszkańców tamtych ziem. Najpierw martyrologii Żydów mordowanych przez hitlerowców i ukraińskich nacjonalistów, potem Polaków mordowanych przez
swych ukraińskich sąsiadów, wreszcie, bo i o tym przypomina Srokowski, Ukraińców zabijanych przez swych ziomków albo w odwecie przez Polaków.

– Proza Srokowskiego kontynuje świetne tradycje tzw. szkoły ukraińskiej w naszej literaturze, że przypomnę dzieła Malczewskiego, Słowackiego, Małaczewskiego, Iwaszkiewicza czy przede wszystkim Odojewskiego. Podobnie jak przywołani pisarze, Srokowski pokazuje Ukrainę jako inferno, rzeźnię, miejsce morderczego konfliktu skazanych na siebie dwóch i zwalczających się stale narodów – mówił prof. Urbanowski.

Tematem opowiadań Srokowskiego jest zbrodnia: makabryczna, straszna, i przez swój bezsens, i przez sadystyczne okrucieństwo, z jakim jej dokonywano. Szok jest tym większy, że autor każe nam na to patrzeć oczyma 9-letniego chłopca, który rzadziej jest świadkiem zbrodni, częściej natomiast słucha, jak opowiadają sobie o niej przerażeni dorośli. „Nienawiść” jest, według słów samego autora, szlochem dziecka, które przeżyło katastrofę, nie tyle jednostkową czy nawet narodową, ale wręcz metafizyczną, nakazującą pytać o sprawczą rolę szatana w ludzkich dziejach.
My wszyscy z Kresów

– Czy to książka antyukraińska? Na pewno nie. Srokowski nie zapomina przecież
o dramacie Ukraińców, którzy jak choćby w zamykającym tom opowiadaniu „Dziadek Ignacy” ginęli razem ze swymi polskimi braćmi. Autor „Nienawiści” nie zapomina jednak i o tym
, że sprawcy tych okrutnych zbrodni zwykle mówili po ukraińsku – konkludował krakowski uczony.

Potem głos zabrał wyróżniony pisarz.

– Jestem winien te słowa ludziom stamtąd, wśród których żyłem i dorastałem. Byłem wśród nich, gdy ich mordowano. To było ludobójstwo. Takie słowo powinno tutaj paść. Nie zamierzam jednak mówić o technologii zbrodni, o tym napisałem w książce. Ale muszę powiedzieć, że o ile Sowieci, jak twierdził Sołżenicyn, unicestwiali ludzi na kilkadziesiąt sposobów, to mordercy spod znaku Tryzuba wypraktykowali ich kilkaset – powiedział Stanisław Srokowski.


I dodał:

– To była próba zniszczenia cywilizacji łacińskiej, która osiadła na
tych ziemiach ponad sześć wieków temu. My, wszyscy Polacy, duchowo jesteśmy z Kresów. Nie wyrzekajmy się tego dziedzictwa. Dziś, według badań, zaledwie 14 proc. ludzi wie o tragedii, jaka dotknęła ich rodaków mieszkających na Wołyniu. I to wydaje się nie mniej przerażające.

„Tygodnik Solidarność” nr 48, z 30 listopada 2007

**** 
OPINIE INTERNAUTÓW O "NIENAWIŚCI:

 
Autor: Bohun
Książka: "Nienawiść"
Data dodania: 2007-09-21 13:39


"Nienawiść" Stanisława Srokowskiego to nie jest książka o zbrodniach ukraińskich na Polakach i Żydach w czasie II wojny światowej. A przynajmniej nie jest to tylko książka na ten temat. 

To książka opisująca to, do czego zdolny jest człowiek pozostający pod wpływem nienawiści. Czytając tę książkę miałem na myśli nie tylko co najmniej 100 tysięcy Polaków pomordowanych przez ich ukraińskich sąsiadów na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w czasie ostatniej wojny. Myślałem też o innych ludziach, którzy zginęli w podobny sposób: o Żydach na Podlasiu w 1941, o ludach bałkańskich w czasie wojny w latach 1990., o krwawych walkach w Afryce - o wszystkich tych, którzy zostali zamordowani w niezwykle okrutny sposób nie przez władze obcego czy swojego państwa, ale przez sąsiadów, z którymi wczesniej przez długi czas mieszkali, współpracowali, bawili się, chodzili do szkoły...

Książka ma przemyślaną strukturę. Opowiadania zawierają coraz bardziej okrutne opisy. Czytelnik stopniowo oswaja się ze zgrozą. Mimo tego oswajania opowiadania takie, jak "Matka, syn i córka", "Lea", "Ołena", "Nauczycielka i uczniowie" po prostu nie dają się czytać bez robienia przerw. Równie przerażające wrażenie zrobiły na mnie jeszcze tylko "Opowiadania kołymskie" Warłama Szałamowa. I podobnie jak tamta lektura, ta również pytanie - jaka jest prawdziwa natura człowieka? Czytając dziękujemy Bogu nie tylko za to, ze nie jestesmy w roli ofiar opisanych w tych książkach, ale również za to, że nie byliśmy świadkami tych wydarzeń i nie musimy nosic pod powiekami tych budzących zgrozę scen.

Końcowe opowiadania ze zbioru, a także posłowie autora wyjaśniają jego intencje. Nie chce on budzić nienawiści wobec Ukranńców. Wspomina zresztą również o odwetowych zbrodniach polskich. Autor nie obciąża odpowiedzialnością za zbrodnie całego narodu ukraińskiego, podkreślając, że większość Ukraińców była przeciwna czystkom etnicznym w stosunku do Polaków i Żydów, a niektórzy z nich ratowali swych sąsiadów (za co w wielu wypadkach zapłacili własnym życiem).

Autorowi zdają się przyświecać dwa cele: uniwersalna przestroga przed tym, do czego zdolny jest człowiek działający pod wpływem nienawiści oraz danie świadectwa prawdzie i uczczenie pamięci pomordowanych. Bo prawdziwe pojednanie polsko-ukraińskie możliwe jest tylko dzięki znajomości prawdy, a nie - zapomnieniu.
Podziel się

  **** 

 Tytuł recenzji doskonale pasuje do odczuć podczas lektury. Conradowskie "jądro ciemności" pozostaje przed nami ukryte, bo jak można szukać jakiegokolwiek sensu w mordowaniu niemowląt czy rozpruwaniu brzuchów ciężarnych? O dalszym bestialstwie nie wspomnę, bo po paru miesiącach od lektury przechodzą mnie dreszcze. Powiem tak, jest to jedna z książek, do których na pewno nie wrócę nigdy. Jej lektura pozostawia traumę na długi czas.

 ****
  aniakosc 2007-09-29 15:50 napisał(a): 
  
Przerażająca książka. Dziś rano skończyłam. I podobnie jak osoba komentująca przede mną jestem pewna że przeczytanie jeden raz tej książki wystarcza. Autor narysował nam niesamowicie obrazowe sceny tej makabry, momentami czułam się jakbym była obok i patrzyła się na wszytko moimi oczami a nie narratora. Nie da się tej książki przeczytać naraz, jednym tchem. Tą książkę należy położyć w bibliotece i patrząc się na tytuł pamiętać do czego prowadzi to straszne słowo.

  **** 

  aleks1009 2008-03-28 23:10 napisał(a):
 

Jestem w trakcie czytania tej książki i zmagam się z nią.Nie potrafię przejść przez ten ogrom nieszczęść i okrucieństwa.Odkładam i wracam do niej.Doszłam do momentu w którym stwierdziłam, że dalej nie mogę, buntowały się moje wnętrzności, mój umysł. Ból i groza widziAna oczmi ośmioletniego chłopca.Zastanawiałam się dlaczego, po co Srokowski ją napisał? Będąc w połowie książki sięgnęłam do Posłowia i to mi wszystko wyjaśniło.Mimo wszystko polecam.Wiem, że będę szukała innych książek Srokowskiego.
   ****
 
Nienawiść
autor: aleks1009 Autor : Stanisław Srokowski (3 Recenzja)
Wizyty : 125
słów:600
Sięgnęłam po zbiór opowiadań Stanisława Srokowskiego „Nienawiść” zachęcona notą wydawcy, że to o Kresach Wschodnich. Lubię te tematy, choć wiadomo, że zwykle są to historie dramatyczne. Wiedziałam, że opowiadania o latach 1939-45 też takie być muszą. Jednak to, co zawarte jest na stronach tej książki przekroczyło moją granicę wrażliwości. Losy Żydów, Polaków, Ormian i Ukraińców mieszkających na Podolu i Wołyniu do czasu wybuchu wojny mocno się ze sobą splatały. Wspólne obchodzili święta, zawierali mieszane małżeństwa, dzieci mogły się bawić razem. I nagle cała ta sielanka ulega zniszczeniu. Rozpoczyna się czystka, sumiennie realizowana przez Ukraińców w imię wolnej Ukrainy. Tak naprawdę wszyscy znamy te historie. Wiemy jak bandy UPA rozprawiały się z tamtejszymi mieszkańcami, a następnie my Polacy szukaliśmy zemsty. Srokowski tą książką szokuje, porusza tak bardzo, że nie sposób czytać jej bez uczucia niesmaku, szoku i wewnętrznego sprzeciwu. Czytałam wiele na temat ludzkiego okrucieństwa, ale te opowiadania poruszyły mnie najbardziej. Czytając zastanawiałam się, po co, dlaczego Srokowski w ogóle tę książkę napisał. Komu mogą służyć obrazy, w których z dokładnością pokazywane jest jak morduje się ludzi, z dokładnością i szczegółami? I kiedy kończę jedno opowiadanie z myślą, że już nic gorszego człowiek nie jest wstanie wymyślić w „sztuce” zadawania bólu, że to, co przeczytałam to granica zwyrodnienia, rozpoczynam następną opowieść i już wiem, że się myliłam. Zgroza i szok. Szok tym większy, że opowieści te snuje, ośmioletni chłopiec, który tam był, widział i słyszał. Dziś już nawet nie pozostały groby zamordowanych tam ludzi. Na ich prochach porastają trawy na których wypasa się bydło. Odpowiedzią na pytanie, czemu ma służyć ta książka jest posłowie. Autor wyjaśnia, dlaczego musiał ją napisać. Powód pierwszy jest osobisty, potrzeba uwolnienia się z obrazów, uczuć i koszmarów. Drugi powód to chęć przypominania, nie jątrzenia, jak sam zaznacza, lecz przypominania historii Kresów. Z tej książki przebija straszna prawda, że w człowieku wystarczy zaszczepić chore idee by w jej imieniu szedł, niszczył i mordował. I nie ma to znaczenia czy jest to wiek XVIII, II wojna światowa, Kresy czy Bałkany. Dziś już wiem, że sięgnę po następną pozycję Srokowskiego, bo pisze dobrze. Mam jednak nadzieję, że inne jego książki są tylko dobre a nie dobre i szokujące.
****


   

 „SAMOTNOŚĆ”

(powieść)

 

„Jeżeli ktoś będzie w stanie ocenić tę książkę w całości, doczytać do końca ostatni rozdział i nie zasnąć po drodze; jeśli tylko ktoś odważy się o tej książce napisać po przeczytaniu wszystkich jej stron, ja temu komuś serdecznie podziękuję za oświecenie w kwestii tego, co w tej powieści może być godnego uwagi” – pisze Jarosław Czechowicz we wstępie do recenzji „Samotności” Stanisława Srokowskiego. I znalazłam się. I odważyłam na tyle, żeby napisać nie o stu dwudziestu czterech stronicach książki, a o wszystkich trzystu trzydziestu sześciu.

Rzecz pierwsza, chora jaźń ma to do siebie, że jest chora. To dość oczywiste stwierdzenie. Okazuje się ono jednak nie być takim dla wszystkich. A zatem, co należy wytłumaczyć – chora jaźń żyje zazwyczaj w świecie odrealnionym. Oznacza to, że rzeczywistość jest przez nią odbierana: raz, jakby wszystko istniało za szybą albo było obrazem takim, jak ten z telewizora, dwa, jakby to, co realne stało w tym samym rzędzie, co to, co nierealne, ale realistycznie przez chorą jaźń (i dla niej) wytworzone i trzy, często życie dla chorej jaźni jest odczuwane właśnie jako coś na kształt snu. Żeby jednak to zrozumieć, potrzeba trochę wyobraźni i tyleż samo empatii. Nie ma co się dziwić, że główny bohater prozy Srokowskiego skazany jest na samotność, skoro tych dwóch cech u czytających tę książkę brak.

Czy Anastazy, narrator opowieści, jest chory psychicznie? Książka w żadnym miejscu nie daje na to jednoznacznej odpowiedzi, a przyznawanie się Anastazego do schizofrenicznych odczuć nie jest wystarczającym argumentem „za”. Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że bohater jest chory, a wtedy zabiegi językowe, zastosowane przez Srokowskiego, byłyby jak najbardziej na miejscu. Aby odpowiednio wprowadzić czytelnika w krainę gęstą od myśli nie zawsze do końca logicznych, ale będących za to próbą zapisu nagromadzonych w dużej ilości wrażeń, konieczne było takie, a nie inne ukształtowanie języka wypowiedzi. Stąd budowanie zdań wielokrotnie złożonych, składających się tylko z metafor, stąd wyszukane, nieco zbyt specjalistyczne lub patetyczne w stosunku do przedstawianych wydarzeń, słownictwo, stąd także pewna bariera, za którą ustawiony jest celowo czytelnik. Owszem, wszystkie te zabiegi razem wzięte mogą na początku męczyć. „Samotność” nie jest zwykłym czytadłem, dlatego wypada się przy nim skupić i zastanowić nad tym, w jakie zdania układają się literki na kartkach papieru. Kiedy już czytelnik włoży wystarczająco wysiłku w to, żeby zrozumieć, co czyta, bez wątpienia szybko wdroży się i wciągnie w dość zagmatwaną treść opowieści. Swoją drogą, nie wiem doprawdy, co nieczytelnego jest w metaforze zapadania zmroku („Ogromny, pomarańczowosiny pająk nieba powoli zsuwał się na długich, cieniutkich nóżkach po zeschłych konarach przestrzeni i oplatał niewidzialnymi nićmi znużony i pełen złowieszczych snów świat”), aby dopiero po kilkukrotnym przestudiowaniu jej, zrozumieć o co chodzi.

Chorą, jeśli już operować kategoriami z dziedziny medycyny, można też nazwać całą kamienicę stojącą przy ul. Błogiej, w niej to bowiem mają miejsce surrealistyczne sceny. Następuje odrealnienie całego świata przedstawionego, a nazwa ulicy ironicznie kontrastuje ze wszechobecną śmiercią i mało przyjemnymi dla sąsiadów Anastazego zjawiskami nadprzyrodzonymi, takimi jak zarastanie włosami, całkowite wydestylowanie się osoby czy też uduszenie przez żyjące własnym życiem zmarszczki. Czuć podskórnie, że coś jest nie tak, niby nawet wiadomo, co. Trudno jednak odpowiedzieć na pytanie, do jakiego stopnia racjonalizm czytającego „zadziała” i rozdzieli to, co możliwe do wydarzenia od niemożliwego. Kiedy ma się do czynienia z lękiem, niby łatwa do wyznaczenia granica zaciera się. A lęk w tej książce to podstawa. Cała „Samotność” opiera się na obsesyjnej obawie przed śmiercią, ubraną w różne dziwaczne maski, która powraca raz w obrazach absurdalnych, innym razem zaś w scenach naturalistycznych.

Autor „Samotności” nawiązuje w książce wyraźnie, ostentacyjnie wręcz, zarówno do poetyki, jak i tematyki dzieł Brunona Schulza. Najbardziej widoczny jest związek ze „Sklepami cynamonowymi”. Między nimi a „Samotnością” doszukać się można kilku zasadniczych podobieństw, fundamentów jednej i drugiej książki. Przede wszystkim poruszane są w obu kwestie ontologiczne. U Schulza mamy „Traktat o manekinach”, wygłaszany przez Ojca. Całość dzieła pokazuje, jak rodzi się życie. To eksplozja istnienia – pojawia się ono za sprawą gwałtownych wybuchów, wystrzeliwuje w przestrzeń, wypełniając ją, wylewając się na wierzch. U Srokowskiego również można znaleźć traktat, nazwany w książce wykładem, profesora Winkarta o zmarszczkach. Według profesora, materia ma to do siebie, że się kurczy aż do całkowitego jej zniknięcia. Opozycja znacząca, ale czy tylko opozycja? Po coś Srokowski nawiązał do Schulza, po coś powiedział o kresie istnienia, nie wspominając o jego początku. Czyżby miało to być uzupełnieniem historii o energicznym zaistnieniu poprzez dodanie jej zakończenia w postaci powolnego skurczenia materii aż do niebytu? Nie należy zapominać również o tym, że materia u Schulza, mimo swego ekspresywnego żywota, jest niedoskonała. Podobnie i u Srokowskiego – śmierć (przez skurczenie) żywym dowodem na to, że byt doskonałym nie jest!

Co ponadto? Zamiast narzekać na „skomplikowane zabiegi animizacji” w „Samotności”, warto byłoby się im bliżej przyjrzeć. Kiedy czyta się o matce głównego bohatera, a potem o jego żonie, znów pierwszym skojarzeniem z ich zdolnościami do przemiany w zwierzęta są „Sklepy cynamonowe”. W końcu Ojciec, na którego wypowiedź stylizowany jest wykład profesora Winkarta, również zamienił się w zwierzę, w karakona. Co więcej, jest on w swoich wizjach samotny, zamyka się w dostępnej tylko jemu rzeczywistości, popada w chorobę. Gdyby znów doszukiwać się analogii pomiędzy obiema książkami, obłąkanie stałoby się domeną nie tylko Ojca, ale i Anastazego. To już skłaniałoby mnie do zaryzykowania i postawienia tezy o niezupełnie zdrowej jaźni głównego bohatera książki Srokowskiego.

Wróciłam więc do punktu wyjścia. Jak się okazuje, „Samotność” można odczytywać jako studium psychologiczne człowieka, z całym bałaganem jego myśli i przeżyć oraz mieszaniem się świata materialnego z duchowym. Czy tylko współczesnego człowieka, nad tym trzeba by się zastanowić. Tak wyraźne sygnały, że świat głównego bohatera i wszystkich mieszkańców kamienicy trzęsie się w posadach, dając iście groteskowe owoce, każą przeczytać książkę w konkretny sposób. Nie obiektywny, oceniający walory literackie poszczególnych zdań, ale nastawiony na zrozumienie - na wejście w psychikę kryjącą się pod powłoką trudnego w odbiorze języka.


Anna Szczepanek,

Granice.pl

     
***
SPOTKANIE W DYSKUSYJNYM KLUBIE KSIĄŻKI
( Biblioteka Publiczna w Rynie) 


XVII spotkanie DKK odbyło się 30 stycznia 2009 r. Na spotkaniu omawiano książkę "Samotność" Stanisława Srokowskiego.
 
Na początku Klubowicze zapoznali się z biografią autora, a następnie mieli możliwość wypowiedzenia się na temat:
  • czy zgadzacie się państwo z recenzją umieszczoną na okładce książki Srokowskiego, że powieść ta, "to wnikliwe studium samotności, obsesji i lęków współczesnego człowieka"?
  • czy książka ta jest na czasie? Czy autor zawarł w niej jakiś drogowskaz dla samotnych?
  • czy po lekturze tej lepiej zrozumiemy siebie, czy w naszemu życiu nie towarzyszy lęk i smutek?
Klubowicze uznali, że książka jest trudna w odbiorze, aby zrozumieć należałoby przeczytać ją kilka razy. W czasie dyskusji zwrócono uwagę, że głównymi czynnikami samotności są: choroba, śmierć i zdrada, zauważono również, iż tytuł w pełni oddaje atmosferę powieści. Mimo, że powieść jest pesymistyczna, Klubowicze odnaleźli w niej wiele „złotych myśli” godnych zapamiętania i polecenia innym:

"… ból człowieka przekształca, wzbogaca. I że on mi musi uwierzyć, mimo że mam tylko kilkanaście lat, bo już swoje wiem. Już coś przeżyłem. Już wiem, co to nieprzespane noce i ból głowy. I wiem, jak piasek osadza się pod powiekami. I wiem, jak się zęby zaciska."
 
 
"Samotność" Stanisław Srokowski
Poleca: Wanda Prokopowicz

"… życie często nam ofiarowuje krótszy lub dłuższy czas na to, byśmy wyrównali swoje rachunki, spłacili należne długi, byśmy oczyścili swoje sumienia i wypełnione kłamstwem, obłudą i zaniedbaniem dusze."
 
 
"Samotność" Stanisław Srokowski
Poleca: Wanda Prokopowicz

"Rzeka nie cofa biegu, a orzeł nie leci do tyłu."
 
 
"Samotność" Stanisław Srokowski
Poleca: Wanda Prokopowicz

"Kochany przyjacielu, szanujmy nasze ślady. Bo tylko one świadczą, że przeszło jakieś życie."
 
 
"Samotność" Stanisław Srokowski
Poleca: Wanda Prokopowicz

"Śmierć to wieczność, skarabeuszku. I nie ma się czego bać. Czy pijesz wódkę, czy wisisz na ścianie, wszystko jedno."
 
 
"Samotność" Stanisław Srokowski
Poleca: Wanda Prokopowicz

"Życie to nieustająca wędrówka."
 
 
"Samotność" Stanisław Srokowski
Poleca: Wanda Prokopowicz
"Życie bez przeszłości to jak łódź bez sternika … Rzucane z boku na bok w końcu tonie. Nie da się żyć bez przeszłości …"
 
 
"Samotność" Stanisław Srokowski
Poleca: Wanda Prokopowicz

"Bez pamięci życie traci sens. Pamięć spaja. Wzmacnia nas."
 
 
"Samotność" Stanisław Srokowski
Poleca: Wanda Prokopowicz

"Pamięć to bardzo ważna rzecz …, pokazuje nam strony świata … doradza jak mamy iść, żeby nie zabłądzić… Bez pamięci kroku nie zrobisz. Jeszcze gorzej niż bez oczu. Pamięć pokazuje nam ślady, którymi mamy iść by trafić do celu. Pamięć pozostawia znaki za każdym zakrętem. Zapisuje się w rzeczach, pojęciach, kształtach. Bo pamięć jak blizna coś znaczy. Coś odsłania …, każdy z nas składa się tylko z pamięci. Z niczego innego. Bo wszystko inne wynika z pamięci."
"Samotność" Stanisław Srokowski
Poleca: Maria Tuczyńska

 **** 
"W powieści "Samotność' zachwyciło mnie kunsztowne ujęcie ciemnej strony naszej ludzkiej egzystencji, przedstawionej ze swoistym mistycyzmem. Szczególny obraz starości,   w dodatku skazanej na przetrwanie w samotności. Tylko własne doznania pozwalają ją pojąć. Po tej  lekturze łatwiej dostrzec zasępione życie w niedołęstwie i chorobie oraz uważniej je zrozumieć..."
Ludka( czytelniczka)  

     

"UKRAIŃSKI KOCHANEK"

 

(powieść kresowa)


 "Piękny i wstrząsający epos..."

 Krzysztof Masłoń, "Rzeczpospolita",


 ***

"Polecam wszystkim doskonałą powieść Stanisława Srokowskiego, jednego z laureatów Nagrody Literackiej  im. Józefa Mackiewicza(...)  świetnie oddaje klimat Kresów Południowo-Wschodnich"(...)

ks. T. Isakowicz- Zaleski, Blog,www.isakowicz.pl 


 ***

 "Nie powinno jej zabraknąć w żadnej bibliotece publicznej. Nie pozwólmy znowu doprowadzić do sytuacji, w której wychowały się trzy pokolenia bez pamięci." 

Czesław Starosta, Gość Niedzielny   


 ***

"Srokowski napisał świetną książkę: dobrze skonstruowaną, dramatyczną, wciągającą (...) -

Marcin Hałaś, Gazeta Polska


 

*** 

"Piękna w  swym tragizmie opowieść o końcu świata Kresów. Narracja fabularna misternie splata się z wstrząsającym opisem rzeczywistości historycznej" ,

Magdalena Ślusarska, historyk kultury, UKSW, "Rzeczpospolita" 

***
 "Tom chwalę, bo wysoko cenię."

Włodzimierz Odojewski     

***     

Autor: Iwona K-k

Książka: Ukraiński kochanek

 2008-08-30 16:17

Milczenie

Przemilczanie - znane i nam, teraz…
Nie drażnić sąsiada, zapomnieć, milczeć.
Polityka ważniejsza.
Cicha zgoda na stawianie pomników mordercom Polaków, nazywanie ulic, wypaczanie historii.
„Ukraiński kochanek” Stanisława Srokowskiego to kolejna bardzo ciekawa książka tego autora.
Polecam wszystkim, młodym i starym. Kresowiakom i tym, którzy o tragedii Kresów nic nie wiedzą.
Wspaniała wycieczka po pięknym przedwojennym Lwowie, wędrówka po naszych dawnych Kresach, sporo historii, tej prawdziwej, niepodawanej w podręcznikach szkolnych.
Historii, o której milczano i milczy się nadal.
Wielka miłość.
Oni są tacy szczęśliwi!
Ona jest taka szczęśliwa!
Ludzie mówią straszne rzeczy, ale to nie może być prawda.
Anna nie wierzy, Mitia nie wierzy.
Żaden człowiek nie może być aż tak zły.
Jak trudno uwierzyć w człowieka "bestię"!
To nie może być prawdą.
Bohaterowie milczą.
Anna nie powtarza tego, co usłyszała od kuzyna, Mitia milczy o rozmowie z wójtem, pobycie w obozie szkoleniowym UPA.
Nie ranić słowem, nie denerwować, nie siać niepokoju.
Mitia nie wykonuje otrzymanego zadania, bo nie uwierzył, ze można takie polecenie wydać, a co dopiero wykonać.
Wyjechać? Uciekać?
Zostawić ziemie, Żydów, których ukrywają?
Milczą. Milczeniem chcą ochronić spokój tych, których kochają.

Ocierając łzy gorąco zachęcam do przeczytania książki.
Przeczytajcie. Przemyślcie.

Milczą nasze władze, milczy Sejm, sejmiki wojewódzkie.
Nam milczeć nie wolno!
Panie Stanisławie, DZIĘKUJĘ
 
(BiblioNETka.pl)

 .........................

"Ukraiński kochanek"

Autor: karlikstanislaw

18.08.2008

W latach 60. XX wieku, na dużej stacji kolejowej w miasteczku R., rozgrywała się następująca scena. Ubrany w zieloną, wojskową marynarkę, z rogatywką na głowie, pan A. stawał na baczność na środku poczekalni, salutował i głośno krzyczał:"Kochana Polska!". W miasteczku wszyscy go znali i wiedzieli, że pochodził z Kołomyi.

Książka Stanisława Srokowskiego koresponduje z tą sceną. Rogatą duszę miał główny bohater Mitia, ale podobną miała także jego żona Kasia. Narody polskich Kresów przez ponad 600 lat mieszkały razem i wspólnie tworzyły wspaniałą kulturę sensu largo. Fabuła książki nawiązuje do faktów historycznych, autor przypomina Polakom znane i wielkie kresowe nazwiska. Fakty są niepodważalne, ale "motor dziejów" niejasny i zagadkowy. Dlaczego na progu XX wieku doszło w relacjach międzyludzkich do tak dramatycznych wydarzeń? Dlaczego wymyślono tak nieludzkie ideologie, których miłość nie mogła pokonać? Mitia nie rozumiał tego, i długo opierał się złu. Miał na swoim koncie szlachetne i bohaterskie czyny, ale z totalnym złem nie mógł sobie poradzić i wraz z synem, którego kochał ponad życie, poniósł niezawinioną karę.

Opisując losy rodziny z Pokucia, autor informuje czytelnika o polskiej tolerancji, a zarazem rozprawia się z negatywnym stereotypem Ukraińca. Ludność polskich Kresów zachowała bagaż dramatycznej pamięci. W PRL rzucono na tamte wydarzenia "zasłonę niepamięci", ale prawda pozostała w kresowych domach, a książka Stanisława Srokowskiego jest tego najlepszym dowodem. Wydaje się, że autor jest jednym z nielicznych, którzy w formie beletrystycznej przełamują zmowę milczenia o okrutnych zbrodniach nacjonalistów ukraińskich. Za Józefem Mackiewiczem należy zaakceptować tezę, że tylko prawda jest ciekawa i tylko ona może wyzwolić od zakłamania i pchnąć narody do pozytywnego i demokratycznego rozwoju.

Książka napisana jest łatwym i zrozumiałym językiem, a słowa ukraińskie w tekście są dla Polaków zrozumiałe. Powinna być przetłumaczona na inne języki i czytana przez czytelników z innych krajów.
(BiblioNETka.pl)

...............................
grudzień 2009  

Emil Biela - Bolesna wierność kresom
  Drukuj
Recenzja „Ukraińskiego kochanka" STANISŁAWA SROKOWSKIEGO – autora słynnego opowiadania "Nienawiść" doskonale mieści się w jednym zdaniu: TO WSTRZĄSAJĄCA KSIĄŻKA. Akcja tej powieści-epopei (500 stron!) rozgrywa się w jednej z wiosek na Pokuciu, ale niekiedy przenosi się do Lwowa, Drohybycza (wtedy sporo jest o Brunonie Schulzu), Kołomyi, Stanisławowa, Truskawca. Pokucie to kraina w południowo-wschodnich Kresów (woj. stanisławowskie), zajmująca klin między Czarnohorą, Bukowiną i Dniestrem. Dolina Prutu i Czeremoszu stanowiła przed wojną jedną z najpiękniejszych okolic górskich w Polsce. Za stolicę Pokucia uważana była wspomniana przed chwilą Kołomyja. Tereny te w symbiozie zamieszkiwali Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Niemcy, Karaimowie, Łemkowie, Huculi, Ormianie, Grecy, Czesi, Rumuni, Słowacy, Bułgarzy... Nigdzie w Europie nie było takiego tygla narodowego.
A jednak tę kilkusetletnią symbiozę toczyła podskórnie od lat historyczna trucizna, która ujawniła się w całej tragedii podczas II wojny światowej. Ukraińcy nie chcieli obecności na tych ziemiach Polaków. Sekundowali w tych krwawych zmaganiach Sowieci, optując za Ukraińcami, którzy swoim ofiarom przyczepiali na piersiach kartki z napisem: „ Wtikajty Lachy z Ukrainy. To nasza zemla!". Nielegalnie działały już w Polsce sanacyjnej tajne ukraińskie organizacje, które podczas hitlerowskiej okupacji rozwinęły skrzydła i powołały do życia UPA czy Ukraińską Powstańczą Armię. Dowodził nią Roman Szuchewycz, zwany popularnie Tarasem Czuprynką. Główne role grali: Onyszkiewicz, Sidar, Staruch, a na Pokuciu Stefan Bandera. Ten ostatni zamordował ministra Pierackiego i został skazany na karę śmierci, ale z litości zamieniono mu ją na dożywocie. Potem uciekł z więzienia i stanął na czele odrodzonych ukraińskich sił faszystowskich.
Ciężka i tragiczna to historia, o której ze znawstwem i z autopsji przedstawia w swej książce Stanisław Srokowski. Czyta się to dzieło z pietyzmem dla wielkości i chwały Kresów, którą buduje konsekwentnie od wielu lat autor "Ukraińskiego kochanka". Z drżeniem serca poznajemy dzieje miłości Kasi (Polki, córki młynarza) i Miti (Ukraińca). Z przerażeniem czytamy opis śmierci ich synka, Borysa. Na oczach ojca upowcy w perfidny i okrutny sposób zamordowali dziecko. Zrobili to dlatego, że Mitia nie chciał zabić swej żony, a taki otrzymał rozkaz od okrutnych banderowców. Realizowali oni Dekalog Ukraińskich Nacjonalistów opracowany na podstawie świętej księgi Doncowa pt. „Nacjonalizm".
Czy tak musiało być? nie. Więzi ukraińskiej i polskiej duszy, które mogły być powszechne, najlepiej widać w chwilach, gdy polski ksiądz Robert opiekuje się miłosiernie umierającym podczas zarazy popem Kiryło. Miłość nie jedną ma twarz, nie tylko erotyczną. (Żywiołowe sceny erotyczne, to jeden z walorów epopei.) Jakże mądrze pisze o tym wszechludzkim uczuciu Srokowski: „Miłość trwa latami, ukryta, nieraz uśpiona, a potem znowu się budzi, ożywa i na nowo rozkwita, nawet po dziesięcioleciach". I przypomina, że Polacy z Ukraińcami ponad sześćset lat byli razem! Pod koniec powieści z filozoficzną mądrością Srokowski pisze, że miłość zawsze jest udręką, cierpieniem i bólem. Bez udręki miłość traci swój sens i moc, staje się banalna i pospolita. W miłości wylęgają się demony, ale śpiewają też chóry anielskie. Nieraz włada nami ciemna siła i wtedy wydaje się nam, że straciliśmy świat. Lecz kiedy indziej dostajemy skrzydeł i miłość unosi ku wielkim myślom, czynom i zadaniom. Tak było z miłością Kasi i Miti.
Zła, o którym wiele w utworze Srokowskiego, nie można wytępić złem. W człowieku drzemią przecież potężne i nieogarnione pokłady dobra i wielkich, pozytywnych mocy, o których człowiek nie zawsze wie. To naczelne przesłanie "Ukraińskiego kochanka". Gehenna Wołynia nie może barw życia codziennego, obecnego, przemalowywać nieustannie na czarno.
Bolesna wierność Kresom, którą w swej bogatej twórczości reprezentuje Stanisław Srokowski, pozwala mieć nadzieję, że będzie II tom "Ukraińskiego kochanka", bo chcielibyśmy się jeszcze spotkać z bohaterami tej wstrząsającej książki, gdyż ich losy wcale nie skończyły się. Polsko-ukraińska epopeja narodowa trwa. Srokowski to pisarz mający autentyczną odwagę. Dał tego wielokrotnie pisarskie dowody w przeszłości (powieści "Duchy dzieciństwa", "Repatrianci", "Lęk"), więc z pewnością nie cofnie się przed twórczą kontynuacją tragicznego tematu.
(Akant, grudzień 2009)

Stanisław Srokowski: Ukraiński kochanek, Wydawnictwo "ARCANA", Kraków 2008, ss. 500.
.......................
grudzień 2009
Krzysztof Graboń 
Zaskrzepić miłość
Stanisław Srokowski „Ukraiński kochanek” wyd. Acana,  Kraków 2008

Stanisław Srokowski w swojej prozie zaprezentował czytelnikom piękno Lwowa oraz okolic  z lat 30. XX wieku. Uświadamia, jak potężna może być miłość człowieka w okresie wymierania podstawowych wartości. Nasuwają się jednocześnie pytania, czy człowiek potrafiłby pomóc w każdej sytuacji drugiemu człowiekowi i co jest przyczyną wszelkiego zła; że rywalizujemy ze sobą jak zwierzęta w dżungli. Uczy prawdziwego oddania się w miłości, płynącej z serca, na którą stać każdego z nas.
Każdy od dziecka chciałby wiedzieć, co spotka go w przyszłości. Wróżby są proste albo skrywają w sobie jakąś tajemnicę. Człowiek wyraża pragnienie podzielenia się z tymi wróżbami ze swoimi bliskimi i przyjaciółmi. Mogą być dobre lub złe.  Dar przewidywania przyszłości powinien mieć każdy człowiek, aby nie doprowadzić do tragedii. Są ludzie, którzy w jakiś sposób przewidują tragedię.  
Człowiek nieustannie powinien poszukiwać i okazywać miłość. Może wydawać się, że książka jest romansem historycznym, ale tak naprawdę nim nie jest.  Ukazuje tragedię i krzywdę do której dojść nie powinno, a doszło. 
To pełna rodzinnego ciepła powieść, przesycona obawą o drugiego człowieka.  
„Ukraiński kochanek” Stanisława Srokowskiego jest książką, która łamie wszelkie stereotypy historyczne. To pojedynczy człowiek pragnie zawładnąć drugim człowiekiem, skłonić go do zła, ale miłość jest tak wielka, że pokonała  zło, niosące za sobą tragizm. Tego wszystkiego nie da się zamknąć w jednym zdaniu.  To próba zaszczepienia w nasze serca potrzeby wielkiej miłości do życia, a przede wszystkim do drugiego człowieka, którą już we wczesnym okresie życia ludzkiego próbują zaszczepić nasi rodzice i pozostaje pytanie – co my z tym robimy jako ludzie dorośli? – odpowiedź jest tylko jedna, jednoznaczna -   niszczymy, nawet to co budowali nasi rodzice. 
 
Krajeński Kwartalnik Kulturalny OBOK                
literackie pismo internetowe non-profit     
wydawca: Krajeńskie Stowarzyszenie Kulturalne
nr 14,  jesień 2009       

   **** 
Ta sama recenzja ukazała się też w lipcu 2010 r. na stronie "Wolność bez granic". 

 


 

 

 

towarzyszy mu do ostatniej linijki tekstu. Srokowski nie szczędzi naturalistycznych opisów wyszukanych sposobów mordowania przez siepaczy z UPA bezbronnej ludności polskiej, epatuje makabrycznymi obrazami bestialstwa i zezwierzęcenia ze szczegółami, jakby chciał tą metodą dotrzeć do najgłębszych pokładów wrażliwości i tam odcisnąć je na zawsze. Wiele miejsca poświęca autor okrutnemu losowi Żydów i Ormian. Oddaje sprawiedliwość tym z Ukraińców, którzy w obliczu zagłady Polaków mieli odwagę stanąć po ich stronie.

Powrót do strony głównej