JAK ZNISZCZYĆ TWÓRCĘ?
(ŻYCIE WŚRÓD PISARZY, AGENTÓW I INTRYG)
( fragment przygotowywanej do druku książki )
Stanisław Srokowski
Spośród kilku tysięcy czytelników, którzy zapoznali się z pierwszym fragmentem przygotowywanej do druku książki, a tutaj prezentowanej, otrzymałem siedemdziesiąt dziewięć listów, e-maili i telefonów z prośbą, bym uzupełnił tekst o nowe fragmenty. Spełniam więc prośbę i przedstawiam w końcowej części relacji takie obrazy, które dają pojęcie o sile i wpływach służb specjalnych PRL, agentów i ich pomocników, w kształtowaniu życia kulturalnego kraju oraz pokazują, jak daleko sięgały ich ręce, także za granicą.
Bezpiece oraz jej agentom skrzętnie pomagali nieraz ludzie z mojego otoczenia, ze środowiska literackiego, znam niektóre nazwiska, nie wszyscy formalnie byli agentami, ale zło, jakie czynili, było nieraz znacznie większe niż to, które czynili sami agenci. A dzisiaj pragną, by lustrację odłożyć na koniec świata. Z poprzednego tekstu usuwam niektóre zapiski oraz dokumenty i dołączam nowe, wielce pouczające.
****
Przez lata pisałem dzienniki.
Dzisiaj służą mi one do rekonstruowania niegdysiejszych sytuacji, wydarzeń i faktów. Pozwalają lepiej zrozumieć czasy PRL w świetle dokumentów IPN. Bezpieka, jak wiadomo, inwigilowała środowiska twórcze, pisarzy, plastyków, muzyków i aktorów. Ja także byłem na muszce bezpieki.
Najpierw chciała mnie zwerbować, jako agenta, a gdy się jej to nie udało, wykańczała mnie zawodowo.
Po raz pierwszy, po wydarzeniach marcowych 1968 r., kiedy zmuszony zostałem do opuszczenia szkoły w Legnicy. Po raz drugi w 1974 r., kiedy na skutek nacisków tajnego współpracownika, "Kasandra", a także innych, zdjęto mnie ze stanowiska kierownika działu kultury w tygodniku „Wiadomości”, co potwierdzają dokumenty. I po raz trzeci, gdy w stanie wojennym wyrzucono mnie z pracy i wygnano z Wrocławia.
Zahaczyłem się wówczas w Zagłębiu Miedziowym i przez 6 lat dojeżdżałem do Lubina. Bo nigdzie indziej roboty nie mogłem znaleźć.
Pewnie by nie powstała ta książka, gdyby nie przypadek.
Gdy już w Polsce komunistycznej system się sypał, pewnego wieczora, wracając z autobusu, wpadłem do Klubu Dziennikarza we Wrocławiu, by nieco odpocząć. I wtedy podszedł do mnie lekko ululany facet, o którym wszyscy tutaj wiedzieli, że nazywa się „pan Stefan” i jest z SB, czego nie ukrywał.
Nie znałem go osobiście, ale wiedziałem, kim jest i jak wygląda.
Podszedł do mnie i powiedział, że przez lata bezpieka zastawiała na mnie sieć agenturalną, ale ponieważ nigdy w nią nie wpadłem, zaczęła rozpuszczać po mieście plotki, że jestem kapusiem.
Spytałem go, dlaczego to robiła. Przecież to absurd. Odparł, że chciała mnie skompromitować w środowisku literackim, ponieważ byłem popularny i mogłem negatywnie wpływać na innych. A tego się bała. Dlatego izolowała mnie od reszty, a więc także od moich czytelników.
Osłupiałem.
Nigdy nie przypuszczałem, że za moimi plecami toczy się taka gra. I że intryga i plotka stają się narzędziem walki politycznej.
Nigdy też nie przyszło mi do głowy, że wtedy puszczona plotka przetrwa lata.
Słudzy, posłańcy bezpieki i agenci wpływu dotarli już w wolnej Polsce nie tylko do moich znajomych i przyjaciół, by ich do mnie zrazić, co samo w sobie jest obrzydliwe, ale dotarli do moich wydawców, porządnych ludzi i nalegali, by nie wydawali moich książek.
W innych rozdziałach zajmę się tym problemem bardziej szczegółowo.
Podam nazwiska, fakty, okoliczności i miejsca, w których agenci wpływu tak aktywnie penetrują życie publiczne i niszczą je.
Ta książka ukaże zachowania i postawy godne najwyższego szacunku, ale też zachowania i charaktery podłe i godne pogardy.
Zobaczą Państwo całe skomplikowane laboratorium intryg, potwarzy i niegodziwości.
Im bardziej zanurzam się w dokumentach IPN, tym bardziej jestem przekonany, że raz na zawsze należy dokonać lustracji. Trzeba wreszcie przeciąć ten wrzód, by wiadomo było, kto jest kim.
Lustracja jest niezbędna, konieczna.
Tylko ona może oczyścić nasze zbiorowe życie z hańby i nikczemności.
A wracając do rozmowy z "panem Stefanem", to dzięki niej otworzyły mi się oczy na wiele spraw i rzeczy, których wcześniej nie rozumiałem.
Po tej rozmowie nagle zaczęły one do mnie docierać i nabierać nowego znaczenia.
Teraz już wiem dużo więcej.
(Pisałem o tym też w „Arcanach”, nr.1/2009. Gorąco zachęcam do czytania tego ciekawego i intelektualnie twórczego pisma).
W 1979 r. byłem wiceprezesem Zarządu Oddziału Związku Literatów Polskich we Wrocławiu.
Henryk Worcell był prezesem.
Dziś wiem, że był także agentem bezpieki. I to bardzo płodnym.
Wtedy, rzecz jasna, tego nie wiedziałem. Uważałem go za swego przyjaciela.
Oprócz niego kręciło się wokół mnie wielu innych agentów.
A oto pierwsze „Zapiski” i dokumenty IPN z tamtych lat:

Odbywa się tam biczowanie Srokowskiego. I pokazywanie jego wrednej, wręcz obrzydliwej natury. Srokowski w tym donosie, w oczach Worcella, to istny potwór, niszczy prezesa ZLP we Wrocławiu i poza Wrocławiem, załatwia sobie przychylne recenzje u krytyków, rządzi żelazną ręką w Ossolineum, dyktuje warunki drukarniom, zmienia decyzje „Trybuny Ludu”, a nawet steruje Komitetem Wojewódzkim PZPR. Słowem, terroryzuje Wrocław. Nawe drży przed nim wielce wpływowa redakcja „Odry”, do której Srokowski chce wtargnąć siłą. Jak na pisarza bezpartyjnego, Srokowski wyrasta na tyrana. Niezłe z niego ziółko. I co najgorsze, wiąże się z Żydami. Dlaczego Worcell rysuje taki portret Srokowskiego? I czy to on rysuje?
„Dobra passa wydawnicza Srokowskiego trwa. Oto Ossolineum wyda w tym roku dwie pozycje; tomik wierszy i utwory dramatyczne „Drzwi”. Jak wyczytałem w „Zapowiedziach Wydawniczych”(1979, nr 6) „Drzwi” zawierać będą aż 22 arkusze wydawnicze… i ukażą się w nakładzie 10 tyś. egz.… Kto go popiera, kto go popiera? – pyta mnie wiele osób. Niestety, nie wiem słyszałem, że Samuel Beckett, ale czy to można wierzyć plotkom.”
Krotochwilny złośliwiec. Ale czuje atmosferę rozplotkowanego miasta i groteskowo ją ilustruje. A ja w tym czasie notuję:
18.01.79
Z tej notatki wynika, że docierają do mnie echa zakulisowej gry, ale ja jej wtedy nie rozumiem. Dziś, w świetle dokumentów, ta gra nabiera wyrazistości i siły.
4.02.79
Dodajmy, że Aleksander Soszyński był wtedy kierownikiem redakcji literatury współczesnej w Ossolineum. Po latach okazało się, że był także TW „Zenon” i konsultantem SB.
współczesne kłamstwo jest matematyczne
„Coraz częściej dochodzą mnie informacje – od bezpośrednio zaangażowanych - o waśniach w zarządzie ZLP.”
Tutaj następuje krótki opis, kto kogo zgłasza do nagród i co z tego wynika. Srokowskiemu przypisuje blokowanie kandydatury Józefa Kellery, zamiast którego Srokowski miał wytypować Jana Kurowickiego. Ale agent musi to potwierdzić i rozmawia z Butryńczukiem.
„Tymczasem od Butryńczuka dowiaduję się – powiada - że rzecz miała się rzekomo trochę inaczej. Kurowickiego podobno typował H. Worcell, żeby nie mogła paść kandydatura Srokowskiego…
I to był fakt. „Zabłocki” jest tu dokładny. Pisze, że nie widzi możliwości
…„aby Srokowski mógł być brany pod uwagę w tym względzie.”…
Czyli agent wie, jakie Srokowski ma notowania w KW PZPR. I nie widzi żadnych szans na nagrodę. I wie, co myśli o tym Worcell. Śledzi natomiast dalej, jakie wpływy może mieć jeszcze Srokowski w mieście. I pisze:
„Bardzo rozgoryczony jest Franciszek Sikorski. Użala się, że jego książki leżą całymi latami w drukarni… Rozgłasza też opinie, że w przeciwieństwie do jego sytuacji – książki Srokowskiego są drukowane poza wszelką kolejnością”..
A więc już wiemy, skąd płyną do Worcella pierwsze plotki. Jak się wydaje, od Sikorskiego, przynajmniej po części. Władze wprawdzie nie cierpią Srokowskiego, ale on i tak sobie radzi. Ma znajomości w drukarni i rządzi jak chce. Podporządkował sobie nawet samego dyrektora drukarni, który na jego polecenie hamuje rozwój twórczy Sikorskiego. Dlaczego jednak Srokowski nie ma szans na nagrodę miasta?
16.05.1979 r., ppłk Wł. Zioło przyjmuje od „Zabłockiego” obszerny raport, w którym czytamy:
„W sobotę ub. tygodnia dzwonił do mnie Henryk Worcell, wyrażając żal, że ich nie odwiedzam. Użył określenia: „ktoś pewnie nie pozwala”. Zaprosił mnie na niedzielę, motywując tym, że nazbierało się sporo do omówienia. Przyszedłem do domu Worcellów, jak zazwyczaj, najpierw pani domu usiłowała w dużym podnieceniu( histerycznej afektacji) wyrazić swoje pretensje pod adresem – St. Srokowskiego. Swoim zwyczajem nie oszczędziła obelżywych epitetów pod jego adresem – w rodzaju „Szuja”, „szmata”, „oszust” etc. Potem zaczęła wykrzykiwać wręcz, że zmusi swego męża do pewnych drastycznych pociągnięć w stosunku do Srokowskiego. Kiedy wreszcie zaczęła wrzeszczeć, aby jej mąż natychmiast usunął ze swojej książki fragmenty tyczące postaci Srokowskiego, Henryk Worcell poprosił ją, aby pozwoliła mu dojść do głosu. Wtedy – spokojnie zreferował na czym polegają jego pretensje do Srokowskiego. Otóż, niezależnie od jakichś nawarstwiających się rzekomo licznych świństw, których miał on dokonać pod adresem obojga Worcellów, Srokowski rzekomo demonstracyjnie opuścił zebranie, na którym do nagrody miasta zaproponował Worcell J. Kurowickiego… Worcell powiedział, że już właściwie zdecydowany, aby udać się do Warszawy do Jarosława Iwaszkiewicza i poprosić go o umożliwienie zwołania nadzwyczajnego zebrania plenarnego ZLP – oddziału wrocławskiego. Na tym plenum chciałby on - jak powiedział – ujawnić wszystkie świństwa Srokowskiego. O szczegółach jednak nie mówił zbyt jasno. Odnoszę wrażenie, że za główne grzechy poczytuje się Srokowskiemu jego aktywność wydawniczą, która przebiega rzekomo w rezultacie krzywdy innych kolegów ze związku. Worcell ma też za złe Srokowskiemu, że nie przyjaźni się z Mieczysławem Orskim…powiedział, że ma jakieś kompromitujące sprawy z działalności Srokowskiego – i że właściwie jest gotów je ujawnić. H. Worcell był niedawno na literackim zjeździe w Krakowie, dokąd udał się razem z Urszulą Kozioł. Zatrzymali się w hotelu Holiday Inn, o czym opowiadał z pewną emfazą. Był też zafascynowany rozmową z Urszulą – w każdym razie zdecydowanie pod jej wpływem. Cytował też jej opinie o Srokowskim – o jego „grafomańskiej twórczości” etc. Dalszy tok rozmowy to już były wyraźne starania, aby i mnie zdecydowanie zrazić do Srokowskiego.”

„Zostały mi przytoczone rzekome świństwa, jakie rzekomo miał on mi wyrządzić. Chodzi o pewne sformułowania etc. Miał się rzekomo sprzeciwić mojej kandydaturze do ZLP. Nie wiem tylko, dlaczego taka rozmowa miałaby mieć miejsce w ogóle na Zarządzie, skoro nie złożyłem podania i jak dotąd wbrew namowom właśnie ze strony Srokowskiego(!) i Worcella podania takiego nie składałem.”
Widać wyraźnie, że nawet konfident nie daje wiary Worcellowi, nieustannie wciskając słówko „rzekomo”. Bo tyle karkołomnych bzdur napleść w czasie jednego spotkania może tylko ktoś, kto jest pod silnym wpływem złych emocji. A źródła tych emocji już znamy.
Czytelnicy, którzy poznali ten fragment książki na stronie internetowej, dostarczyli mi "Listy Marianny Bocian z lat 1981-2002", wydrukowane w "Bibliotekarzu Podlaskim" nr 7/2003 ("Epistolografia - In Memoriam"), zwracając uwagę na poniższe zdania:
Wrocław 15 maja 1989
"Ja z różnych powodów - pisze Bocian - znalazłam się "na boku", we Wrocławiu z literatami sprawa jest wręcz patologiczna, i żałosna. Założyliśmy tzw. Koło Solidarności
( ja z Falkiewiczem!), ale okrzyknięto nas "rozbijacką bandą".
Nie chcę grzeszyć, ale tak podłej baby jak U.K., to rzadko można spotkać. To już znikczemnienie, bo wszak tu wiadomo, że wygryzła Karpowicza i dostała to koryto
za... za w y e l i m i n o w a n i e generacji 68 i następnej. I zrobiła to idealnie. A teraz kogo gra? Męczennicę! No, nie!... Jestem pełna odrazy do takich zachowań!"...
Koloryt lokalny, ale koszty takiego kolorytu są dość wysokie. Idźmy dalej.
Worcell robi, co może, by Srokowskiego pogrążyć całkowicie. I mści się. Choć Srokowski wciąż uważa go za przyjaciela.
„Jako przeciwstawienie „podłej” natury Srokowskiego, Worcell podaje Jacka Łukasiewicza, Mieczysława Orskiego, a nawet Coriolana… Worcell we wszystkim, co mówił o Srokowskim – ujawniał pretensję dotyczącą zbyt silnej dominacji Srokowskiego. Wydaje mi się, że Worcell czuje się jakby drugorzędnie w stosunku do swego zastępcy – i być może stąd biorą się kwasy między nimi. Worcell chciałby, ażeby Srokowski był jego cieniem, aby każde działanie – i rezultaty tego działania - jeśli są one pozytywne, były przypisywane jemu. To samo też dotyczy autorstwa różnych inicjatyw na rzecz zarówno środowiska literackiego – jak i społeczeństwa naszego regionu. W najbliższym czasie ma dojść do skutku wyjazd trzyosobowej ekipy członków ZLP do ZSRR. Oczywiście Worcell zarzekał się, że woli posłać tam „takiego durnia jak Księski”, ale Srokowskiego nie wytypuje…Odnoszę wrażenie – w miarę jak bliżej poznaję obojga Worcellów – że są to ludzie bardzo chwiejni w swoich opiniach o innych ludziach. Wszystko zależy od wpływu pod jakim się aktualnie znajdują. Kto ostatni wychodzi od nich z domu, ten ma rację. Główną sprężyną tej nierówności jest oczywiście żona H. Worcella… Jest całkowicie bezkrytyczna… ma zdolności intryganckie… jest plotkarą. Pamiętam czas, kiedy gloryfikowała Srokowskiego, głosiła peany na jego cześć, teraz wywleka najintymniejsze sprawy, z których się zwierzał, w nadziei, że rozmawia z przyjaciółmi”…
Konfidentowi chyba nie mogą przejść przez gardło intymne rewelacje, które zdradza żona Worcella, ujawniając osobiste rozmowy ze Srokowskim. A Srokowski rzeczywiście zwierzał się Worcellom ze swoich kłopotów, opowiadał też o rozstaniu z żoną i kulisach tego rozstania. Teraz już o tym trąbi pół miasta.
„Jest to jedna z obiektywniejszych informacji, jakie czytałem od tego źródła. Potwierdza to nasze rozpoznanie o tym, że środowisko jest skłócone i daleko im do jedności.”
„Zabłocki” spotykał się z wieloma pisarzami i zbierał informacje. Ale bezpieka sprawdzała także jego, o czym świadczy dopisek ppłk Zioły. Badała, czy jest wiarygodny. Okazuje się, że był. To znaczy, że informacje nawet najbardziej wiarygodnych tajnych współpracowników były poddawane kontroli. A kim jest TW „Zabłocki”? Dzisiaj już znamy jego nazwisko. Dla mnie było dużym zaskoczeniem. To Danuta Kostewicz, w tamtych latach bardzo wpływowa politycznie dziennikarka Polskiego Radia i autorka opowiadań.
Byłem u Soyty ( dyrektora Wydziału Kultury) w sprawie Forum Poetów Europy. Podobało mu się… Impreza z rozmachem. Czy podołamy?
****
29.09.1979 r. napływa z Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Olsztynie do Naczelnika Wydziału III MO we Wrocławiu, a personalnie do kpt. Jędrzejczaka, groźna wiadomość. Kpt. Stefan Jędrzejczak, to wspomniany już na początku słynny bywalec Klubu Dziennikarza „pan Stefan”. Oto treść tego dokumentu:
„W trwającym w dn. 20-22.09. 79 r. Ogólnopolskim Forum Literackim pod hasłem „Pisarz a dzień dzisiejszy” w Lidzbarku Warmińskim uczestniczył m.in. z Waszego terenu Stanisław SROKOWSKI. Wymieniony zabrał głos w dyskusji ostro skrytykował przemawiających wcześniej Wł. Sokorskiego i K. Koźniewskiego za ich cyniczny stosunek do młodych i pełnych krytycznej aktywności twórców, za lekceważenie pisarzy spoza Warszawy, za niedocenianie poważnie liczącej się grupy twórców ludowych. Wystąpienie to było przyjęte z zadowoleniem zebranych… Poza tym t.w. ps. „Maria” siedzący w czasie obrad obok Srokowskiego zauważył, że ma on przygotowane przemówienie, które wg. relacji źródła było następujące:
I podpis: Naczelnik Wydziału II KWMO w Olsztynie

Istotnie, byłem na tym spotkaniu. I przemawiałem w taki sposób, w jaki TW „Maria” relacjonuje. Miałem ręcznie napisane uwagi do tego przemówienia i wykorzystałem je na mównicy. Szczególnie mocno akcentowałem potrzebę wołania, krzyku. Nie bez powodu. Tytuł mojej pierwszej powieści brzmi „Przyjść, aby wołać”(1976).
A w „Zapiskach”:
22.12.79

26.03. 80

1.06.80
W „Twórczości” kawał pięknej prozy Sołtysika. Szczególnie udana scena erotyczna, dzika i ekscytująca…
„Zabłocki” znowu się martwi złą atmosferą, jaka panuje wśród pisarzy. Szczególnie go boli, że Srokowski się kłóci z Worcellem. Dlatego donosi:
… „Stosunki między St. Srokowskim a H. Worcellem są wyłącznie zewnętrznie poprawne. Obaj się jednak( nawzajem co gorsza!) na swój sposób niszczą. Srokowski pije w bardzo dużych ilościach alkohol. Nie pisze. Narzeka na rzeczywistość”…
To narzekanie na rzeczywistość brzmi dość kiepsko, ale konfident się tym specjalnie nie przejmuje, analizuję sytuację w środowisku literackim i powiada:
…„Powoli zaczynają się znów organizować i rozwarstwiać grupy osób wewnątrz Oddziału. Najaktywniej działa Orski, któremu udało się już pozyskać przychylność kilku kolegów, w tym przede wszystkim Księskiego. Księski wprawdzie niczego sobą nie reprezentuje, lecz jest „głosem potrzebnym do glosowania”…
Wiele lat wcześniej Mieczysław Orski, obecny red,. nacz. „Odry”, został przez bezpiekę zarejestrowany jako TW „101”. W dokumentach IPN istnieje jego własnoręcznie napisane zobowiązanie do współpracy. Duże zaskoczenie.
Istotnie, nr 1/80 r. przynosi trzy mizerniutkie wiersze Księskiego. Oto jeden z nich::

Powtarzam, sam Worcell takich niegodziwości wymyślić nie mógł. Musiała działać bardziej wyrafinowana i cyniczna grupa. A Worcell stał się tylko pionkiem w tej grze. Rozumie to sam konfident, który powiada:
…„Worcell jednak nie wie, że jest tylko wykorzystywany do rozegrania delikatnej partii”.
O jaką partię tu chodzi? O skompromitowanie Srokowskiego. Była to typowa gra Służby Bezpieczeństwa, do której – niestety - skwapliwie dołączyła jedna z frakcji ZLP. Frakcja ta chciała przejąć kierownictwo w ZLP, a na drodze stanął nie Worcell, z którym, jak powiada konfident, …”pozornie wdali się w przyjacielskie stosunki”…, a Srokowski. Bo Srokowski nie wdawał się w pozornie przyjacielskie stosunki. Nie było to w jego naturze, ani obyczajach. A poza tym, Srokowski był odpowiedzialny za sprawy merytoryczne w Zarządzie. Za inicjatywy kulturotwórcze (m.in. za koncepcję europejskich spotkań literackich, które zostały utrącone). Uderzenie w Srokowskiego było uderzeniem w program przez niego lansowany, który miał włączyć Wrocław do obiegu europejskiej kultury. Najsmutniejsze jest to, że w walkach frakcyjnych jedna z grup staje się narzędziem w rękach bezpieki, realizując jej plan niszczenia i rozbijania środowiska twórczego.
CHRONICA POLONORUM

****
Plotka, którą ukuła bezpieka, by mnie izolować od środowiska, a rozpowszechniali ją usłużni koledzy po piórze, poczyniła w moim życiu literackim niepowetowane szkody. Dotyczy to m.in. zablokowania moich książek przed wejściem na rynek zagraniczny. Oto listy od tłumaczy, które świadczą o tym, jak liczne i poważne były ich zamiary. I to w wielu europejskich i pozaeuropejskich krajach, np. w Czechosłowacji, Bułgarii, Rumunii, Grecji, Włoszech, Jugosławii, Holandii, ZSRR, Finlandii, Niemczech i Stanach Zjednoczonych. A potem jak nożem uciął, wszystko się urywa. Tak nagle? Bez powodu? I to we wszystkich krajach naraz, jakby się umówiły? Gdy tyle książek zostało już przetłumaczonych? Dziś wiemy, że jednych pisarzy bezpieka i jej agenci wynosili na szczyty sławy, a innych rugowali z rynku literackiego. Nic dziwnego, że bezpieka groziła mi, iż gorzko pożałuję, jeśli się nie skuszę na obietnice ( mieszkanie, praca, zarobki, wyjazdy zagraniczne, przekłady). Nie skusiłem się. I oto skutki. Poczytajmy te listy jako kronikę nadziei, która się nigdy nie ziściła. I puśćmy wodze fantazji, co by się stało, gdyby te wszystkie zapowiedzi nabrały kształtu realnego. W którym miejscu znalazłby się pisarz?
LIST Z ZSSR
Drogi Stanisławie!
po pierwsze, mogę Cię uradować. Przetłumaczyłem i złożyłem w „Newie” spory zbiór wierszy czterech polskich poetów: Różewicza, Karpowicza, Szymborską, Srokowskiego… One już są w redakcji, a ja otrzymałem pieniądze, czyli, na początku roku wszystkie się ukażą.
Wiktor Sosnora, Leningrad, 6 grudzień 72
LIST Z BUŁGARII
Muszę Ci powiedzieć, że piszesz niesamowite listy (mam
nadzieję, że ten zaszczyt to tylko dla mnie, bo mi się podobają). Gdyby nie
one, to bym się wahała przekładać, czy
nie, Twoje znakomite „Drzwi”. Ale poziom listów przekonał mnie...
Sylwia
Barysowa, Sofia, 11.9.75
LIST Z WŁOCH
Drogi Stasiu,
dostałem dopiero kilka dni temu paczkę z twoją książką. Już na moim regale ( poświęconym polskim współczesnym autorom) stała książeczka „Przyjść, aby wołać”. Teraz mam Ciebie i w prozie: stajesz się niedrugorzędną pozycją w moim księgozbiorze!
Ale zanim
ją postawię na należytym miejscu, chcę ją przeczytać. Oglądałem na razie tylko
początek: zachęcający, raczej mało podobny do innych produktów pisarskich
współczesnej literatury polskiej ( i europejskiej).
Twój Antonio
Florencja
7.7.77
LISTY Z CZECHOSŁOWACJI
Szanowny Panie!
…”Drzwi” przeczytałam z dużym zainteresowaniem.
Głębokie studium na temat wolności i samotności współczesnego człowieka.
Doskonałe dialogi…
Jan Sedlak, 14.11.77r.
***
Drogi Żorż,
dziękuję za list i za sztukę. „Legenda” – podoba mi się i od razu wstawiłem ją do planu dramaturgicznego. Rzecz podlega oczywiście jeszcze uchwale Rady Artystycznej, ale to już tylko formalności. Mam zamiar wystawić sztukę na jesieni b.r. /październik, listopad/.
… Na premierę oczywiście chciałbym cię zaprosić… Rozmawiałem z tłumaczem (Vlašek jest bardzo zajęty, ale sztukę weźmie na warsztat Pavla Javorská). Dam ci jeszcze znać.
Wilhelm Przeczek, 1.3.1978
***
Drogi Stasiu!
…Sztukę bierzemy na warsztat w Teatrzyku ZG PZKO, studium Teatralne, w lipcu 1978, premiera będzie w sierpniu. Poza tym chcę ją wystawić na tzw. Małej Scenie w Bielsku Białej – gdzieś na jesieni.
Wilhelm Przeczek, Czeski Cieszyn, 28.4.1978
***
Sprawa z… powieścią „Lęk” jest realna. Chyba wejdzie do planu wydawniczego na rok 1981. Tak mi przynajmniej mówił, notabene, w obecności Tadka Śliwiaka, redaktor naczelny Wydawnictwa Profil – inż. Miroslav Rafaj / brat Oldřicha/. Pavla Javorská stale czeka na umowę z wydawnictwem. Lęk jest już przetłumaczony, i to dobrze, czytałem fragmenty. Rafaj /praski/ będzie nawet drukował fragment.
Wilhelm Przeczek, Czeski Cieszyn 28.5.1979
***
… Mam od Pana rękopis „Rysów” oraz „Ty”, jak również niektóre inne książki - „Fatum” , „Ścięte ptaki”, „Strefa ciszy”, wszystkie przeczytałem, a część z nich przełożyłem; chcę dać Pana rzeczy do radia i do druku. Najpewniej do naszej „Światowej Literatury”. Proszę o przesłanie mi dobrej, prywatnej fotografii, Pana portretu, abym mógł go dołączyć do Pana wierszy.
Oldřich Rafaj Praha, 29.5.1979
***
… Rafaj jest przekonany, że Twoja powieść wyjdzie w PROFILU, ale nie może mi ciągle jeszcze wskazać terminu. Żal mi tłumaczki, Pavly Javorskěj, która włożyła „w ciemno” całą sprawę, pracę i teraz też czeka.
Twój Wilhelm, Czeski Cieszy, 30.8.1979
***
… Na moje zamówienie nasza BIBLIOTEKA ZG PZKO otrzymała już Twoje „DRZWI”. Wspaniałe! Na pewno jedną z tych sztuk /chyba CIENIE/ będzie grała Scena Polska Teatru Czesko-Cieszyńskiego… Dr Karel Wojnar z TV Ostrawa dzwonił do mnie, jednak się zdecydowali i żądają do tłumaczenia Pavli Javorskiej Twojej sztuki, tej – która była drukowana w „ SCENIE”. Prosił mnie o Twój adres /chyba już po raz trzeci, zawsze gubi notatki/, więc zamierza do Ciebie pisać.
Ściskam Cię, Twój Wilhelm, Czeski Cieszyn 5.11.979
***
Szanowny Panie!
Bardzo dziękuję za przesłaną mi książkę utworów dramatycznych. Chętnie przeczytałem. Jeżeli chodzi o warsztat, to mi się wszystkie podobały, szczególnie „Aktorka”. Postacie wszędzie wybitne, żywe. Dialog doskonały.
… Z radością bym to przetłumaczył.
Jan Sedlak, Bratyslawa, 15.11.1979
***
Dziękuję za książkę /twoje sztuki/, jak będę mieć chwilę czasu, spróbuję niektóre przetłumaczyć. Piszesz bardzo interesująco, właściwie Twój styl mnie interesuje. Mnie osobiście.
Janusz Hyvnar, Praha , 1979
***
Dziękuję za list oraz książkę z dramatami. Widzę, że żyjesz podobnie jak ja, tułasz się z miasta do miasta, od dziewczyny do dziewczyny, od wódki do wódki. Przetłumaczyłem fragmenty z Twojej powieści a jeden z nich wydrukowałem w „Mlade Frontĕ” pod tytułem „Zmienna pogoda”.
Serdecznie pozdrawiam, Twój Jaroslav Holoubek, Praha, 3.12.79
***
Po prostu nie będą Nas w tej chwili wydawać. Nie chcą. Przyjdzie czekać, nic innego nie zostało. Ja również /podobnie jak tłumaczka Twojego „LĘKU”, Pani Pavla Jaworská/ władowałem w imprezę ze Śliwiakiem rok pracy, i wszystko na nic. Stasiu, przetłumaczyłem kilka twoich wierszy. Te, które przesyłam, pokażą się w praskim „Literárnim Měsičniku” – u dra O. Rafaja – ale nie wiem, kiedy. Jak to nastąpi, to oczywiście prześlę ci numer!
Wilhelm Przeczek, Bystrzyca, 28.8.1981
LIST Z JUGOSŁAWII
Drogi Panie Stanisławie,
Jedną z pierwszych wiadomości po powrocie do Polski była wiadomość, iż Pan stał się laureatem tegorocznej nagrody om. Stanisława Piętaka. Właśnie dzięki książkom, które ostatnio mi Pan przysłał do Zagrzebia. Oczywiście, serdecznie Panu gratuluję, wierząc w dalszą naszą wzajemną współpracę.
Uścisk dłoni, Milivoj Slaviček
LISTY Z NIEMIEC
Szanowny Panie!
Miał Pan jakoś „szczęście”, bo list i książka Pańska dotarły tu w chwili, gdy miałem dużo czasu, t. zn. leżałem w szpitalu po wstrząsie mózgu w dniu gołoledzi i dużo czytałem. Powieść wydaje mi się ciekawa… Łączę najlepsze pozdrowienia, ściskam dłoń.
Dr. Klaus Staemmler. Frankfurt, 29.XII.1978 r.
***
…Cieszę się, że mam Ciebie tłumaczyć. Więc już w bliskim czasie będę uważnie Twoje dramaty czytać i prawdopodobnie pisać recenzje o nich dla wydawnictwa Hensdue w Berlinie. Jak wiesz, to u nas krok przed tłumaczeniem.
Birgitt Pitschmann, Rostock 18.7.79
***
Szanowny Panie Srokowski,
tak jak umówiliśmy się przed dwoma laty, przetłumaczyłam fragmenty Pana książek „Duchy dzieciństwa” oraz „Repatrianci” i starałam się o to, by książki te ukazały się na rynku niemieckim…”
Christie Ettrich, Gỡrlitz, 21.03.2002
LIST Z RUMUNII
Drogi przyjacielu,
… Powieść „Nieobecny” powinna ukazać się w 1983 roku w Wydawnictwie „Univers”. „Lęk” w „Eminescu”. Umowę podpiszę w styczniu i postaram się, żeby opublikowali książkę także w 1983 roku. Kiedy leżałem w szpitalu chory, skończyłem tłumaczenie „Aktorki” i „Bajki”. Szukam teraz dobrego reżysera, żeby uznać robotę za zakończoną.
Z życzeniami zdrowia, Tudor Savu, Bukareszt,22.06.1980
LIST Z FINLANDII
…Czytam z przyjemnością Twoje „Cztery pory domu” i podziwiam piękny język i rytm.
… Mam nadzieję, że następnym razem spotkamy się w szczęśliwszych warunkach. Dziś 22-go lipca jestem z tobą, Twoją żoną i wielu innymi bliskimi mi Polakami.
Całuję Cię i Marię, Kirsti Siraste, 22.III.1982r. Sippola
NIEMIECKI LIST Z POLSKI
Szanowny Panie Srokowski,
W zeszłym roku Marlaene Schlieske z NRF, z którą Pan się spotkał w Bułgarii, dała mi do przeczytania Pański „Sen Belzebuba”, wspominając, że jest Pan zainteresowany ewentualnym przekładem na niemiecki. W dniach od 7. do 9. maja będę we Wrocławiu, jeśli można i sprawa jest dalej aktualna, to spróbuję skontaktować się z Panem telefonicznie.
Z szacunkiem, A. Lempp, Kraków, 29.4.83
***
Szanowny Panie Srokowski,
Planujemy pojechać do Wrocławia 10 czerwca. Mam nadzieję, że termin ten odpowiada Panu – odwiedzilibyśmy Pana tego dnia wieczorem /ca. 18ºº/.
Z szacunkiem A. Lempp Kraków, 23.5.83
LISTY Z AMERYKI
Zaczęło się od tego, że bodajże w 1981 przyjechał do Polski amerykański młody poeta i chciał mnie poznać. Gdzieś tam coś o mnie słyszał i zapragnął się ze mną spotkać. Nazywał się Daniel Bourne i należał do najmłodszej generacji amerykańskich poetów. Chętnie się więc spotkałem i szybko zawiązała się między nami życzliwa znajomość. Daniel był zafascynowany polską kulturą, a szczególnie literaturą, z uwzględnieniem poezji i dramatu. Przez kilka miesięcy przebywał w Polsce, jako lektor języka angielskiego. W USA pracował w bibliotece, będąc też wydawcą. Zajmował się tłumaczeniami z literatury polskiej. W ciągu roku na moim biurko pęczniał stosik listów od niego. Poniżej niektóre fragmenty z tych listów.
List z 11 kwietnia 1981
„Artful Dodge”” idzie całkiem nieźle. Nawiązałem korespondencję z Tymoteuszem Karpowiczem i mam się z nim spotkać jeszcze w tym miesiącu. Specjalne polskie wydanie, które Ci prześlę, gdy tylko zostanie zrealizowane, będzie zawierało prace… Aleksandra Wata, Gałczyńskiego, Rafała Wojaczka, Karpowicza, prostą, lecz cudowną poetkę z Nowego Jorku – Annę Frajlich-Zając… a także fragment Twojej „Ściany” (Akt trzeci). W wywiadach, które Ci przesłałem, przetłumaczyliśmy „Dziadka” (bardzo się spodobał) oraz „Moment”…
Uwaga: „Artful Dodge” to pismo literackie ukazujące się w tych latach w USA, „Dziadek” to moja sztuka teatralna, zaś „Moment”, to mój wiersz.
***
…„Ten list rozwlekły, być może egocentryczny, jednakże chciałbym go skończyć wyrazami szczerego podziwu dla Twoich postępów w j. angielskim, w miarę jak ja pracuję nad j. polskim. Chciałbym z tobą porozmawiać! Twoje dzieła, „Dziadek”, „Ściana”, „Moment”, ”Siedemnastoletni chłopiec pisze…” (nad którymi teraz pracujemy z Jurkiem) już przemówiły. W specjalnym wydaniu pisma „Artful Dogde” poświęconym polskiej literaturze, wszystkie polskie prace ukażą się po raz pierwszy w j. angielskim. Cieszę się, że miałem możliwość spotkania oraz przedstawienia ich wszystkich!”…
List z 12 maja 1981
„Nie mogę sobie przypomnieć, czy w moim poprzednim liście napisałem, że Jurek Polański, który tłumaczył zarówno „Dziadka” jak i „Ścianę”, jest zainteresowany tym, aby sztuki te zostały wystawione. Co Ty na to?”
List z 23 czerwca 1981
„Tego lata na
Uniwersytecie stanu Indiana zostaną zorganizowane warsztaty dla pisarzy. Będzie
tam prezentowane pismo „Artful Dogde”, zarówno polskie wydanie, jak i
poprzednie, zawierające „Dziadka”.
Spotkałem rosyjsko-polskiego studenta, który już czytał „Dziadka” w czasie
zajęć w Poznaniu. Sztuka zrobiła na nim ogromne wrażenie i uważa on, że to
dzieło czyta się równie dobrze w tłumaczeniu. Jurek Polański, który tłumaczył „Ścianę”
oraz „Dziadka”, został nowym redaktorem działu kultury w „Artful Dogde”. On
również wysłał Twoją sztukę do teatru w Kentucky oraz do koła teatru
słowiańskiego na nowojorskim uniwersytecie w Stonybrook. Nie skończy się to
prawdopodobnie jedynie na pokazaniu sztuki. Pierwszym etapem jest sprawienie,
aby Twoja praca była czytana i znana. Zarówno Jurek, jak i ja, jesteśmy bardzo
zainteresowani Twoim dramatem, dlatego
będziemy kontynuować nasze starania. Oczywiście, interesuje mnie również Twoja
nowa sztuka. Problem z pismem „Artful Dogde” polega na tym, że jest to
czasopismo i nie mogliśmy wydrukować „Ściany”
w całości, pomimo, że Jurek przetłumaczył sztukę do końca. Myśleliśmy o
przygotowaniu specjalnego wydania dotyczącego dramatów”….
****
Smaczne kawałki, prawda? Ktoś się porządnie napracował, by moje książki nie ukazały się za granicą. Bo może by inaczej wygladała mapa literacka kraju - jak ironizował nieżyjący już przyjaciel, pisarz, Krzysio Gulbinowicz. I doradzał: - Pieprz ich!
****
27.03.1984 r. Naczelnik Wydziału III Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Wałbrzychu, ppłk Józef Kudke, zwraca się do Naczelnika Wydziału III WUSW we Wrocławiu i pisze:

Tylko takiego powiesić. Ale na tym nie koniec...
















