JAK ZNISZCZYĆ TWÓRCĘ? 
      (ŻYCIE WŚRÓD PISARZY, AGENTÓW I INTRYG) 

            ( fragment przygotowywanej do druku książki )
 
          Stanisław Srokowski

          Spośród kilku tysięcy czytelników, którzy zapoznali się z pierwszym fragmentem przygotowywanej do druku książki, a tutaj prezentowanej, otrzymałem siedemdziesiąt dziewięć listów, e-maili i telefonów z prośbą, bym uzupełnił tekst o nowe fragmenty. Spełniam więc prośbę i przedstawiam w końcowej części relacji takie obrazy, które dają pojęcie o sile i wpływach służb specjalnych PRL, agentów i ich pomocników, w kształtowaniu życia kulturalnego kraju oraz pokazują, jak daleko sięgały ich ręce, także za granicą. 
        Bezpiece oraz jej agentom skrzętnie pomagali nieraz ludzie z mojego otoczenia, ze środowiska literackiego, znam niektóre nazwiska, nie wszyscy formalnie  byli agentami, ale  zło, jakie czynili, było nieraz znacznie większe niż to, które czynili sami agenci. A dzisiaj pragną, by lustrację odłożyć na koniec świata. Z poprzednego tekstu usuwam niektóre zapiski oraz dokumenty i dołączam nowe, wielce pouczające. 
      **** 
      Przez lata pisałem dzienniki. 
      Dzisiaj służą mi one do rekonstruowania niegdysiejszych sytuacji, wydarzeń i faktów. Pozwalają lepiej zrozumieć czasy PRL w świetle dokumentów IPN. Bezpieka, jak wiadomo, inwigilowała środowiska twórcze, pisarzy, plastyków, muzyków i aktorów. Ja także byłem na muszce bezpieki.
       Najpierw chciała mnie zwerbować, jako agenta, a gdy się jej to nie udało, wykańczała mnie zawodowo.
       Po raz pierwszy, po wydarzeniach marcowych 1968 r., kiedy zmuszony zostałem do opuszczenia szkoły w Legnicy. Po raz drugi w 1974 r., kiedy na skutek nacisków tajnego współpracownika, "Kasandra", a także innych,  zdjęto mnie ze stanowiska kierownika działu kultury w tygodniku „Wiadomości”, co potwierdzają dokumenty. I po raz trzeci, gdy w stanie wojennym wyrzucono mnie z pracy i wygnano z Wrocławia. 
       Zahaczyłem się wówczas w Zagłębiu Miedziowym i przez 6 lat dojeżdżałem do Lubina. Bo nigdzie indziej roboty nie mogłem znaleźć.
       Pewnie by nie powstała ta książka, gdyby nie przypadek.
       Gdy już w Polsce komunistycznej system się sypał, pewnego wieczora, wracając z autobusu, wpadłem do Klubu Dziennikarza we Wrocławiu, by nieco odpocząć. I wtedy podszedł do mnie lekko ululany facet, o którym wszyscy tutaj wiedzieli, że nazywa się „pan Stefan” i jest z SB, czego nie ukrywał. 
       Nie znałem go osobiście, ale wiedziałem, kim jest i jak wygląda.
       Podszedł do mnie i powiedział, że przez lata bezpieka zastawiała na mnie sieć agenturalną, ale ponieważ nigdy w nią nie wpadłem, zaczęła rozpuszczać po mieście plotki, że jestem kapusiem. 
       Spytałem go, dlaczego to robiła. Przecież to absurd. Odparł, że chciała mnie skompromitować w środowisku literackim, ponieważ byłem popularny i mogłem negatywnie wpływać na innych. A tego się bała. Dlatego izolowała mnie od reszty, a więc także od moich czytelników. 
       Osłupiałem.           
       Nigdy nie przypuszczałem, że za moimi plecami toczy się taka gra. I że intryga i plotka stają się narzędziem walki politycznej. 
       Nigdy też nie przyszło mi do głowy, że wtedy puszczona plotka przetrwa lata.
       Słudzy, posłańcy bezpieki i agenci wpływu dotarli już w wolnej Polsce nie tylko do moich znajomych i przyjaciół, by ich do mnie zrazić, co samo w sobie jest obrzydliwe, ale  dotarli do moich wydawców, porządnych ludzi i nalegali, by nie wydawali moich książek.  
      W innych rozdziałach zajmę się tym problemem bardziej szczegółowo. 
       Podam nazwiska, fakty, okoliczności i miejsca, w których agenci wpływu tak aktywnie penetrują życie publiczne i niszczą je. 
       Ta książka ukaże zachowania i postawy godne najwyższego szacunku, ale też zachowania i charaktery podłe i godne pogardy. 
       Zobaczą Państwo całe skomplikowane laboratorium intryg, potwarzy i niegodziwości. 
       Im bardziej zanurzam się w dokumentach IPN, tym bardziej jestem przekonany, że raz na zawsze należy dokonać lustracji. Trzeba wreszcie przeciąć ten wrzód, by wiadomo było, kto jest kim. 
       Lustracja jest niezbędna, konieczna.
       Tylko ona może oczyścić nasze zbiorowe życie z hańby i nikczemności.    
       A wracając do rozmowy z "panem Stefanem", to dzięki niej otworzyły mi się oczy na wiele spraw i rzeczy, których wcześniej nie rozumiałem.
       Po tej rozmowie nagle zaczęły one do mnie docierać i nabierać nowego znaczenia.
       Teraz już wiem dużo więcej.
       (Pisałem o tym też w „Arcanach”, nr.1/2009. Gorąco zachęcam do czytania tego ciekawego i intelektualnie twórczego pisma).

       W 1979 r. byłem wiceprezesem Zarządu Oddziału Związku Literatów Polskich we Wrocławiu. 
      Henryk Worcell był prezesem. 
      Dziś wiem, że był także agentem bezpieki. I to bardzo płodnym. 
      Wtedy, rzecz jasna, tego nie wiedziałem. Uważałem go za swego przyjaciela. 
      Oprócz niego kręciło się wokół mnie wielu innych agentów.
      A oto pierwsze „Zapiski” i dokumenty IPN z tamtych lat:     
 
ROK 1979
           
13.01.79 r. TW „Zabłocki” donosi, co się dzieje ze Srokowskim i jak środowisko literackie reaguje na jego domniemane zachowania:

„W ostatnim czasie, drugi już raz zostałem zaproszony przez Henryka Worcella – na wizytę do jego domu. Motywem tego zaproszenia były jakieś – nie  znane mi przedtem sprawy dotyczące Stanisława Srokowskiego. Początkowo Henryk Worcell mówił dość oględnie o tym, jakoby zauważył pewnie zmiany w sposobie bycia i działania – u St. S. Dwukrotnie jak mówił Worcell, Srokowski w oficjalnych sytuacjach zlekceważył Worcella. Ostentacyjnie odsunął się od niego, nie wystąpił też w jego obronie, kiedy Worcell został w ordynarny sposób zaatakowany przez Henryka Wolniaka. Był to jakiś incydent, w którym Wolniak nie podał ręki H. Worcellowi na znak jawnego lekceważenia. Motywy tej sytuacji były znane Srokowskiemu – i jak twierdzi Worcell, był on nawet dyskretnym inicjatorem sprawy. Inicjatorem w sensie „napuszczania” obu panów na siebie - a zwłaszcza Wolniaka.    W Warszawie dowiedział się Worcell o lekceważącym stosunku St. S. do siebie, do inicjatyw, które podejmuje – a także do postawy w odniesieniu do władz. Srokowski nagle twierdzi, że zbyt mało samodzielności wykazuje Worcell, że jest „naiwnie posłuszny”. Wszystko to wskazuje na niebezpieczne skłócenie osób wewnątrz Zarządu. Worcell twierdzi, że Srokowski się wyłamuje z grona, że jest nielojalny wobec grupy, że wchodzi w układy z ludźmi z dawnej grupy opozycji, że jego kontakty warszawskie to przede wszystkim Żydzi, których sobie rzekomo na róże sposoby przechylnia.  Dowodem na to jest zaproszenie Wojciecha Natansona na spotkania autorskie do Wrocławia – w rewanżu za tę możliwość zarobku, Natanson napisał bardzo przychylną recenzję o sztuce Srokowskiego, wystawianej w Radomiu.  Tym samym sposobem, jak mówi Worcell, załatwił sobie przychylną recenzję u Wojciecha Żukrowskiego. Ponadto, obiecał jeszcze Żukrowskiemu napisanie recenzji o jego książce – czyli rewanż podwójny jakby. Recenzje tę miał napisać Henryk Worcell, ale Srokowskiemu zależało na tym, aby cała finezyjna machinacja nie wyszła na jaw, w związku z czym do Worcella przysłał z tekstem Żukrowskiego osobę postronną. Był nim kierownik Klubu Lekarza – nie pamiętam nazwiska. Cała historia się w rezultacie wydała. Worcell ma więc kolejny dowód na – jak powiada - nieetyczne działania Srokowskiego. Poza tym, w domu Worcella Srokowski miał się wyrazić, że skoro pozwolili już mu wejść na szczyt, to teraz mogą go wszyscy pocałować, teraz on dyktuje prawa i będzie je dyktował choćby po trupach… Ostatnio… bardzo się zaprzyjaźnił z Ryszardem Pollakiem. Przeforsował w Wydawnictwie Ossolineum książkę żony Pollaka, zabiega o to, aby dostała się ona do ZLP. Cel tego jest rzekomo taki: Srokowski zamierza starać się o etat w „Odrze”. Najchętniej na miejsce red. naczelnego (W. Kotowicza), ewentualnie Urszuli Kozioł. W tym celu sprzymierzeniec w osobie Pollaka jest mu potrzebny – oczywiście do rozgrywek wewnętrznych. Lecz przede wszystkim do zneutralizowania antagonistów żydowskich. W sumie, jak twierdzi Worcell, Srokowski prowadzić zaczął podwójną grę. Przedmiotem jego cichych ataków lub dyskretnej dywersji są niestety jego bliscy przyjaciele. Np. Franciszek Sikorski, któremu korzystając z pewnych powiązań towarzyskich, zamroził recenzję, jaka miała się ukazać o książce Sikorskiego w „Trybunie Ludu”. Worcell twierdzi też, że ostatnia książka Srokowskiego drukowana była w trybie specjalnym, że podobno pominięto nawet zasadę wewnętrznej recenzji wydawniczej, aby uniknąć straty czasu. Nie miałem sposobności sprawdzić tego, lecz nie widzę powodu, dla którego Worcell miałby się aż tak daleko mijać z prawdą. Wobec takiej sytuacji, Worcell zastanawia się czy nie zrezygnować z prezesury. Twierdzi, że zbyt dużo nerwów kosztuje go to opędzanie się przed kłamstwami i dwulicowością Srokowskiego... Nie umiem ocenić tej relacji Worcella. Z tego, co obserwuję, odnoszę wrażenie, że ogólnie w ZLP panuje bardzo zła atmosfera, że są ostatnio szczególnie uczynnione pewne elementy, którym zależy na skłóceniu wszystkich z wszystkimi… Worcell twierdzi, że Srokowski znalazł w Warszawie jakieś takie kontakty, za pomocą których może wywierać naciski nawet na miejscową władzę, może sterować decyzjami tej władzy. Worcell rzekomo ostrzegał Srokowskiego przez zbytnią zaborczością, ale on miał mu odpowiedzieć, że taki jest jego cel i takie posłannictwo życia ma do spełnienia. Ponieważ w moim przekonaniu, takie sformułowana wkraczają już w zakres niemal metafizyki, pomyślałem, że nie można tej informacji brać zbyt dosłownie. W rozmowach ze mną, Srokowski nigdy tak górnolotnie nie formułował – ani swoich celów ani szczegółów działania”…
                                                      I podpis: 12.01.1979 r. „Zabłocki”
  
 Ppłk Wł. Zioło w „Omówieniu” tego doniesienia zauważa:
 
…„Treść informacji wymaga sprawdzenia, gdyż sam „Zabłocki” ma obiekcje, co do jej obiektywności. „Zabłocki” obawia się, że przeciwnicy Worcella i Srokowskiego, a głównie Łukasiewicz i Urszula Kozioł celowo skłócają Worcella ze Srokowskim, by doprowadzić do ponownego przyjęcia władzy we wrocławskim Oddziale ZLP.”

Bezpieka penetruje całe środowisko, ma dojście do wszystkich pisarzy  i wie dużo. Zadziwiające jest coś innego. Ppłk Wł. Zioło zmierza do pogodzenia Srokowskiego z Worcellem. Dlaczego? Jaki ma w tym interes? Oto co powiada:
 
„W czasie spotkania omówiłem szczegółowo linię postępowania „Zabłockiego” w celu definitywnego wyjaśnienia tej sprawy oraz doprowadzenia do pogodzenia Worcella ze Srokowskim”.

Bezpieka zmierza do pogodzenia Worcella ze Srokowskim, by umocnić pozycję Worcella, jako swego agenta we władzach ZLP. To jasne jak słońce. Bo łatwiej będzie mogła nim sterować i większe odniesie korzyści. Wiadomo, Worcell, jako prezes ma znacznie poważniejsze wpływy wśród pisarzy i w życiu publicznym niż Worcell jako  szary członek związku. Konflikt ze Srokowskim osłabiłby go. A tego bezpieka nie chciała.                
Ale wróćmy do istoty donosu. 
      
       Odbywa się tam biczowanie Srokowskiego. I pokazywanie jego wrednej, wręcz obrzydliwej natury. Srokowski w tym donosie, w oczach Worcella, to istny potwór, niszczy prezesa ZLP we Wrocławiu i poza Wrocławiem, załatwia sobie przychylne recenzje u krytyków, rządzi żelazną ręką w Ossolineum, dyktuje warunki drukarniom, zmienia decyzje „Trybuny Ludu”, a nawet steruje Komitetem Wojewódzkim PZPR. Słowem, terroryzuje Wrocław. Nawe drży przed nim wielce wpływowa redakcja „Odry”, do której Srokowski chce wtargnąć siłą. Jak na pisarza bezpartyjnego, Srokowski wyrasta na tyrana. Niezłe z niego ziółko. I co najgorsze, wiąże się z Żydami. Dlaczego Worcell rysuje taki portret Srokowskiego? I czy to on rysuje?   
Znałem Worcella dobrze. Nie sądzę, by to on był źródłem tej intrygi. Musiał mu w tym ktoś pomagać. Jakiś zawodowiec. Kto? Komuś wyraźnie zależało, a i sam agent „Zabłocki” to dostrzega, by skłócić każdego z każdym. Bo przecież horrendalną aberracją umysłu są stwierdzenia, że Srokowski wpływa na decyzje „Trybuny Ludu” i steruje Komitetem Wojewódzkim PZPR, nie mówiąc o innych okropnościach. Więc o co w tym wszystkim chodzi? O skłócenie pisarzy i zasianie w Zarządzie niezgody. A przede wszystkim o ustawienie przeciwko Srokowskiemu Worcella. Kto siał te plotki? Kto knuł te intrygi? Niebawem się okaże.
  
Na razie do akcji włącza się  Jerzy Pluta, który w tygodniku „Wiadomości” ironicznie pisze:   

       „Dobra passa wydawnicza Srokowskiego trwa. Oto Ossolineum wyda w tym roku dwie pozycje; tomik wierszy i utwory dramatyczne „Drzwi”. Jak wyczytałem w „Zapowiedziach Wydawniczych”(1979, nr 6) „Drzwi” zawierać będą aż 22 arkusze wydawnicze… i ukażą się w nakładzie 10 tyś. egz.… Kto go popiera, kto go popiera? – pyta mnie wiele osób. Niestety, nie wiem słyszałem, że Samuel Beckett, ale czy to można wierzyć plotkom.”  

        Krotochwilny złośliwiec. Ale czuje atmosferę rozplotkowanego miasta i groteskowo ją ilustruje. 
A ja w tym czasie notuję:

        18.01.79
  
… Dobijają mnie…drobne, prymitywne zdarzenia i sprawy… W pracy drażni wszystko, czy niemal wszystko. Jestem przygnębiony i zły, znużony i bezradny. Popękany w środku, rozdzierany sprzecznymi emocjami. Patrzę na wszystko, co się wokół mnie toczy z zaskoczeniem i zdumieniem… W półświatku różne plotki. Nie omijają i mnie… Niech sobie pokraczą… nie zasłużyłem sobie na wielkich wrogów, więc mam pętaków… Trzy dni temu spiłem się na śmierć…Było ze mną źle.

       Z tej notatki wynika, że docierają do mnie echa zakulisowej gry, ale ja jej wtedy nie rozumiem. Dziś, w świetle dokumentów, ta gra nabiera wyrazistości i siły.
 
 

         4.02.79  
 
W Ossolineum kłopoty z książką poetycką. Cenzura zatrzymała wiersz, a w dwu innych - w tym - w poemacie, porobiła skreślenia… bez sensu, absurdalne. W poemacie, który ma charakter metafory filozoficznej, czepiają się do obrazów wzmacniających tony osobiste. Powiedziałem, że nie ustąpię z wiersza, który w całości chcą zdjąć… Soszyński wysłał mnie do Sodela ( szefa cenzury). Nie poszedłem. Był zajęty. Soszyński rozmawiał ze swoim kolegą z cenzury. Przekonał go, że wiersz można puścić w całości, bo to dyskusja i spór z cywilizacją. Choć nie o to chodzi. Tamten… zgodził się. Dałem tytuł: „Spór”. Sodel uparł się, że musi być wyraźnie: „Spór z cywilizacją”. Dałem ten tytuł. Dzięki temu wybroniłem cały wiersz, bez skreśleń…  Chodziło o wyraz: ułuda. Soszyński powiada do cenzora: - Zamiast „ułuda” Srokowski zaproponował „złudzenie”, bo wiesz, „ułuda” kojarzy się z „obłudą”, a złudzenie to co innego. I ten baran nie wyczuł… podstępu. Chwycił haczyk i zgodził się „ułudę” zastąpić „złudzeniem”, co jeszcze bardziej wyostrza problem. Potem „ideę” zastąpiłem „myślą”. Tutaj nastąpiło osłabienie, szkoda, choć istota została. „Bony” zastąpiono „talonami”. Cymbały! Prawie to samo… W sumie książka pójdzie…

       Dodajmy, że Aleksander Soszyński był wtedy kierownikiem redakcji literatury współczesnej w Ossolineum. Po latach okazało się, że był także TW „Zenon” i konsultantem SB.   
A oto początek wiersza, do którego najbardziej przyczepiała się cenzura.

        współczesne kłamstwo jest matematyczne
dowodzi swoich racji najlepszymi wzorami 
…………………………………………  
ma na swoje usługi prawa i konstytucje
 
 
24.03.79  
Zebranie zarządu. Wybór kandydatów do nagród miasta… Lutogniewski wysunął w imieniu organizacji partyjnej Kellerę i Łozińskiego. Obaj odpadli, uzyskując po jednym głosie. Za Kellerą głosował Lutogniewski. Za Łozińskim Dyczek. Wytypowaliśmy Kurowickiego... Przeszedł… Potem rozmowa z Franiem Sikorskim. Miękki, bezładny. Powiedział mi, że chciał mnie wytypować, ale… i tu zaczął kręcić. Dajmy temu spokój, przerwałem. Nie ma o czym mówić. Z Worcellem zaczyna się układać chłodno. Widzę to po jego minie, a poza tym mam dość intryg, plotek…          

***  
„Zabłocki” po spotkaniu z ppłk Ziołą, 14.04.79, donosi:

       „Coraz częściej dochodzą mnie informacje – od bezpośrednio zaangażowanych - o waśniach w zarządzie ZLP.”

       Tutaj następuje krótki opis, kto kogo zgłasza do nagród i co z tego wynika. Srokowskiemu przypisuje blokowanie kandydatury Józefa Kellery, zamiast którego Srokowski miał wytypować Jana Kurowickiego. Ale agent musi to potwierdzić i rozmawia z Butryńczukiem.  

       „Tymczasem od Butryńczuka dowiaduję się –
powiada - że rzecz miała się rzekomo trochę inaczej. Kurowickiego podobno typował H. Worcell, żeby nie mogła paść kandydatura Srokowskiego… 

       I to był fakt. „Zabłocki” jest tu dokładny. Pisze, że nie widzi możliwości 

       …„aby Srokowski mógł być brany pod uwagę w tym względzie.”…
 

       Czyli agent wie, jakie Srokowski ma notowania w KW PZPR. I nie widzi żadnych szans na nagrodę. I wie, co myśli o tym Worcell. Śledzi natomiast dalej, jakie wpływy może mieć jeszcze Srokowski w mieście. I pisze: 

       „Bardzo rozgoryczony jest Franciszek Sikorski. Użala się, że jego książki leżą całymi latami w drukarni… Rozgłasza też opinie, że w przeciwieństwie do jego sytuacji – książki Srokowskiego są drukowane poza wszelką kolejnością”.. 
 

       A więc już wiemy, skąd płyną do Worcella pierwsze plotki. Jak się wydaje, od Sikorskiego, przynajmniej po części. Władze wprawdzie nie cierpią Srokowskiego, ale on i tak sobie radzi. Ma znajomości w drukarni i rządzi jak chce. Podporządkował sobie nawet samego dyrektora drukarni, który na jego polecenie hamuje rozwój twórczy Sikorskiego. Dlaczego jednak Srokowski nie ma szans na nagrodę miasta? 
   


        16.05.1979 r., ppłk  Wł. Zioło przyjmuje od „Zabłockiego” obszerny raport, w którym czytamy:

       „W sobotę ub. tygodnia dzwonił do mnie Henryk Worcell, wyrażając żal, że ich nie odwiedzam. Użył określenia: „ktoś pewnie nie pozwala”. Zaprosił mnie na niedzielę, motywując tym, że nazbierało się sporo do omówienia. Przyszedłem do domu Worcellów, jak zazwyczaj, najpierw pani domu usiłowała w dużym podnieceniu( histerycznej afektacji) wyrazić swoje pretensje pod adresem – St. Srokowskiego. Swoim zwyczajem nie oszczędziła obelżywych epitetów pod jego adresem – w rodzaju „Szuja”, „szmata”, „oszust” etc. Potem zaczęła wykrzykiwać wręcz, że zmusi swego męża do pewnych drastycznych pociągnięć w stosunku do Srokowskiego. Kiedy wreszcie zaczęła wrzeszczeć, aby jej mąż natychmiast usunął ze swojej książki fragmenty tyczące postaci Srokowskiego, Henryk Worcell poprosił ją, aby pozwoliła mu dojść do głosu. Wtedy – spokojnie zreferował na czym polegają jego pretensje do Srokowskiego. Otóż, niezależnie od jakichś nawarstwiających się rzekomo licznych świństw, których miał on dokonać pod adresem obojga Worcellów, Srokowski rzekomo demonstracyjnie opuścił zebranie, na którym do nagrody miasta zaproponował Worcell J. Kurowickiego… Worcell powiedział, że już właściwie zdecydowany, aby udać się do Warszawy do Jarosława Iwaszkiewicza i poprosić go o umożliwienie zwołania nadzwyczajnego zebrania plenarnego ZLP – oddziału wrocławskiego. Na tym plenum chciałby on - jak powiedział – ujawnić wszystkie świństwa Srokowskiego. O szczegółach jednak nie mówił zbyt jasno. Odnoszę wrażenie, że za główne grzechy poczytuje się Srokowskiemu jego aktywność wydawniczą, która przebiega rzekomo w rezultacie krzywdy innych kolegów ze związku. Worcell ma też za złe Srokowskiemu, że nie przyjaźni się z Mieczysławem Orskim…powiedział, że ma jakieś kompromitujące sprawy z działalności Srokowskiego – i że właściwie jest gotów je ujawnić. H. Worcell był niedawno na literackim zjeździe w Krakowie, dokąd udał się razem z Urszulą Kozioł. Zatrzymali się w hotelu Holiday Inn, o czym opowiadał z pewną emfazą. Był też zafascynowany rozmową z Urszulą – w każdym razie zdecydowanie pod jej wpływem. Cytował też jej opinie o Srokowskim – o jego „grafomańskiej twórczości” etc. Dalszy tok rozmowy to już były wyraźne starania, aby i mnie zdecydowanie zrazić do Srokowskiego.”

 
No, i sprawa się rypła. Znamy drugie źródło intryg i plotek. Worcell wysłuchuje w krakowskim hotelu Holiday Inn opinii Urszuli Kozioł o Srokowskim i powtarza je innym.  Mało tego, zaszczepia nienawiść do Srokowskiego nawet agentowi bezpieki. Bo i jego wciąga w tę sieć. Oto co czytamy w relacji konfidenta:

       „Zostały mi przytoczone rzekome świństwa, jakie rzekomo miał on mi wyrządzić. Chodzi o pewne sformułowania etc. Miał się rzekomo sprzeciwić mojej kandydaturze do ZLP. Nie wiem tylko, dlaczego taka rozmowa miałaby mieć miejsce w ogóle na Zarządzie, skoro nie złożyłem podania i jak dotąd wbrew namowom właśnie ze strony Srokowskiego(!) i Worcella podania takiego nie składałem.”

       Widać wyraźnie, że nawet konfident nie daje wiary Worcellowi, nieustannie wciskając słówko „rzekomo”. Bo tyle karkołomnych bzdur napleść w czasie jednego spotkania może tylko ktoś, kto jest pod silnym wpływem złych emocji. A źródła tych emocji już znamy. 

       Czytelnicy, którzy poznali ten fragment książki na stronie internetowej, dostarczyli mi  "Listy Marianny Bocian z lat 1981-2002", wydrukowane w "Bibliotekarzu Podlaskim"  nr 7/2003 ("Epistolografia - In Memoriam"), zwracając uwagę na poniższe zdania:
       
      Wrocław 15 maja 1989
       "Ja z różnych powodów - pisze Bocian - znalazłam się "na boku", we Wrocławiu z literatami sprawa jest wręcz patologiczna, i żałosna. Założyliśmy tzw. Koło Solidarności
( ja z Falkiewiczem!), ale okrzyknięto nas "rozbijacką bandą".
 Nie chcę grzeszyć, ale tak podłej baby jak U.K., to rzadko można spotkać. To już znikczemnienie, bo wszak tu wiadomo, że wygryzła Karpowicza i dostała to koryto
za... za  w y e l i m i n o w a n i e  generacji 68 i następnej. I zrobiła to idealnie. A teraz kogo gra? Męczennicę! No, nie!... Jestem pełna odrazy do takich zachowań!"...

    
  Koloryt lokalny, ale koszty takiego kolorytu są dość wysokie. Idźmy dalej.
 

      Worcell robi, co może, by Srokowskiego pogrążyć całkowicie. I mści się. Choć Srokowski wciąż uważa go za przyjaciela.
„Zabłocki” donosi:  

       „Jako przeciwstawienie „podłej” natury Srokowskiego, Worcell podaje Jacka Łukasiewicza, Mieczysława Orskiego, a nawet Coriolana… Worcell we wszystkim, co mówił o Srokowskim – ujawniał pretensję dotyczącą zbyt silnej dominacji Srokowskiego. Wydaje mi się, że Worcell czuje się jakby drugorzędnie w stosunku do swego zastępcy – i być może stąd biorą się kwasy między nimi. Worcell chciałby, ażeby Srokowski był jego cieniem, aby każde działanie – i rezultaty tego działania - jeśli są one pozytywne, były przypisywane jemu. To samo też dotyczy autorstwa różnych inicjatyw na rzecz zarówno środowiska literackiego – jak i społeczeństwa naszego regionu. W najbliższym czasie ma dojść do skutku wyjazd trzyosobowej ekipy członków ZLP do ZSRR. Oczywiście Worcell zarzekał się, że woli posłać tam „takiego durnia jak Księski”, ale Srokowskiego nie wytypuje…Odnoszę wrażenie – w miarę jak bliżej poznaję obojga Worcellów – że są to ludzie bardzo chwiejni w swoich opiniach o innych ludziach. Wszystko zależy od wpływu pod jakim się aktualnie znajdują. Kto ostatni wychodzi od nich z domu, ten ma rację. Główną sprężyną tej nierówności jest oczywiście żona H. Worcella… Jest całkowicie bezkrytyczna… ma zdolności intryganckie… jest plotkarą. Pamiętam czas, kiedy gloryfikowała Srokowskiego, głosiła peany na jego cześć, teraz wywleka najintymniejsze sprawy, z których się zwierzał, w nadziei, że rozmawia z przyjaciółmi”…

       Konfidentowi chyba nie mogą przejść przez gardło intymne rewelacje, które zdradza żona Worcella, ujawniając osobiste rozmowy ze Srokowskim. A Srokowski rzeczywiście zwierzał się Worcellom ze swoich kłopotów, opowiadał też o rozstaniu z żoną i kulisach tego rozstania. Teraz już o tym trąbi pół miasta.
Pod maszynopisem widnieje: „Zabłocki”, a niżej, pod słowem „Uwaga”, odręczny dopisek ppłk Wł. Zioły :

       „Jest to jedna z obiektywniejszych informacji, jakie czytałem od tego źródła. Potwierdza to nasze rozpoznanie o tym, że środowisko jest skłócone i daleko im do jedności.” 

       „Zabłocki” spotykał się z wieloma pisarzami i zbierał informacje. Ale bezpieka sprawdzała także jego, o czym świadczy dopisek ppłk Zioły. Badała, czy jest wiarygodny. Okazuje się, że był. To znaczy, że informacje nawet najbardziej wiarygodnych tajnych współpracowników były poddawane kontroli. A kim jest TW „Zabłocki”? Dzisiaj już znamy jego nazwisko. Dla mnie było dużym zaskoczeniem. To Danuta Kostewicz, w tamtych latach bardzo wpływowa politycznie dziennikarka Polskiego Radia i autorka opowiadań.  

   
 
 
30.07.79                                                                                                         Na przechadzce myślałem o Europejskim Forum Poezji we Wrocławiu… Nazwa do ustalenia. Idzie o ideę, żeby poeci różnych orientacji, stylów, estetyk,, różnych filozofii mogli usiąść przy jednym stole i powiedzieć sobie o tym, czym jest poezja w podzielonym świecie. 
 ***     
Kudowa Zdrój. Sanatorium, serce.

    
       
Byłem u Soyty ( dyrektora Wydziału Kultury) w sprawie Forum Poetów Europy. Podobało mu się… Impreza z rozmachem. Czy podołamy?
      ****
 
         29.09.1979 r.  napływa z Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Olsztynie do Naczelnika Wydziału III MO we Wrocławiu, a personalnie do kpt. Jędrzejczaka, groźna wiadomość. Kpt. Stefan Jędrzejczak, to wspomniany już na początku słynny bywalec Klubu Dziennikarza „pan Stefan”. Oto treść tego dokumentu: 


       „W trwającym w dn. 20-22.09. 79 r. Ogólnopolskim Forum Literackim pod hasłem „Pisarz a dzień dzisiejszy” w Lidzbarku Warmińskim uczestniczył m.in. z Waszego terenu Stanisław SROKOWSKI. Wymieniony zabrał głos w dyskusji ostro skrytykował przemawiających wcześniej Wł. Sokorskiego i K. Koźniewskiego za ich cyniczny stosunek do młodych i pełnych krytycznej aktywności twórców, za lekceważenie pisarzy spoza Warszawy, za niedocenianie poważnie liczącej się grupy twórców ludowych. Wystąpienie to było przyjęte z zadowoleniem zebranych… Poza tym t.w. ps. „Maria” siedzący w czasie obrad obok Srokowskiego zauważył, że ma on przygotowane przemówienie, które wg. relacji źródła było następujące: 
„Koledzy Literaci! Przepraszam, Koledzy Partyjni Literaci – ludzie o czterech obliczach Światowida, co innego myślicie, co innego piszecie, ogłupiając i tak już zdemoralizowane społeczeństwo, co innego myślicie, co innego mówicie z trybun i w czasie spotkań, co innego szepczecie w zaciszu domowym do zaufanych, pewnych przyjaciół. I gdzie tutaj „pisarz a współczesność”( hasło forum - przyp. nasz), gdzie prawda o życiu dnia powszedniego, gdzie wreszcie uczciwość pisarza, literata, dziennikarza, gdzie wam do tego „sumienia narodu”( zwrot określający poetów zawarty w jednym z referatów – przyp. nasz). – Konformistyczni i zakłamani.
W innym miejscu pisał o „gorzkim obowiązku krzyku, że jest źle, źle, źle, gdzie nie spojrzysz – jeśli masz oczy otwarte jest źle, źle, źle. 
W innym akapicie było o „gorzkim cieniu Jasienicy” – o konieczności „wyzwalania się spod cenzury tej prawdziwej i bez przenośni, cenzury, która jak kaganiec władza narzuciła narodowi, twórczości wszelkiej i pisarzom.
Tekst był w formie rękopisu. Kiedy St. Srokowski zorientował się, że tekst ten interesuje sąsiada, złożył kartki i schował do teczki… Powyższe przekazuję do ewentualnego służbowego wykorzystania. Z uwagi jednak na sposób uzyskania informacji, proszę o szczególną troskę w zakresie konspiracji osobowego źródła, które uzyskało informację.”   

       I podpis: Naczelnik Wydziału II KWMO w Olsztynie
                                            

       Istotnie, byłem na tym spotkaniu. I przemawiałem w taki sposób, w jaki TW „Maria”
relacjonuje. Miałem ręcznie napisane uwagi do tego przemówienia i wykorzystałem je na mównicy. Szczególnie mocno akcentowałem potrzebę wołania, krzyku. Nie bez powodu. Tytuł mojej pierwszej powieści brzmi „Przyjść, aby wołać”(1976). 
       
        A w „Zapiskach”:
2.10.79 r.       
…Cztery dni w Olsztynie( dokładniej: Lidzbark Warmiński- St. S.). Mnóstwo ludzi. Referaty słabe. Ale za to Sokorski pohasał sobie, a za nim Koźniewski. Ostro wystąpiłem przeciwko obu, a raczej przeciw nonszalancji, wielkopańskich manierach i przeciw poklepywaniu pisarzy po plecach. To, co obaj robili, było obrzydliwe. Sokorski napadł na młodych filmowców. Broniłem ich. Koźniewski, z pozycji Warszawy (stary cap, dureń) niszczył wszystko, co się rodzi poza stolicą… Już, gdy byłem kilka dni potem w Warszawie, wieść o moim wystąpieniu rozeszła się. A ja wtedy, w Olsztynie, byłem bardzo zdenerwowany, mówiłem prawie przez łzy, bo mnie drażniło, bolało. Oni sobie literaturą nos wycierają, żarty stroją, kpią… 
   
Dodajmy: Kazimierz Koźniewski, jak się później okazało, był agentem bezpieki.
Gdy komendy MO z dwu odległych części kraju przekazują sobie papiery na mój temat, ja już jestem w Rzeszowie, a potem w kilku innych miejscach.
2.10.79 r.
Blisko miesiąc poza domem. Ucieczka od miejsc, które bolą… Pragnienie odmiany, odnowy, szukanie w sobie dodatkowych racji dla życia… Tylko krótkie chwile przynoszą ukojenie, ale potem dręczące pytania. Wątpliwości rosną i nabierają rozmiarów tragicznych… Wciąż myślenie o tym, jak obok nas cierpią inni ludzie, jak przeżywają swoje niezawinione dramaty. Jest coś w losie człowieka, czego nie można uniknąć. Jest nieuchronność znoszenia i zadawania bólu. Jest tak, jakby człowiek sprawdzał granice własnej egzystencji, doświadczenia, własnej tożsamości.

12.11. 79  
Dodatek do wcześniejszych uwag: W Olsztynie wystąpiłem przeciw Koźniewkiemu i Sokorskiemu. Obaj cynicy. Pierwszy na dodatek łajdak, brudny i świnia… Byłem zły, przygnębiony, mówiłem ostro. Spychają polskie pisarstwo w stronę intelektualnej pustki, deklaratywności, prowincjonalizmu…Byłem zdenerwowany. Sala zamarła. Zaatakowałem także Sokorskiego, bo on uważa, że filmy, jakie robią młodzi reżyserzy, to nic ważnego. „Przejdzie im to” – skomentował. Chodziło o Marczewskiego, Kieślowskiego, Holland, Wojciechowskiego, Falka, całą generację. Bo są za ostrzy, drażnią…  
            
***

        22.12.79  
Wczoraj list z Leningradu. Świacki. Pisze, że był w Moskwie i  dowiedział się, że interesują się tam moją twórczością, szczególnie powieściami… Traktuję takie wiadomości z dużą ostrożnością. Wciąż nic nie wiem o „Lęku” po czesku. Książka przetłumaczona, a tłumaczka(Jaworska) nie ma umowy. Podobnie ze sztuką…
*** 
List od tłumacza, znienawidzonego przez bezpiekę, Zdzisława Reszelskiego:
 
 „Piszę do Pana, bo bez Pana zezwolenia pozwoliłem sobie przesłać mojemu przyjacielowi w Kanadzie Pański cykl sztuka -życie-śmierć prosząc go o zamieszczenie tego w którymś z czasopism. Przełożyłem to na angielski, ale doszedłem, że przekład mój nie jest dobry, więc wolę, żeby to on zrobił. Ponadto przełożyłem na mongolski ten sam cykl i też wysłałem do jednego z moich przyjaciół. Ten sam cykl wysłałem do mojej starej znajomej austriackiej pisarki i redaktorki p. Joannie Ebner i przyjacielowi do Bułgarii.
                                                                           Zdzisław Reszelewski,  1979
           
ROK 1980
 
10.01.80     
Wczoraj zebranie ZLP. Moje dwa projekty. Jeden, to literacka impreza na wsi. Projekt przeszedł…Drugi projekt upadł…  Coriolan, bo boi się organizacji. Dyczek, bo technicznie nie poradzimy sobie. Franio S., co jest szczególnie karykaturalne, powiedział, że Polska Ludowa jest za biedna, żeby wydawać pieniądze na takie imprezy. Za to Worcell trysnął zdrową myślą. Wykalkulował, że jak przyjadą pisarze z zagranicy, spotkanie może być niebezpieczne politycznie, bo „zaczną mówić odważnie, a co my na to?” Okazał się tym, kim jest w rzeczywistości. Bez wyobraźni, bez wyższych ambicji, Chodziło o „Spotkania poetów Europy we Wrocławiu.”  Szkoda, że tak nie docenili tej rzeczy. Na koniec wygłosiłem krótkie przemówienie, informując, że tracimy własną twarz, bojąc się trudu, który może dać niewyobrażalne owoce naszej polskiej kulturze. Trudno…
***
Tydzień zaczął się źle. Szef odrzucił mi artykuł o młodych( pisarzachSt. S. ). Dwa tygodnie temu mówił, że bardzo dobry. Teraz, że lepiej będzie, jak nie opublikujemy…

27.02.80
Zebranie ZLP… Gdy przyszedłem, był tylko Worcell. Spojrzałem na niego i byłem zdruzgotany. Jego twarz wydała mi się bardzo zmieniona, zniszczona i wypełniona złem. Straszliwie zdeformowana, nabrzmiała i gorzka… Unikał moich oczu, jakby się czegoś wstydził, jakby był czemuś winien...
 
Henryk Worcell
 

         26.03. 80       
Rozmowa z szefem „Wiadomości”… Wył i wściekał się z pianą na ustach, że wydrukowałem artykuł w „Literaturze”. Zabronił mi pisać do gazet centralnych, a  ze mnie wylazł diabełek. Jak on, żeby nie pisać, to ja postawę na swoim. I będę pisał.
   
30.04.80 
           Dzwonili chłopcy z Jawora. Kłopoty. K. C. partii pokreślił ich listę zaproszeń ( na Biesiady Literackie- St. S.). Sporo ludzi odpadło… Marek Sołtysik z Krakowa, Ziętek z Warszawy, Mencwel, ktoś jeszcze, zdaje się, że nawet Śliwiak… Ponure wieści. Co się dzieje?

Jawor, od lewej Stanisław Gostkowski, Tadeusz Olszański i dyrektor JOK, Józef Noworól
  
27.05.80 
... Worcell… Łazi na spotkania i zamiast mówić o swojej twórczości, łże jak może na mój temat. Gada od rzeczy po bibliotekach i klubach. Koledzy mi to powtarzają i razem śmiejemy się. Niedołężność? Zła wola? Bóg jeden wie. Biedny Worcell. Tak go nazywa syn, jego syn, Andrzej.

       1.06.80  

       W „Twórczości” kawał pięknej prozy Sołtysika. Szczególnie udana scena erotyczna, dzika i ekscytująca…              

       „Zabłocki” znowu się martwi złą atmosferą, jaka panuje wśród pisarzy. Szczególnie go boli, że Srokowski się kłóci z Worcellem. Dlatego donosi:

       … „Stosunki między St. Srokowskim a H. Worcellem są wyłącznie zewnętrznie poprawne. Obaj się jednak( nawzajem co gorsza!) na swój sposób niszczą. Srokowski pije w bardzo dużych ilościach alkohol. Nie pisze. Narzeka na rzeczywistość”…

       To narzekanie na rzeczywistość brzmi dość kiepsko, ale konfident się tym specjalnie nie przejmuje, analizuję sytuację w środowisku literackim i powiada:  

       …„Powoli zaczynają się znów organizować i rozwarstwiać grupy osób wewnątrz Oddziału. Najaktywniej działa Orski, któremu udało się już pozyskać przychylność kilku kolegów, w tym przede wszystkim Księskiego. Księski wprawdzie niczego sobą nie reprezentuje, lecz jest „głosem potrzebnym do glosowania”…
  
Donos przyjął: ppłk mgr Wł. Zioło.

       Wiele lat wcześniej Mieczysław Orski, obecny red,. nacz. „Odry”, został przez bezpiekę zarejestrowany jako TW „101”. W dokumentach IPN istnieje jego własnoręcznie napisane zobowiązanie do współpracy. Duże zaskoczenie.
 
10.06.1980 r.„Zabłocki” znowu umawia się z ppłk Ziołą, kabluje mu o zagrożeniach idących od pisarzy i konstruuje wielopiętrową, wielce zagmatwaną supozycję:

„W ostatnim czasie wyraźnie się nasilają negatywne nastroje w ZLP. Uaktywniła się grupa Urszuli Kozioł i Orskiego. Wszystko wskazuje na to, że sposobią się oni do opanowania kampanii wyborczej, która będzie miała miejsce w maju lub kwietniu 81 roku. Już teraz organizują oni na różne sposoby swoistą akcję kompromitującą obecny zarząd – nie szczędząc w tym także i Henryka Worcella, z którym pozornie wdali się w przyjacielskie stosunki. Worcell jednak nie wie, że jest tylko wykorzystywany do rozegrania delikatnej partii. Wykorzystują oni jego naiwność, brak zrównoważenia i bez porównania niższą inteligencję. Za plecami wyśmiewają się z niego. Orski np. zbiera dane o pobieraniu honorariów autorskich przez żonę Worcella. Rzekomo na każdym spotkaniu ona także podpisuje listę płac i także pobiera wynagrodzenie według najwyższej stawki. Opublikowany w maju artykuł w Polityce - (dotyczący Koła Młodych, ale także innych płaszczyzn działalności obecnego zarządu, krytykujący Spotkania Jaworskie, obciążające winą likwidację Wiosny Poetyckiej w Kłodzku – także obecny zarząd) wszystko to ma na celu skompromitowanie ich… Trwa też akcja pozyskiwania sobie sojuszników. Każdy głos, nawet jeśli to jest osoba nic nie znacząca w dorobku literackim, jest dla nich cenny. Na tej zasadzie zabiegali o Księskiego – Orski wydrukował mu nawet parę wierszy w Odrze - w ten sposób zobowiązał go sobie.”

       Istotnie, nr 1/80 r. przynosi trzy mizerniutkie wiersze Księskiego. Oto jeden z nich::
„Ucieczka ze snu”
 
           Świeczkę zapalam…
           Północ oddalam;
poranną myśl dzisiaj skończę.
Lato może być nawet bardzo krótkie,
Ale tej smutnookiej dziewczynie
przez cały rok
potrzebne jest słońce.
 
„Odra” drukuje ten wiersz, a Ksiąski, wedle bezpieki,  ma stanąć po stronie Orskiego. Coś za coś. Pierwszy znamy mi przypadek  korupcji literackiej. Taki haracz trzeba zapłacić za kupienie jednego głosu. Niezła cena. Ale co się dzieje dalej. 
  
„J. Księski… - pisze ppłk. Zioło -  informuje Orskiego o różnych planach strategicznych grupy Srokowskiego… Orski - za pośrednictwem Pluty ( wobec którego Worcell ma zobowiązania, gdyż ten tworzy jego kreację artystyczną ponad faktyczną miarę) przekonał Worcella, aby ten nie zabierał – ani tym bardziej nie wysyłał na Zebranie Zarządu Głównego St. Srokowskiego…

Ciekawe, czego się bał Orski, że tak nalegał, by Srokowskiego nie wysyłać do Warszawy. Może tego, że Srokowski mógłby w Warszawie rozszyfrować całą misternie utkaną przeciwko niemu intrygę i otworzyć oczy tym wszystkim, którzy z naiwną i szczerą wiarą przyjmowali dochodzące z Wrocławia plotki, nie wiedząc, że są oszukiwani. Ale plotki rozsiewa także przyjaciel Srokowskiego, Worcell.
   
…Henryk Worcell…- pisze agent, o czym już wspominałem -  w bibliotekach, w których odbywa spotkania autorskie – większą część czasu przeznacza na urabianie złej opinii o Stanisławie Srokowskim. Mówiły o tym m.in. pracownice biblioteki przy ul. Łódzkiej. Rozgłasza opinie o alkoholizmie… Srokowskiego, o tym, że jest jakoby grafomanem, że współpracuje ze Służbą Bezpieczeństwa – i że to jest główna przyczyna tej nagłej kariery, że on go dalej lansować nie będzie”…

 
          

         Powtarzam, sam Worcell  takich niegodziwości wymyślić nie mógł. Musiała działać bardziej wyrafinowana i cyniczna grupa. A Worcell stał się tylko pionkiem w tej grze.                Rozumie to sam konfident, który powiada:  
         …„Worcell jednak nie wie, że jest tylko wykorzystywany do rozegrania delikatnej partii”. 

         O jaką partię tu chodzi?   O skompromitowanie Srokowskiego. Była to typowa gra Służby Bezpieczeństwa, do której – niestety - skwapliwie dołączyła jedna z frakcji ZLP. Frakcja ta chciała przejąć kierownictwo w ZLP, a na drodze stanął nie Worcell, z którym, jak powiada konfident, …”pozornie wdali się w przyjacielskie stosunki”…, a Srokowski. Bo Srokowski nie wdawał się w pozornie przyjacielskie stosunki. Nie było to w jego naturze, ani obyczajach. A poza tym, Srokowski był odpowiedzialny za sprawy merytoryczne w Zarządzie. Za inicjatywy kulturotwórcze (m.in. za koncepcję europejskich spotkań literackich, które zostały utrącone). Uderzenie w Srokowskiego było uderzeniem w program przez niego lansowany, który miał włączyć Wrocław do obiegu europejskiej kultury. Najsmutniejsze jest to, że w walkach frakcyjnych jedna z grup staje się narzędziem w rękach bezpieki, realizując jej plan niszczenia i rozbijania środowiska twórczego.
 
 
 6.10.80 
 Zebranie ZLP odbyło się. UK… zaczęła pouczać, co należy robić…tonem patetycznym wzywała do popierania klasy robotniczej…Worcell… Powiedział, że nic szczególnego się nie zdarzyło. I to odebrało mu wszelkie szanse. Widziałem, jak się odsuwają od niego nawet ci, którzy ciągle się łasili u jego kolan: Dyczek, Bocian, Pluta…Dyskusja była gorąca. Mnóstwo wniosków. Wygłosiłem w imieniu Zarządu krótką mowę o naszych propozycjach do uchwały, popierając cały ruch odnowy i dodając sporo konkretów. Potem występowałem jeszcze parokrotnie, wnosząc dodatkowe uwagi…Worcell był zdruzgotany i samotny, zresztą, wcześniej wyszedł. Kto mówił i co? Kurowicki: że trzeba nam dyktatury proletariatu. Że skrócony czas władzy niczego nie zmienia, że trzeba winić politykę kulturalną, a nie ludzi… Szwed: „Zabronić Kurowickiemu mówić, na mętnej wodzie zawsze wypłynie”… Szumańska: strasząc Kurowickiego. Kelera, mówiąc, że Kurowicki nie jest marksistą. Szwed mówił, że dobro i zło są wieczne. I że tylko marksiści tego nie rozumieją… Kowalczyk: mądre, rzeczowe wystąpienie. Drahan: ostre, kategoryczne sądy, przeciw nadużywaniu władzy. Było tych głosów dwadzieścia kilka…
***
Dziś idę do NSZZ „Solidarność” nawiązać współpracę, oni- my, ZLP.  
12.10.80
Chwilami tak jestem zniechęcony i znużony tymi frakcjami w ZLP, że marzę o ciszy i samotności. A potem jakiś diabeł czynu porywa… W końcu się chyba wycofam.
20.10.80 
W sobotę kolegium prezesów związków twórczych. Byłem zamiast Worcella, który dokądś wyjechał. Przez kilka godzin dyskutowaliśmy, jak wpływać na decyzje władz w kwestiach kultury. Wysmażyliśmy odpowiedni memoriał, który mam… jeszcze zredagować…
27.10.80
       Byłem wśród głodujących kolejarzy, są zrozpaczeni i zdeterminowani. Moim zdaniem wybrali zbyt dramatyczną formę niezgody…  
  
29.10.80   
Zebranie Kolegium Prezesów… Ustalamy wspólny program działania wobec władz: - środowiska twórcze i naukowe. Powierzono mi projekt regulaminu, a także program. Zrobię. Jest jeszcze w ludziach dużo wiary. Ale też i cynizmu. Np. wicewojewoda Wielebińska, a także dyrektor Krotoski – nie kryją się z tym, żeby przeczekać. Za pół roku wrócimy do starego – mówią wprost. A tylu młodych ufa, że coś zasadniczo zmieni. Jeśli nie i moja wiara będzie zagrożona. Mocno się wciągnąłem w życie nowego nurtu…   
***
 W stanie wojennym tracę pracę. Moja gazeta. „Wiadomości” została zlikwidowana. Gdy powstaje reżimowy Związek Literatów Polskich, nie wstępuję do niego. Kiedy rodzi się „Solidarność Walcząca”, zakładam w domu punkt kolportażowy SW. Mimo inwigilacji, nigdy nie został zdekonspirowany.
W stanie wojennym piszę poemat, który Wydawnictwo Literackie odrzuca. Oto fragment:
        
         CHRONICA POLONORUM
 
Polsko,
widziano cię, jak się łajdaczysz.
Twoi synowie się szmacą.
 
Kto nam zmyje brud z sumienia, 
Ojczyzno?
 
Całuję twoje stopy, 
kurz na ustach i twoją wzgardę. 
Sypię sól na twoje rany.
Jestem twoją chorobą, Ojczyzno. 
Twoją kroplą krwi i smutną pieśnią.
Biegam uwiązany do łańcucha przez twoje podwórka.
Moje ciało krwawi. Mój oddech coraz wolniejszy.
Tętno zamiera.
 
Ojczyzno, modlitwo banitów.
Tęsknoto obieżyświatów.
 
W kopalni „Wujek” widziano carski cień na ścianie.
W domach zasunięto zasłony na oknach.
 
Od bramy do bramy
podjeżdżał pusty wóz, 
a śmierć siedziała okrakiem
na grzbietach koni.
 
Obejrzyjmy kartę choroby,
Polsko.
Kronikę wypadków.
Poznański czerwiec. I milczą tamte drzewa.
Groby zawiał śnieg.
Stare kobiety krążą w samotności.
Gdańsk. Z cmentarzy wykradziono ciała zabitych.
Duchy się zbiegły u rozstajnych dróg,   
a wewnątrz mieszkań topi się wosk.
 
Kronika Polaków to coraz więcej dróg, 
po których widać coraz więcej pustych wozów.
Coraz więcej spala się świec.
Coraz smutniejsze są nasze córki i matki.
Coraz szczelniej zasłania się okna.
I coraz cichsze są rozmowy.
 
Kronika Polaków to coraz dłuższa lista
relegowanych, internowanych, więzionych
i skazanych na wygnanie.
Coraz częściej dzwonią więzienne klucze.
Kronika Polaków to ślad narodu,
który nie chciał umrzeć.
Bibułę i wydawnictwa książkowe otrzymuję także osobiście od Kornela Morawieckiego, który po powrocie do kraju w 1987 r., kilka miesięcy później, odwiedza mnie w domu i od tej pory przyjaźnimy się i spotykamy się często.


Spiskowcy w mieszkaniu pisarza: w pierwszym rzędzie od lewej: Tadeusz Warsza SW, Anglia, konspiratorka z Ukrainy, Andrzej Kołodziej SW, Kornel Morawiecki SW, konspirator z Ukrainy, z tyłu, od lewej, Hanna Łukowska – Karniej, SW, Stanisław Srokowski, SW, Maria Ganaciu - Srokowska, SW,  przedstawicielka SW w Kanadzie.
        ****
        Plotka, którą ukuła bezpieka, by mnie izolować od środowiska, a rozpowszechniali ją usłużni koledzy po piórze,  poczyniła w  moim życiu literackim niepowetowane szkody. Dotyczy to m.in. zablokowania moich książek przed wejściem na rynek zagraniczny. Oto listy od tłumaczy, które świadczą o tym,  jak liczne i poważne były ich zamiary. I to  w  wielu europejskich i pozaeuropejskich krajach, np. w Czechosłowacji, Bułgarii, Rumunii, Grecji, Włoszech, Jugosławii, Holandii, ZSRR, Finlandii, Niemczech i Stanach Zjednoczonych. A potem jak nożem uciął, wszystko się urywa. Tak nagle?  Bez powodu? I to we wszystkich krajach naraz, jakby się umówiły? Gdy tyle książek zostało już  przetłumaczonych?  Dziś wiemy, że jednych pisarzy bezpieka i jej agenci  wynosili na szczyty sławy, a innych rugowali z rynku literackiego.  Nic dziwnego, że bezpieka groziła mi, iż gorzko  pożałuję, jeśli się nie skuszę na  obietnice ( mieszkanie, praca, zarobki, wyjazdy zagraniczne, przekłady). Nie skusiłem się. I oto skutki. Poczytajmy te listy jako kronikę nadziei, która się nigdy nie ziściła. I puśćmy wodze fantazji, co by się stało, gdyby te wszystkie zapowiedzi nabrały kształtu realnego. W którym miejscu znalazłby się pisarz?   

 

  LIST Z  ZSSR

Drogi Stanisławie!

po pierwsze, mogę Cię uradować. Przetłumaczyłem i złożyłem w  „Newie” spory zbiór wierszy czterech polskich poetów: Różewicza, Karpowicza, Szymborską,  Srokowskiego… One już są w redakcji, a  ja otrzymałem pieniądze, czyli, na początku roku wszystkie się ukażą.

                                            Wiktor   Sosnora, Leningrad,   6 grudzień 72

                                                                   

LIST Z BUŁGARII                                                                                                                

Muszę Ci powiedzieć, że piszesz niesamowite listy (mam nadzieję, że ten zaszczyt to tylko dla mnie, bo mi się podobają). Gdyby nie one, to bym się wahała  przekładać, czy nie, Twoje znakomite „Drzwi”. Ale poziom listów przekonał mnie... 
                                               
                                                               
Sylwia Barysowa,  Sofia, 11.9.75

 

LIST Z WŁOCH

Drogi Stasiu,

dostałem dopiero kilka dni temu paczkę z twoją książką. Już na moim regale ( poświęconym polskim współczesnym autorom) stała książeczka „Przyjść, aby wołać”. Teraz mam Ciebie i w prozie: stajesz się niedrugorzędną pozycją w moim księgozbiorze!

      Ale zanim ją postawię na należytym miejscu, chcę ją przeczytać. Oglądałem na razie tylko początek: zachęcający, raczej mało podobny do innych produktów pisarskich współczesnej literatury polskiej ( i europejskiej). 
                                                                     Twój Antonio

Florencja 7.7.77

LISTY Z CZECHOSŁOWACJI

                                                                                                                          Szanowny Panie!

…”Drzwi” przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Głębokie studium na temat wolności i samotności współczesnego człowieka. Doskonałe dialogi…   
 
                                                                           Jan Sedlak, 14.11.77r.

***

Drogi Żorż,

dziękuję za list i za sztukę. „Legenda” – podoba mi się i od razu wstawiłem ją do planu dramaturgicznego. Rzecz podlega oczywiście jeszcze uchwale Rady Artystycznej, ale to już tylko formalności. Mam zamiar wystawić sztukę na jesieni b.r.  /październik, listopad/.

… Na premierę oczywiście chciałbym cię zaprosić…  Rozmawiałem z tłumaczem (Vlašek jest bardzo zajęty, ale sztukę weźmie na warsztat Pavla Javorská). Dam ci jeszcze znać.

                                                                                                                                                                                     Wilhelm Przeczek, 1.3.1978

 

***

 Drogi Stasiu!

…Sztukę bierzemy na warsztat w Teatrzyku ZG PZKO, studium Teatralne, w lipcu 1978, premiera będzie w sierpniu. Poza tym chcę ją wystawić na tzw.  Małej Scenie w Bielsku Białej – gdzieś na jesieni.

   Wilhelm Przeczek, Czeski Cieszyn, 28.4.1978

***

Sprawa z… powieścią „Lęk” jest realna. Chyba wejdzie do planu wydawniczego na rok 1981. Tak mi przynajmniej mówił, notabene,  w obecności Tadka Śliwiaka, redaktor naczelny Wydawnictwa Profil – inż. Miroslav Rafaj / brat Oldřicha/. Pavla Javorská stale czeka na umowę z wydawnictwem. Lęk jest już przetłumaczony, i to dobrze, czytałem fragmenty. Rafaj /praski/ będzie nawet drukował fragment.

                                                                                

                                              Wilhelm Przeczek, Czeski Cieszyn 28.5.1979

***

… Mam od  Pana rękopis „Rysów” oraz „Ty”, jak również niektóre inne  książki - „Fatum” , „Ścięte ptaki”, „Strefa ciszy”,  wszystkie przeczytałem, a część z nich  przełożyłem; chcę dać Pana rzeczy do radia i do druku. Najpewniej do naszej „Światowej Literatury”.  Proszę o przesłanie mi dobrej, prywatnej fotografii, Pana portretu, abym mógł go dołączyć do Pana wierszy. 

Oldřich Rafaj   Praha, 29.5.1979

***

… Rafaj jest przekonany, że Twoja powieść wyjdzie w PROFILU, ale nie może mi ciągle jeszcze wskazać terminu. Żal mi tłumaczki, Pavly Javorskěj, która włożyła  „w ciemno” całą sprawę, pracę i teraz też czeka.

                                                  Twój Wilhelm,  Czeski Cieszy, 30.8.1979

***

… Na moje zamówienie nasza BIBLIOTEKA ZG PZKO otrzymała już Twoje „DRZWI”. Wspaniałe! Na pewno jedną z tych sztuk /chyba CIENIE/ będzie grała Scena Polska Teatru Czesko-Cieszyńskiego… Dr Karel Wojnar z  TV Ostrawa dzwonił do mnie, jednak się zdecydowali i żądają do tłumaczenia Pavli Javorskiej Twojej sztuki, tej – która była drukowana w „ SCENIE”. Prosił mnie o Twój adres /chyba już po raz trzeci, zawsze gubi notatki/, więc zamierza do Ciebie pisać.

 

                                 Ściskam Cię, Twój Wilhelm, Czeski Cieszyn  5.11.979

***

Szanowny Panie!

Bardzo dziękuję za przesłaną mi książkę utworów dramatycznych. Chętnie przeczytałem. Jeżeli chodzi o warsztat, to mi się wszystkie podobały, szczególnie „Aktorka”. Postacie wszędzie wybitne, żywe. Dialog doskonały.

      … Z radością bym to przetłumaczył.

                                                  Jan Sedlak,  Bratyslawa,  15.11.1979

***

Dziękuję za książkę /twoje sztuki/, jak będę mieć chwilę czasu, spróbuję niektóre przetłumaczyć. Piszesz bardzo interesująco, właściwie Twój styl mnie interesuje. Mnie osobiście.

                                                                Janusz Hyvnar, Praha , 1979

***

Dziękuję za list oraz książkę z dramatami. Widzę, że żyjesz podobnie jak ja, tułasz się z miasta do miasta, od dziewczyny do dziewczyny, od wódki do wódki. Przetłumaczyłem fragmenty z Twojej powieści a jeden z nich wydrukowałem w „Mlade  Frontĕ” pod tytułem „Zmienna pogoda”.

                  Serdecznie pozdrawiam, Twój Jaroslav Holoubek, Praha, 3.12.79

***

Po prostu nie będą Nas w tej chwili wydawać. Nie chcą. Przyjdzie czekać, nic innego nie zostało. Ja również   /podobnie jak tłumaczka Twojego „LĘKU”, Pani Pavla Jaworská/ władowałem w imprezę ze Śliwiakiem rok pracy, i wszystko na nic. Stasiu, przetłumaczyłem kilka twoich wierszy. Te, które przesyłam, pokażą się w praskim „Literárnim Měsičniku” – u dra O. Rafaja – ale nie wiem, kiedy. Jak to nastąpi, to oczywiście  prześlę ci numer!

                                                      Wilhelm Przeczek, Bystrzyca, 28.8.1981

 

LIST Z JUGOSŁAWII

Drogi Panie Stanisławie,

Jedną z pierwszych wiadomości po powrocie do Polski była wiadomość, iż Pan stał się laureatem tegorocznej nagrody om. Stanisława Piętaka. Właśnie dzięki książkom, które ostatnio mi Pan przysłał do Zagrzebia. Oczywiście, serdecznie Panu gratuluję, wierząc w dalszą naszą wzajemną współpracę.

                                               Uścisk dłoni, Milivoj Slaviček

                                                                    

LISTY Z NIEMIEC

                                                                             

Szanowny Panie!

Miał Pan jakoś  „szczęście”, bo list i książka Pańska dotarły tu w chwili, gdy miałem dużo czasu, t. zn.  leżałem w szpitalu  po  wstrząsie mózgu w dniu gołoledzi i dużo czytałem. Powieść wydaje mi się ciekawa… Łączę najlepsze pozdrowienia, ściskam dłoń.

                                        Dr. Klaus Staemmler. Frankfurt,    29.XII.1978 r.

***  

  …Cieszę się, że mam Ciebie tłumaczyć. Więc już w bliskim czasie  będę uważnie Twoje dramaty czytać i prawdopodobnie pisać recenzje o nich dla wydawnictwa  Hensdue w Berlinie. Jak wiesz, to u nas krok przed tłumaczeniem. 

                                                     Birgitt Pitschmann, Rostock 18.7.79

***

Szanowny Panie Srokowski,

tak jak umówiliśmy się przed dwoma laty, przetłumaczyłam fragmenty Pana książek „Duchy dzieciństwa” oraz „Repatrianci” i starałam się o to, by książki te ukazały się na rynku niemieckim…” 

                                                        Christie Ettrich, Gỡrlitz, 21.03.2002 

LIST Z RUMUNII                                                                                         

Drogi przyjacielu,

… Powieść „Nieobecny” powinna ukazać się w 1983 roku w Wydawnictwie „Univers”. „Lęk” w „Eminescu”. Umowę podpiszę w  styczniu i postaram się, żeby opublikowali książkę także w 1983 roku.  Kiedy leżałem w szpitalu chory,  skończyłem tłumaczenie „Aktorki” i „Bajki”. Szukam teraz dobrego reżysera, żeby uznać robotę za zakończoną.

Z życzeniami zdrowia, Tudor Savu, Bukareszt,22.06.1980


LIST Z FINLANDII

…Czytam z przyjemnością Twoje „Cztery pory domu” i podziwiam piękny język i rytm.

… Mam nadzieję, że następnym razem spotkamy się w szczęśliwszych warunkach. Dziś 22-go lipca jestem z tobą, Twoją żoną i wielu innymi bliskimi mi Polakami.

       

                              Całuję Cię i Marię,  Kirsti Siraste,   22.III.1982r. Sippola

 

NIEMIECKI LIST Z POLSKI

 Szanowny Panie Srokowski,

W zeszłym roku Marlaene Schlieske z NRF, z którą Pan się spotkał w Bułgarii, dała mi do przeczytania Pański „Sen Belzebuba”, wspominając, że jest Pan zainteresowany ewentualnym przekładem na niemiecki. W dniach od 7. do 9. maja będę we Wrocławiu, jeśli można i sprawa jest dalej aktualna, to spróbuję skontaktować się z Panem telefonicznie.

 

Z szacunkiem, A. Lempp,  Kraków, 29.4.83

 

    ***                                                                                               

Szanowny Panie Srokowski,

Planujemy pojechać do Wrocławia 10 czerwca. Mam nadzieję, że termin ten odpowiada Panu – odwiedzilibyśmy Pana tego dnia wieczorem /ca. 18ºº/.

 

                                               Z szacunkiem A. Lempp   Kraków, 23.5.83

LISTY Z AMERYKI

Zaczęło się od tego, że bodajże w 1981 przyjechał do Polski amerykański młody poeta i chciał  mnie poznać. Gdzieś tam coś o mnie słyszał i zapragnął się ze mną spotkać. Nazywał się  Daniel Bourne i należał do najmłodszej generacji amerykańskich poetów. Chętnie się więc spotkałem i szybko zawiązała się między nami życzliwa znajomość. Daniel był zafascynowany polską kulturą, a szczególnie literaturą, z uwzględnieniem poezji i dramatu. Przez kilka miesięcy przebywał w Polsce, jako lektor języka angielskiego. W USA pracował w bibliotece, będąc też wydawcą.  Zajmował się tłumaczeniami z literatury polskiej. W ciągu roku na moim biurko pęczniał stosik listów od niego. Poniżej niektóre fragmenty z tych listów.   

 

List  z 11 kwietnia 1981

„Artful Dodge”” idzie całkiem nieźle. Nawiązałem korespondencję z Tymoteuszem Karpowiczem i mam się z nim spotkać jeszcze w tym miesiącu. Specjalne polskie wydanie, które Ci prześlę, gdy tylko zostanie zrealizowane, będzie zawierało prace… Aleksandra  Wata, Gałczyńskiego, Rafała Wojaczka, Karpowicza, prostą, lecz cudowną poetkę z Nowego Jorku – Annę Frajlich-Zając… a także fragment Twojej  „Ściany” (Akt trzeci). W wywiadach, które Ci przesłałem, przetłumaczyliśmy „Dziadka” (bardzo się spodobał) oraz „Moment”…

 

 

         Uwaga: „Artful Dodge” to pismo literackie ukazujące się w tych latach w USA, „Dziadek” to moja sztuka teatralna, zaś „Moment”, to mój wiersz.

         ***

…„Ten list rozwlekły, być może egocentryczny, jednakże chciałbym go skończyć wyrazami szczerego podziwu dla Twoich postępów  w j. angielskim,  w miarę jak ja pracuję nad j. polskim. Chciałbym z tobą porozmawiać! Twoje dzieła, „Dziadek”, „Ściana”, „Moment”, ”Siedemnastoletni chłopiec pisze…” (nad którymi teraz pracujemy z Jurkiem) już przemówiły. W specjalnym wydaniu pisma „Artful Dogde” poświęconym polskiej literaturze, wszystkie polskie prace ukażą się po raz pierwszy w j. angielskim. Cieszę się, że miałem możliwość spotkania oraz przedstawienia ich wszystkich!”…

 

 

List z 12 maja 1981

„Nie mogę sobie przypomnieć, czy w moim poprzednim liście napisałem, że Jurek Polański, który tłumaczył zarówno „Dziadka” jak i „Ścianę”, jest zainteresowany tym, aby sztuki te  zostały wystawione. Co Ty na to?”

 

List z 23 czerwca 1981

„Tego lata na Uniwersytecie stanu Indiana zostaną zorganizowane warsztaty dla pisarzy. Będzie tam prezentowane pismo „Artful Dogde”, zarówno polskie wydanie, jak i poprzednie,  zawierające „Dziadka”. Spotkałem rosyjsko-polskiego studenta, który już czytał „Dziadka” w czasie zajęć w Poznaniu. Sztuka zrobiła na nim ogromne wrażenie i uważa on, że to dzieło czyta się równie dobrze w tłumaczeniu. Jurek Polański, który tłumaczył „Ścianę” oraz „Dziadka”, został nowym redaktorem działu kultury w „Artful Dogde”. On również wysłał Twoją sztukę do teatru w Kentucky oraz do koła teatru słowiańskiego na nowojorskim uniwersytecie w Stonybrook. Nie skończy się to prawdopodobnie jedynie na pokazaniu sztuki. Pierwszym etapem jest sprawienie, aby Twoja praca była czytana i znana. Zarówno Jurek, jak i ja, jesteśmy bardzo zainteresowani Twoim dramatem,  dlatego będziemy kontynuować nasze starania. Oczywiście, interesuje mnie również Twoja nowa sztuka. Problem z pismem „Artful Dogde” polega na tym, że jest to czasopismo i nie mogliśmy wydrukować  Ściany” w całości, pomimo, że Jurek przetłumaczył sztukę do końca. Myśleliśmy o przygotowaniu specjalnego wydania dotyczącego dramatów”…. 
        **** 
       
 Smaczne kawałki, prawda? Ktoś się porządnie napracował,  by moje książki nie ukazały się za granicą. Bo może by inaczej wygladała mapa literacka kraju - jak ironizował nieżyjący już przyjaciel, pisarz, Krzysio Gulbinowicz. I doradzał: - Pieprz ich!
          ****
         27.03.1984 r. Naczelnik Wydziału III Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Wałbrzychu, ppłk Józef Kudke, zwraca się do Naczelnika Wydziału III WUSW we Wrocławiu i pisze:


„Z wiarygodnych źródeł uzyskano informację, że niektórzy pisarze wrocławscy starają się wywierać negatywny wpływ na społeczeństwo poprzez głoszone sądy i opinie. Do osób takich należy m.in. Stanisław SROKOWSKI – były przewodniczący wrocławskiego „Odrodzenia”, który został odsunięty od pracy dziennikarskiej i propaguje destruktywne poglądy. Neguje on wszelkie poczynania władzy, sens odnowy, idee porozumienia narodowego, demokratyczność wyborów…”


      
Tylko takiego powiesić. Ale na tym nie koniec...

 

Powrót do strony głównej