ŻYCIE WŚRÓD PISARZY, AGENTÓW I INTRYG

 

Ze wstępu:

               

Przygotowuję do publikacji książkę poświęconą inwigilacji środowiska wrocławskich pisarzy przez bezpiekę. W archiwach IPN we Wrocławiu znalazłem kilka pękatych teczek dokumentów, w których jak w zwierciadle odbijają się czasy  pogardy i upokorzeń  człowieka. Ze  wszystkich stron osaczali  mnie agenci, a kilku z nich było moimi przyjaciółmi, o których wtedy, naturalnie, pojęcia nie miałem, że mają dwie twarze. Bezpieka penetruje pisarzy i stara się najbardziej wyrazistych i wpływowych  skusić do współpracy.  Pomaga w tym agentura, która wokół nas krąży i donosi, co robimy, jak się zachowujemy, co mówimy. Układa elaboraty i przekazuje swoim przełożonym. A przełożeni wskazują, kim mają się szczególnie zająć, kogo kompromitować, by później łatwiej się do niego dobrać i skaperować do współdziałania, a z kim dać sobie spokój, bo nie da się go już niczym  skusić.  Opisywali więc i mnie, opowiadali, z kim się spotykam , z kim piję wódkę, jakie kobiety lubię, jaki paskudny mam charakter, dokąd jeżdżę i co piszę. I rzecz jasna zastanawiali się, jak mnie skaperować. A kiedy widzieli, że to niemożliwe, ostatecznie zrezygnowali. I zrelacjonowali to dokładnie w dokumentach.  Dużą księgę można by z tego  zrobić. Niektóre donosy  prezentuję i zderzam  z zapiskami z mojego dziennika. Ta konfrontacja wyostrza obraz. Wcześniej publikowałem w „Arcanach” oraz „Nad Odrą” inne fragmenty tego tekstu. A także tutaj, w tym samym miejscu.

14.01.1978

TW  ”Zabłocki” donosi: „Dnia 11 bm. uczestniczyłem w wielogodzinnej rozmowie dotyczącej wyboru delegatów na Zjazd ZLP… K. Koszutski opowiadał …   z dość niesmacznymi nawet szczegółami o swojej wizycie u tow. J. Siezieniewskiego. Wizytę tę „nagrała” Urszula Kozioł, zdaniem Koszutskiego, jedynie po to, aby nazywało się, że nie stroni od kontaktów z „Białym Domem”. Spotkanie to miało miejsce… 31 grudnia ubiegłego roku. Poszli tam K. Koszutski i U. Kozioł…”

 

Jak widać, bezpiekę interesował każdy szczegół, co kto inicjował, kto chodził do Komitetu Wojewódzkiego partii, dlaczego to robił, jakie korzyści chciał z tego wynieść, itp., itd. Detale stawały się niezwykle ważne przy rozbijaniu jedności środowiska twórczego i jak pisze por. J. Sokólski… „Izolowaniu w  środowisku i neutralizowaniu osób prezentujących wrogie postawy polityczne, dezintegracji ustalonych, nieformalnych grup i ograniczaniu możliwości lub udaremnianiu zamiarów publikowania   utworów zawierających negatywne treści polityczne…”  

 

                A w zapiskach:

 

4.02.79   

W Ossolineum kłopoty z książką poetycką. Cenzura zatrzymała wiersz, a w dwu innych - w tym - w poemacie, porobiła skreślenia… bez sensu, absurdalne. W poemacie, który ma charakter metafory filozoficznej, czepiają się obrazów wzmacniających tony osobiste. Powiedziałem, że nie ustąpię z wiersza, który w całości chcą zdjąć… Soszyński ( kier. red. literackiej) wysłał mnie do Sodela ( szefa cenzury). Nie poszedłem. Był zajęty. Soszyński rozmawiał ze swoim kolegą z cenzury. Przekonał go, że wiersz można puścić w całości, bo to dyskusja i spór z cywilizacją. Choć nie o to chodzi. Tamten… zgodził się. Dałem tytuł: „Spór”. Sodel uparł się, że musi być wyraźnie: „Spór o cywilizację”.  Później poszło  o wyraz: „ułuda”. Soszyński powiada do cenzora: - Zamiast „ułuda” Srokowski zaproponował „złudzenie”, bo wiesz, „ułuda” kojarzy się z „obłudą”, a złudzenie to co innego. I ten baran nie wyczuł… podstępu. Chwycił haczyk i zgodził się „ułudę” zastąpić „złudzeniem”, co jeszcze bardziej wyostrzyło problem. „Ideę” zastąpiłem „myślą”. Tutaj nastąpiło osłabienie, szkoda, choć istota została. „Bony” zastąpili mi „talonami”.  

A oto początek wiersza, do którego najbardziej przyczepiała się cenzura.

 

SPÓR O CYWILIZACJĘ

 

współczesne kłamstwo jest matematyczne

dowodzi swoich racji najlepszymi wzorami…  

 

20.08.79.   

Świat przepełnia się agresją, cierpieniem, bólem i nędzą. Głód trapi miliony ludzi różnych kontynentów. Indii, Wietnamu, Nikaragui, krajów Azji i Ameryki; klęski i żywioły nawiedzają narody; choroby, zarazy, epidemie niszczą. A na dodatek wylęga się inne zło, krąży w żyłach współczesności, przebiera różne postaci, sieje bunty, zamieszki, rewolty. Ludy uwalniają się od tyranów, ale same zakładają sobie obroże, zbytnio wierząc swoim władcom, którzy także przekształcają się w tyranów… 

 

***

29.09.1979 r napływa  z  Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Olsztynie do Naczelnika Wydziału III MO we Wrocławiu, a personalnie do kpt. Jędrzejczaka, groźna wiadomość:

 

„W trwającym w dn. 20-22.09. 79 r. Ogólnopolskim Forum Literackim pod hasłem „Pisarz a dzień dzisiejszy” w Lidzbarku Warmińskim uczestniczył m.in. z Waszego terenu Stanisław SROKOWSKI. Wymieniony zabrał głos w dyskusji  ostro skrytykował przemawiających wcześniej Wł. Sokorskiego i K. Koźniewskiego za ich cyniczny stosunek do młodych i  pełnych krytycznej aktywności twórców, za lekceważenie pisarzy spoza Warszawy, za niedocenianie poważnie liczącej się grupy twórców ludowych. Wystąpienie to było przyjęte z zadowoleniem  zebranych, ponieważ faktycznie Sokorski i Koźniewski w swych  przemówieniach takie stanowisko prezentowali. Poza tym t.w.  ps. „Maria” siedzący w czasie obrad obok Srokowskiego zauważył, że ma on przygotowane inne przemówienie, które wg. relacji źródła było następujące: 

 

„Koledzy Literaci! Przepraszam, Koledzy Partyjni Literaci – ludzie o czterech obliczach Światowida, co innego myślicie, co innego piszecie, ogłupiając i tak już zdemoralizowane społeczeństwo, co innego myślicie, co innego mówicie z trybun i w czasie spotkań, co innego szepczecie w zaciszu domowym do zaufanych, pewnych przyjaciół. I gdzie tutaj „pisarz a współczesność”( hasło forum - przyp.  nasz), gdzie prawda o życiu dnia powszedniego, gdzie wreszcie uczciwość pisarza, literata, dziennikarza, gdzie wam do tego „sumienia narodu”( zwrot określający poetów zawarty w jednym z referatów – przyp. nasz). – Konformistyczni i zakłamani.

W innym miejscu pisał o „gorzkim obowiązku krzyku, że jest źle, źle, źle, gdzie nie spojrzysz – jeśli masz oczy otwarte jest źle, źle, źle”. 

W innym akapicie było o „gorzkim cieniu Jasienicy” – o konieczności „wyzwalania się spod cenzury tej prawdziwej i bez przenośni, cenzury, która jak kaganiec władza narzuciła narodowi, twórczości wszelkiej i pisarzom”. Tekst był w formie  rękopisu.

Kiedy St. Srokowski zorientował się, że tekst ten interesuje sąsiada, złożył kartki i schował do teczki. Gdy po wystąpieniu krytycznym wobec Sokorskiego i Koźniewskiego grupa osób gratulowała mu, powiedział „ chciałem wyrzucić z siebie więcej, ale stchórzyłem…

 

Powyższe przekazuję do ewentualnego służbowego wykorzystania. Z uwagi jednak  na sposób uzyskania informacji, proszę o szczególna troskę w zakresie konspiracji osobowego źródła, które uzyskało informację.”

I podpis: Naczelnik Wydziału II KWMO w Olsztynie, ppłk inż. M. Kruk.  

                                                                                          

 ***

                Istotnie, byłem na tym spotkaniu. I przemawiałem w taki sposób, w jaki TW „Maria” relacjonuje. Miałem ręcznie napisane uwagi do tego przemówienia i wykorzystałem je na mównicy. Szczególnie mocno akcentowałem potrzebę wołania, krzyku. Nie bez powodu. Tytuł moje pierwszej powieści brzmi „Przyjść, aby wołać”. Zastanawia tylko, czy konfident jechał za mną aż z Wrocławia i na sali obrad usadowił się koło mnie, by inwigilować, czy też pochodził z Olsztyna i usiadł przy mnie przypadkowo. Tego jeszcze nie wiem. Faktem jest, że wszystko, co opisuje, zdarzyło się naprawdę.

Potwierdzają to też moje „Zapiski”:

 

2.10.79 r.            

…Cztery dni w Olsztynie. Mnóstwo ludzi. Referaty słabe. Ale za to Sokorski pohasał sobie, a za nim Koźniewski. Ostro wystąpiłem przeciwko obu, a raczej przeciw nonszalancji, wielkopańskich manierach i przeciw poklepywaniu pisarzy po plecach. To, co obaj robili, było obrzydliwe. Sokorski napadł na młodych filmowców. Broniłem ich. Koźniewski, z pozycji Warszawy (stary cap, dureń) niszczył wszystko, co się rodzi poza stolicą. Poparł mnie mądrze Trziszka. Dowcipnie, ale rzeczowo. Już, gdy byłem kilka dni potem w Warszawie, wieść o  moim wystąpieniu rozeszła się. A ja wtedy, w Olsztynie, byłem bardzo zdenerwowany, mówiłem prawie przez łzy, bo mnie drażniło, bolało. Oni sobie literaturą nos wycierają,  żarty stroją, kpią…       

Gdy komendy MO z dwu odległych części kraju przekazują sobie papiery na mój temat, ja mam inne zmartwienia. I już jestem w Rzeszowie. A potem w kilku innych miejscach. W „Zapiskach” odnotowuję:

 

                Trzy dni w Jeleniej Górze. Spotkanie z Dejmkiem. Pytał, która z moich sztuk może go zainteresować. Powiedziałem o „Cieniach” i „Drzwiach”. Obiecał, że „Drzwi” przeczyta i przyśle odpowiedź…Także zaczepiła mnie p. Sel, jeśli dobrze zapisałem nazwisko.  Mówiła, że jest pod  wrażeniem „Drzwi”. Chce dać do tłumaczenia na francuski. Nie wierzę.             

 

 

21.X.82

                Jestem głęboko rozczarowany powieścią, którą piszę. Nie jest tym, co zamierzałem napisać. Dwa dni czytałem i poprawiałem fragmenty. Zawód duży. Nie mam siły, żeby gruntownie przerabiać, a poza tym, nie wiem, jak. Symboliczne myślenie zachodzi tutaj na realistyczny punkt widzenia, wszystko rwie się, pęka i tylko Bóg jeden wie, jak z tego wyjdę. Formalnie zrobię z tego trzy albo i cztery części. Pierwsza: Berko Heller, druga: Łazarz Drepla, trzecia: pradziadek Gracjan, i czwarta: Pryszcz, albo śmierć na raty. Dwie części napisane. Druga zbyt długa. Pierwsza nieproporcjonalna. Trzeciej i czwartej nie ma. Trzecia, to będą halucynacje. Coś w rodzaju: „Dziadka”. W sumie jeszcze do napisania 70-80 stron. Powinienem zdążyć do końca roku, żeby jeszcze mieć trochę czasu na poprawki i zmiany.  

 

22.X.82

                Byli chłopi. Z podziemia. Kilkugodzinne ukryte gadanie. Twierdzą, że panuje rozgoryczenie i zawód, wywołane ustawą o Związkach Zawodowych. Wieś reaguje milczeniem… Napięcie rośnie, ale nie widać tego na zewnątrz. Podziemie przygotowuje na 10. strajk generalny. Trwa milczące wyczekiwanie. Opowiedziałem im o Chłopskim Towarzystwie Kultury. Zainteresowali się, nawet bardzo, muszę jednak przemyśleć. Wyszli późno. Dobra rozmowa, ważna…

 

***

                Wuj (tak nazywałem Romualda Winciorka, wiceprzewodniczącego NSZZ „S” Rolników Indywidualnych we Wrocławiu, działacza konspiracyjnej organizacji „Solidarność Walcząca”, której jeden z punktów kolportażowych znajdował się w moim mieszkaniu. I w tej materii ściśle współpracowałem – m.in. właśnie  - z R. Winciorkiem (  i po części z jego synem, aktywnym działaczem SW, Wojtkiem Winciorkiem - St. S. ), który  opowiadał o rewizji w jego domu. Przed 6. wjechały samochody i kilkunastu milicjantów. Dokładnie sprawdzili dom, stajnię, spichlerz, strychy i piwnice. Zabawnie wyglądała szczególnie jedna scena. Weszli do pokoju syna, gdzie syn śpi sam. Facet z wyciągniętym pistoletem krzyknął: ręce do góry, dokumenty, na co chłopiec, z kamienną twarzą  spytał: „Co wcześniej, ręce do góry, czy dokumenty, bo razem tego się nie da zrobić”. Milicjant  skonfundowany kazał  najpierw wyjąć dokumenty. Po kilku godzinach dokładnych przeszukiwań wyszli, bez niczego.

 

29.X.82

                Kazimierz Koszutski  oznajmił, że było zebranie partyjne ZLP we Wrocławiu, na które przybył Koźniewski, kierownik Wydziału Kultury KC i ktoś z Ministerstwa Kultury. Były rozmowy o ZLP… Coriolan zaatakował mnie publicznie za to, że podobno, o czym nie wiem,  zaproponowano mi udział w Komisji do Współpracy z Zagranicą, a ja nie odpowiedziałem na to, zaatakował mnie przy tych facetach z KC PZPR, że jestem złym kandydatem do prezentowania środowiska literackiego, ponieważ nie uzyskałem akceptacji PZPR. No, i zaczął we mnie walić, pomógł mu w tym Lutogniewski... Słowem PZPR znowu mnie gryzie.

                                              

                30.X.82 /sobota/

Aleksander  Soszyński  powiedział mi w tajemnicy /po co ta tajemnica?/, że SB trzyma kilka egzemplarzy mojego „Snu Belzebuba” i rozpracowuje personalia bohaterów, szczególnie wściekła za epizody z brawurową MO. Czy powinienem czekać na kolejne represje…

 

3.XI.82

                 Wczoraj próbowałem pisać. Kilka godzin bez sensu, nic. Pustka. Nie wiem, jak się zabrać do trzeciej części. Na początku była próba wejścia przez inne drzwi, z góry, zajrzeć do bohaterów z dachu, ale nie wychodzi. Stos porwanego papieru i wściekłość. Szarpanina nerwów...

 

09.XI.82

                PIW odwalił mi książkę. Trzymał pół roku i ściął. Dwie recenzje, Gondowicza, znakomita, za wydaniem, z opinią, że książka napisana w porę, dramatyczna i przeniknięta tragedią naszego czasu, oraz Bratkowskiego, nijaka, pełna wątpliwości, zastrzeżeń, kurtuazyjnych sądów o oryginalności i ciekawości, w sumie jednak doradzająca odrzucenie. No, i wydawca odrzucił. Pewnie wzglądy polityczne zadecydowały, bo i  Gondowicz  pisze „jestem za wydaniem, ale nie wiem, czy to będzie możliwe”, coś w tym rodzaju.

     

               

                ***

Rozmowy w klubie z Benką. Wyjaśniliśmy sobie kilka nieporozumień. U. powiedziała mi, jak  przeciwko mnie ją napuszczano. Pani K. z „Odry” odwaliła jej wiersze, bo „politycznie niepewne”. Sama nie miała odwagi jej tego powiedzieć, więc zaprowadziła do swojego szefa, pana R. , który jest znanym tchórzem, a on oznajmił, że nie puści i koniec. Czytałem jeden z tych wierszy… dobry, mądry wiersz, nawet dość daleki od polityki.

 

                10.XI.82

                Przed godziną 15,00 wzmaga się ruch na ulicach. Do tej pory cisza i znikoma ilość ludzi. Mija druga rocznica rejestracji „Solidarności”. Władza przygotowana do odparcia manifestacji, ale ludzie się gromadzą. Na Rynku wóz milicyjny z siedmiu zomowcami, opierają się o ławy i patrzą na wzmagający się ruch. Tuż po 15,00 ktoś dzwoni, że na Ruskiej już się zaczęło, milicja, gazy i demonstracja. Nasłuchujemy, dochodzą niewyraźne głosy i pojedyncze strzały. A więc jednak manifestacja ruszyła i już ją tłumią. Patrzę przez okno, wóz nadal stoi, siedmiu zomowców krąży niespokojnie. Głosy od Placu Solnego coraz wyraźniejsze i już słyszę „Idźcie z nami”, skandowanie. „Idźcie z nami”, okrzyki i znowu skandowanie, a także brawa. Milicjanci z dołu czają się, do wozu wciska się kilku i siedzą tam, reszta na zewnątrz. Nagle słyszę jakiś krzyk, to ktoś z ulicy, z okolicy księgarni rosyjskiej dopieka słowami zomowcom, wśród nich ruch i wyraźny niepokój. „Idźcie z nami” - już słyszy się blisko. Innej milicji nie widzę. Głosy śpiewającego tłumu, tuż za rogiem ulicy i nagły strach milicji. Tych kilku, co stali na zewnątrz wozu, widzi że wóz rusza i szybko  oddala się, a z naprzeciwka już wali potężny tłum, pięciu milicjantów goni za swoim wozem i dobija się, żeby ich wpuszczono. Z góry to bardzo ciekawy widok. Dobiegają, zdenerwowani i przestraszeni, wóz zatrzymuje się i wciągają ich do środka, wóz zmyka i w tym momencie wyłania się tłum. Z góry imponujący widok.  Cała jezdnia zalana ludźmi, tysiące młodych i w średnim wieku, mężczyzn i kobiet, hasła i transparenty, sztandar biało- czerwony. Czuje się siłę. Są zdyscyplinowani i idą spokojnie. Ku mojemu zdziwieniu, bo już poprzednio przyzwyczaiłem się, gdy brałem udział w demonstracji, gdy było nas dziesięciu, rzucali gazami łzawiącymi, teraz nie. Tłum rośnie i pęcznieje, cała ulica od Placu Solnego do skrzyżowania przy Oławskiej, tam, gdzie są czerwone światła, stłoczona ludźmi. Wygląda to pięknie i godnie, widok imponujący, fantastyczny. Nawoływania „Chodźcie z nami” i hymn polski. Okrzyki „Wypuście Wałęsę i Frasyniuka” „Niech żyje Solidarność”, ale równocześnie porządek i znakomita organizacja. Tłum wlewa się na ulicę tramwajów 7, 8 i skręca w kierunku Teatru Lalek, za nim wciąż nadciągają i dołączają do niego setki nowych demonstrantów. Jest ład i nikt poza tłum nie wykracza.

                Próbuję się doliczyć, ilu wyszło na ulicę. Zdaje mi się, że w tej manifestacji, która tędy przechodzi, jest od 6 do 8 tysięcy ludzi, ale ogon się wydłuża, może dochodzi do 10 tysięcy. Robi  to dobre wrażenie. Namawiam  kolegę, żeby iść i pójść z tłumem. On się ociąga,  ale zaraz ktoś przybiega i oznajmia, że w Ossolineum ma być pusto za pięć minut, a tylko my siedzimy, więc schodzimy i włączamy się w tłum, który wychodzi akurat koło Opery i idzie w pobliżu Klubu Dziennikarza, w tym czasie Maria stoi na przystanku przy 7 i obserwuje manifestację. Milicja nadal nie interweniuje. Mówię do kolegi, że tak powinny przebiegać w naszym kraju manifestacje, bez burd, strzałów i awantur, ludzie przejdą spokojnie i wyrażą swoje emocje. Jednak, niestety, już po chwili, gdy manifestacja skręca na Świerczewskiego, gonią za nią tankietki i wozy milicyjne. Zacznie się rozróba, którą sprowokuje milicja swoją agresją. I rzeczywiście, już tłum się cofa, wraca, jeszcze nie widzę, żeby MO ingerowała TUTAJ, ale tłum jest mniejszy, a więc domyślam się, że został rozpędzony na Świerczewskiego. Obserwuję jeszcze przez kilka minut. Co się dzieje i idę do klubu Dziennikarza, zobaczyć, kto jest w środku. Bułat z GR, Żelezik i pełno / chyba/ esbeków, gapią się przez moment przez okna i widzę, jak się boją. Wypijam dwie wódki i idę na ulicę. Wsiadam do tramwaju i po piątej jestem w domu. Maria czeka. Opowiadam jej o tym, co widziałem. Boli mnie noga, i głowa, i gdyby nie to, wyszedłbym znowu. Jednak czuje się słabo, idę spać. Wieczorem w dzienniku nieliczne wiadomości, że podziemie poniosło fiasko, że strajk się nie udał, a manifestacje nie miały szerokiego zasięgu. Jeśli idzie o Wrocław, to naturalnie kłamstwo, sam widziałem, jaki był zasięg. Maria mi mówiła, że widziała w pochodzie wiele ładnych dziewczyn.

11.XI.82

Rano próba pisania powieści, bez sensu. Nic nie idzie. Mam za sobą szmat roboty, ale nie mam pojęcia, czy to coś warte, wiem tylko tyle, że jest różne od tego, co pisałem. Trzecia część  ani drgnie. Straciłem temperaturę, ciśnienie tej prozy, zagubiłem rytm, wszystko mi się wymknęło. Jestem bezsilny.

               

                Po południu spotkanie z Benką. Domyślam się, że została nasłana, żeby ze mną porozmawiać, cwana dziewczyna, czułem to i mnie to bawiło. Gadaliśmy ze dwie godziny o różnych sprawach, o polityce i środowisku. Zorientowałem się, że stała się ostrożna wobec  Kozioł  i Orskiego, mówi o nich z przekąsem i złośliwością, uwielbia natomiast Łukasiewicza oraz Hernasa, z pogardą mówi o Herbście, twierdzi, że stworzył na uczelni szkołę grafomanów i że dla niego wiersz ma o tyle wartość, o ile jest „polityczny”… 

                ***

                Wieczorem wiadomość, że kapral Wałęsa napisał list do Jaruzelskiego, że czas najwyższy się dogadać. Dlaczego kapral? Znowu zagadka. Kościół nie poparł strajków.

 

                *** 

                Ohydny obrazek z „Wiadomości”, pokazano dzieci, które zatrzymała MO. I pytania, po co tam byłyście. Dzieci biedne, przerażone. Jeden chłopiec  odpowiedział na pytanie: Dlaczego rzucałeś kamieniami? Bo tak trzeba było. Oni w nas gazem, my kamieniami.

 

22.XI..82

                Ciężki dzień. Rano pisałem powieść, idzie mi źle, wątpliwości... Rzecz się rozrasta, nie mam pojęcia, jak się wszystko ze wszystkim łączy. M. przepisała 250 str. Dojdzie jeszcze 100, gdy skończę 4 rozdział. Jednak same wątpliwości, źle widzę postać Berka, uczyniłem go „chłopcem z drugiego planu”, a był w zamiarze postacią pierwszoplanową, sprzęgłem go z Łazarzem tajemniczą nicią metafizyki i nadzwyczajnych związków. Berko jest niemy i kaleka, ale nie wiem, czy to jest przekonujące. Żeby skończyć i odpocząć od niego. To mnie wyżera, zjada od środka, niszczy nerwy.

 

                09.XII.82

                Piszę rano. W nocy wróciłem z Warszawy. Przygnębiający obraz miasta, ludzi, problemów. Zwyrodnienie natury, deformacja umysłów, żądza władzy, śmiertelna walka o pozory, oto dzisiejsza stolica. Gdziekolwiek byłem, mówiło się tylko o interesach, walce o władzę, ocalaniu swoich pozycji lukratywnych, nigdzie natomiast ani słowa o duchu i potrzebie pracy wewnętrznej, o konieczności odrodzenia w człowieku jego ludzkiej godności, o czystości moralnej. Nie! O tym ani słowa. Warszawa pełna plotek, podejrzeń, nieufności, uprzedzeń, żądz i  nienawiści. Patrzyłem na to wszystko z rozszerzającymi się oczami. To ogólne wrażenia.

 

***

                Zawiozłem „Duchy dzieciństwa” do LSW. Krótka rozmowa z p. Niemcową. To kierowniczka redakcji prozy. Sprawiła dobre wrażenie, odchodzi na emeryturę i powieść przekaże do recenzentów. Nie  wiem, na kogo książka trafi. Recenzują: Zieliński /nie znam go/, Bereza, a może ktoś jeszcze. Ogromnie jestem ciekawy ich opinii.

 

***

                W ZLP atmosfera niepewności. Krąży wiele wersji. Dwie skrajne mówią o rozwiązaniu ZLP, albo o „odwieszeniu” w najbliższych dniach. Pani Karużas namówiła mnie do napisania podania o wyjazd do  Grecji. Zrobiłem to po raz  drugi, chyba po raz drugi bez skutku. Sam nie wiem,  dlaczego to zrobiłem. Dla żartu pewnie.

 

15.XII.82

                Zjawił się Kurowicki, który oznajmił mi, że jestem anarcho - liberał, na co ja odpowiedziałem, że nie wiem, co to znaczy, na co on, że ponieważ jestem anarcho - liberał, wywalono mnie z roboty. Gdy jeszcze mu zadałem parę pytań, coś zaczął mówić o marksizmie i to mnie znudziło, więc zaproponowałem, żebyśmy poszli do domu. Wstaliśmy i wyszliśmy. Pamiętam jeszcze, że czepiał się tego, że byłem w RKZTiSN ( Regionalny Komitet Związków Twórczych i Stowarzyszeń Naukowych), i że tam działałem, bo cała grupa według niego była anarcho-liberalna, co widać po skutkach.

                              

16.XII.82

                Jestem przerażony własną decyzją. Wyczerpany psychicznie, zaszczuty, bezradny, wyrzucony z redakcji, nie przeszedłem przez tzw. weryfikację, zostałem bez roboty, nigdzie mnie nie chcą przyjąć,  muszę się zdecydować  na pracę w Lubinie. Ale dopiero za rok, może trochę wcześniej. Żegnajcie spokojniejsze dni we Wrocławiu. Zaczną się wyjazdy, dojazdy, podróże i nędza dworców… Nie wiem, czy robię dobrze… Może uda mi się stworzyć jakieś środowisko literackie. Jest tam trochę młodzieży. Czuję się wygnany  z Wrocławia. Jeszcze wczoraj rozmawiałem z Kawalcem i pytałem go, czy ma dla mnie pracę w mieście, odpowiedział,  że nie ma i że nie widzi szans w najbliższym czasie. Tak więc Lubin, to decyzja wymuszona. Banicja.

 

22.XII.82  

              Ciekawe zdarzenie. Kilka tygodni temu dawałem do przepisania pewne fragmenty prozy, powieści „Duchy dzieciństwa”. Jeden z rękopisów znalazł się w rękach dziewczyny z OKIS -u. Przepisała szybko, z dnia na dzień, zrobiła to dobrze, ale przy porządkowaniu maszynopisów znalazłem fotodruk, czyli po prostu na specjalnym powielaczu ktoś przedrukował sobie te fragmenty i jedna z kartek przedostała się do maszynopisu, przez pomyłkę...  A więc jestem dokładnie śledzony. Panienka pewnie dostała polecenie, gdy się dowiedziano, że coś mojego trzeba przepisać, żeby powielić i przekazać komu trzeba. Akurat miała fragmenty z Żydami i Ukraińcami, a więc odpowiednie służby sądziły, że tajna literatura…

 

24.XII.82

                Wczoraj był Wujek, z podziemnej „S”.  Schorowany… podniecony. Opowiadał mi, że zaraz po naszym spotkaniu u W.,  odwiedził go /Wujka) niespodziewanie jakiś facet z SB, który spytał, co to było za spotkanie. Miał już informacje, że coś takiego odbyło  się. A więc ktoś sypie. Kto? W? A może nieświadomie ktoś się wypaplał. Tak czy inaczej, jest źle.  Nie wiem, na ile mogę tej grupie ufać, lecz nadal nie rezygnuję z działalności na rzecz wsi i kultury. (Chodzi tu o tajne zebranie, które zorganizowałem w zaufanym miejscu, dla chłopów z podziemia. Było nas z dwudziestu. Każdego byłem pewien. A jednak ktoś sypnął).

                               ***

                Dziś spotkałem w Klubie Dziennikarza Kuśmierka. Zalany w sztok. Wrócił z internowania i ubzdurał sobie, że boję się z nim rozmawiać. Nie chciałem robić demonstracji, lecz jego żona stwierdziła, że on ma na tym punkcie fobię, więc się przysiadłem. Obrośnięty /znowu maniera/. Wściekły na wszystko, ale też nastawiony egoistycznie wobec życia. Po pół godzinie wyszedłem. Mówił o parafiańszczyźnie, jaka panuje w obozach internowanych. O podziałach na sekty, grupy, klasy. Słowem tam też się żrą i skaczą sobie do oczu.

 

28.01.83

                Wczoraj „Pegaz”. A w nim stare byki: KTT, Passent… Kałużyński. Znany układ. I kolejna faza lansowania swoich. Znowu bez zmian. Niby świat się zawalił, a ci po swojemu, trajlują i bajdurzą. Ziemia jednak za mało drżała tamtego lata, 1980 r.

                ***

            List z Krakowa. Odrzucony poemat. WL nie odważyło się. Pani Krzymuska pisze mętnie: „Zapoznaliśmy się z Pana poematem „To ja, twoja krew teraz”, zasięgnęliśmy też opinii lektora spoza wydawnictwa. Musimy przyznać, że Pański utwór sprawił nam kłopot, jeśli idzie o podjęcie decyzji jednoznacznej. W sferze ocen i sądów utwór jest kontrowersyjny… Choć pisany jest szczerze, wręcz z pasją, to brak dystansu stwarza przeróżne mielizny…

       Czy temat jest w stanie je zrównoważyć? Tu opinie recenzentów    odmienne… A może poemat, poszerzony o inne teksty, stanie się za jakiś czas zalążkiem nowego Pańskiego tomiku?

                                                                                              Łączę wyrazy poważania

                                                                                                              Katarzyna Krzymuska

                ***

A  nad  Srokowskim zbierają się nowe chmury. 

 

27.03.1984 r.

                Z Wałbrzycha przychodzi groźny meldunek. Dokument ze wszystkich stron oblepiony odręcznymi dopiskami. Sprawa musi być bardzo ważna, skoro Naczelnik Wydziału III Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Wałbrzychu, ppłk Józef Kudke,  zwraca się do Naczelnika Wydziału III WSW we Wrocławiu i pisze:

 

„Z wiarygodnych źródeł uzyskano informację, że niektórzy  pisarze wrocławscy

starają się wywierać negatywny wpływ na społeczeństwo poprzez głoszone sądy i opinie. Do osób takich należy m.in. Stanisław SROKOWSKI – były przewodniczący wrocławskiego „Odrodzenia”, który został usunięty z pracy dziennikarskiej i propaguje destruktywne poglądy. Neguje on wszelkie poczynania władzy, sens odnowy, idee porozumienia narodowego, demokratyczność wyborów…”               

               

***

Tylko powiesić takiego! Ale zanim powieszą, ponieważ panuje „porozumienie narodowe”, władza musi dokładnie sprawdzić, co się stało. Stąd ze wszystkich stron kartki odręczne pytania, sugestie i polecenia. Od góry, po lewej:

 

„Tow. Sokólski. Proszę sprawdzić, czy Srokowski faktycznie został odsunięty od pracy dziennikarskiej. ( „Odrodzenie”?)”… 2.04.84. Podpis nieczytelny.

 Na górze, na środku kartki, innym charakterem pisma i innym długopisem odnotowano:

„Kier. Sek. IV: Proszę o informację w oparciu o nasze rozpoznanie tej sprawy i wnioski.31.03.84.”

                Podpis nieczytelny.

                I na dole, po lewej:

„Odrodzenie”, NSZZ „Solidarność” Jelenia Góra. S. Srokowski faktycznie tam pisał.

               

 

                ***

O co chodzi?  O to, że docierają do moich kontaktów poza Wrocławiem. Na szczęście, o Lubinie ani słowa. Nic nie wiedzą. Także konspiracyjna komórka „Solidarności Walczącej”, ulokowana w moim domu  szczelnie od bezpieki odizolowana. Mieszkanie odwiedzali wyłącznie członkowie rodziny i zaufani ludzie, związani z „Solidarnością”, „Solidarnością” chłopską, albo z „Solidarnością Walczącą”. Nikt poza nimi, dwaj Winciorkowie, ojciec Roland i syn, Wojtek,  Wiesiek W., były szef „S” RI, Zbyszek, a w drugiej części  dekady Kornel Morawiecki i Hania Łukowska-Karniej. Bezpieka  nigdy nie wpadła trop tego punktu kolportażowego.  Morawiecki uważa, że takie punkty były najważniejsze dla podziemnej „SW”. A było ich niemało. Nikt nigdy z bezpieki do nich nie dotarł.

 

 

29.04.84

                 Ala opowiadała o pewnym zapisie, jakiego dokonał jej brat – górnik, Jan Stanisław, który siedzi w więzieniu, wraz z całą grupą tzw. terrorystów politycznych, jak ich nazywano, a w gruncie rzeczy zwykłych górników, którzy mieli w głowach jakieś ładne i czyste hasła. W każdym razie ten brat opisał, jak był traktowany przez służby milicyjne. Był bity, pisze, że musiał na palcach wychodzić z sali przesłuchań, relacjonuje dokładnie, gdzie go sadzano i jak się nad nim znęcano… ponury dokument!

 

                ***

Poniżej fragmenty odrzuconego przez Wydawnictwo Literackie poematu, który powstał w stanie wojennym.

                                

CHRONIKA POLONORUM

 

Polsko,

widziano cię, jak się łajdaczysz.

Twoi synowie się szmacą.

 

Kto nam zmyje brud z sumienia, 

Ojczyzno?

 

Całuję twoje stopy, 

kurz na ustach i twoją wzgardę. 

Sypię sól na twoje rany.

Jestem twoją chorobą, Polsko. 

Twoją kroplą krwi i smutną pieśnią.

Biegam uwiązany do łańcucha przez twoje podwórka.

Moje ciało krwawi. Mój oddech coraz wolniejszy.

Tętno zamiera.

 

Ojczyzno, modlitwo banitów.

Tęsknoto obieżyświatów.

 

W kopalni „Wujek” widziano carski cień na ścianie.

W domach zasunięto zasłony na oknach.

 

Od bramy do bramy

podjeżdżał pusty wóz, 

a śmierć siedziała okrakiem

na grzbietach koni.

 

Obejrzyjmy kartę choroby,

Polsko.

Kronikę wypadków.

Poznański czerwiec. I milczą tamte drzewa.

Groby zawiał śnieg.

Stare kobiety krążą w samotności.

Gdańsk. Z cmentarzy wykradziono ciała zabitych.

Duchy się zbiegły u rozstajnych dróg,   

a wewnątrz mieszkań topi się wosk.

 

Kronika Polaków to coraz więcej dróg, 

po których widać coraz więcej pustych wozów.

Coraz więcej spala się świec.

Coraz smutniejsze są nasze córki i matki.

Coraz szczelniej zasłania się okna.

I coraz cichsze są rozmowy.

 

Kronika Polaków to coraz dłuższa lista

relegowanych, internowanych, więzionych

i skazanych na wygnanie.

Coraz częściej dzwonią więzienne klucze.

Kronika Polaków to ślad narodu,

który nie chciał umrzeć.

 


 

Powrót do strony głównej