OBYWATEL A WŁADZA I PAŃSTWO Coraz częściej obywatel zastanawia się jak w tym skomplikowanym świecie powinien się odnosić do władzy i państwa, a w szczególności do władzy swojego kraju. Na temat relacji między obywatelem a władzą, mądrzy ludzie, uczeni, badacze, filozofowie, socjologowie napisali tysiące ważnych książek. I nadal piszą. Bo to zasadniczy i główny problem istnienia państwa. Obywatel a władza. Obywatel a państwo. Truizmem byłoby stwierdzenie, że władza ma służyć swojemu ludowi, a więc i każdemu obywatelowi. W mądrze zorganizowanym kraju władza słucha swojego ludu i wyciąga odpowiednie wnioski. Jak słucha i jakie wyciąga wnioski? Po pierwsze pozwala mówić. Nie przerywa. Nie karze za mówienie. Nie tępi i nie znęca się nad mówiącym. Nie odbiera mu głosu. I nie wsadza do więzienia. Przy czym pojęcie więzienia nie należy rozumieć dosłownie. Bo jeśli władza wsadza obywatela do więzienia tylko dlatego, że nie podoba się jej to, co obywatel mówi, to taka władza staje się dyktatorska, wręcz totalitarna, a więc szkodliwa. I należy się jej jak najszybciej pozbyć. Ale są inne więzienia, nie tylko te za żelaznymi kratami. I one są równie groźne, jak te za kratami. A czasami groźniejsze, bo nie tylko ograniczają nas fizycznie, ale zabijają w nas odwagę, szczerość, prawdę, niszczą dobre intencje, likwidują intelektualną i duchowa aktywność, anihilują wyobraźnię. Są więzienia psychiczne, moralne, społeczne, czyli takie, które zamykają obywatelowi drogę do prawdy, blokują jego rozwój, degradują wartości, powodują, że obywatel czuje się zamknięty w swoich myślach, niedopuszczony do społecznego obiegu. Nie pozwólmy przede wszystkim, by żadna władza nie narzuciła nam swego obrazu świata, jako obrazu państwa. Władza to jeszcze nie państwo. Krytyka władzy, to nie krytyka państwa. Można państwo szanować, a władzy nie kochać. Nieraz obywatel krytykuje władzę tylko dlatego, że działa ona przeciwko własnemu państwu, okrada to państwo, prowadzi do bankructwa, kłamie, oszukuje, sieje terror lub po prosu lekceważy obywateli. I wtedy obywatele mają nie tylko prawo, ale mają wręcz obowiązek zaprotestować przeciwko takiej władzy, na jej różnych zresztą szczeblach, centralnym i lokalnych. Bo taka władza staje się szkodnikiem. Mądra władza nie zakazuje mówienia, nie wprowadza cenzury, nie blokuje myślenia, tylko słucha i mądrze wykorzystuje płynącą z ust ludu, obywateli, wiedzę. Poruszyła mnie bardzo ostatnio sytuacja Pani Małgorzaty Sołtysiak, którą już tydzień temu „Warszawska” zaprezentowała. To aktywna, twórcza, mądra i pełna pasji działaczka społeczna z Kielc. Jak już wiadomo, do niedawna pełniła funkcję wiceprzewodniczącej zarządu Stowarzyszenia Ruch Społeczny im. Lecha Kaczyńskiego. I oto nagle, ni stąd ni z owąd, przestała tą wiceprzewodniczącą być. Co się takiego stało? Co takiego uczyniła, że poza jej plecami, wyrzucono ją z gremium kierowniczego. Stowarzyszenie to jeszcze nie państwo. I nie wielka władza. Ale to znak, że w państwie coś się psuje. Odbył się nad nią sąd kapturowy i Małgorzata Sołtysiak została potraktowana jak śmieć, którego można się pozbyć w każdej chwili. W mądrze rządzonym państwie nie odbywają się sądy kapturowe. Nie linczuje się obywatela tylko dlatego, że inaczej myśli. To, co uczyniono z p. Sołtysiak, poraża i gniewa. Bo jest niesprawiedliwe i głupie. Bez sensu. Taki sposób traktowania człowieka świadczy o prymitywnych gustach i złej woli. Do tej pory p. Sołtysiak nie wie, w czym zawiniła. Nikt nie zaprosił jej na zebranie. Nikt nie powiadomił, że odbędzie się nad nią jakiś sąd. Dowiedziała się o wszystkim przez przypadek. Dodajmy, że była współtwórczynią tego Ruchu. O usunięciu z zarządu dowiedziała się od dziennikarzy. Rozumiem jej rozgoryczenie i żal. Została wyrzucona, jak się domyśla, zapewne tylko dlatego, że krytycznie się wypowiedziała o wystąpieniu prezydenta Dudy w Kielcach, w trakcie obchodów 70.rocznicy pogromu kieleckiego, kiedy to prezydent Duda oskarżył w dużym stopniu mieszkańców miasta, którzy jakoby mordowali Żydów. Z taką interpretacją Małgorzata Sołtysiak się nie zgadza i powiedziała to publicznie. Nie zgodziła się, by obarczać Kielczan odpowiedzialnością zbiorową za niepopełnioną zbrodnię. Zamknięto jej usta za to, że ośmieliła się mieć inne zdanie niż prezydent. Właśnie w tym momencie stajemy wobec problemu odpowiedzialności obywatela za swoje państwo, region, miasto. Czy obywatel ma prawo zająć stanowisko. Czy ma prawo wypowiedzieć swój sąd, opinię, wyrazić własne zdanie. O władzy i państwie. Oczywiście, że ma. Tylko, że od razu staje wobec represji. I to jest już nie do zaakceptowania. Państwo i jego instytucje nie mogą niszczyć obywatela. Nie mogą mu zamykać ust. Bo to prowadzi prostą drogą do degeneracji władzy i upadku państwa. Źle się więc dzieje w państwie duńskim, jakby powiedział Szekspir. I na koniec kilka mądrości ludowych i naukowych, by możni naszego kraju nieco otrzeźwieli. : „Wszystko, co zgubę przynosi i psuje, to zło, a to, co ocala i przynosi pożytek, to dobro”. ( Platon) „Marne to państwo , co jednemu tylko służy”. (Sofokles). „Nie polityka powinna rządzić ludźmi, lecz ludzie polityką”.(Napoleon Bonaparte). „Polityka jest rzeczą zbyt poważną, aby pozostawić ją w rękach polityków”. (Charles de Gaulle).„Ojczyzna jest tam, gdzie wolność” (Pompejusz Wielki). Szanuj swoich obywateli, inaczej będą tobą gardzić”. Arystoteles”. „Kto chce się uwolnić od prawdy, najczęściej dusi ją słowami”. (Tomasz Mann). Niech te mądrości będą przestrogą przed pychą, bo pycha kroczy przed upadkiem. Przestrzegamy, bo kochamy nasze państwo. I chcemy w nim żyć godnie, bez upokorzeń i zdrad. Jeszcze pora, by się powstrzymać od zła i uciec przed pychą. www.srokowski.art.pl l

03.12.14

JADŁOSPIS

UKRAINA  W OPARACH NAZIZMU

Gdyby ktoś  miał jeszcze wątpliwości, co do wspierania rozwijającego się nazizmu na Ukrainie przez sam rząd ukraiński, to uchwała  Trzeciego Komitetu Zgromadzenia Ogólnego NZ z dnia 21 listopada 2014 r.z likwiduje je natychmiast i w całej pełni.  Otóż uchwała ta, jak czytamy w oficjalnych dokumentach, szczególnie potępiająca  gloryfikację w „jakiejkolwiek formie” byłych członków Waffen-SS,   wzywa kraje członkowskie do przeciwstawiania się nazistowskiej ideologii i niedopuszczenia do budowy pomników wszelkim formacjom nazistowskim. A na Ukrainie takie pomniki się stawia. I taką ideologię się rozpowszechnia. Stawia się pomniki właśnie formacjom nazistowskim, takim jak dywizja SS Galizien, OUN i UPA. Przykładów daleko szukać nie musimy. Takie pomniki znajdziemy w dziesiątkach ukraińskich miast, we Lwowie, Stanisławowie, Łucku, Tarnopolu i pomniejszych miasteczkach. Pomniki Dywizji SS Galizien, która wymordowała tysiące Polaków. Pomniki  Bandery, Szuchewycza, Kłaczkiwskiego i Łebedia, największych zbrodniarzy wojennych. Stoją te pomniki na placach wielkich aglomeracji,  a rząd Ukrainy je wspiera, oddaje im cześć. I  nie zamierza z zalewem ideologii nazistowskiej walczyć, ponieważ jako rząd jednego z trzech państw na świecie, nie poparł uchwały ONZ. Zadziwiająca postawa! Ukraina broni nazistów!  Niemal cały świat potępia, a Ukraina broni. Wspomagają ją w tym dziele tylko, o dziwo, jeszcze  dwa państwa, USA i Kanada. Wiadomo, od niedawna wielcy sojusznicy Kijowa. Powiadam, zadziwiająca  postawa. Ale po namyśle dodałbym, zadziwiająca i niezadziwiająca. Bo przecież wszystkie kolejne rządy na Ukrainie wspierały budowę pomników mordercom Polaków. Ostatni rząd także wspiera. I to może z wyjątkową siłą.  „Działalność żołnierzy OUN-UPA to przykład heroizmu. Nadszedł czas, aby rozpatrzyć przyznanie im statusu kombatantów” – oświadczył prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. „Kwestia przyznania weteranom OUN-UPA statusu kombatantów to bardzo ważna kwestia i obecnie niezwykle aktualna. Wcześniej dzieliła ona nasz kraj i była zdejmowana z politycznej agendy. Teraz jest na to bardzo dobry czas” – zaakcentował  Poroszenko na konferencji prasowej w Kijowie. Nie miejmy więc złudzeń, w jakim kierunku idą sprawy. W kierunku umacniania symboli nazizmu. Koniec z iluzjami, że coś się zmieni. Prezydent Poroszenko też klęknął 29 września w Babim Jarze, pod Kijowem,  pod pomnikiem OUN. Złożył tam  kwiaty i  poinformował o tym na swoim oficjalnym profilu na Twitterze.  Przypomnijmy, że Babi Jar to  miejsce straszliwych zbrodni, gdzie  Niemcy wymordowali ponad 100 tys. Żydów. A w  dziele mordowania pomagali mordercy z Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów – frakcji Melnyka. By było bardziej skomplikowanie, naziści potem rozprawili się też z bojowcami OUN. Ale faktem jest, że prezydent Ukrainy uhonorował OUN. Nie żyjmy więc iluzjami, że dokona się jakaś sensowna zmiana. Nie dokona się. Ukraina brnie ślepo w stronę zła. Słynący z poprawności politycznej dziennikarze i cała chmara pożytecznych idiotów, a także agentów wpływów wmawia nam, że w ukraińskim parlamencie nie ma nazistowskich partii, wiec nie ma i nazizmu. Koniec z OUN i UPA. Nie mają swojej reprezentacji. I to jest właśnie złudzenie. Bo państwo ich chroni, rząd, prezydent. Nie mówiąc o tym, że i w parlamencie nie brakuje miłośników Bandery. Po pierwsze, jest grupa członków Swobody Tiahnyboka. Znajdują się oni też  we wszystkich frakcjach Rady Najwyższej. I w Batkiwszczynie Julii Tymoszenko,  we    Froncie Ludowym Jaceniuka, w Bloku Petra Poroszenki, w Partii Radykalnej Laszki, ale najwięcej znajduje się ich w Samopomocy mera Lwowa, Andrija Sadowego. Gdyby tak dobrze policzyć, byłoby ich z kilkudziesięciu. To niemało, by krzyczeć na całą Ukrainę, że Bandera był bohaterem. A krzyk ten zwielokrotni swoim autorytetem prezydent Poroszenko. I poprze rząd. Bo w ONZ rząd pokazał, że będzie nazizmu bronił. No, i dodajmy, że po cichu będzie broniła Polska. Bo Polska wstrzymała się od głosu. I to jest przerażające. Naród, który doświadczył tak porażających spustoszeń ze strony niemieckich nazistów, nagle dowiedział się, jeśli się dowiedział, że ma rząd, który nie sprzeciwia się rozwojowi nazizmu. Ale naród pewnie tego się jednak nie dowiedział. Bo wiadomość o uchwale ONZ nie przedostała się do mediów. A trzeba wołać. Trzeba krzyczeć, że polski rząd nie sprzeciwia się propagowaniu nazizmu za swoją wschodnią granicą. Takie zachowanie to skandal. A taki rząd, to hańba!  

                                                                       www.srokowski.art.pl


03.07.12
 

JADŁOSPIS  

ZROZUMIEĆ POLSKĘ 
 ( "Warszawska Gazeta", 29.06.12) 

Żyjemy w świecie, w którym normy moralne podporządkowane są interesom najpotężniejszych wpływowych grup biznesu, mediów i polityki. Normalni ludzie już tego nie wytrzymują. Jeden z czytelników moich felietonów, podpisujący się „Miron” , tak oto do mnie pisze: „Szanowny Panie, jestem osobą mającą na koncie jedynie uczelnię techniczną. Ostatnie parę lat z dużą uwagą  czytuję w prasie, wyszukuję w Internecie "wszystko", co dotyczy prawdziwej historii i prawdziwego obrazu Polaków. Serce się kraje, kiedy uświadamiam sobie jak bogata i wspaniała jest historia Polski i Polaków, a ja poznaję ją jakby "w konspiracji", jakby "w drugim obiegu". Na youtube dowiedziałem się w telewizji p. Sendeckiego o  „Warszawskiej Gazecie”. Obecnie poznaję tę gazetę.  Stąd trafiłem przez felieton z cyklu "Jadłospis" na temat Kresów. W pracy, na podwórku, nie dowiemy się o NAS wiele.  Elity, wymienione w latach 40-tych,  na lumpenelity utrwalone okrągłym stołem zrobią wszystko, żeby nas zniszczyć. Chcę  tylko zaznaczyć, jak istotne jest, kiedy dowiaduję się o istnieniu tak ważnych ludzi jak Pan, robiących tak wiele dla Polaków i Polski rzeczy. Szkoda, że oparciem dla mnie, czującego się we własnym kraju jak mniejszość narodowa, jest postawa Polonusów za oceanem,  bo przecież powinno być inaczej. To my, w kraju, powinniśmy być na tyle silni, by być oparciem dla emigracji.” Tyle czytelnik. Listów takich otrzymuję więcej. Ostatnie akapity nawiązują, jak sądzę,  do mojej podróży po Kanadzie i relacji z  tych podróży, w których podkreślałem w różnych mediach, jak bardzo zasadniczą sprawą dla Polonii kanadyjskiej, ale też amerykańskiej, jest polski patriotyzm, umiłowanie Ojczyzny, kierowanie ku niej najgłębszych i najserdeczniejszych myśli i uczuć. A co za tym idzie, także czynów. Również Polacy z Litwy, Ukrainy i Białorusi mogliby nas uczyć wielkiej odpowiedzialności za losy Polski, za polskość, jako wielką wspólną wartość, która nas budowała przez wieki i umacnia nas teraz. Przynajmniej tych, którzy wiedzą i czują, co znaczy mieć swoją ziemię, dom, rodzinę, obyczaje, kulturę, język i wspólnotę historyczną.  Gdy się to wszystko utraci, gorycz i smutek przygniatają i ranią. Można być najbogatszym, mieć wokół siebie luksus, ale wspomnień, tęsknoty i pamięci zabić się nie da. Słyszałem to setki razy w London, Toronto i Montrealu. Trzeba poznać orientacyjne znaki polskości. Jej idee, drogi rozwoju, ścieżki, krajobrazy, religie. Jej wielkość, dumę i piękno.  Trzeba mocno wejrzeć w polską duszę, której nie da się okłamać, oszukać, a tym bardziej zbałamucić. Bo polska dusza jest na wskroś niepodległa, nie poddaje się obcym wpływom, ani maskaradzie, choć wokół niej tyle fałszywych blasków i złudnych fajerwerków. By jednak poznać i zrozumieć polską duszę,  trzeba  wejść w głąb  wieków, w jej ciemne i mroczne zakamarki, ale i w dni chwały, w splątane dzieje i udrękę marzeń.  Nie można poznać polskiej duszy bez Kresów.   Bez  Kresów nie jesteśmy w stanie zrozumieć też  procesów, jakie zachodzą obecnie w naszym kraju. Nie pojmiemy dyskusji, sporów, konfliktów społecznych i politycznych. Nie zrozumiemy relacji, powiązań i napięć, jakie istnieją w Europie, a w szczególności między Polakami i Rosjanami (Katyń), Polakami i Ukraińcami (zbrodnia ludobójstwa), Polakami i Niemcami (dramat wypędzeń) itp. Nie zrozumiemy siebie samych i naszych wewnętrznych powikłań. Bez Kresów nie będziemy w stanie określić naszego charakteru narodowego, jego źródeł i komplikacji, tego, jacy jesteśmy, skąd się duchowo i intelektualnie wywodzimy, w jaki sposób i dokąd idziemy. Musimy więc rozpoznawać znaki kresowe – języki, symbole, emblematy, metafory, mity, legendy, tradycje. Bo stamtąd się wywodzi rdzeń naszej kultury. A kultura to droga naszego rozwoju, pojęcia, jakie nam towarzyszyły i towarzyszą w tej drodze, choćby takie jak duma narodowa, honor, godność, pragnienie wolności, prawda, sprawiedliwość, piękno, dobro, ideały i cnoty obywatelskie. Musimy poznawać artystów, twórców, kapłanów,  bo bez nich naród gnuśnieje i traci swoją tożsamość, powagę i wielkość.

 


02.07.2012 

 

POLSKIE KRESY W KANADZIE

 ("Nasz Dziennik", 02.07.12)

Stanisław Srokowski

 

            WALKA O POLSKOŚĆ

Zostałem zaproszony przez prof. prof. Mariannę i Stefana Królów z Uniwersytetu w London na trzy wykłady o wielkości i dramacie polskich Kresów, połączone z promocją mojej trylogii kresowej „Ukraiński kochanek”, „Zdrada” i „Ślepcy idą do nieba”. Ale szybko dołączyły  inne ośrodki akademickie Kanady i z trzech wykładów zrobiło się siedem oraz kilkanaście ważnych spotkań prywatnych. Miałem więc okazję pojeździć po tym rozległym kraju i porozmawiać z  setkami Polaków, dla których słowo Polska, Kresy i naród wciąż są bardzo ważne i  wiele znaczą. Od polskości nie pozwalają się oderwać.  Poznać to było po ich działaniach, postawach, języku i marzeniach. Wciąż marzy się im wielka, wolna i suwerenna Polska. Bo ta obecna zawiodła ich nadzieje.  Nie mogą się pogodzić z tym, że w ich starym  kraju kwitnie korupcja, panuje niesprawiedliwość, że jedna orientacja polityczna zawładnęła umysłami i podporządkowała sobie wszystkie dziedziny życia. Nie godzą się na nieuczciwość i podłe zachowania władzy. Często protestują, występują i przygotowują pikiety  przez ambasadą polską w Ottawie albo pod konsulatami. Tak było, kiedy  wspierali i nadal wspierają  działalność Radia Maryja i Telewizji Trwam. Protestują przeciwko nadużyciom rządzących. Piszą też o tym w swoich gazetach i mówią w radiu i telewizji.

Po każdym moim wykładzie, zarówno w Bibliotece Polskiej im. W.

Stachiewicza przy Uniwersytecie McGill  w Montrealu, w  Stowarzyszeniu Polskich Kombatantów w London i Toronto,  na spotkaniu z Rodziną Radia Maryja w koście Matki Bożej Częstochowskiej w London i w  kościele  St. Antonin w Montrealu, a także w  Związku Weteranów Polskich w Montrealu i w wielu innych miejscach, gdzie toczyły się ożywione dyskusje o Rzeczypospolitej, Kresach i polskości, wszędzie tam czuło się ducha powagi i odpowiedzialności. To, co się dzieje w naszym kraju, nie było i nie jest obojętne dla polskiej diaspory w Kanadzie. A to duża, blisko milionowa  diaspora. Wielu kanadyjskich Polonusów  wywodzi się z Kresów.  Najwięcej z nich, bo ponad 50 tyś.  dotarło do Kanady  w okresie międzywojennym.  A i po wojnie, głównie z  wojska Andersa, z  Europy Zachodniej,   przybyły nowe dziesiątki  tysięcy. Obecnie kanadyjscy Polacy zasiedlają  w  80%  w wielkie aglomeracje w prowincji  Ontario i Quebec, w  Toronto, Montrealu, Ottawie, Edmonton, Hamilton, Vancouver, Winnipeg, Calgary. Nic  dziwnego, że to właśnie z tych ośrodków płynęły zaproszenia do pisarza, by mogli poznać jego książki i dowiedzieć się, jak opisuje on najnowszą historię Kresów. Powieści kresowe znikały szybko i często stawały się źródłem wiedzy o najnowszej historii Polski, a szczególnie o tragicznych losach mieszkańców Wołynia, Podola i Pokucia. Były też przyczyną licznych rozmów, które przenosiły się ze stowarzyszeń,  ośrodków kultury i kościołów do domów prywatnych i trwały przez długie noce.  Gdziekolwiek byłem, zawsze widziałem ogromne zainteresowanie tym wszystkim, co stanowiło fundament polskiej tożsamości narodowej, co wskazywało na wielką rolę Kościoła rzymskokatolickiego w ochronie najwyższych wartości i co nadal stanowi sens życia: wiara, wolność, dobro, piękno,  prawda i miłość.  

Kanadyjska diaspora to wielki kapitał ludzki, ogromne możliwości wpływania, zarówno na bieg wypadków w kraju pachnącym żywicą, jak i na losy Polaków w Ojczyźnie. Najaktywniejsi z nich, gdy mówiłem o Kresach i ich potędze intelektualnej, naukowej i duchowej, o Lwowie, Stanisławowie, Wilnie i Tarnopolu, o tym, że to właśnie nauka, religia  i kultura w najwyższym stopniu budowały tożsamość narodową,  a także o zbrodni ludobójstwa, jakiego dokonały na Polakach Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińska Powstańcza Armia,  zawsze zadawali mi pytania, dlaczego polskie władze nie szanują Kresowian, których  wraz potomkami żyje dziś w Rzeczypospolitej blisko 6 milionów.  Nie mogli pojąć, dlaczego do tej pory nie powstało Muzeum Kresów Polskich. Dlaczego w Warszawie wciąż nie stoi pomnik poświęcony ofiarom  mordów, w tym ponad 200 księżom i zakonnikom. Nie mogli pojąć, jak to się dzieje, że we Wrocławiu, władze miejskie nie godzą się na postawienie Kamienia Pamięci Kresowej,  na którymś z wielkich cmentarzy, gdzie by Kresowianie w dniu Wszystkich Świętych mogli zapalić świeczki i pomodlić się. Ale prezydent miasta na listy i apele w tej sprawie nie odpowiada, a jego urzędnicy wykazują się straszna arogancją.  Nie mogą wreszcie pojąć, dlaczego polski Sejm nie jest w stanie ustanowić dnia 11 lipca Świętem Pamięci Męczeństwa Kresowian. W tym dniu bowiem, 11 lipca 1943 r. i w kilku dniach następnych UPA wymordowała mieszkańców 167 miejscowości, w tym wielu księży przy ołtarzu i ministrantów w trakcie odprawiania Mszy Św. Co się takiego dzieje, zadawali mi pytania, że kolejne wnioski do marszałka Sejmu w tej sprawie upadają. Wreszcie Polacy w Kanadzie nie pojmują,  dlaczego polski rząd, prezydent i Sejm nie reagują na odradzające się idee faszystowskie na Ukrainie, gdzie  stawia się takim mordercom jak Bandera, Szuchewycz, Kłaczkiwskij, Łebed’, czy 14 Dywizja SS Galizien pomniki chwały.

Właśnie na te tematy prowadziliśmy przez blisko miesiąc dysputy. Stanowisko zasadniczej większości  diaspory kanadyjskiej w tej sprawie jest jednoznaczne. Polska władza nie jest suwerenna, ulega wpływom i naciskom obcych państw, nie szanuje własnych obywateli. I na to Kanadyjczycy polskiego pochodzenia się nie godzą. Dlatego protestują. Wychodzą na ulice. Piszą listy. Mówią o tym głośno. Pytali mnie też, jak to się dzieje, że polskie państwo mocno wspiera i finansuje ukraińską mniejszość narodową w Polsce, jej różne agendy, czasopisma, stowarzyszenia, podczas, gdy polskie instytucje, organizacje, szkoły i redakcje polskich czasopism na Ukrainie padają, ponieważ nie otrzymują pomocy. To są ważne rzeczy, którymi polska diaspora w Kanadzie żyje.

 

POMOC DLA WSCHODU

Od Polaków ze Wschodu płyną do Kanady liczne  listy z prośbami o wsparcie.

I polscy Kanadyjczycy  mobilizują się, wspomagają rodaków spod Lwowa, Tarnopola, Wilna, Żytomierza i Mińska. Robią to, co należy do naszych władz w kraju, ale nasze władze tego nie czynią, wykazując się kompletną indolencją i obojętnością,  dlatego ratują przed upadkiem polskie instytucje na Ukrainie, Litwie i Białorusi Polacy z Kanady i USA. Czytałem wstrząsające listy z Ukrainy, w jak trudnym położeniu znajdują się polskie szkoły i gazety, które nie mają czym płacić za czynsz, więc spychane na bruk,  muszą opuszczać wynajęte lokale, a ukraiński kapitał  szybko je przejmuje. W takich sytuacjach Polacy np. z London, ludzie dobrej woli, tacy jak państwo Królowie, Halina i Stanisław Sosnowscy oraz inni,  reagują i pomagają. A proszą o pomoc nie tylko instytucje i organizacje, ale i parafie oraz osoby prywatne. Dzięki wsparciu Polonii  dzieci polskie z Ukrainy mogą odwiedzać kraj swoich pradziadów.  W dużym stopniu Polaków ze Wschodu wspomagają  księża, zakonnicy, polski Kościół w Kanadzie.   

50 lat temu przybyło do Kanady Zgromadzenie Księży Michalitów. Na

przełomie lat 80 i 90 - tych minionego stulecia kapłani z tego Zgromadzenia pojechali na Ukrainę i Białoruś.  Na Białorusi, w trzech parafiach Grodzieńszczyzny, odbudowywali kościoły, przygotowywali ludzi do sakramentów, uczyli podstaw wiary. Niektórzy z nich zostali tam do dziś i poszli w głąb kraju. W Mińsku, który liczy 2 mil. mieszkańców, otwarta jest już  katedra, niewielki kościółek na cmentarzu i kilka kaplic. Ale to kropla w morzu potrzeb. Przed wojną funkcjonowało tam prawie 30 świątyń.  Komuniści zamknęli  wszystkie kościoły,  a księży osadzili w więzieniach.  Krwawe  prześladowania  i męczeństwo duchownych i wiernych trwało przez dziesięciolecia.  A życie religijne przeniosło się do podziemia. Obecnie też trudno uzyskać pozwolenia na budowę. Michalici objęli opieką pasterską dużą, 80 -tysięczną,  mińską dzielnicę Łoszyca i 12-tysięczne miasteczko Gatowo.

Ks. Krzysztof Poświata CSMA ma zamiar zbudować tam Kościół pod wezwaniem Michała Archanioła. I właśnie jemu pomaga ksiądz Zbigniew Rodzinka, pełen życia i ofiarności proboszcz parafii Matki Bożej Częstochowskiej w London. Inny kapłan, ksiądz Jerzy Skwierczyński, duszpasterz  na Ukrainie, zwraca się z kolei do państwa Haliny i Stanisława Sosnowskich , którzy biorą udział we wspomaganiu Kościoła na Wschodzie i pisze: „ Moi drodzy, dzieci po pieszej pielgrzymce  i  wycieczce po Polsce, wróciły na Ukrainę…  szczęśliwe i radosne… mogły zobaczyć  inny  „świat”, uczyć się i „dotknąć” Polski…  W Żytomierzu i sąsiednich miastach mieszka kilkaset tysięcy ludzi polskiego pochodzenia. Wielu z nich utraciło już tożsamość narodową. Babciom naszym należy całować ręce i nogi, bo to One uratowały wiarę i mowę polską”. A w innym liście dopowiada: „…była uroczysta Msza Św., koncert pieśni religijnych i patriotycznych… To dzięki Wam i Waszym księżom, możemy robić coś dobrego dla naszych rodaków i ludzi Wschodu”.  I dodaje: Bez Waszej pomocy nie byłoby kościołów i kaplic  w „moich” parafiach: Marianówka, Bykówka, Jawne, Jałyszow, Towszcza, i Niwna (w budowie). Byliście  dla mnie : matką, bratem, nauczycielem, a w trudnych chwilach życia podporą i znakiem nadziei… Dzięki Wam: wierni mogą modlić się w kościołach i kaplicach, chorzy mogą zrobić operację i wrócić do zdrowia, biedni i niedożywieni  mogą spożyć normalny posiłek”…

Wie o tym wszystkim Biskup Jan Purwiński, Ordynariusz, Kijowsko-

Żytomierski, który w liście do Polonii kanadyjskiej pisze:  „Wszystkim wam Drodzy i Wspólnotom Modlitewnym , Polonijnym  - Bóg zapłać – za złożone ofiary, intencje mszalne, przesłane paczki, których zawartość ucieszyła dorosłych i dzieci… Nie zapominajcie – proszę – o odradzającym się Kościele na Wschodzie. Bez Waszej pomocy niewiele tu zrobimy”.   

W Montrealu działa Komitet  Pomocy Polsce. Przewodnicząca  tego

Komitetu, Wanda de Roussan, informuje, że w  2011 r. przekazał instytucjom

potrzebującym w naszym kraju  17.740 dolarów,  wspierając m.in.   Szkołę nr 2 w Międzylesiu, Fundację Alberta w Radwanowicach, czy Dom Małych Dzieci w Jaworze.

Z kolei Komitet Pomocy Dzieciom Polskim Sekcji Pomocy Ludziom Starszym organizuje Wiosenne Kiermasze, zbiera datki na promocję polskiej kultury i jest to największa akcja dobroczynności na terenie Montrealu, którą kieruje prezes, Maria Zaśćińska, a  o której wiele i pasją  opowiadała mi pani Hania Bortnowska, tryskająca energią i pełna nowych pomysłów.

            Istnieją też w Kandzie fundacje, jak choćby Polska Fundacja Społeczno-Kulturalna w Quebec’u, która pomaga  z kolei organizacjom polonijnym, np. Bibliotece Polskiej im. W. Dymnego, Polskiej Radzie Szkolnej, Kołu Przyjaciół Harcerstwa, chórom parafialnym albo zespołom artystycznym.  Polonia w Kanadzie nie ustaje w niesieniu pomocy zarówno Polakom na Kresach jak i rodakom oraz instytucjom w kraju.

 

ZANIKANIE STAREJ EMIGRACJI I LUDZIE DOBREJ WOLI                                                  

Zapadły mi głęboko w pamięci  głosy rozmówców, którzy nie kryli swego przywiązania do idei wielkiej, sprawiedliwej i suwerennej Rzeczypospolitej. I to oni od lat rozwijają autentyczną i  intensywną działalność publiczną, zakładają polskie gazety, czasopisma,  stowarzyszenia, grupy twórcze, kluby i organizacje charytatywne, instytuty naukowe,  fundacje, by takie idee w starej Ojczyźnie wspierać, choć możliwości z biegiem lat, o dziwo, kurczą się. Pokazywała mi ceniona pisarka polska w Toronto i moja opiekunka w tym mieście,  Anna Łabieniec, centrum aglomeracji, zwracając uwagę na znikające  polskie napisy i szyldy, a pojawiające się w ich miejsce napisy i szyldy chińskie,  niemieckie, czy włoskie. Stara, przedwojenna polska diaspora powoli odchodzi z tego świata. Mieszkające do niedawna w ładnych, stylowych kamienicach wiekowe małżeństwa, już bez dzieci, znikają, a ich domy wykupują – właśnie – Chińczycy, Irlandczycy, Włosi. I coraz mniej  słychać w Toronto, choć wciąż to najsilniejszy  ośrodek polonijny, polską mowę. Mniej widać też  polskich sklepów, bibliotek, pubów, restauracji. – O, tu była polska kawiarnia, a tutaj polska księgarnia -  wiodła mnie przez miasto autorka „Powtórki z Syberii” i pokazywała znikające ślady polskości.  Sama wydaje lokalną gazetę „Merkuriusz Polski”, który odgrywa dużą rolę w integracji środowisk polonijnych.

 Największą grupę etniczną w Kanadzie stanowią dziś Anglicy (20,2%), Francuzi (15,8%), Szkoci (14%), Irlandczycy (12,9), Niemcy (9,3), Włosi (4,3), Chińczycy (3,7%), Ukraińcy (3,7%), Polacy ( ok. 3%).

Polacy w długiej już tutaj historii zapisali  widoczną kartę aktywności, powołując do życia takie organizacje jak Związek Polaków w Kanadzie , Związek Narodowy Polski, Federacja Kobiet Polskich, Polski Instytut Naukowy, Biblioteka Polska Uniwersytetu MCGill w Montrealu, Fundusz Wieczysty Milenium Polski Chrześcijańskiej, Fundacja Adama Mickiewicza, Fundacja im. Wł. Reymonta, czy Związek Nauczycielstwa Polskiego. Co roku odbywają się konkursy na najlepsze wypracowania z języka polskiego, w których bierze udział ok. 3 tyś, uczniów, konkursy recytatorskie, ponieważ w Kanadzie uczy się w blisko w 100 szkołach podstawowych ok. 12 tyś. uczniów i angażuje się w ich naukę ok. 500 nauczycieli.  Studenci skupieni są w ruchu akademickim i prowadzą ożywioną działalność kulturalną. Złotymi literami zapisały się  nazwiska  Wayne’a Gretzky’ego, Aleksandry Wozniak, Petera Gzowskiego, Karol Błaszkiewicz, August F.  Globensky, Aleksander E. Kierzkowski, Kazimierz Gzowski, mistrzów sportu,  dziennikarstwa, kartografii, chirurgii, inżynierii  i polityki, budowy dróg i mostów. Pomnik Gzowskiego mogłem oglądać  koło jeziora Ontario w Toronto.

Tam, gdzie się znajdują większe skupiska Polaków, właśnie w Toronto, London, Montrealu, Ottawie, czy Vancouver , tam żywiej kwitnie życie twórcze, intelektualne, naukowe,  duchowe, więcej jest publicznych spotkań, wieczorów autorskich, dyskusji, koncertów, sympozjów, festiwali piosenki religijnej, kiermaszów książek  i wystaw. Wychodzą dość liczne pisma polonijne jak „Goniec”, „Związkowiec”, Kalejdoskop”, czy wspomniany już „Merkuriusz Polski”. Działają także lokalne polskie rozgłośne radiowe i studia telewizyjne.

Godna podziwu jest nieustanna aktywność  ludzi i instytucji, które  organizują polskim pisarzom spotkania, promocje książek, zapraszają  artystów, uczonych, kapłanów, dziennikarzy, zajmują się wspomnianą już  działalnością charytatywną,  stają w obronie  wolnych mediów, witają nas z całą serdecznością i staropolską gościnnością,.  Wymieńmy najważniejszych:  profesorowie Uniwersytetu w London,  Marianna i Stefan Królowie, proboszcz kościoła Matki Bożej Częstochowskiej - ks. Zbigniew Rodzinka,  Małgosia i Jacek Szefernakerowie,  Halina i Stanisław Sosnowscy, Waldemar Karniej,  przewodniczący Rodziny Radia Maryja - Jan Sokół,  Stanisław Frej,  Jan Toporowski,  przewodnicząca ugrupowania narodowego - Jolanta Hoppe, prezes Stowarzyszenia Kombatantów Polskich Ogniwo nr 2 - Jan Ferens,  redaktor „Kalejdoskopu” - Piotr Cwynar,  wielki miłośnik polskiej literatury - Roman Baraniecki, wszyscy z London; wspomniana już pisarka, Anna Łabieniec i jej mąż, Bogdan, poeta - Aleksander Rybczyński, redaktor „Gońca” - Andrzej Kumor, tłumacze - Krzysztofa Zarzecki i Irena Harasimowicz z Toronto,   Jan Szymandera – kierownik Polskiego Centrum Kultury im. Jana Pawła II i Maria i Wacław Romaniewiczowie z Misssissuaga; znakomity wynalazca i nowator myśli technicznej, Ryszard Godlewski z Rawdon;   genetyk i pastor - prof. Bazyli Pawluczuk i  dyrektor Biblioteki Polskiej przy Uniwersytecie McGILL - Stefan Władysiuk z Motrealu, a także z tego miasta  Hania Bortnowska i Andrzej Bortnowski – jedni z twórców kiermaszu, z którego dochód przeznaczają na rzecz polskich dzieci.

A przecież to tylko niewielka część ogromnej wspólnoty, która na wielu polach wspomaga Macierz.   W ich domach i niemal we wszystkich  środowiskach polonijnych trwa nieustająca, codzienna, mrówcza praca na rzecz Polski i potrzebujących  Polaków. I co szczególnie zwróciło moją uwagę, w wielu prywatnych mieszkaniach, gdzie gościłem, posiłki zaczynają się od modlitwy, nawiązując w ten sposób do długiej i pięknej tradycji, w której pierwiastek duchowy odgrywał i wciąż odgrywa ogromną rolę. Za taką postawę, za to całe dobro, za czyny charytatywne, za organizację działalności kulturalnej, za wszystko,  co czynią na rzecz Ojczyzny,  należą się im podziękowania, słowa szacunku i podziwu. Dają bowiem dowód, że Polska jest tam, gdzie są Polacy. I nie można dzielić kultury na krajową i emigracyjną, ponieważ należy ona cała do wszystkich Polaków, gdziekolwiek by byli na całym świecie.  

                                                                                  Stanisław Srokowski      

 



05.04.2012 

   

 

CZY POLACY MUSZĄ WYRZEC SIĘ POLSKOŚCI? 

Stanisław Srokowski

„Polacy muszą wyrzec się swojej polskości". Taki apel wygłosił niedawno pewien polityk znany głównie ze skandali. Przez jednych wypowiedź ta została zignorowana, przez innych wyśmiana, a jeszcze przez innych uznana za bezczelną prowokację lub pozbawioną sensu. Nie lekceważyłbym jej jednak. Nie było to hasło rzucone bezmyślnie, ot tak sobie, byle by tylko zwrócić uwagę na jego autora. Komunikat z całą premedytacją został nadany do swoich, ale także stał się balonem sondażowym, sprawdzającym, jak się zachowa opinia publiczna. Opinia publiczna, jak się wydaje, uznała to za przejaw błazenady, wesołkowatości, a być może tylko cynizmu.

A ja powtarzam, to był całkiem poważny znak, jeden z wielu takich znaków, choć nie tak krańcowo jak ten wskazujący na niebezpieczne i groźne przemiany, jakie się dokonują w naszej rzeczywistości. Nie przechodźmy więc nad nim do porządku dziennego, ponieważ takie głosy zapowiadają to, co nam grozi od lat i co z żelazną konsekwencją wprowadzają do naszej świadomości i realizują już w praktyce w Polsce wpływowe kręgi liberalno-lewicowe i lewacko-demoralizatorskie.

Środowiska te zmierzają w pierwszym etapie do osłabienia pamięci narodowej, a następnie do jak najdalej idącej jej amputacji. Ktoś, kto uważnie śledzi procesy zachodzące w ciągu ostatnich dwudziestu lat, nie mówiąc już o okresie komunizmu, widzi z całą jaskrawością, jak się wypłukuje z pamięci zbiorowej pierwiastek polski, czyli charakterystyczne dla historii Narodu znaki identyfikacyjne, ślady i symbole związane z tradycją, religią, obyczajami, wielkimi postaciami historycznymi i życia publicznego.

Jeśli się do tego doda słynne już słowa premiera polskiego rządu Donalda Tuska, że "polskość to nienormalność", to scenariusz realizowanego planu jest jasny jak słońce: wynarodowić - jak się da i ile się tylko da - Polaków. Wynarodowić do cna, do kości. By nic z polskości nie zostało. Bo skoro polskość jest nienormalna, należy więc tę nienormalność zlikwidować. Pojętny uczeń Tuska szybko wyciągnął wnioski i publicznie oznajmił, że właśnie nadeszła pora, by polskości poderżnąć gardło i na dodatek odciąć jej głowę. A wiadomo, że bez głowy przestanie żyć. Ta operacja nie zaczęła się od dzisiaj.

Symbole naszej wspólnoty

Prześledźmy pokrótce etapy powolnego eliminowania z życia publicznego pamięci historycznej, która jest jednoznaczna z pamięcią narodową. Bo do czego w gruncie rzeczy ów pierwszy polityk nas nawołuje? Do tego, byśmy zerwali swoje związki z historią i tradycją, a więc z naszymi przodkami, dziadami i pradziadami. A czegoż to tak się ów polityk boi? Posiada przecież wcale niemało szabel w Sejmie, dysponuje dużym majątkiem, by się porządnie zabrać do roboty. On dokładnie wie, czego się boi. On i tacy jak on boją się konfrontacji z wielkimi ideami głoszonymi przez naszych przodków. Boją się ośmieszenia i kompromitacji w zderzeniu z potężnymi osobowościami naszej najnowszej historii, jak Piłsudski, Dmowski, Witos czy Paderewski, bo wyglądają na ich tle marnie, karykaturalnie, jak kukły pociągane przez obcych za sznurki.

Pamięć to nie tylko, jak się możemy dowiedzieć z ksiąg mądrości, umiejętność indywidualnego rejestrowania i wielokrotnego przewodzenia przed oczy niegdyś dostrzeżonych obrazów i odtwarzania kształtujących nas pojęć, zwana niekiedy pamięcią autobiograficzną. Pamięć to zjawisko społeczne utrwalone w języku i przekazywane z pokolenia na pokolenie w dziełach religijnych, książkach naukowych, pomnikach kultury, literatury i sztuki. To pamięć zbiorowa, nazywana też społeczną, w której odbijają się jak w zwierciadle wyobrażenia i obrazy naszej przeszłości. Ma ona niepodważalne funkcje poznawcze i kreatywne, takie jak przesyłanie do czasów współczesnych odpowiednich systemów wartości, wzorów i niezbędnych dla normalnego funkcjonowania społecznego koniecznych zachowań, odwołuje się do twórczych postaw, poczucia przynależności do określonej wspólnoty politycznej i kulturowej, w kształtowaniu której zaznaczyły się trwale narodowe znaki, pojęcia, symbole, metafory, czyli drogi rozwoju.

Do polskiej pamięci narodowej wliczamy takie podstawowe symbole patriotyzmu, jak wielcy bohaterowie: Kościuszko, Rejtan, Sobieski, Piłsudski, Mackiewicz, rotmistrz Pilecki, nasze powstania narodowe, słynne bitwy, etos Armii Krajowej, "Solidarności", znaki i barwy narodowe. Odnosimy się do nich z powagą i należną godnością. Wystarczy się tego wszystkiego pozbyć, a staniemy się ludźmi bez pamięci. A ku temu się zmierza. W chwilach próby te wartości odgrywają poważną rolę identyfikacyjną, budują wspólne emocje, wskazują kierunki zagrożeń i prowadzą ku jedności. Gdy wrogowie niszczą je lub profanują, narody stają w obronie zagrożonego bytu i gotowe są do poniesienia najwyższej ofiary, nawet ofiary życia, byle by tylko ratować poczucie godności i dumy narodowej.

Wojna z krzyżem

W polskiej tradycji ogromną rolę odgrywały i nadal odgrywają symbole chrześcijaństwa i znaki graficzne, które stały u fundamentów polskiego państwa, takie jak krzyż i ryba, ale też metaforyka i cały system odniesień i tropów literackich zapisanych w Biblii i w innych księgach Ojców Kościoła. Ogromną rolę odegrały święte obrazy, ikony, które zobowiązują wiernych do refleksji i są znakami tożsamościowymi ludzi wierzących, kierując uwagę poprzez piękno sztuki ku Bogu. Zlikwidujmy je, a okaże się, że straciliśmy wrażliwość na wyższe formy życia duchowego.

A zdrajcy Narodu pragną nam odebrać te wartości i zniszczyć je. Zwykle zaczynają od Boga. A jak od Boga, to od Jego ziemskich symboli, a więc przede wszystkim od krzyża. Niszczenie krzyża ma już samo w sobie oddzielną i wielowiekową historię. Bowiem krzyż dla zasadniczej większości Polaków to znak identyfikacyjny. Daje nam poczucie godności i siły. Jednoczy nas w czasie trudów i zagrożeń. Oświetla drogę. Należy go więc opluć, wyśmiać, skarykaturyzować, wypaczyć jego sens i znaczenie, słowem - odebrać mu wartość, świętość, zdeptać i zepchnąć w cień, by stał się nieważny.

Walkę z krzyżem obserwowaliśmy przez lata komunizmu i teraz nadal obserwujemy, widzimy, że walka ta się nasila. A jej szczególny, bolesny wymiar mieliśmy po śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego i pozostałych ofiar katastrofy smoleńskiej, gdy watahy prymitywów napuszczonych przez ideologicznych inspiratorów obrażały ludzi, wyśmiewały ich i znęcały się nad uczestnikami religijnych zgromadzeń. Krzyża nadal chcą nas pozbawić w Sejmie i w szkołach. W związku z tym przeprowadzają zmasowane ataki na wiernych, których państwo polskie niezbyt dostatecznie broni.

Drugi nurt to walka z postaciami Kościoła i instytucjami kościelnymi i zakonnymi. Stąd nieustanne napaści na kapłanów, religię, a ostatnio utrudnianie o. Tadeuszowi Rydzykowi i innym twórcom Telewizji Trwam dostępu do multipleksu cyfrowego. To nie przypadek czy ludzki błąd. Blokowanie rozwoju Telewizji Trwam i Radia Maryja to nic innego, tylko ciągle ta sama walka z symbolami chrześcijaństwa. Ojciec Tadeusz Rydzyk staje na drodze ku wynarodowieniu Polaków. Trzeba więc związać mu ręce. A te ciągłe żądania, by Kościół był nowoczesny, czym są, jeśli nie próbą odebrania Kościołowi znaków tożsamości? A czym jest nieustanne dzielenie pasterzy Kościoła na postępowych i wstecznych, zupełnie jak za Bieruta? To też ma związek z ograbianiem Kościoła z pamięci historycznej. A w gruncie rzeczy z miłości i krzyża.

Kresy zapomnienia

Kolejnym i bardzo konsekwentnym działaniem mającym na celu likwidację polskości jest stosunek oficjalnych władz państwowych do polskiej historii, a przede wszystkim do polskich Kresów. W zasadzie w bardzo okrojonym zakresie uczy się młodzież historii w gimnazjach, a w liceach nowe programy zakładają tylko jedną lekcję historii w klasie pierwszej, a potem już nic. To oznacza, że w świetle jupiterów odcina się korzenie własnej tożsamości. I zatraca się więź pokoleń.

Kresowianie, a więc ta część Narodu (obecnie wraz z potomkami ok. 6 milionów obywateli), która wydała na świat tak wielkie postaci jak: Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Aleksander Fredro, Kornel Makuszyński, Józef Conrad Korzeniowski, Zbigniew Herbert, Karol Szymanowski, by wymienić tylko niektórych, Kresowianie, którzy zostali wymordowani, ich domy spalone, a dobytek ograbiony, nie mogą się doczekać choćby symbolicznego pomnika w Warszawie dla ofiar ludobójstwa, jakiego dokonała UPA na Polakach w latach 1939-1946. A to już ostatnie pokolenie Kresowian, które odchodzi z tego świata, i wygląda na to, że władza państwowa ignoruje jego elementarne potrzeby, jak choćby potrzebę upamiętnienia najbliższych.

Już nie mówię o tym, że polityka kulturalna robi wszystko, by nie dopuścić do głosu znaków tamtego czasu. Nie ma pełnometrażowych filmów, wielonakładowych książek, nie ma sztuk teatralnych poświęconych tragedii Kresów, słowem - odcina się od korzeni kolejne fragmenty polskiej historii, czyli nakłada się własnym obywatelom ciemną opaskę na oczy, by nie widzieli własnych dziejów. W taki oto sposób władza ignoruje i lekceważy własny Naród. I zubaża jego życie.

Ci, którzy pracują nad odcinaniem głowy historycznej pamięci, mają w tym swój wielki interes, znacznie groźniejszy niż konfrontacje z poprzednikami, na tle których wyglądają żałośnie, a mianowicie taki, by po odarciu nas z pamięci, odcięciu od korzeni i źródeł własnej historii, całkowicie zapanować nad naszymi umysłami. Oni i tak już uczynili wiele, by sobie podporządkować nasze życie duchowe, intelektualne, religijne, artystyczne i polityczne. Ale wciąż im tego za mało. Już poprzez media panują nad wyobraźnią zbiorową i ogłupiają społeczeństwo. Narzucają obce i nieprzystające do nas wzory, normy, zasady i trendy ideologiczne, ale też byle jaki smak i gust artystyczny.

Słowem, psują nam wszystko, co się da, styl, język i pamięć. Dlatego każą nam o wszystkim, co nasze, zapomnieć. I to szybko, najszybciej jak się tylko da. Bo czas nagli. Za rok, za dwa mogą stracić władzę i siłę oddziaływania. Każą więc nam wyrzec się polskości, bo polskość jest dla nich nienormalna. Doskonale wiedzą, że polskość to nasza największa siła moralna, moc duchowa, skarb, z którego nieustannie czerpiemy wiedzę, mądrość i natchnienia do dalszej, sensownej pracy dla siebie i swojej Ojczyzny. Zdają sobie sprawę, że gdy utracimy pamięć, utracimy zdolność rozpoznawania nie tylko symboli historycznych, ale i znaków współczesnych, naszej konkretnej rzeczywistości, ponieważ nie będziemy w stanie do czegokolwiek się odnieść, odwołać, stracimy zdolności identyfikacyjne i staniemy się nikim.

I o to im chodzi. Bo z nikim już można zrobić wszystko. Przekabacić na takie kopyto, na jakie się chce. Nie będziemy w niczym mieć własnego zdania, bo ich zdanie będzie naszym zdaniem, nie będziemy potrafili żyć w spójnym intelektualnie systemie wartości, bo nam go odbiorą, a stworzą atrapy. Staniemy się bezwolną masą do ugniatania niezbędnych dla mocodawców i ich interesów zachcianek. W taki sposób upadla się narody i niszczy sens życia. Gdy zabraknie nam pamięci, świat się rozsypie, a my stracimy rozeznanie, gdzie i kim jesteśmy, i po co żyjemy.


Stanisław Srokowski

(„Nasz Dziennik”, 31 marca - 1 kwietnia 2012 roku)

 

 
19/20.11.2011 
" Nasz Dziennik"   

 

"Mieli po szesnaście, siedemnaście, osiemnaście lat. Poszli w ślady Szarych Szeregów, cichociemnych i swoich ojców z AK. Nie chcieli żyć w Polsce zniewolonej stalinowskim terrorem".

   
  Klasa opozycjonistów z 1950/1951 r. Dębno Lubuskie, Liceum Ogólnokształcace  
 

Zapomniani Chłopcy z Dębna

Stanisław Srokowski

Widzę przed oczami ich poważne, skupione twarze, mądre spojrzenia, cierpkie uśmiechy. I myślę, jak wiele musieli znieść bólu, upokorzeń i zła. Jak ciężko im było w mrocznych celach, w których szczury skakały po twarzach. Wciąż słyszę ich opowieści, głosy,  relacje, zwierzenia. Z wieloma  z nich się spotykałem, rozmawiałem, wielu słuchałem.  

Napisałem powieść, w której umieściłem niektóre z tych postaci. Słychać ich mowę, sygnały, szepty, ale nie ma ich prawdziwych imion i nazwisk, istotnych czynów, walki. Bo wtedy nie mogło być. Działała cenzura, zmowa milczenia. A oni inspirowali mnie, dodawali sił, odwagi, ale nie ujawniali się w całej okazałości. Jakby byli gdzieś z boku, w cieniu. Stali się symbolami, metaforami, grą wyobraźni, a nie głównymi bohaterami. Zabrakło konkretu, faktografii, dokumentu. A przecież z myślą o nich pisałem tę powieść. Nosiła tytuł: „Ladacznica i chłopcy”. Po latach w 1991 r., z dużymi kłopotami się ukazała.  „Ladacznica” to polityka, a chłopcy to oni, uczniowie szkoły średniej, o rok, dwa  starsi ode mnie, koledzy,  znajomi. Z mojego liceum. Z mojego sąsiedztwa.  Pisałem z myślą o nich, bo wszyscy o  nich zapomnieli. Jakby nie było kaźni, więzień, strachu i dręczącej samotności.  

Nie chcieli być niewolnikami.

Dziś  słyszymy jak wielką rolę odegrała polska opozycja marcowa, po-marcowa,  czerwcowa, korowska, solidarnościowa, ale o nich nie słyszymy. Im się nie przypina najwyższych medali do piersi. Nie stawia pomników. A zasłużyli na nie. Bo byli pierwszymi z pierwszych. Niektórzy dzisiejsi bohaterowie  zakładali wtedy czerwone harcerstwo. Budowali zręby jedynego słusznego ustroju. Stawali na baczność i piali z zachwytu. Pisali wiersze o Stalinie i dojarce z PGR-u. Wznosili hasła „Niech żyje Związek Radziecki”.  A oni, nie. Oni szli na szaniec, burzyli ustrój.  Młodzi chłopcy, niemal dzieci,  krzyczeli „precz z komuną”,  „niech żyje wolna Polska”. A potem siedzieli w więzieniach, bici, torturowani, poniewierani. Nikt się o nich nie upomniał. Poszli w ślady Szarych Szeregów, cichociemnych i swoich ojców z AK. Odsłońmy karty. Kim byli? Skąd się wywodzili? 
  
 
Organizatorzy walki podziemnej: Romek Wolski, Antek Wilewski

Był rok 1950, 1951, najgorszy okres komunizmu. Szczyt represji, dławienie gardła, łamanie charakterów, niszczenie sumień. A oni się nie bali. Mieli po szesnaście, siedemnaście, osiemnaście lat. Uczyli się w Liceum Ogólnokształcącym w Dębnie Lubuskim, w dawnym województwie szczecińskim, dziś zachodniopomorskim. Z pozoru tacy sami jak inni. A jednak dojrzalsi, mądrzejsi, głębsi. Wiedzieli, czego chcą. I czego nie chcą. Nie chcieli się czuć jak w więzieniu. Nie chcieli być niewolnikami. Chcieli wolności, niezależnego, suwerennego państwa. Dlatego buntowali się. Sami z siebie. Ale i dlatego, że pochodzili z rodzin, które zaznały wcześniej represji, cierpień.    

Wywodzili się z domów, w których naraz zabrakło  ojców, matek, starszych braci, kuzynów, sióstr zabranych na Sybir, skazanych na kazamaty. W większości pochodzili z Kresów. Z wierzących, silnie zakorzenionych w tradycji rodzin.

Urodzili się na Kresach

W wyroku Wojskowego Sądu Rejonowego w Szczecinie z dnia 15 października 1951 r. w składzie: mgr Tadeusz Nizielski, chor. Eugeniusz Kociuba, ppor. Wiktor Samborski, w obecności prokuratora wojskowego, mjr Bolesława Reszka, obrońców: adw. Zygmunta Warskiego i Tadeusza Nawrota,  czytamy nazwiska skazanych: Wolski Romuald, ur. w ZSRR, Baranowicz Marian ur. w ZSRR, Pacewicz Czesław, ur. w ZSRR, Milczarek Ryszard, ur. w ZSRR, Hryniewicz Stanisław, ur. w ZSRR. Było ich więcej. Ale zasadnicza grupa urodziła się w ZSRR. Gdzie? W  ZSRR?!

Urodzili się na polskiej ziemi. W większości na polskich Kresach. Ale w ich dowodach wbili  Sowieci pieczątkę: urodzeni w ZSRR. W dowodach ich ojców i matek, którzy urodzili się grubo przed rewolucją październikową, też wbili pieczątkę, że urodzili się w ZSRR. To było wielkie oszustwo. Pierwsze wielkie kłamstwo. Bo Sowieci kłamali od pierwszego dnia. Gdy tylko napadli na Kresy 17 września 1939 r., ogłosili, że nas wyzwolili. Niewolę nazwali wolnością, kłamstwo - prawdą.  Piszę,  nas, bo ja też tam byłem. Też tam się urodziłem. I  wiem jak było. Za tymi pierwszymi kłamstwami poszła cała fala kolejnych kłamstw. Zabrali nam ziemię, władzę, urzędy, szkoły, uczelnie, podręczniki, język, państwo. Łamali godła, symbole, znaki pamięci. Niszczyli wiarę, kościoły, kaplice, święte obrazy, ołtarze. Ze świątyń robili magazyny, stajnie i obory dla bydła. Profanowali świętości. Polskich oficerów pognali do Katynia, Miednoje. A w 1940 r. zgładzili. I my, na Kresach, o tym wszystkim wiedzieliśmy. Dużo wcześniej niż powstała tzw. Polska Ludowa.  Poznaliśmy ich rządy na własnej skórze.
   
 
Anzelm Szantyr z koleżankami 

O tym wszystkim w naszych kresowych domach się rozmawiało. Nawet w najczarniejszych czasach,  już po 1945 r., gdy zostaliśmy wygnani.  Rozmawiali o tym nasi rodzice, krewni i znajomi. Choć na zewnątrz panowała  atmosfera strachu i podejrzeń, w kresowych domach  wyrastali i wychowywali się młodzi buntownicy, licealiści, m.in. z Dębna. Powtórzmy, mieli po siedemnaście, osiemnaście lat. I nie chcieli żyć w  zniewolonym świecie.  

Dostali twardą lekcję historii

Marian Baranowicz przypomina w przekazanym mi tekście przedwojenny klimat ich domu: „(…) ojciec uczestniczył (…) w uroczystościach patriotycznych… (…) w latach okupacji sowieckiej większość osadników wojskowych została wywieziona na Syberię”.

Jego kolega, ale i krewniak, Romek Wolski, też „wyrastał w patriotycznej rodzinie. Jego ojciec, oficer Wojska Polskiego (…) został zamordowany przez NKWD w Katyniu”. A bliskich Romka Wolskiego i Mariana Baranowicza,  Jadwigę i Antoniego Wolskich i ich czworo dzieci, jak pisze Baranowicz, „partyzanci sowieccy wymordowali 25 października 1943 r. Przed rozstrzelaniem kazali rodzinie skupić się w narożniku pokoju. Rodzice i dzieci uklękli do ostatniej modlitwy. Gdy siepacze otworzyli ogień (…), nieszczęśnicy padali jeden na drugiego”.

Baranowicz przyznaje, że opisane wyżej doświadczenia z dzieciństwa stały się dla niego i dla jego kuzyna, Romka, „twardą lekcją historii. Wyrastając w atmosferze okrucieństwa (…) uczyliśmy się takich pojęć jak tożsamość narodowa i patriotyzm”. Powtórzmy, nie mogli i nie chcieli żyć w zniewolonym kraju. Dlatego założyli tajną organizację, a właściwie dwie tajne organizacje.

Akt oskarżenia skrupulatnie wylicza: „W początku marca 1951 r. oskarżony Wilewski Antoni zawiązał na terenie Dębna nielegalną organizację pod nazwą Samodzielna Organizacja Podziemna (…). W skład tej organizacji wchodzili (…) uczniowie 9-tej klasy: [nieczytelne nazwisko – S.S.] Zbigniew, Korzeniowski Bohdan, Nożejko Eugeniusz [chodzi o Możejkę – S.S.] , Sebastian Janusz (…), którym udowodniono winę, lecz ze względu na ich młody wiek (…) umorzono dochodzenie”.

Dalej dowiadujemy się, że: „W tym czasie już na terenie 10-tej klasy osk. Wolski Romuald zawiązał również nielegalną organizację”. A w jej skład weszli: „Baranowicz Marian, Pacewicz Czesław, Zatryb Eugeniusz, Szantyr Anzelm, Sapa Władysław”. A wiedzieli o niej: „Milczarek Ryszard, Hryniewicz Stanisław”.  Dodajmy, że Milczarek już jako 11- letni chłopak działał na rzecz wolności; obserwował dla AK  ruchy wojsk sowieckich.     

Na przekór terrorowi władzy. 

Zakładali tajne organizacje wtedy, gdy w Polsce szalał najstraszniejszy terror,   gdy komuniści niszczyli ludzi  i wsadzali do więzień, gdy  aresztowali księży, biskupów,  przedwojennych oficerów, żołnierzy AK, a  nawet chłopów, za to, że spóźniają się z oddawaniem  państwu komunistycznemu zboża. Ludzi siłą zapędzali do kołchozów. Rugowali religię ze szkół.

Jedyną niezależną instytucją był jeszcze Kościół, ale i nad Kościołem zbierały się  czarne chmury. Niebawem zapadnie wyrok na prymasa Polski, ks. kard.  Stefana Wyszyńskiego.

I w takiej atmosferze grupka chłopców postanawia wystąpić przeciwko władzy. Jakaż musiała być ich determinacja, skoro wiedzieli, czym to grozi. Bo słyszeli wokół siebie o surowych wyrokach. Radio i prasa bębniły o tym cały czas. A oni wbrew wszystkiemu postanowili walczyć. W większości mieszkali w internacie przy ul. Bieruta. W jednym pokoju gnieździli się: Romek Wolski, Czesiek Pacewicz, Rysiek Milczarek, Józek Widziewicz i Marian Baranowicz.
 
 Prof. Pełkowa z klasą na wycieczce  

Do 1948 r., jak pisze Baranowicz, panowały tam jeszcze zwyczaje przedwojenne. Rano i wieczorem odbywały się apele  połączone z modlitwą. W niedzielę szli grupami  do kościoła. W roku szkolnym 1949/1950 nastąpiła radykalna zmiana. Skończyły się modlitwy, zbiorowe wyjścia na Mszę Świętą. Wyżywienie w internacie było kiepskie, kawa zbożowa, chleb z marmoladą i na obiad na ogół dania bezmięsne. Byli jednak nauczyciele, którzy w tajemnicy organizowali coś na kształt tajnych kompletów. Pod pozorem korepetycji, sybiraczka, Zofia Pełkowa, osoba głęboko wierząca, organizowała u siebie w domu, przy herbatce, spotkania towarzyskie, w trakcie których wybrani uczniowie czytali dzieła Mickiewicza i poznawali działalność Filomatów i Filaretów. Uczyli się, jak się organizować.

Pod czujnym okiem bezpieki.

W dokumentach IPN znajdują się dziś informacje o tym, że byli śledzeni, a liceum inwigilowane. Tajne ulotki ukazywały się w Dębnie już w 1948 r. Bezpieka je przechwytywała. Nadzór nad szkołą wzrósł. Kierownictwo UB zobowiązało dyrekcję do informowania, ilu uczniów szkoła posiada (480 w klasach dziennych i 200 w wieczorowych). Umieściło też tam swoich informatorów, a oni donosili, że np. Józef Widziewicz wyraża się źle o marszałku Konstantym Rokossowskim, którego Moskwa przysłała do Polski, by pilnował wojska, podczas, kiedy on, Widziewicz, nie  może sprowadzić swoich braci. Bezpieka natychmiast to odnotowała. Irena Rzeczycka miała dwie siostry w Anglii i brata w Ameryce i opowiadała, że tam dużo lepiej się żyje niż w Polsce. Bezpieka też to odnotowała. Osaczała młodzież ze wszystkich stron. Wiedziała , kto miał ojca granatowego policjanta, a kto był wrogo nastawiony do  ówczesnej  rzeczywistości.

Urząd Bezpieczeństwa wziął  pod lupę polonistę, Antoniego Dobrowolskiego, żołnierza AK, od 1951 r. dyrektora szkoły,  i prof. Karola Winnickiego. Obu  podejrzewał o niebezpieczny wpływ na młodzież. Ukazywały się ulotki antykomunistyczne, UB nie mógł jednak sprawców wykryć.

Młodzi buntownicy śledzą, co się w mieście dzieje. Wiedzą, że istnieje jakaś tajna grupa, która działa. Po cichu się  naradzają, jakby się w ten ruch wpisać. Ulotki antykomunistyczne wiszą na ścianach domów okolicznych miast i wsi, m.in. Mieszkowic, Boleszkowic, Kostrzyna. Młodzież  buntuje się przeciwko systemowi. Im bardziej komunizm zaciska pętlę na gardle, tym więcej młodocianych tworzy tajne organizacje. Wiele lat później Krzysztof Szwagrzyk z IPN napisze, że młodych więźniów politycznych, uczniów różnych szkół,  było w tym czasie ok. czterech tysięcy. Ale przecież badania trwają. Baranowicz zaś pisze: „Obserwując życie polityczne w Polsce zaczęliśmy się zastanawiać z Romkiem [Wolskim – S.S.] nad nielegalną działalnością”.

Proszę zwrócić uwagę, sami zaczęli się zastanawiać. Nikt im nie kazał. Nikt ich do tego nie namawiał. Widzą i wiedzą, co się dzieje. Słyszą o procesach politycznych. Ich ojców zapędza bezpieka do kołchozów. Następuje „rozkułaczenie”  wsi, bogatszych rolników wsadza się do paki za to, że dobrze gospodarzą. Wzmaga się walka z Kościołem. Niedługo zacznie się sfingowany proces przeciwko kieleckiemu ks. biskupowi Czesławowi Kaczmarkowi. Szykują się procesy polityczne przeciwko generałom: Jerzemu Kirchmayerowi,  Stanisławowi Tatarowi, Stefanowi Mossorowi i Franciszkowi Kwirynowi Hermanowi za wydumane przez komunistów  szpiegostwo i dywersję. Radio i prasa donoszą o „karłach reakcji” i wrogach politycznych ze szkół, uczniach z liceów. Propaganda straszy.   

Działają ostrożnie i skutecznie

Chłopcy z Dębna widzą oszustwo i obłudę zalewające Polskę. Widzą jak propaganda kłamie w żywe oczy. Z tym się nie mogą pogodzić. Takie życie jest bez sensu. Byli wychowywani w innej tradycji. Liczyła się godność, honor, wolność. Analizują działalność poprzedników, którzy wpadli. Postanawiają działać ostrożnie, ale skutecznie. Naradzają się w internacie. Nie mają żadnej drukarki, powielacza, maszyny do pisania. Ulotki wykonują własnoręcznie. Piszą, że w Polsce panuje terror. Nawołują do buntu. Mówią, że  Warszawą  rządzi Moskwa, a Katyń to zbrodnia Stalina. Protestują przeciwko wojskom sowieckim w Polsce. Walczą o powrót religii do szkoły. Chcą, by ludzie wiedzieli, że jest  opozycja. Wbrew terrorowi, torturom, więzieniom,  podziemie działa.  Ulotki  piszą odręcznie, ale tak, by nie można poznać charakteru pisma. Rozrzucają po mieście lub wywieszają po ulicach. Rozsyłają po urzędach, komitetach partii, domach prywatnych. Szczególnie aktywni są przed 1 maja. Ulotek przybywa.  Miasto szumi.  

Bezpieka szaleje. Domyśla się, że to liceum. Zabiera nauczycielom klasówki z języka polskiego. I porównuje pismo. Nic to nie daje. Bo jedna z nauczycielek mówi do klasy: „Te prace nie tylko ja będę sprawdzać”. Chłopcy wiedzą, co to znaczy. Bezpieka jest na ich tropie. Muszą zmienić sposób działania. Idą na boisko sportowe. Udają, że  grają w piłkę, a konspirują, naradzają się. Zdobywają drukarkę, szukają broni, materiałów wybuchowych. W początkach 1951 r. aktywizują się. Drukują na powielaczu, także w bursie. Ale tu jest niebezpiecznie. Za duży ruch. Spotykają się w prywatnym mieszkaniu jednego z nich, Eugeniusza Zatryba. Dalej drukują ulotki.

Później w opracowaniu MSW widzą na własne oczy odnotowane setki takich organizacji jak ich. W latach 1945-1956 nastąpił   masowy bunt młodzieży. I oni, chłopcy z Dębna,  brali  w tym buncie udział. Nie sądzili tylko, że zbliża się koniec ich konspiracji.

Za wolność płacą wysoką cenę

W szkole nie brakowało kapusiów. Konfidentami byli niektórzy nauczyciele. Konspiratorzy zbyt mocno zaufali swoim kolegom. Wciągali do siatki nowych. Chwalili się, że są dobrze zakonspirowani. Krąg wtajemniczonych powiększał się. Musieli wpaść. Za wielu już wiedziało o ich działalności. I wpadli.

Pierwsze aresztowania nastąpiły 13 maja 1951 r. Bezpieka wyłapała wszystkich. Wojskowy Sąd Rejonowy w Szczecinie 15. października 1951 r. skazał za przygotowania do obalenia przemocą ustroju:  Antoniego Wilewskiego na 2 lata i 6 miesięcy, Romualda Wolskiego na 3 lata, Mariana Baranowicza, Czesława Pacewicza i Eugeniusza Zatryba, każdego z nich,  na 2 lata, Ryszarda Milczarka i Stanisława Hrynkiewicza na 1 rok i 6 miesięcy w zawieszeniu na 3 lata.

W śledztwie chłopców katowano. Bezpieka  podrzucała im naboje, łuski. Biła pięściami, ciągała za nogi, kopała. Spali na betonie, tracili przytomność.  Polewani wodą,  znowu byli przesłuchiwani. Na śniegu rozbierali ich do naga,  budzili w środku nocy, chłopcy tracili przytomność, dostawali zapalenia płuc. Jeden zwariował. 
 

 Czesław Pacewicz pracował w kopalni węgla kamienngo w Wałbrzychu 

Represjonowano również nauczycieli. Pani Derwichowej zabroniono nauczania śpiewu, ponieważ młodzież śpiewała „Czerwone maki”. Wyjątkowymi restrykcjami został objęty internat. Mieszkałem tam. W 1951 r. zdałem egzamin do klasy ósmej. Działalność starszych kolegów odbiła się szerokim echem. Rozmawialiśmy o tym w domach, internacie  i w szkole. Co dnia rano, na apelu, urządzano nam prasówki, straszono, grożono ostrymi konsekwencjami za takie czyny. Chcieli, by sparaliżował nas strach. A jednak młodzież się nie ugięła.  Tajne organizacje  powstawały w innych szkołach. W Boleszkowicach na jej czele stanął Jan Żak. Twierdził, że kontynuuje konspiracyjną pracę kolegów z Dębna. Kolejną tajną grupę założyli uczniowie z Barnówka. Przewodził jej Antoni Wojnicki. 

  
 Marian Baranowicz jako żołnierz górnik 

Po odbyciu ciężkiej kary więzienia w Szczecinie, Goleniowie, Sosnowcu i przede wszystkim  w Jaworznie,  uczniowie z Dębna znosili dalsze represje. W Jaworznie osadzono, jak wylicza Krzysztof Szwagrzyk, 10.017 osób. (K. Szwagrzyk „Jaworzno. Historia więzienia dla młodocianych więźniów politycznych 1951-1955”, Wrocław 1999).

Chłopcy z Dębna  nie od razu mogli się dostać na studia. Poszli do wojska,  musieli pracować w kopalniach, zdarzały się dezercje. Byli  pod stałą kontrolą do 1989 r. Niektórzy już nie żyją. Za wolność zapłacili wysoką cenę. Ale ich postawa  dla wielu z nas  była  znakiem orientacyjnym, który wskazywał, jak należy bronić podstawowych wartości człowieka, prawdy, wolności, wiary,  godności i niezależności.
  



 ***************************************************************************** 

22.06. 2011 

 

   

APEL 

 

BUNTUJCIE SIĘ, MŁODZI !!!

 

Ponad dwa lata temu, gdy gwałtownie zaczęła się podnosić fala cynizmu i  kłamstwa w życiu publicznym, wystąpiłem do młodego pokolenia z apelem, by się buntowało. Dzisiaj, po uzupełnieniach,  powtarzam ten apel, ponieważ fala kłamstwa podniosła się na niebywale wysoki poziom.  Czas najwyższy ją powstrzymać. Powtarzam więc z całą mocą.  

 

Młodzi, buntujcie się!

Buntujcie się  przeciwko obłudzie i cynizmowi.  Nie pozwólcie, by Was okłamywano i Wami manipulowano. By Was traktowano jak śmiecie. Bo to niszczy  Polskę. Zabija zaufanie między ludźmi. Podważa wiarygodność życia zbiorowego.

 

 Ciągle poddawani jesteśmy manipulacji i kłamstwom. Płyną one z mediów i  trybun sejmowych,  z kancelarii premiera i prezydenta, z uczelni i sal sądowych.

 

W ostatnich latach szczególną siłę kłamstwa i manipulacji widzieliśmy na przykładzie naszej najnowszej historii. Za wszelką cenę manipulatorzy chcą nam obrzydzić tradycję i przeszłość. Kiedy zajmujemy się Kresami i ludobójstwem na Kresach, manipulatorzy wysyłają nas w kosmos. Powiadają, wybierzcie przyszłość! Zostawcie historię historykom. To  przypomina Marzec 1968 r. i bunt młodzieży przeciwko kłamstwu i manipulacjom, kiedy inni manipulatorzy powiadali: „Pisarze do pióra!”, a „Studenci do nauki!”. Czyli wara od życia publicznego. Wara od wpływania na losy kraju. Od tego MY jesteśmy, światli, mądrzy i niezastąpieni. Dzisiaj też toczy się ostry bój o prawdę. Manipulatorzy i oszuści chcą, byśmy zapomnieli o swoich przodkach, o naszych dziejach.  Odciągają nas od prawdy.

 

Od pewnego czasu w środowiskach kresowych wrze, ponieważ manipulatorzy i kłamcy nie pozwalają nam mówić prawdy o Kresach. Nie pozwalają organizować konferencji naukowych poświęconych ludobójstwu. Coraz częściej zabraniają spotkań autorskich albo wykładów. Tak było na Uniwersytecie Szczecińskim, gdzie miał wystąpić ks. Tadeusz Isakowicz - Zaleski. Tak było w Opolu, Wrocławiu i Przemyślu. We Wrocławiu została odwołana w jednym z kościołów wystawa malarstwa poświęcona Kresom. W Warszawie od lat nie można postawić pomnika pomordowanym przez UPA Kresowianom. Do dziś nie powstało Muzeum Kresowe. To tylko mała cząstka niechlubnych ograniczeń, zaniedbań, wykluczeń  i prześladowań.

 

Parlament polski miał podjąć w maju 2011 r.  uchwałę w sprawie ustanowienia dnia 11 lipca Dniem Pamięci Narodowej pomordowanych  Polaków na Kresach przez Ukraińską Powstańczą Armię, ale nie podjął tej uchwały.  Przyczynił się do tego prezydent Komorowski, który nigdy nie potępił ludobójstwa. Na zachodniej Ukrainie  podnosi się fala skrajnego nacjonalizmu i wystąpień antypolskich. Mordercom Polaków, Banderze, Szuchewyczowi i innym, stawia się pomniki.  Radni partii Swoboda protestują  przeciwko uczczeniu pamięci  polskich profesorów zamordowanych w 1941 r. we Lwowie; sieją nienawiść do Polaków,  a polskie władze nie reagują.    

 

Uchwała z okazji 100 – lecia  polskiego harcerstwa została w Sejmie do tego stopnia zmanipulowana, że z pierwotnych zapisów, dzięki posłom PO i SLD,  zniknęły odniesienia do służby Bogu, pominięte zostały  wzmianki o Pogotowiu Harcerek i Hufcach Polskich w konspiracji. Nie oddano też czci harcerzom na Wschodzie. Pominięto harcerstwo niepokorne w PRL.

 

W szkołach średnich likwiduje się naukę historii, by odciąć młodzież od wielu godnych naśladowania wzorców, wielkich charakterów i nieustraszonych postaw. Coraz częściej słyszymy o zwalnianiu ludzi mądrych, odważnych i niepokornych z pracy. Dotyczy to uczelni wyższych ( np.  Wrocławia) i mediów ( m.in.  Wildstein,  Pospieszalski, Ziemkiewicz, Sakowicz…) Znakomite filmy młodszego pokolenia,  utalentowanych  reżyserów, np.  Ewy Stankiewicz „Solidarni 2010”, czy Joanny Lichockiej i Marii Dłużewskiej( „Mgła”) nie mogą wejść do szerokiego obiegu publicznego.      

 

Od ponad roku  nie możemy  doczekać się  prawdy  o katastrofie smoleńskiej. A manipulatorzy ze sfer rządowych robią wraz z Moskwą wszystko, by tej prawdzie uciąć głowę. Gdy grupa uczciwych, rzetelnych ludzi -„Solidarni 2010”,  postawiła namiot przed Pałacem Prezydenta, by głosić potrzebę poszukiwania prawdy o tej katastrofie, władze Warszawy nieustannie nękają tę grupę, szykanują i dręczą. Odsuwa się od pracy prokuratora Pasionka, który dociekał prawdy.     

 

Za to funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego wpadają o świcie do domów ludzi, którzy mają odmienne niż władza poglądy i zamykają ich. Tak było  w przypadku blogera  AntyKomora, któremu agenci   zabrali laptopa, dyski twarde, pendrivy i kartę pamięci od aparatu cyfrowego.  Prokuratora  znęca się nad 19-letnim Jackiem Balcerowskim, a sąd skazuje go na 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 3 lata za antyrządowy napis  na szkolnym murze. To normalne łamanie charakterów.   Dochodzi już nawet  do mordów politycznych ( zabity w Łodzi działacz PIS-u, Marek  Rosiak). Zaczyna  się szerzyć  strach. Przez strach władza pragnie podporządkować sobie społeczeństwo. Skąd my to znamy?   

 

Czego władza się boi? Własnych obywateli? 

 

Hasła do napaści dają tacy politycy jak minister spraw zagranicznych, Sikorki („dorżnąć tę watahę”), czy inny światły minister rządu Tuska, Bartoszewski, który nazywa własny naród „bydłem”. Wzywają  do pogardy dla ludzi, którzy inaczej myślą, nazywając ich „oszołomami”, „ciemniakami” i „moherowymi beretami”( Tusk).  Schamienie i prymitywizm godne są tych umysłów.  Władza się degeneruje. Wybiera na twarz polskiej prezydencji w Unii Europejskiej pajaca i podrzędnego wesołka, jakby w Polsce nie było godnych artystów, twórców kultury, ludzi szanowanych. To wskazuje na skalę   zwyrodnienia  władzy, w tym przypadku ministra kultury.

Buntujmy się przeciwko tym, którzy zabraniają nam dostępu do prawdy, którzy kręcą i manipulują. Buntujmy się przeciwko złu. By nie okłamywali nas prezydent, premier, ministrowie i media. By nikt nas nie okłamywał. Mamy do tego prawo. I stawajmy w obronie atakowanych,  poniżanych i upokarzanych. Bo milczenie jest zgodą i przyzwoleniem na wszelkie świństwa władzy.

  

Stanisław Srokowski ( www.srokowski.art.pl )

 

 

Wrocław 26. 02. 2010 r.

 

 

 
 
LIST OTWARTY DO POLSKICH UCZONYCH, NAUCZYCIELI, MŁODZIEŻY I STUDENTÓW
 
Szanowni Państwo,
 
w związku ze słusznym apelem p. Łukasza Kuźmicza w sprawie programów nauczania w szkołach z zakresu tematyki kresowej i prawdy historycznej, zwracam się do naszych Szanownych Akademików, znakomitych profesorów humanistów, a przede wszystkim  do prof. Leszka Jazownika, jego zespołu uniwersyteckiego, ale też do innych profesorów,  by przygotowali listę utworów lub fragmentów utworów z literatury pięknej, które wedle nich mogłyby stanowić lekturę szkolną zarówno w szkołach podstawowych, gimnazjach i liceach. Z taką listą należałoby się udać do odpowiedniego ministerstwa i oficjalnie  propozycję złożyć. A potem pilnować, by  weszła ona do programów.  Mogliby taką listę wesprzeć posłowie i senatorowie. Należałoby  ją wcześniej poddać pod osąd opinii publicznej i wywołać dyskusję na ten temat. Skoro się tyle mówi o społeczeństwie obywatelskim, jest okazja, by społeczeństwo wyraziło swoje zdanie. Problem jest ważny, może najważniejszy dla kształtowania przyszłych pokoleń, ich wiedzy, wrażliwości i zasad moralnych. To samo dotyczy nauki historii.  Ale najpierw lektura szkolna z literatury polskiej. By naraz nie zajmowć się wieloma sprawami.  Bo do tej pory, my Kresowianie i nasi sprzymierzeńcy, potomkowie Kresowian,  i ci wszyscy, którzy z pobudek etycznych i patriotycznych pomagają nam w niesieniu prawidziwego obrazu Kresów, ich piękna, bogactwa duchowego,  ale i całej straszliwej tragedii, ludobójstwa dokonanego przez OUN/UPA na Polakach, Żydach, Ormianach, Czechacz i samych Ukraińcach, dotyczas głównie gasiliśmy pożary, odpowiadaliśmy na bsurdalne i kłamliwe atatki. Pora, by pogłębić naszą aktywność, wyjść z projektami. Dajmy szansę pegagogom, nauczycielom,  młodzieży, studentom. Rozwińmy dyskusję w naszych środowiskach, mediach publicznych. Niech uczestniczą w debacie narodwej. Dotychczas trzy pokolenia były okłamywane lub ukrywano przed nimi i zamazywano prawdę historyczną.   Dość kłamstw! Nie pozwółmy na to.  Nie chcemy mieć społeczeństwa kalekiego i chorego. Chcemy, by nasi synowie, wnukowie i prawnukowie wyrastali w duchu prawdy. Bo inaczej doprowadzimy do wielkich patologii i wyniszczania moralnego.  Chcemy, by przyszłe pokolenia wyrastały w prawdzie i wolności. Dlatego apel p. Kuźmicza traktuję jako początek dyskusji. Zapraszam Państwa do niej.   Poniżej list p. Kuźmicza.
 
Z wyrazami szacunku
Stanisław Srokowski
   
 
 
 
Szanowni Państwo.
Przykre to, ale taka jest prawda. W naszych szkołach nikt nie uczy młodzieży na temat zbrodni OUN-UPA. Nam nie wolno drażnić Ukraińców. Film "Ogniomistrz Kaleń" zdjęto z ekranów, bo tam pokazano jak żołnierzom WP siekierą obcinano głowy. Dr Grzegorz Motyka w swojej książce     "Tak było w Bieszczadach", skrytykował płk Jana Gerharda za rażące,a wręcz fantastyczne opisy w książce "Łuny w Bieszczadach". Rozpołowianie głów siekierą na dwie części, odrąbywanie kończyn, czy inne okrucieństwa, to już nie raziło Motyki.
Napisała do mnie młoda pani z Krakowa,  pochodząca z powiatu jaroslawskiego, że kupiła sobie książkę w języku ukraińskim "Powstański mohyły" (Powstańcze groby), autor Eugeniusz Mysiło, zamieszkały w Warszawie, założyciel "prywatnego Centrum Dokumentacji" - Fundacja Archiwum Ukraińskiego". (Ile takich ekspozytur OUN jest w Polce?). W książce tej - podobnie jak Grzegorz Motyka w swojej - opisuje, że jak UPA wzięła do niewoli żołnierza WP, to go karmili, opatrywali rany i puszczali do domu. Nie mogła tego zrozumieć, bo jest młoda i niezna tych spraw. Po przeczytaniu mojej ksiązki: Zbrodnie bez kary i stwierdzeniu szalonych różnic w opisaniu tych samych spraw, pojechała do swojej wsi gdzie w latach 1944 -1947 grasowały bandy UPA, by dowiedzieć sie prawdy. Starsi ludzie z jej wsi potwierdzili zbrodnie UPA na ludności cywilnej.
Podziękowala mi za przedstawienie zbrodni UPA takimi jakie one były, ale postawiła też pytania: dlaczego nie uczono mnie tego w szkole? Dlaczego nasze młode pokolenie niezna tych spraw? Dlaczego nie mówiło się o tym,a dopiero teraz troszeczkę?
Własnie,dlaczego w naszych szkołach nie mówi się i nie uczy się o zbrodniach OUN - UPA?  Kto w Polsce ma się zająć  sprawami, by trafiły do szkół książki, dokumenty, fotografie czy filmy na ten temat?
Może ktoś z Panstwa wypowie się na ten temat, jak te sprawy wygladają w naszym szkolnictwie obecnie i jakie są możliwości dotarcia z tymi sprawami do mlodzieży szkolnej. Może się mylę, ale głos tej pani nie jest pierwszy.
Pozdrawiam serdecznie -
                        Łukasz Kuźmicz

09.08.2009


LIST OTWARTY

 

Sz. P. Minister Spraw Zagranicznych

RADOSŁAW SIKORSKI

Ministerstwo Spraw Zagranicznych

Al. J. Ch. Szucha 23, 00-580 Warszawa


           Szanowny Panie Ministrze,

zwracam się do Pana w bulwersującej ostatnio opinię publiczną sprawie przejazdu przez Polskę ukraińskiej młodzieży śladami Stepana Bandery. Wielu publicystów i polityków komentujących to wydarzenie zastanawia się, jak to się stało, że organizatorzy rajdu i ukraińscy uczniowie podjęli, delikatnie mówiąc, tak ryzykowny krok. Powstaje pytanie, czy mieli wystarczającą wiedzę, kim był Bandera i czy zdawali sobie sprawę, jakie mogą być reperkusje tej decyzji. Publicyści i politycy sugerują dialog z ukraińską młodzieżą, by zrozumiała, co się stało.

W związku z tym występuję z propozycją spotkania z ową grupą młodzieży. Jestem pisarzem i pedagogiem. Interesują mnie źródła i inspiracje tego wydarzenia.

Chciałbym porozmawiać z młodzieżą o jej wyborze i motywach postępowania. Chciałbym zrozumieć jej sposób myślenia i odczuwania, zorientować się, w jakim systemie wartości jest wychowywana i jaką ma wizję świata. I czy w tej wizji mieści się poszukiwanie prawdy o własnej przeszłości i przeszłości ziemi, na której żyje, dojrzewa, kształci się i buduje własną tożsamość. Chciałbym się zorientować, co wie o polskiej tradycji na tych ziemiach. I co znaczy dla niej słowo bohater.

Jedna bowiem z propagatorek tego rajdu powiedziała do rowerzystów, że powinni naśladować Banderę. Chciałbym wiedzieć, w czym powinni naśladować Banderę. I w jaki sposób pragną kształtować swoje stosunki z koleżankami i kolegami z Polski. I w oparciu o jaką aksjologię. Za kilkanaście lat to pokolenie będzie nadawać ton ukraińskiej polityce, będzie układać stosunki między Polakami i Ukraińcami. Warto więc rozmawiać.

Byłbym wdzięczny, gdyby Pan Minister poprzez swoje służby dyplomatyczne umożliwił mi takie spotkanie. Dodam, że żyję dzięki Ukraince, która uratowała mi życie w czasie banderowskiego ludobójstwa na polskich Kresach. Wtedy został zamordowany siekierami mój dziadek, a ofiarami zbrodni padła duża część mojej rodziny. Być może moja opowieść, jako świadka tamtej tragedii, przyczyni się do głębszego poznania przez ukraińską młodzież historii tamtego regionu i lepszego zrozumienia naszych uczuć i reakcji na zamiar uczczenia w Polsce Bandery, głównego sprawcy mordów na Polakach, Żydach, Czechach, Ormianach i samych Ukraińcach.

Myślę, że dialog bez uprzedzeń, szczery i otwarty, stałby się dużą wartością. Zamknięcie bowiem drogi rowerzystom do Polski nie rozwiązuje problemu.


 

Z wyrazami szacunku

Stanisław Srokowski

srokowski@free.art.pl

 


 

PROTEST

(prawica.net)

(wysłany 05/06.08.09 do prezydenta, premiera, ministra spraw zagranicznych, ministra spraw wewnętrznych i mediów)


 

Środowiska kresowe, ludzie uczciwi i dalekowzroczni, mają rację, protestując przeciwko propagandowemu rajdowi kolarskiemu przez Polskę. Grupa dzieci i młodzieży z Ukrainy, zmanipulowana przez cyniczne i wpływowe kręgi faszystowskie na Ukrainie, pragnie oddać hołd wielkiemu zbrodniarzowi, mordercy setek tysięcy Polaków, Żydów, Ormian, Czechów i innych narodów zamieszkujących II Rzeczpospolitą - Banderze. To polityka Bandery, OUN i UPA, doprowadziła do ludobójstwa na Kresach.

Protestować powinna cała Polska, bo to nie tylko problem najbardziej doświadczonych Kresowian, to problem polskiej godności narodowej i odpowiedzialności na za państwo. Ukraińscy faszyści sprawdzają, jak daleko mogą się posunąć w prowokacji.

Dziś rajd czczący Banderę, a jutro każą polskiemu premierowi i prezydentowi składać kwiaty pod pomnikami morderców. Strusia polityka polskich władz coraz bardziej ośmiela i zachęca odradzający się na Ukrainie faszyzm do takich czynów.

Prowokacja ukraińska prowadzi do rozbudzania nienawiści i wrogości w Europie, sieje zło i niszczy z takim trudem budowany pokój i porządek moralny. Stając po
stronie ofiar ludobójstwa, stanowczo potępiam odradzanie się idei faszystowskich,
kontynuatorów polityki niszczenia i zabijania.

Stanisław Srokowski
pisarz

PS. W przypadku, gdyby władze polskie zachowały się nieodpowiedzialnie i przepuściły przez Polskę czcicieli faszyzmu, należałoby ich "przywitać" krzyżami i trumnami ustawionymi na trasie. Może by te trumny uprzytomniły młodym ludziom, w co się wdali wciągnąć.


 

Ludobójstwo na Kresach

(03.08.2006, prawica.net)


 

W lipcu b.r. minęła, niemal niezauważalnie, 63 rocznica mordów dokonanych na Polakach na Wołyniu, Podolu i Pokuciu, słowem na Kresach południowo-wschodnich przez Ukraińską Powstańczą Armię. Sprawami rzezi zajmują się historycy, IPN. Powstało też w Polsce kilka ważnych powieści i niemało wspomnień, pamiętników i innych książek o charakterze dokumentalnym. Pojawiły się również liczne albumy obrazujące tragedię, niestety wszystkie edycje w bardzo małych nakładach. I wciąż całej prawdy o tamtym czasie historia i literatura nie powiedziały.

A problem jest ważny. Nie tylko dla Polaków z kraju, czy Polonii, ale też dla samych Ukraińców i Ukrainy. Dla jej rzetelnie opracowanej historii i świadomości narodowej. Bo powiedzmy od razu - w tym akcie ludobójstwa wielu Ukraińców niosło Polakom pomoc. Niestety, jak dotąd, nie wiemy, ilu ich było, choć wiemy, w jakich okolicznościach i jaką cenę za to zapłacili. Najczęściej cenę życia. Współcześni Ukraińcy też powinni o tym wiedzieć.

Ta pomoc, którą nieśli Polakom ich dziadowie, ocala przynajmniej w części ich ludzką godność. Niestety ci, co bronili Polaków, nie stają się bohaterami na Ukrainie, a stają się nimi mordercy i ich polityczni mocodawcy. To im się stawia dzisiaj pomniki i ich imionami nazywa się we Lwowie, Stanisławowie i Tarnopolu ulice i place. A o ile łatwiej byłoby stawiać mosty na naszej wspólnej historii, gdyby Ukraina doceniła tych swoich synów i te córki, tych wszystkich ludzi, którzy godni są uznania i szacunku. To oni zasłużyli na pomniki dumy i chwały.

Polacy, którzy ocaleli z rzezi, zostali wygnani ze swojej ziemi. Dokonał się jeden z najokrutniejszych i najbardziej barbarzyński w historii Polski akt etnicznej zagłady. Długo jeszcze przyjdzie historykom, publicystom i pisarzom mierzyć się z tym dramatem. A problem wypędzeń, terroru i etnicznych czystek, jak się okazuje po latach, wciąż wraca, nasila się i zbiera coraz obfitsze i groźniejsze żniwo. Staje się już problem całego świata.
Zostaliśmy opleceni siatką strachu.

Świat drży przed kolejnymi atakami terrorystów. Jeśli jednak nie zajrzymy do wcześniejszych korzeni współczesnego zła, do europejskich źródeł etnicznych kataklizmów, owego śmiertelnego jadu, który stał się trucizną dla setek tysięcy polskich kobiet, dzieci i starców, to nie zrozumiemy, co na naszych oczach staje się ze światem. Nie nagle znaleźliśmy się w kleszczach strachu. Nie nagle ogarnia nas popłoch i przerażenie, przemoc i terror.

Wielkie dramaty rozegrały się na ziemiach Ormian, Greków, Serbów i innych narodów. Jednak Europa nie potępiła wszystkich zbrodni, jakie się dokonały do tej pory. A w szczególności nie potępiła zbrodni ukraińskich nacjonalistów z okresu drugiej wojny światowej. A skoro nie potępiła, to znaczy, że na coś czeka. Na co? By się nienawiść i zbrodnia rozlały na cały kontynent i cały glob. Europa nie tylko nie potępiła zbrodni ukraińskich nacjonalistów, ale Europa nawet nie ma wiedzy na ten temat.

To, co się działo na Kresach, ów akt ludobójstwa, to wielka biała( a może czarna!) plama w historii Europy i świata. Europa wtedy milczała. I świat milczał. I Europa nadal milczy. A przecież to, co się dzieje dzisiaj w wielu zakątkach świata przypomina wykonywanie dyrektyw słynnego "Dekalogu ukraińskiego nacjonalisty", napisanego w duchu zbrodniczej doktryny czczonego przez Ukraińców ideologa UPA, Dmytra Doncowa, zawartej w książce pt. "Nacjonalizm". Posłuchajmy przynajmniej dwu przykazań tego dekalogu. Brzmią one tak:

7. Nie zawahasz się popełnić największego przestępstwa, jeśli tego będzie wymagać dobro sprawy;

8. Nienawiścią i podstępem będziesz przyjmował wrogów swojego Narodu;

Europa pewnie nie zna tego Dekalogu.

Dlatego też chyba tak trudno uporać się jej z samoświadomością. Dlatego tak trudno uporać się jej ze zrozumieniem narastającej agresji i aktami barbarzyństwa w świecie współczesnym. Choć nie tylko dlatego. Europa nie ma świadomości tamtych zbrodni. Nie potrafi ich dojrzeć, nazwać, ocenić i przetworzyć intelektualnie i moralnie w czyn, działanie. Nie widzi dziejów w ich ciągłości i związkach. I nie umie wyciągać wniosków.

Przekonałem się o tym, wprawdzie na bardzo niewielkim, ale jakże ważnym poletku, gdy kilka lat temu brałem udział w dyskusji z niemieckimi pisarzami o wypędzeniach. Szeroko ze zdumienia otwierali oczy, kiedy mówiłem o wielkiej migracji ze Wschodu, o mordach dokonywanych na Polakach przez UPA i rzekach przelanej krwi. Niemcy sądzili, że tylko oni zostali wyrzuceni z Wrocławia i Szczecina. I że tylko oni mają prawo do czczenia pamięci swoich rodaków, którzy ucierpieli przecież z powodu przez nich wywołanej wojny. Przekonało się tym wielu innych rodaków w spotkaniach i dyskusjach z przedstawicielami innych europejskich narodów.

Bo nie tylko Niemcy nie posiadają wystarczająco dużo historycznej wiedzy o wygnaniach i tragedii ludobójstwa, jakiej dokonali ukraińscy nacjonaliści na polskich Kresach wschodnich w latach 1939-1945, a także później. Nie mają pojęcia o niej Anglicy, Francuzi, Hiszpani, Włosi... Nie wiedzą, że w straszliwych mordach zginęło, wedle historyków - od stu do trzystu tysięcy naszych rodaków. Nie wiedzą o tym też, o zgrozo!, w dużej mierze sami Polacy.

Szczególnie młodzież szkolna, studenci. A nie wiedzą, bo nie uczy się ich tego w polskiej szkole i na uniwersytetach. Nie przekazuje im tego rzetelnie telewizja, prasa, film, malarstwo i rzeźba, poza okolicznościowymi wydarzeniami. Nie ma porządnie napisanych i uczciwie udokumentowanych, w wielkich nakładach, dzieł. A jeśli są, to w żenująco niskich. Nie niesie tej wiedzy polska oświata. Nie mówią o niej rzetelnie polskie leksykony, glosariusze, słowniki, encyklopedie. Dlaczego?

Oto dane, które wynikają z badań, jakie przeprowadził Ośrodek Badania Opinii Publicznej TNS w lipcu 2003 roku. Mówią one o zatrważająco niskim poziomie wiedzy społeczeństwa polskiego na temat rzezi na Kresach. Aż 49% ludności naszego kraju "w ogóle nie słyszało o tych wydarzeniach", 17% "coś słyszało, ale dokładnie nie wie, o co chodzi", 20% "wie, ale mało", tylko 14% ankietowanych deklarowało, że "wie dużo o tych wydarzeniach".Ciekawe, że używa się tutaj eufemicznego pojęcia "wydarzenia", a nie tragedia, albo - wprost - ludobójstwo.

Najnowsze doświadczenia wskazują, że na Ukrainie wciąż ukrywa się pamięć o dramacie Wołynia, Podola i Pokucia. Oto "GW"(12.03.04) pisze piórem Marka Rapackiego: "Co do opinii publicznej ( chodzi o Ukrainę - ST.S.), to w pierwszych miesiącach 2003 r. znajomość tematu lub "wiedzę w ogólnych zarysach"zadeklarowało 22,7 proc.respondentów, głównie z Ukrainy zachodniej. 4,8 proc. spośród nich obarczyło winą stronę ukraińską, 15,1 proc. "Polaków" Zaledwie 8,7 proc. zapytanych uznało, że Ukraińcy powinni przeprosić Polaków, ale aż 41,7 proc. wyraziło zdanie przeciwne."

Zapominanie o zbrodniach, to nic innego jak prosta droga do nowych zbrodni. Tylko pamięć, poczucie winy, akty skruchy, żalu i przebaczenia mogą przełamać ten dramatyczny stan rzeczy. Na szczęście, światła część nowej ukraińskiej inteligencji i polityków wydaje się to rozumieć. Z uznaniem należało zaakceptować odezwę, jaką grupa deputowanych do Parlamentu Ukrainy przyjęła w sierpniu 1996 roku, w której czytaliśmy m. in.:

My, deputowani do Rady Najwyższej Ukrainy, zwracamy się do narodów, parlamentów, rządów i do wszystkich patriotycznych, politycznych oraz społecznych organizacji Ukrainy, Białorusi, Izraela, Polski, Rosji, Słowacji i Jugosławii, aby wyraźnie uświadomiły sobie niebezpieczeństwo groźby nacojnal-faszyzmu, jakie zawisło nad Ukrainą.

Zwracamy się do tych wszystkich, którzy nie są w stanie zapomnieć setek tysięcy niewinnych ofiar, zamęczonych przez członków zbrodniczej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) oraz jej formacji wojskowych, przede wszystkim Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), których organizacyjna i ideologiczna działalność i praktyka daje pełną podstawę do zakwalifikowania ich jako ukraińskiej odmiany faszyzmu - tylko na Wołyniu i w Galicji te formacje w bestialski sposób zamordowały co najmniej 100 tysięcy cywilnej ludności za to tylko, że byli Polakami.

To ukraińskie nacjonalistyczne bandy latami terroryzowały cywilną ludność, rozsiewając krew i śmierć? zbrodnie te kwalifikują się do potępienia przez społeczność międzynarodową i uznania jako ludobójstwo.

Jednakże, wbrew prawdzie historycznej - współcześni następcy nacjonalizmu ukraińskiego - prowadzą masową kampanię, skierowaną na rehabilitację OUN-UPA, kreowanie ich członków na bohaterów? W wielu miastach, szczególnie na terytorium zachodnich obwodów, nadaje się ulicom, placom imiona złej sławy nacjonalistycznych zbrodniarzy, stawia się na ich cześć pomniki, tablice pamiątkowe, otwierane są muzealne kompleksy??

Tyle deputowani Ukrainy.

Niedawno powstał list 59 ukraińskich intelektualistów, który wspomina o potrzebie pojednania na gruncie rzetelnej wiedzy o zbrodni i prośbie o wybaczenie.

Pod listem podpisali się m. in. Jurij Andruchowycz - pisarz, Myrosław Marynowycz - profesor Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego, Myrosław Popowycz i Jarosław Hrycak- historycy, którzy mówią: "Prosimy o wybaczenie tych Polaków, których los został złamany przez ukraiński oręż, a za ich pośrednictwem prosimy o wybaczeni całe polskie społeczeństwo".

W "GW" czytamy: "Prawdę, że ludność polska na Wołyniu padła w 1943 roku ofiarą czystki etnicznej, miało odwagę jasno wysłowić tylko niewielu autorów, m.in. prof. Popowycz, a także - Andrij Pawłyszyn, który napisał: "Jako naród powinniśmy znaleźć odwagę, by spojrzeć w oczy historii, nauczyć się z tą prawdą żyć."

To dobry krok w kierunku pojednania. Ale prezydent Ukrainy nigdy nie wydusił z siebie słowa: przepraszam. Potrzeba wielkiego, zbiorowego wysiłku zarówno ze strony polskiej jak i ukraińskiej, ze strony polityków, Kościoła, Cerkwi i wszystkich przyzwoitych i odpowiedzialnych ludzi, twórców kultury, by nie zapominając o trudnej przeszłości, budować świat współczesny w oparciu o prawdę i wzajemne zaufanie.

A co Państwo o tym sądzą? Czy jest szansa na ostateczne zamknięcie tego trudnego i bolesnego okresu naszej wspólnej historii? Co należy czynić, by zmienił się stan świadomości zarówno Polaków, Ukraińców jak i całej Europy w tym względzie?

***


 

CZY POLSKIE KRESY JESZCZE COŚ ZNACZĄ

(25.07.06, prawica.net)


 

Czy pamiętamy, czym były dla nas i dla Europy?

Zacznę od wydarzenia, które - być może - zabrzmi jak anegdota, ale anegdotą nie jest. Jest niezaprzeczalnym faktem, potwierdzonym przez wielu świadków.

Otóż, żeby zdjąć ciężar stanu wojennego z serca, pisałem w 1982 roku dużą powieść kresową "Repatrianci" Najpierw chciałem dać tytuł "Wygnani", ale nikt na taki tytuł nie przystał. Toteż wybrałem inny, "Rapatrianci", ponieważ pojęcie to zostało wkute w pamięć wygnańców z Kresów Wschodnich Polski i pod nim miliony rodaków widziało drogę swojej gehenny wojennej.

Maszynopis złożyłem w najlepszym wówczas wydawnictwie "Czytelnik" w Warszawie. Książka z bardzo dobrymi recenzjami (Sadkowski, Bolecki) została szybko przyjęta do druku, ale przez sześć lat nie mogła się ukazać. Kulisy tego nadzwyczajnego zwlekania zostały mi przekazane później.

Otóż okazało się, że nie polska cenzura powstrzymała powieść, tylko radziecki ambasador. Na początku lat 80-tych ówczesny członek Biura Politycznego PZPR, Józef Czyrek, prowadził posiedzenie sekretariatu partii, na którym omawiano sprawy kultury.

Kierownikiem Wydziału Kultury KC był wtedy prof. Witold Nawrocki. Wśród obecnych znajdował się, a jakże by inaczej, ambasador sowiecki. Przy analizie spraw wydawniczych nagle zabrał głos i zadał pytanie:

- Czy to prawda, że macie zamiar wydać antyradziecką powieść?

Zapadło głuche milczenie. Nikt nic nie wiedział, naturalnie, poza ambasadorem, o żadnej antyradzieckiej powieści. Wtedy sowiecki ambasador dokładnie zrelacjonował, kto tę powieść napisał, gdzie się znajduje, jaka jest jej treść, jakie miała wewnętrzne recenzje i kiedy planowane jest jej wydanie.

Zebrani zbaranieli. Nic o tym nie wiedzieli. A ambasador sypał datami, faktami, nazwiskami. Wiedział wszystko. Okazało się, że ambasada sowiecka miała swoje wtyczki w wydawnictwie. I nie tylko w tym. Ambasador kategorycznie zażądał zablokowania książki. Toteż książka została zablokowana do 1988 roku. Tą książką byli właśnie moi "Repatrianci".

Dlaczego o tym wspominam?

Dlatego, że problem pisania o Kresach, a szczególnie o dramacie Polaków wygnanych z naszych ziem kresowych i pomordowanych przez, jak powiadali Kresowianie, bandy U. P. A. od lat był problemem wielce skomplikowanym. W komunizmie, rzecz jasna, całej prawdy nie można było pokazać. Ale i teraz, okazuje się, że temat, gdy się go potraktuje poważnie i głęboko, staje się wielce podejrzany. Bo oto, po dwudziestu kilku latach od tamtego wydarzenia z "Repatriantami", spotyka mnie podobna historia, tyle, że w innych uwarunkowaniach. Napisałem nową powieść kresową i znowu mam kłopoty.

Wtedy, gdy pisałem "Repatriantów", wszystkiego, jak wiadomo, nie dało się wydrukować. Było wiele biały plam w historii i literaturze. Postanowiłem teraz część z nich wypełnić obrazami literackimi. Tym razem cenzorem nie jest już ambasador sowiecki. Tym razem cenzorem jest poprawność polityczna, rozłożona na dziesiątki instytucji, organizacji, biur, wydawnictw, czasopism i urzędowych osób. Teraz cenzor działa w białych rękawiczkach.

I zwykle bywa niewidzialny, lub ma niepojętą zdolność maskowania się. Często jest bardzo miły i serdeczny, tyle, że niby nieobecny. Uśmiecha się ze współczuciem, lub każe przyjść za pięć lat, gdy, jak powiada sytuacja się unormuje, bo, jak tłumaczy, nie możemy pogarszać naszych stosunków z Ukrainą, albo z Rosją.

Owszem - powiada np. znany obecnie polski wydawca,

Pana powieść jest bardzo dobra, ma świetne recenzje, tyle, że mamy wątpliwości, czy ktokolwiek jeszcze się interesuje Kresami i ich dawnymi problemami. A poza tym, wie pan, chcemy dobrze żyć z Ukraińcami, Rosjanami, Litwinami. Lepiej ich nie dotykajmy.

Po wielekroć słyszałem tę śpiewkę. Mimo, że Rosjanie, czy Ukraińcy robią u siebie, co chcą. Wznoszą np. pomniki dawnym mordercom polskich kobiet i dzieci, np. Banderze.

Sprawa staje się bardzo poważna, wręcz dramatyczna. I nie chodzi tutaj o mój indywidualny przypadek. Bo gdyby to tylko jednej książki i jednego wydawcy dotyczyło, można by to uznać za dziwny zbieg okoliczności. Ale to zjawisko nagminne.

Tu chodzi o coś znacznie głębszego i większego, o nasz stosunek do tradycji, o stosunek do wartości narodowych, do historii. Jeśli pisarz ma odwagę pokazać złożoną prawdę o Kresach, a szczególnie o mordach dokonywanych przez UPA na Polakach na Wołyniu, Podolu i Pokuciu, zaczynają się schody. I białe plamy zamiast znikać, zostają utajone, albo zaklajstrowane bieżąca propagandą.

Wprawdzie znalazłem pewnego przyzwoitego i rzetelnego wydawcę, który nie uląkł się tematu i chce mi, jak powiada, wydać inną książkę kresowa, ale dopóki to nie nastąpi, dmucham na zimne i nie ujawniam jego nazwy. Nie zmienia to jednak ogólnego obrazu.
Zastanawiam się więc, dlaczego tak się dzieje. Dlaczego polskie Kresy stają się dla wielu decyzyjnych ośrodków kulturowych i politycznych sprawą kłopotliwą, niewygodną, czy wręcz wstydliwą.

Czy nie jest przypadkiem tak dlatego, że w ciągu ponad czterdziestu lat komunizmu i 17 lat relatywnej wolności, ze świadomości zbiorowej Polaków nie została usunięta duchowa wspólnota z polskimi Kresami. Jakby tamte ziemie i ich bogate życie intelektualne, duchowe, naukowe i religijne przestało mieć dla nas jakiekolwiek znaczenie. Jakby wielkie dzieła nauki, literatury, sztuki, religii, polityki i przemian dziejowych nie stanowiły i nie stanowią żadnego kapitału w dorobku Polaków, jako historycznego bytu-żadnej wartości.

Jesteśmy świadkami amputacji ogromnego kawałka polskiej pamięci i duszy. Wystarczy spytać młode pokolenie, czy Lwów, Wilno, Stanisławów, Tarnopol, Drohobycz, Grodno, czy Krzemieniecmają w ich życiu duchowym jakieś znaczenie, a przekonamy się, że nie mają żadnego, albo bardzo niewielkie. I nie chodzi tutaj o jakieś fizyczne próby odzyskania tych ziem. Chodzi jedynie o ciągłość kulturową w myśleniu i odczuwaniu, o intelektualną zdolność do ogarnięcia fenomenu Rzeczypospolitej wielu narodów.

Na swój użytek zrobiłem ankietę, pytając studentów i uczniów szkół średnich, czy my, Polacy, jako naród, zawdzięczamy coś Kresom i usłyszałem tylko, jak co niektóry bąknął, że zawdzięczamy Mickiewicza, no, może jeszcze Słowackiego. I tyle. Słabo jest z wiedzą, jak żywo na Kresach przebiegał dialog między kulturami. Jak przenikały się wartości i symbole. Jak symbioza i współpraca kulturowa oznaczała równocześnie poszanowanie odrębności, godności i wyjątkowości poszczególnych wzorców duchowych.

Tygiel kilkunastu narodów wytworzył na Kresach niemal prawzór dla wielu modeli budowania dzisiejszej wspólnoty europejskiej. Niestety, polskie przedwojenne Kresy polskie stały się dziś mgłą, albo wielką białą plamą w świadomości młodego, a nawet średniego pokolenia rodaków. Nie wytworzyliśmy tak bardzo potrzebnej dumy narodowej z osiągnięć, jakie miała Polska historyczna na Kresach w dziedzinie nauki i kultury.

Przypomnijmy zatem w wielkim skrócie, jak bardzo winniśmy być dumni, iż jesteśmy spadkobiercami nie tylko intelektualnych i duchowych wartości wytworzonych przez największych Kresowian, Mickiewiczai Słowackiego, ale także przez legiony innych twórców, którzy w jakimś okresie swego życia byli związani z Kresami i których wkład w naukę i kulturę oraz w myśl polityczną polską i europejską jest nie do przecenienia.

Już niemal od zarania polskich dziejów na Kresach jawiły się nietuzinkowe postaci. Stamtąd wywodzi się ojciec polskiej mowy, Mikołaj Rej. Tam się rodzili, wyrastali, bądź działali i tworzyli wielcy poeci, prozaicy, uczeni, politycy, mężowie stanu, wodzowie, czy kardynałowie. Zaznaczali swoje miejsce bądź to na Kresach północnych, bądź południowych.

Jakże uboższa byłaby nasza tradycja literacka bez takich postaci, by wymienić tylko najważniejsze, jak dawni pisarze: Franciszek Karpiński (np. kolędy, modlitwy, sielanki, wiersze miłosne, dumy i elegie - "Już miesiąc zeszedł, psy się uśpiły", "Kiedy ranne wstają zorze", "Wszystkie nasze dzienne sprawy", "Bóg się rodzi, moc truchleje"...), Julian Ursyn Niemcewicz, autor wielu wierszy, powieści i dramatów, późniejszy sekretarz Tadeusza Kościuszki, Mikołaj Sęp Sarzyński, poeta, Józef I. Kraszewski, autor niezliczonych powieści, Jan hr. Potocki, autor słynnego, m.in., z wielkiego filmu Wojciecha Hasa utworu pt. "Rękopis znaleziony w Saragossie", Aleksander Fredro, Eliza Orzeszkowa, Zofia Nałkowska, Jan Kasprowicz, Bolesław Leśmian, Leopold Staff, Jan Brzechwa, Maria Rodziewiczówna, Tadeusz Breza, Leopold Buczkowski, Melchior Wańkowicz, Stanisław Wincenz, Bruno Schulz, Artur Sandauer, Kazimiera Iłłakowiczówna, Marian Hemar, Jan Parandowski, Kornel Makuszyński, Anna Kowalska, Andrzej Kuśniewicz, Stanisław Lem, Mieczysław Jastrun, czy dziesiątki znakomitości literackich bliższych naszej epoce: Czesław Miłosz, Tadeusz Konwicki, Zbigniew Herbert, Tymoteusz Karpowicz, Adam Zagajewski i wielu, wielu innych, tutaj nie wymienionych, a ważnych.

Jakby wyglądała polska literatura bez tych nazwisk? A Ossolineum? A Panorama Racławicka? A przecież to nie całe Kresy. Dawne Kresy, to też nauka, stowarzyszenia naukowe, uniwersytety, kościoły, bożnice, cerkwie, rozkwit wielu dziedzin poznania naukowego. Np. uniwersyteckie tradycje Lwowa sięgają kolegium jezuickiego z XVI wieku. Uczeni lwowscy stanowili po Krakowie najpotężniejszą grupę w kształtowaniu Akademii Umiejętności, powstałej w 1872 roku. Lwów stanowił poważny i silny ośrodek nauk historycznych.

W 1886 roku powstało Towarzystwo Historyczne, które wydawało bezcenny wówczas Kwartalnik Historyczny. Rodziły się rozliczne muzea. Słynne Muzeum Lubomirskich w 1827 roku przeniesione zostało z Przeworska do Lwowa. Rozwojowi sztuk sprzyjało Muzeum Przemysłowe, otwarte w 1874 r. Powstały: Muzeum Historyczne, Muzeum Przyrodnicze.

Trzeba pamiętać o wielkiej roli polskiego ziemiaństwa w ochronie zabytków kultury. To właśnie na dworach szlacheckich , w pałacach i zamkach magnackich przetrwały w trudnych czasach wojen i bitew bogate zbiory polskiego i europejskiego malarstwa, portrety sarmackie, militaria, rzemiosło artystyczne, kobierce, itd., itp. Stamtąd w różnych okresach najważniejsze skarby polskiej kultury przenoszono do muzeów we Lwowie. Powstawała służba konserwatorska. Rozwijały się katedry sztuki, np. Katedra Historii Sztuki Uniwersytetu Lwowskiego, powstała w 1869 roku, czy Katedra Sztuki Polskiej i Wschodnioeuropejskiejustanowiona w 1919 r. Pisze o tym pięknie prof. Adam Mankowicz.

Wyjątkową rolę odegrała w skali światowej słynna Lwowska Szkoła Matematyczna, na czele której stał wielki uczony, Stefan Banach, zwany geniuszem Lwowa, wywodzący się zresztą z dość ubogiej rodziny, twórca "teorii przesileń liniowych", o którym krążą legendy, ale pewnie w tych legendach tkwi i ziarno prawdy. Jedna z nich powiada, że gdy jego teorie matematyczne dotarły do europejskich i światowych centrów wiedzy i zrewolucjonizowały naukę, pewien amerykański uczony zaprosił na stałe Banacha do Stanów Zjednoczonych, a Banach miał spytać, za jaką sumę.

Wtedy przedstawiono mu czek, na którym widniała cyfra "1" i Banach mógł sobie dopisać tyle zer, ile chciał. Ale Banach kwaśno się uśmiechnął i odpowiedział, że nie da się kupić i pozostał we Lwowie, bo to jego miasto i dla Lwowa chce pracować. Co za postawa?!

Jakże dzisiaj już rzadka. A kosztowało go to wiele, zdrowie i życie. Bo poddany został faszystowskiej eksterminacji. Ale stworzył nową dziedzinę nauki, zwaną "analizą funkcjonalną". I był porównywany do Freuda matematyki, albo Nielsa Bohra. Kontynuował potem pracę Banacha, już we Wrocławiu, prof. Hugon Steinhaus, przenosząc tu w części ocalałą Lwowską Szkołę Matematyczną.

A przecież uczonych wielkiej miary było na Kresach wielu, zarówno w naukach ścisłych, przyrodniczych, jak i humanistycznych. A odważni przywódcy, mężowie stanu, wodzowie, tacy jak Sobieski, Kościuszko, Żółkiewski, Koniecpolski, Piłsudski, czy z młodszych generacji generał Kleeberg, albo Bór Komorowski, to też Kresowiacy.

Do skarbca duchowego Kościoła katolickiego wliczyć należy kresowych kardynałów, Dunajewskiego, Puzynę, czy Sapiehę. A przecież pozostaje architektura, zabytki, cmentarze, wszelkie dobra i wartości ludzkiej myśli.

Wyliczać by można długo. Jakiejkolwiek dziedziny byśmy nie dotknęli, jawią się wybitne postaci z Kresów. Czy ten dar, ów skarbiec nauki, ducha i wrażliwości jest wystarczająco dobrze nam znany? Czy szkoła i uniwersytet polski dbają o to? Czy prasa, radio, telewizja i wydawnictwa spełniają w tym względzie wystarczająco swoją role? Jak chronimy tradycję? Jak chronimy pamięć narodową?

Cycero powiadał: "Umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią im się płaci." Tadeusz Kotarbiński zaś wyznał: "Przeszłość zachowana w pamięci staje się teraźniejszością". A kardynał Stefan Wyszyński pisał: "Gdy gaśnie pamięć ludzka, dalej mówią kamienie."
Co zrobić, by nie mówiły tylko kamienie?

Na tym tle może widać wyraźniej, co oznacza amputacja pamięci. Co znaczy blokowanie dzieł, książek, opowieści, wspomnień, obrazów, książek historycznych, opisów, czy zapisów naszej tradycji i historii, w jakiejkolwiek postaci.

A co Państwo sądzą o amputacji pamięci? O wymazywaniu z naszej historii i tradycji wartości, które kształtowały pokolenia? O wymazywaniu z programów szkolnych lektur, które tę tradycję budowały. Jaką rolę w tym względzie stanowią Kresy i och rozliczne obrazy w literaturze, sztuce i nauce? Czy nadal należą do wielkiej tradycji polskiej świadomości zbiorowej? Czy stanowią o tożsamości Polaków? Czy też wykruszają się z niej? I co to oznacza dla przyszłości?

I wreszcie, czy jesteśmy jeszcze w stanie zrozumieć i identyfikować się z tą poważną i wielką częścią naszej historii i kultury?

 


 

Wrocław jako twierdza podziemnej Solidarności Walczącej

(14.12.2006, prawica. net)


 

KRESOWIACY

Przy okazji obchodzonej we Wrocławiu 25-rocznicy stanu wojennego wielu ludzi zadaje sobie pytanie, dlaczego Wrocław stał się twierdzą ?Solidarności? i niezłomności podziemia. Do miasta zjechał prezydent Lech Kaczyński, bohaterowie tamtych dni, a także wielu znakomitych historyków, którzy wygłaszali na dwudniowej sesji referaty poświęcone stanowi wojennemu.

Pragnę dorzucić cegiełkę z punktu widzenia twórcy i środowisk artystycznych i naukowych. Otóż upatruję dwie główne przyczyny powstania we Wrocławia najsilniejszego w kraju po stanie wojennym ruchu oporu. Pierwszą był fakt, iż Wrocław stał się spadkobiercą wartości moralnych, intelektualnych i duchowych zakorzenionych tutaj przez wygnańców z polskich przedwojennych Kresów, ze Lwowa, Stanisławowa, Tarnopola i innych regionów dawnej Polski.

Drugą zaś, iż w latach 1965-75 rozwinął się w mieście najsilniejszy w kraju ruch awangardowy z literaturze i sztuce. Oto kilka słów na ten temat. O klimacie duchowym miasta w podstawowej mierze decydują środowiska naukowe i kulturalne, inteligencja twórcza, uczelnie, pisarze, artyści.

To, jakie płyną od nich sygnały, często przesądza o charakterze aglomeracji, jej obliczu i znakach rozpoznawczych. Szczególnie to jest ważne, gdy zarówno jednostce, jak i społeczeństwu zagraża utrata wolności lub wolności są już pozbawione. Zachowanie elit, ich priorytety moralne, styl życia, a także konkretne, indywidualne cechy i postawy rzutują na sposób myślenia, postępowania i zachowania grupowe.

We Wrocławiu życie tuż po wojnie zaczynało się od nowa. Niemcy opuścili miasto, a ci, którzy zostali, nie mieli żadnego wpływu na kształtowanie się nowej rzeczywistości. Dawne tradycje czeskie i germańskie zostały jakby unieważnione. Nie można się było do nich odwoływać. Były dla systemu nie do przyjęcia, obce i groźne. Nieważne, że we Wrocławiu nieustannie splatały się odmienne nurty kulturowe, komuna kazała na to zamykać oczy.

Wprawdzie istniała eklektyczna architektura, symbole cywilizacyjne, znaki urbanistyczne, obrazujące różne style i epoki, i ich się nie dało skasować, ale przecież ludzie nie murami żyją. Do miasta napływali uchodźcy głównie ze Wschodu, z Kresów wschodnich.

Największą i najbardziej jednolitą mentalnie grupę przybyszy stanowili wygnańcy z Wołynia, Podola i Pokucia, ze Lwowa, Tarnopola, Stanisławowa, a także po części z Wilna i północnych Kresów. I to, co z sobą z Kresów przywieźli, tutaj się zakorzeniało. Wbrew ideologicznym naciskom we Wrocławiu zakotwiczała się lwowska mentalność, dowcip, poczucie humoru, dystans do życia, obyczaje. Tutaj świat nauki i kultury krok po kroku, twardo i nieustępliwie, wyrąbywał sobie w miarę możliwości korytarz wolności już od pierwszych dni po osiedleniu. Tu zainstalowała się przywieziona ze Lwowa biblioteka Ossolińskich. Potem pomnik Fredry. Panorama Racławicka.

Coraz więcej pamiątek. Nawet ocalałe z pożogi wojennej i banderowskich gwałtów ołtarze, święte obrazy, dokumentacja. Wbrew oficjalnym doktrynom, powstawały w starym stylu kabarety, kawiarnie, restauracje, utrwalał się dawny sposób życia i myślenia. Tutaj żartem, humorem i brawurową satyrą ( Andrzej Waligórski) odpychano nadciągające widmo zniewolenia. Oczywiście, że nie było to łatwe. I sporo ludzi się dało uwieść komunistycznej doktrynie. Ale to tutaj, dzięki temu splotowi zdarzeń, napięciu mądrych filozofii działania i myślenia, narastała gwałtowna potrzeba zbudowania sensownej architektury życia intelektualnego i artystycznego.

Nic dziwnego, że we Wrocławiu nie zafunkcjonował realizm socjalistyczny w takim stopniu, jak gdzie indziej. Wrocławska ironia, dystans i kpina degradowały go i spychały na margines. A szarogęsił się głównie w stolicy, a nawet w konserwatywnym Krakowie. A pokażcie mi we Wrocławiu choćby jednego wybitnego pisarza, który by ślepo naśladował sowiecki styl myślenia w literaturze i był wpatrzony w socrealistyczną doktrynę. Pokażcie taki stopień zniewolenia jak pisarzy warszawskich.

Wielki Tymoteusz Karpowicz milczał przez blisko dziesięć lat (1948-1957), a nie sprzedał się marnej ideologii. Ukąszenie Hegla nie dotknęło tak silnie wrocławian, bo mieli antidotum
na truciznę w postaci śmiechu, humoru, lwowskiej kpiny i kresowego dowcipu. Tutaj twórcy nie poddawali się masowo rusyfikacji. Mieli nad sobą parasol ochronny kresowej dumy i naukowej dociekliwości. By pojąć przynajmniej w części genius loci i genius saeculi, trzeba poznać w wielkim skrócie tajniki grodu, jego skomplikowaną, podaną w pigułce, historię nauki i kultury.

Już w pierwszym roku po wojnie powstawały tu pierwsze kabarety, które pozwalały nabrać do wydarzeń dystansu i zastanowić się nad grozą nadchodzących dni. Odbijały się wzorce życia kulturalnego Lwowa i Stanisławowa, pojawiały się kawiarnie w starym stylu, odtwarzały się dawne obyczaje, konserwowała się mentalność. Nic dziwnego, że marksistowskie idee znajdowały natychmiast swoją kontrę w literaturze i sztuce.

Tutaj zjawili się po wojnie najwybitniejsi profesorowie Uniwersytetu Lwowskiego, a także z innych lwowskich szkól wyższych, uczeni, artyści, pisarze, żeby wymienić tylko profesorów: Hugona Steinhausa ze słynnej lwowskiej szkoły matematycznej, Jana Trzynadlowskiego, Czesława Hernasa, znakomitych humanistów, Jerzego Łanowskiego, znawcę Teokryta i Meandra, Eugeniusza Gepperta i Stanisława Dawskiego, wybitnych malarzy, czy Artura Młodnickiego aktora o wyjątkowym talencie.

I oni, i tacy jak oni, nadawali ton życiu umysłowemu miasta. Wpływali na postawy ludzkie, zachowania wielu środowisk, określali stosunek do rzeczywistości, często pełen dystansu. Stawali się tarczą ochronną przed nawałą głupoty, prymitywizmu i chamstwa oficjalnej propagandy. W jakimkolwiek kierunku nauki, literatury, czy sztuki nie spojrzeć, jawią się nazwiska uczonych ze Lwowa i ? szerzej, z Kresów.

Ich styl życia, szerokie horyzonty myślowe, ogromne poczucie odpowiedzialności za to, co czynią, a równocześnie umiejętność dystansowania się do własnej powagi, przybliżały ich do lokalnej społeczności jako ludzi żywych, z wadami i śmiesznostkami, którzy potrafią się śmiać sami z siebie i umiejętnie, z mądrą zadumą patrzeć na różne niedogodności życia. Taka postawa budziła szacunek, przynosiła lwowski powiew wolności. W takiej atmosferze trudniej ulega się zniewoleniu i ma się siłę na przeciwstawianie nonsensom i paradoksom epoki.

Dlatego w zniewolonym społeczeństwie Wrocław wydawał się być, relatywnie, oazą wolności. Na każdy atak państwowej bzdury odpowiadał humorem, chichotem, czy dystansem. A duma, czy honor wyniesione z Kresów, nie pozwalały identyfikować się z pospolitością i banałem kiczowatego komunizmu. Toteż środowiska opozycyjne tak silnie związane były z wrocławskimi uczeniami, a szczególnie z Politechniką, gdzie także żył duch Kresów. Na uczelniach i w szkołach powstawały tajne organizacje młodzieżowe i struktury podziemne.


 

INTELEKTUALIŚCI i ARTYŚCI

W najciekawszym dla miasta okresie, w latach 1965-1975, Wrocław zaroił się od nowych idei w literaturze, teatrze, muzyce i sztukach plastycznych. Swoją szkołę poezji lingwistycznej wykuwał mistrz języka polskiego, Tymoteusz Karpowicz, wbijając młodym twórcom, a były ich setki, do głowy wieloznaczność świata i udowadniając, iż nie da się ją zamknąć w klatce socrealizmu.

Wieloznaczność jego poezji i całego nurtu wrocławskiej poezji lingwistycznej stała się sztandarem wolności intelektualnej. Nikt już nie mógł się zadowolić stereotypami, sztampą i banałem. Raz posmakowana wolność języka parła do przodu. A wraz z nią wolność myśli, przekonań i ludzkich wyborów.

Mocno wsparli Karpowicza - Jerzy Grotowski, genialny nowator, ze swoim Teatrem Laboratorium, którego sława przekraczała Europę i Ludwik Flaszen, znakomity krytyk literacki i wybitny intelektualista. Dołączył do nich Henryk Tomaszewski ze swoją Pantomimą. Na inne tory myślenia kierował najwybitniejszy przedstawiciel poezji konkretnej, Stanisław Dróżdż. Wśród wrocławskich plastyków trwała wielka debata o sensie sztuki i nowych prądach w świecie. Nic dziwnego, że zarówno wiersze Karpowicza, jak i nowa doktryna teatru ubogiego, a także nowatorskie idee pantomimiczne, sączyły w umysłach młodych ducha odnowy.

Żądały odkłamania rzeczywistości, odsłonięcia martwej tkanki, zdarcia maski i zajrzenia za kulisy wydarzeń. I potem ci młodzi ludzie, uczniowie, studenci, inżynierowie, magistrzy polonistyki i historii, fizycy i matematycy, a także młodzi robotnicy organizowali podziemne struktury opozycyjne. Powstawały nieopisane do dzisiaj liczne ogniwa studenckich buntów, a uczniowie szkół średnich, licealiści schodzili pod ziemię ze swoimi tajnymi organizacjami. Tworzyła się we Wrocławia kuźnia wolnościowego myślenia. Nic dziwnego, że wysoką cenę za udział w ruchach wyzwoleńczych płacili po stanie wojennym wrocławscy pisarze, aktorzy, plastycy, studenci i profesorowie.

Wrocław kipiał. Tętnił nowościami. Wrzał. W początkach lat siedemdziesiątych już gołym okiem widać było, że narzucony Polsce polityczny i ekonomiczny system jest zmurszały i niewydolny. Zapadała się gospodarka, pogarszały nastroje. I tylko było kwestią czasu, kiedy to wszystko tąpnie i runie.

Tak, tutaj, we Wrocławiu działał silny i dobrze zorganizowany ruch opozycyjny. Umacniała się "Solidarność", a po stanie wojennym zrodziła się najbardziej radykalna organizacja podziemna w kraju, "Solidarność Walcząca", która nie chciała żadnych układów z komunistami. A jej przywódca, wielki wizjoner polityczny, umiejący rozpoznawać znaki czasu, Kornel Morawiecki, stał się jednym z architektów nowej Polski, sztandarem nieugiętości i odrodzenia dumy narodowej.

Śmiało można powiedzieć, że koniec lat sześćdziesiątych i pierwsza połowa lat siedemdziesiątych stanęły pod znakiem nowości, gwałtownych przemian w literaturze i sztuce, a także rodzenia się i dojrzewania nowej myśli politycznej, w rezultacie czego Wrocław został mianowany wielką twierdzą opozycji, "Solidarności".


 

APEL DO POLAKÓW W POLSC I NA ŚWIECIE

(12.10.2007, prawica.net)


 

W Polsce toczy się bój o prawdę. Od wielu lat nasz kresowy dramat nie może się doczekać należnego miejsca w pamięci narodowej. Akty ludobójstwa dokonane przez ukraińskich nacjonalistów z UPA na Polakach w latach 1939-1945, w rezultacie których zostały wymordowane setki tysięcy polskich obywateli, w tym dzieci, kobiety i starcy, wciąż są wypychane ze świadomości zbiorowej. A głosy umierających w strasznych mękach naszych matek, ojców, braci i sióstr są zagłuszane półprawdami, albo kłamstwami.

Dotychczas polski Parlament nie potępił zbrodni ukraińskich nacjonalistów, choć Senat potępił tzw. akcję Wisła. Czas najwyższy, byśmy się upomnieli o prawdę w naszym Parlamencie. Chcemy wiedzieć, czy najwyższa władza ustawodawcza zdobędzie się na akt dziejowej sprawiedliwości i potępi te zbrodnie.

Chcemy wiedzieć, czy władze polskie nadal będą pozwalały, by symbole zbrodni, pomniki Bandery i innych morderców, były stawiane na polskiej ziemi. Chcemy wiedzieć, czy polskie władze staną po stronie własnego narodu, chroniąc jego pamięć. Trwają spotkania z kandydatami na posłów i senatorów.

Wielu z nich niebawem zasiądzie w Parlamencie. Wielu wejdzie do rządu. Mamy prawo wiedzieć, jak patrzą na naszą historię. Jak widzą nasze dzieje. Czy wiedzą i rozumieją, co się na Kresach stało. Czy pamiętają o swoim dziedzictwie. Od nich bowiem będzie w dużej mierze zależało, jaki ukształtuje się w Polsce stosunek do prawdy historycznej. Bo to, jak ktoś widzi naszą historię, ma wpływ na to, jaki ma stosunek do nas i do współczesnej Polski.

Dlatego ważne dla każdego z nas, by w Parlamencie znaleźli się ludzie uczciwi, mądrzy i sprawiedliwi. By umieli rządzić. I służyć Polsce i prawdzie.

Jest nas, Kresowian i naszych potomków, w Polsce i na świecie, kilkanaście milionów. W dużej mierze od naszych głosów będzie zależało, kto wejdzie do Parlamentu, a kto nie.

Dlatego apeluję

· Po pierwsze: idźmy na wybory i wybierajmy tylko tych, którzy służą
prawdzie.

· Po drugie, chodźmy na spotkania z kandydatami na posłów i senatorów, i zadawajmy im przynajmniej następujące dwa pytania:

1. Jaki ma Pan stosunek do pamięci narodowej, a szczególnie do
ludobójstwa na Kresach?

2.
Czy wystąpi Pan w Parlamencie z inicjatywą o potępienie zbrodni
ukraińskich nacjonalistów? I czy poprze pan taką inicjatywę, gdy ktoś
inny z nią wystąpi?

Od odpowiedzi na te pytania uzależniajmy nasze poparcie dla kandydatów. Pamiętajmy, że to od nas też zależy, jak Parlament i inne polskie władze będą traktować prawdę o naszej historii.

Przekażmy ten Apel innym!

Idźmy na wybory i wybierajmy tylko tych, którzy służą prawdzie i Polsce, i są godni nas reprezentować.


 

SPOTKANIE Z "SOLIDARNOŚCIĄ WALCZĄCĄ"



Stanisław Srokowski

ZASTRZEŻENIE

Ten wątek ma swoją prehistorią. Pokrótce ją opowiem. Od razu poczynię jednak zastrzeżenie. Nigdy nie uważałem się za człowieka polityki i nigdy polityka nie była moją pasją, ani drogą życiową. Od dawna wiedziałem, kim chcę być i co pragnę w życiu robić. Chciałem i nadal chcę opisywać świat. To moje główne zadanie. Pisarz nie musi się do polityki mieszać. Nawet jest nieźle, kiedy staje ponad polityką. Dla jego dzieł polityka sama w sobie nie stanowi wartości. Chyba, że jego umysł i emocje nastawione są na projekty o charakterze czysto politycznym i wtedy czerpie soki z działań politycznych, nasycając nimi swoje książki. Mamy wówczas do czynienia z polityką, jako z materią twórczą. Ale i wtedy nie sens polityczny utworu jest najważniejszy, a jego walory artystyczne, metoda pisarska, narracja, metaforyka, język, styl, obrazowanie, filozofia człowieka i to, co nowego wnosi do literatury.

Dobra literatura żywi się samą egzystencją, wchodzi w jej głąb, wynosi ukryte obrazy i kreuje nowy świat, w całej złożoności i wielowymiarowości. Istotą literatury jest forma i świat języka, a nie taki, czy inny temat.

REDAKCJA

Ale życie nieraz każe się nam włączyć do działań czysto politycznych i żąda, by stanąć po konkretnej stronie i zaznaczyć swoje terytorium. Tego wymaga zwykła ludzka przyzwoitość. I czyni to człowiek, a nie np. siedzący w nim malarz, aktor, pedagog, czy pisarz.

Gdy narodziła się "Solidarność", byłem emocjonalnie, moralnie, intelektualnie i - że tak powiem - strategicznie przygotowany do wejścia w jej główny nurt. Toteż natychmiast do "S" wstąpiłem. A dlaczego byłem przygotowany, wyniknie z mojej biografii, którą w skrócie opiszę. Był to akt świadomy, a nie poryw chwili.

Pracowałem wówczas we wrocławskim tygodniku "Wiadomości", w dziale kultury. Kilka lat wcześniej zostałem zdjęty ze stanowiska kierownika tego działu, jak powiadał ówczesny geniusz od spraw ideologicznych w Komitecie Wojewódzkim PZPR, Janusz Siezieniewski, głośny "elektryk z Braniborskiej", "za czarnowidztwo", nazywając mnie z przekąsem, jak mi przekazał szef - "Srokowski, ten liberał."

Było to po dość spektakularnych donosach na mnie, jakie składali w odpowiednich instancjach różni dobrze mi życzący ludzie. Jeden z takich heroicznych donosów, który napisał do KW PZPR znany wówczas krytyk muzyczny, T.N., żądał natychmiastowego mego odejścia z redakcji. Po latach dowiedziałem się, że takie donosy składali na mnie agenci SB. Ale tym tematem zajmę się w osobnej książce. Sekretarz KW, Siezieniewski od dawna namawiał mego szefa, Władysława Biełowicza, by się ze mną rozstał, jako że byłem bezpartyjny i nie gwarantowałem czystości ideologicznej działu kultury. A ponadto za wiele sobie pozwalałem, zatwierdzając do druku materiały, z którymi cenzura nieustannie miała kłopoty. Szef mi to powtarzał, ale nie wyrzucał z pracy. W ten sposób ocalił na jakiś czas moje życie zawodowe, które i tak było po perturbacjach i miało dość skomplikowany charakter.

Groźby wyrzucenia jednak ciągnęły się przez kolejne miesiące i praca wisiała na włosku. Na kierownika działu kultury dał szef człowieka absolutnie pewnego, byłą cenzorkę, I.R., która gwarantowała pełną lojalność wobec władzy.

Kiedy na horyzoncie pojawiła się "Solidarność", jak rzekłem, bez cienia wątpliwości wszedłem w jej szeregi. Mało tego, namówiłem do wstąpienia, uwaga! uwaga! nawet maszynistkę i gońcównę. Bo żaden z dziennikarzy nie kwapił się do "odnawiania rzeczywistości."

Natychmiast zorganizowałem w redakcji dyskusję z udziałem ludzi nauki Wrocławia. Dotyczyła ona stanu środowisk akademickich, a szczególnie Uniwersytetu. Pojawiły się w tej dyskusji propozycje oryginalne i radykalne, by powołać nowy uniwersytet, bo ten, jak powiadał młody wówczas i mocno zbuntowany profesor nauk ścisłych, Andrzej Wiszniewski, niczego dobrego już nie gwarantuje. A mentalności i pewnej służalczości skomunizowanej części kadry dydaktycznej zmienić się nie da. W redakcji powstał rumor, szef się dąsał, ale materiał, po cięciach, puścił.

STAN WOJENNY

W tym czasie rodził się NSZZ "S" Rolników Indywidualnych. Otrzymałem od jego twórców propozycję, by pomóc w organizacji ruchu na Dolnym Śląsku. Ponieważ w gazecie zajmowałem się także sprawami wsi, rolnicy znali moje artykuły i pewnie dlatego przyszli do mnie z ofertą. W taki sposób stałem się rzecznikiem "Solidarności" chłopskiej. Czułem wieś, sam urodziłem się na wsi i było mi, jak to się wówczas mówiło, po drodze. Ofertę taką złożył osobiście znany działacz i jeden z przywódców tego związku we Wrocławiu, mieszkaniec Wilczyna, Romuald ( zwany często Rolandem) Winciorek, którego syn, Wojtek, dał się potem poznać, jako spiskowiec z "Solidarności Walczącej".

Od tej pory uczestniczyłem niemal we wszystkich działaniach związku chłopskiego na naszym terenie. Organizowałem np. punkty biblioteczne na wsi, odczyty, spotkania, zaopatrywaliśmy dzieci wiejskie w książki i czasopisma, itp., itd.

Kiedy nastąpił stan wojenny, moja gazeta została zawieszona, a potem zlikwidowana. A ja nosiłem w klapie, jak wielu innych, opornik. Była to demonstracja trochę teatralna, ale niosła z sobą powiew nowości. Przypomniano mi o tym, gdy odbywała się weryfikacja dziennikarzy. Weryfikatorzy wskazywali mi nawet miejsca, gdzie mnie widziano z tym opornikiem, w jakim klubie, na jakim spotkaniu i w czyim towarzystwie. Na miejsce tygodnika powołano "Sprawy i ludzie", po to, by - jak mówiono w mieście - zatrudnić dziennikarzy bezgranicznie sprzedanych partii. Odnowiła działalność niemal nienaruszona "Odra", "Gazeta Robotnicza", "Słowo Polskie", "Wieczór Wrocławia", radio i telewizja. A "Wiadomości" władza zlikwidowała. Otrzymałem wilczy bilet i byłem bez pracy. Nie przeszedłem przez tzw. weryfikację. Pamiętam, że w komisji weryfikacyjnej zasiadali m.. in. instruktor K.W. PZPR, Kisiel, jakiś facet z Warszawy, szef wydawnictwa, Z. Kawalec i kilku innych lokalnych notabli. Mam nadzieję, że IPN odsłoni tę ponurą kartę w historii wrocławskiego dziennikarstwa i wskaże winnych.

W 1983 roku rzucono mi koło ratunkowe z Zagłębia Miedziowego. Ktoś usłyszał, że zostałem bezrobotny i zatrudnili mnie tam.

Gorycz stanu wojennego opisywałem w dzienniku, który prowadziłem przez wiele lat i w zbiorze wierszy i poematów pt. "Chronika Polonorum", choć nie jestem wielbicielem poezji okolicznościowej. Jednak sytuacja była wyjątkowa i wymagała jakiegoś dokumentu. Pisałem na gorąco i z dnia na dzień. Oto co zanotowałem w dzienniku pod datą 13.XII. 81.

"Kiepska noc, złe sny... burzliwa gra wyobraźni. Nad ranem targnął mną nagły, wielki lęk. Poczułem jakieś zagrożenie. Obudziłem Marię, powiedziałem po grecku: fowame(Uwaga St. S.: fowameznaczy - boję się. Moja żona jest Greczynka, więc czasami zwracamy się do siebie po grecku) Maria uniosła się i starała się mnie uspokoić. Potem leżeliśmy przez kilkadziesiąt minut w milczeniu, a mnie dręczyły mgliste, niedobre przeczucia. Włączyłem radio. Muzyka. Szopen. Rzadko idzie o tej porze Szopen. Podniosła się atmosfera wewnętrznego napięcia.... I oto głos spikera zapowiadający ważne wystąpienie Jaruzelskiego... Oboje z Maria poderwaliśmy się i uniesieni, zaczęliśmy słuchać. Powiedziałem Marii, że stało się coś bardzo złego, coś złowróżbnego. Jaruzelski ogłosił powstanie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego... Ogłoszono stan wojenny... I oto nadszedł straszny czas...A więc jednak rozwiązanie siłą, przemocą, wojskowym puczem... Tragiczny dzień. Przepełnia mnie grozą, bólem i niepokojem..."


 

Takie były pierwsze odczucia.

Kilka miesięcy później Towarzystwo Miłośników Wrocławia przygotowywało poetycką antologię związaną z naszym miastem, ale mój tekst odrzucono, ponieważ, jak mi powiedział redaktor, "znajdują się tam frazy o podpalaniu". Dość znamienny to drobiazg dla klimatu epoki. Akurat to "podpalanie" dotyczyło palącej się trawy, ale dla cenzora wszystko pachniało wtedy dymem - stanem wojennym i zakazał druku.

Zbiór wierszy wysłałem do Wydawnictwa Literackiego. Szybko otrzymałem odpowiedź negatywną. Mimo, że wcześniej w tej samej oficynie publikowałem bez większych problemów. Naturalnie, po zmaganiach z cenzurą, ale tę ofertę z miejsca odrzucono. Na marginesie dodam, że walka z cenzurą miała nieraz groteskowy charakter. W tymże wydawnictwie złożyłem przed 1970 rokiem tomik wierszy, który natychmiast został przyjęty. Ale cenzura przyczepiła się do kilku tekstów. A najbardziej zabolał ją pastisz pewnej zwrotki, który brzmiał następująco(cytat z pamięci).

A po krajukrążą słuchy,

Że dyrygent całkiem.

I orkiestra gra bez niego

Po kryjomu przeciw niemu.

Zadzwoniła do mnie redaktorka, że są kłopoty i namawia mnie, w imię ocalenia książki, bym zrezygnował z tych strof. Ale ja, uparty kozioł, a było to tuż przed tragedią grudniową, powiedziałem, że poczekam, aż nadejdą lepsze czasy.
- No, to się pan doczeka - zgryźliwie odrzekła rezolutna pani.
Przyszedł grudzień 1970 roku, polała się krew robotników, Gomułka poleciał, a redaktorka zatelefonowała, że książka może się ukazać pod warunkiem, że w wierszu już nie całe zwrotki, tylko pojedyncze słowa, w tym najważniejsze -
kraju- zamienię na słowo - salach, bo jest ono miej groźne. I w taki oto sposób tekst został opublikowany w takiej oto postaci:

A po salachkrążą słuchy,

Że dyrygent całkiem głuchy...

itd.

Pojęcie krajuw kontekście głuchego dyrygenta brzmiało fatalnie. Bezpieczniejsze okazało się pojęcie sala, bo ograniczało przestrzeń działania owego całkiem głuchego dyrygenta do sal koncertowych, a nie do całego kraju. Dzięki takim zabiegom książka wyszła. Ale już dwanaście lat później zbiór wierszy o stanie wojennym w tej oficynie nie mógł się ukazać.

Zniechęcony, zapakowałem kopertę ze strofami do paczki i schowałem w piwnicy, zachowując kilka kartek dla ewentualnych potrzeb bieżącej chwili. I oto teraz, po dwudziestu czterech latach paczkę otworzyłem. Sam już dzisiaj patrzę bardzo krytycznie na niektóre z tych wierszy. Zawierają zbyt wiele pierwiastka publicystycznego i za dużo emocji. Wymagają też większej dyscypliny intelektualnej. Ale taki wtedy był czas. Opisywało się rzeczywistość z minuty na minutę. Strofy były reakcją na ból duszy. Wiersze stały się też dokumentem epoki. Widać w nich postawę autora, wartości, jakie prezentuje i lęki, jakie mu towarzyszą. Oto dla przykładu kilka z tych tekstów, po raz pierwszy tutaj udostępnionych publicznie.


 

13 GRUDNIA

Tej nocy mój mózg dziobały złe sny- sępy

obudził mnie lęk

w powietrzu krążyły czerwone plamy

w radiu szedł Chopin niepojęty

o tej porze

zobaczyłem jego twarz gorzką i ponurą

a oczy Chopina wypełniały śmiertelne przeczucia

ból i cierpienie

I wtedy usłyszałem złowrogi głos komendy

rozstrzelać naród

pękła przestrzeń

jakieś dziecko krzyknęło na ulicy

pod moje nogi padł martwy gołąb

w dławionym gardle Ojczyzny umierała

wolność

15.XII.1981


 

CISZA 13 GRUDNIA

Nie słychać żadnego komunikatu

nikt nic nie mówi

tylko w kilku oknach pala się

świece

i czyjeś oczy martwo patrzą

przez szybę

nad Ojczyzną unosi się

wielki grzbiet

mroku.

1.01.1982

***

To mnie przyłapuje na milczeniu

pies na łańcuchu -

oko szpicla.

To ja się zakradam po omacku

do skulonego w kącie

lęku

-noc wydyma policzki.

To przy mnie się mówi:

z obiektywnych okoliczności

opadły wszystkie zasłony.

- Sine ciałko prawdy

w stanie agonii.

9.I.1982

Ciśnienie czasu, emocji, napięć i erupcja poetycka musiały być bardzo silne, skoro w ciągu miesiąca napisałem książkę. Wcześniej i później już nigdy mi się to nie udało. Za wiele w niej uczuć, za mało formy. Ale każdy przeżywał ten czas na swój sposób. Moja żona, Maria, wręcz popadła w jakieś szaleństwo.

Od razu, 13 grudnia, zabrała się do malowania buntowniczych plakatów. Też była w "Solidarności", w Pracowniach Konserwacji Zabytków. Młodość szybko reaguje, często w sposób zwariowany. Wyszliśmy do miasta z ukrytymi pod bluzami papierami. Z jednej strony przez most Trzebnicki sunęły czołgi, a my po drugiej w pośpiechu kleiliśmy plakaty. Istna bezmyślność. Mogli nas w mgnieniu oka capnąć. Ale na buntowniczą gorączkę nie było rady. Na szczęście, wieczorem nieco już ochłonęliśmy, staliśmy się rozważniejsi i planowaliśmy nasze czyny bardziej racjonalnie.

Stan mojego ducha oddaje najlepiej ten oto fragment dużego poematu "Chronika polonorum", w którym nadmierny patos splata się z bezradnością i wściekłością:

...Ojczyzno! Ojczyzno!

Całuję Twoje stopy. nagie i brudne. Stopy nie wyleczone z ran. Całuję Twój kurz na ustach. Całuje Twoją wzgardę. Ojczyzno, sypię sól na Twoją ranę. Jestem Twoim bólem. Jestem Twoją chorobą. Ojczyzno, moje przekleństwo! Moja śmierci! Jestem Twoją kroplą krwi. Jestem Twoim zbolałym ciałem. Jestem twoją smutną duszą. Biegam uwiązany do łańcucha przez Twoje podwórka. Moja skóra krwawi. Mój oddech coraz wolniejszy. Tętno zamiera. Ojczyzno! Modlitwo banitów. Tęsknoto obieżyświatów.

... śmierć siedziała okrakiem

na grzbietach koni.

A we wnętrz mieszkań

topił się wosk.

Kronika Polaków to coraz więcej dróg,

po których widać coraz więcej pustych wozów.

Coraz więcej spala się świec.

Coraz smutniejsze są córki i matki.

Coraz szczelniej zasłania się okna.

I coraz cichsze są rozmowy.

Kronika Polaków to coraz dłuższa lista

relegowanych. internowanych, więzionych

i skazanych na wygnanie.

Coraz częściej dzwonią więzienne klucze.

Kronika Polaków to ślad narodu,

który nie chciał umrzeć.

Mam ten zeszyt z pożółkłymi kartkami. Może kiedyś znajdzie się sponsor i je opublikuje.

Z "Chroniką polonorum"wiąże się też inny epizod, o którym przypomniała mi niedawno żona. Otóż w obawie, że zjawi się w domu rewizja i zabierze mi poezję stanu wojennego, postanowiłem jak najszybciej kopię tego zbiorku zdeponować w Kurii Biskupiej we Wrocławiu. Podeszliśmy pod rezydencję, ja stanąłem na czatach, obserwując teren, a Maria weszła do środka i chyba przez przypadek trafiła na samego arcybiskupa metropolitę wrocławskiego, Henryka Gulbinowicza, który akurat wyjrzał przez drzwi. Wręczyła mu kopertę i szybko znikła. Do dzisiaj ma ten obraz przed oczami.

Pod koniec 1983 roku, albo w 1984 spotkałem Wojtka Winciorka i poprosiłem o rozmowę. Powiedziałem, że mam trochę wierszy ze stanu wojennego i chciałbym mu je dać, by zaniósł do "Solidarności Walczącej". Chodziło o te kilka kartek, które zostawiłem w domu. Udaliśmy się do Monopolu. Lokal był prawie pusty. Usiedliśmy w kącie, zamówiliśmy po herbacie, przez chwilę rozmawialiśmy, a gdy kelner odszedł, wyciągnąłem z torby kopertę z wierszami i dyskretnie podałem Wojtkowi. Kilka minut pogawędziliśmy jeszcze i rozstaliśmy się.

Wojtka potem przez długie miesiące nie widziałem. Miałem ciężki okres. Ciągle dojeżdżałem do Lubina, narodziło mi się dziecko, pisałem dużą powieść "Repatrianci", której nikt nie chciał wydać. Gdy się znalazła w wydawnictwie "Czytelnik", ingerował osobiście ambasador sowiecki w KC partii, by jej nie wydawać. Ukazała się dopiero po 6 latach. Opisuję dokładniej ten epizod na swojej stronie internetowej. Dorabiałem do kiepskiej pensji. Słowem, czas mijał i chyba zapomniałem o wierszach, które dałem Wojtkowi Winciorkowi.

Do dzisiaj nie wiem, czy Wojtek dał je komuś do druku, czy nie. I co się z nimi stało.

Kilka strof ze stanu wojennego ocaliłem, drukując w roku w książce poetyckiej "Zjadanie":

OJCZYZNA

śnieg

topnieje, odsłania

kra

płynie, zapomina

światło

chmura i deszcz

ogłaszają, ogłaszają

a ty

goisz się

goisz z zaciśniętymi

ustami

17.III.1982

HANIA ŁUKOWSKA-KARNIEJ

Maria w stanie wojennym razem ze swoimi przyjaciółmi organizowała strajk w Pracowniach Konserwacji Zabytków. Musiały ją dobrze zapamiętać z tego okresu jej ówczesne koleżanki, ponieważ później opowiadały o niej Hani Łukowskiej-Karniej, która miała w tej instytucji swoje wtyczki. I takim kołem potoczyła się historia.

Maria bardzo się zaprzyjaźniła z Hanią i przyjaźń ta przetrwała, jeśli się tak można wyrazić, dziejowe burze. Hania dużo dobrego wniosła do naszego życia, a dla samej Marii stała się wielkim duchowym wsparciem i znakiem poważnych i trwałych wartości.

Hania odznacza się nadzwyczajną ofiarnością i oddaniem. Przez całe lata wiernie nam towarzyszyła zarówno w dniach wielkich trudów, kłopotów i załamań, jak i w licznych godzinach radości. Podziwialiśmy jej skromność, duchową i nie tylko duchową elegancję, dobry gust, bezinteresowność, zwykłą, ludzką życzliwość i dobroć.

Z podziwem patrzyliśmy jak wspiera w ciężkich chwilach tych, którzy zmagali się z losem i jak wiele z siebie potrafi przekazać innym, często ofiarowując nie tylko swój bezcenny czas, ale i zaufanie, przyjaźń, miłość i głęboką troskę, w momentach, kiedy ludzie pozostawali sami. Trwała przy nich, często towarzyszyła im do końca życia. Wielu się od takich ludzi odwracało, zapominali o nich, lub skazywali ich na życie samotne, a Hania wiernie stała u boku. Rzadko się spotyka dziś osoby o tak wysokim poczuciu ludzkiego solidaryzmu i głębokiej wrażliwości moralnej.

A przecież stan wojenny i konspiracja mocno zraniły i przetrąciły jej życie osobiste i rodzinne. Kiedy zeszła do podziemia, jej dzieci były małe. Niejedna matka by się załamała, a ona trwała i była wierna solidarnościowym ideałom. Mimo, że wiedziała, iż dzieci za nią tęsknią, że są nieustannie zastraszane przez bezwzględne najścia bezpieki, groźby i szantaż. Kosztowało ją to wiele i tylko ona jedna wie, jak bardzo to był pełen poświęceń dla niej czas. Gdy puszczono za nią list gończy, stała się dla wielu z nas symbolem heroizmu i nieustraszoności. Mówiło się o niej jako o żelaznej podporze Morawieckiego. Bez niej, jak twierdzą znawcy konspiracji, niejedna akcja miałaby inny przebieg, słabszy i mniej spektakularny. To ona była jakby sekretariatem Kornela, szefem taktycznej Kancelarii. I nikt nie mógł przejść przez drzwi, dopóki Hania nie uznała, że Kornel jest bezpieczny. To ona była jedną z tych postaci, które zajmowały się śledzeniem ruchów milicji, pracowała w wywiadzie i kontrwywiadzie SW, przejmowała meldunki z nasłuchu i była zorientowana na bieżąco w planach i akcjach bezpieki, często je uprzedzając, paraliżując lub uniemożliwiając ich rozwój. Ona znała szyfry, kontakty, drukarzy, łączników, kolporterów i całe grono przyjaciół i zaufanych ludzi Kornela. Popularyzowała słowa przysięgi. Najbardziej aktywni bowiem działacze SW, jak widmo, składali przyrzeczenia.

Historia Hani, sama w sobie, aż prosi się o bardziej wnikliwy, historyczny i być może literacki zapis. W każdym razie do dnia, kiedy rysuję w wielkim skrócie jej sylwetkę, Hania Łukowska jest dla wielu z nas, którzy znamy jej życie, symbolem poświęcenia, przykładem heroizmu i ofiarności, ikoną swoistego dramatu, w którym każdy wybór pociągał za sobą ofiary. Posiadła rzecz dzisiaj bezcenną, a  niestety - tak rzadką: umiejętność zachowywania wierności swojej drodze życiowej, wbrew wszystkiemu. Nigdy nie zdradziła swoich przyjaciół, ani własnych przekonań na rzecz kariery osobistej i wejścia w hańbiące układy polityczne.

Tak samo, jak niegdyś, tak i dziś pozostała skromna, w cieniu wielkich wydarzeń, ale jej legenda z pewnością przetrwa i z biegiem lat nabierze nowego znaczenia.

Jej konspiracyjny rozdział, to osobna i zapisana złotymi zgłoskami karta walki o wolność. Hania Łukowska - Karniej jest i pozostanie jedną z najważniejszych, a może najważniejszą kobietą wrocławskiej, dolnośląskiej i być może polskiej konspiracji stanu wojennego. Odczuwam szczególną satysfakcję, że przez ponad osiemnaście lat była zawsze blisko mojej rodziny i poświęcała nam, jako podpora duchowa, tak dużo czasu. Niezliczone nocne rozmowy z Hanią utwierdzały nas w przekonaniu, że mamy do czynienia nie tylko z genialną konspiratorką, ale i niezwykłym, wrażliwym i szlachetnym człowiekiem.

KONSPIRACJA CHŁOPSKA

Zdelegalizowana "Solidarność" rolników indywidualnych natychmiast po ogłoszeniu stanu wojennego podjęła działalność podziemną. Pierwsze tajne zebranie chłopskie zorganizowaliśmy już 16 grudnia w moim mieszkaniu przy ul. Rowerowej. Potem odbywały się kolejne. Przyjeżdżali na nie ci członkowie władz wojewódzkich, którzy się nie załamali i nie zwątpili w ideę "Solidarności." Jako pierwsi pojawili się, m.in. nieustraszony Romuald Winciorek, Wiesław Włusek i Zbigniew Lech, późniejszy poseł na Sejm kontraktowy(1989-1991). Bywali też Andrzej Urszulak, Stanisław Helski i inni. Zbieraliśmy się wielokrotnie, w różnym składzie, w różnych miejscach, w zależności od tego, kto mógł do Wrocławia lub gdzie indziej dojechać.

Jedno szersze zebranie zwołaliśmy na początku 1982 roku w Klubie Muzyki i Literatury. Kierownik, Stefan Placek, którego dobrze znałem, był wtajemniczony w sens tego spotkania. Nie tylko z udziałem środowisk chłopskich ( był tam m.in. Romuald Winciorek), ale także z zaufanymi ludźmi z większych miast m.in. z Wałbrzycha, Jeleniej Góry i Legnicy. Był na nim też sympatyzujący z ideami wolnościowymi ówczesny działacz Związku Młodzieży Wiejskiej, urodzony w patriotycznej rodzinie, późniejszy poseł na Sejm(PSL) wielu kadencji, a obecnie lider dolnośląskiej Ligi Polskich Rodzin, Janusz Dobrosz.

Na jego przykładzie można pokazać, jak pokręcone były drogi niektórych ludzi. Formalnie był w zeteselowskim ZMW, a duchem w wolnościowej "S". Niech ten fakt dla przyszłości zostanie odnotowany.

Wtedy dla nas - i na tym zebraniu o tym mówiliśmy- najważniejszym zadaniem był imperatyw: zachować wśród chłopów stan umysłów i emocje, które dźwigały "Solidarność."Zastanawialiśmy się, jak się nie poddać upadkowi ducha, nie popaść w marazm i zniechęcenie, bo to była najgroźniejsza broń stanu wojennego. Represje, areszty, więzienia miały złamać ducha i wzmóc strach, zmącić umysły i ludzkie serca, zawładnąć emocjami. Z uległą i bierną masą można już wszystko zrobić.

Toteż zadanie dotrzymania wierności ideałom, jakkolwiek by to dziś nie brzmiało, wybijaliśmy jako najważniejsze.Wierzyliśmy, że "Solidarność", która wchodziła do podziemia, wcześniej, czy później odrodzi się i zacznie działać legalnie. Obiecaliśmy sobie wzajemną pomoc i organizowaliśmy już bardziej indywidualne spotkania. Równocześnie zbieraliśmy dary dla internowanych. Szykowaliśmy paczki dla zamkniętych dziennikarzy, w tym dla Piotrka Załuskiego z radia. Miał je przeszmuglować do aresztu ówczesny prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich we Wrocławiu, Ryszard Pollak. Być może Załuski do dzisiaj nie wie, że paczki, które otrzymywał, były też darem dolnośląskich chłopów.

Ale wróćmy do tajnych spotkań. Odbywały się one w wielu miejscach, w małych miasteczkach, przysiółkach, a szczególnie na wsi. Pisałem o tym swego czasu w "Solidarności Walczącej". Czasami jeździliśmy we dwójkę z Winciorkiem, by nie robić podejrzanego tłoku. Kiedy indziej we trójkę z Włuskiem. Albo w osobnych zestawach, by trudniej nas było śledzić. Spotykaliśmy się w prywatnych domach, gdzie czekali już na nas umówieni gospodarze. Z godnością zapisali się w mojej pamięci, szanowani przez swoje środowiska, tacy mieszkańcy wsi, jak Jan Jasiński z Pasikurowic, Tyczyński z Siedlca Trzebnickiego, Zygmunt Barszcz ze Skarżyny, Alfons Woźniak, Katarzyna Kipisz, czy Jan Świder, bezgranicznie oddani sprawom wolności, uczciwi i porządni ludzie, a także cała plejada innych, których wspominam z najwyższym uznaniem i szacunkiem.

Przywoziliśmy na wieś bibułę oraz opowiadaliśmy wtajemniczonym rodzinom, co słychać w mieście. Bo jak wiadomo, oficjalne gazety, radio i telewizja mówiły tylko to, co należało mówić. Często np. "Solidarność Walcząca" była jedynym, prawdziwym źródłem wiedzy o aktualnych sprawach kraju. Długo by o tym opowiadać.

Trzon chłopskiego zespołu, na czele z Winciorkiem, po stanie wojennym nie załamał się. Choć też, i tego nie można ukrywać, wielu rolników nie wytrzymało napięcia, strachu, a pewnie też gróźb, przemocy i szantażu. I poddało się. Nie uczestniczyło w konspiracji. Roland Winciorek i spora grupa innych nie ustępowali. W tym szkicu, który napisałem dla "SW", podałem gminy, wioski i nazwiska ludzi, którzy z nami w stanie wojennym i potem współpracowali.

Po śmierci księdza Jerzego Popiełuszki, Winciorek demonstracyjnie nosił w klapie Jego wizerunek. Niektóre z podziemnych tytułów drukowane były także w gospodarstwie Winciorka, w Wilczynie. Pisze o tym również Artur Adamski, który nieźle go znał. A za domem Winciorka, na wzgórzu, została umieszczona na wysokim drzewie podziemna radiostacja SW. Historia tej radiostacji i jak jej ubecja i wojsko szukali, to osobna opowieść.

Konspiracja nasza była tak głęboka, że Winciorek nie pisnął słowa, skąd bierze bibułę. Zasady konspiracji poznałem bardzo wcześnie, mając piętnaście lat. Ale o tym za chwilę. Ustaliliśmy, że każdy zaopatruje się w to, co może i gdzie może. Warto to odnotować, bo ten obrazek pokazuje, w jaki sposób działał jeden z najbardziej zakonspirowanych punktów kolportażowych we Wrocławiu. Uważaliśmy takie zachowanie za numer jeden zasad bezpieczeństwa i dobrego podziemia. Może to dziś brzmi śmiesznie, ale tak właśnie było. Bo kolportaż był bardzo newralgicznym punktem konspiracji. I o tym obaj wiedzieliśmy. Ważniejsze były naturalnie inne rzeczy, przywództwo, programy, zmysł strategiczny i taktyczny kierownictwa SW, ośrodki prasowe, pisanie, drukowanie, ukrywanie działaczy podziemia, ale dobry kolportaż, to też niezła sztuka. Trzeba było mieć oczy ze wszystkich stron głowy, by nie wpaść, bo nigdy nie wiedzieliśmy, czy osoba, której wręczamy, nas nie sypnie. Musieliśmy sobie nieźle radzić, skoro ani razu nie wpadliśmy. Niech mi wolno będzie w tym miejscu w imieniu dość licznego zespołu kolporterów podziękować wszystkim rolnikom i ich rodzinom, wszystkim, którzy darzyli nas zaufaniem i mieliśmy w ich domach bezpieczne i pewne punkty kontaktowe. Rozsiane one były po wielu wsiach i przysiółkach.

Nie zabrakło w tym czasie, niestety, i bardzo bolesnych ran w mojej rodzinie.

Mój starszy syn, Ireneusz, wpadł w ręce ZOMO i nie z powodu ulotek tego dnia, tylko z powodu brudnych, dosłownie brudnych rąk. Dorabiał akurat w wolnych godzinach jakiś grosz, by wyżyć i mył w fabrykach szyby. Gdy wracał do domu, trwały demonstracje, a milicyjna suka zgarnęła go z ulicy. Jako dowód antykomunistycznej działalności uznali jego brudne ręce, bo jak powiedzieli, nie ulega wątpliwości, że wyrywał z ziemi kamienie i rzucał nimi w dzielnie broniących socjalizmu ZOMOW-ców. Wzięli go na przesłuchanie i przepuścili przez ścieżkę zdrowia. Dostał takie lanie, że wrócił do domu z plecami tak posiniaczonymi, jakby go napadła zgraja morderców. Zaraz potem, jak tylko nadarzyła się okazja, prysnął na Zachód.

EPIZOD LUBIŃSKI

Skąd brałem bibułę?

Brałem ulotki i tajną literaturę głównie ze swojej zsyłki, czyli z Zagłębia Miedziowego. Ale też od czasu do czasu, przy jakiejś okazji, przywozili mi ją różni znajomi z Wałbrzycha, Legnicy, czasami z Katowic, Warszawy, Krakowa, czy z innych miast Polski. W ostatniej fazie konspiracji sam Kornel mi coś podrzucał. Od niego dostałem sporo książek, m.in. "Zaciskanie pięści" A. Znamierowskiego, którą do dzisiaj przechowuję. A kiedyś przywiózł do mojej chaty na wsi cały bagażnik ulotek. Mieliśmy z tego zrobić archiwum, ale nie udało się. Bibuła się rozeszła.

Do Lubina trafiłem w okresie ciężkiej atmosfery w mieście, po dramacie z 31 sierpnia 1982 roku, a także po słynnych działaniach "grupy terrorystycznej". Pamięć o niedawnej śmierci górników, kiedy ZOMO zaatakowało demonstrantów i zginęli Mieczysław Poźniak, Andrzej Trajkowski i Michał Adamowicz, a także zostało rannych jedenaście osób, pamięć o tej tragedii wciąż była żywa. Napięcie wśród górników nie wygasało. Ruch podziemny miał wiele odnóg. Lubin był też wstrząśnięty katowaniem górników, których oskarżono o "terroryzm i podkładanie bomb".

Wśród nich był bliski członek mojej rodziny, ze strony bratowej, Jan Stanisław Zabielski. Został aresztowany, o ile mnie pamięć nie myli, 19 stycznia 1983 roku. W trakcie przesłuchań kaci znęcali nad nim i nad jego kolegami w sposób straszliwy. A on twardo milczał. Nie sypał, mimo, że skatowali go niemal na śmierć. Potem opowiadał jaką gehennę przeżył. Bili go po głowie, po nerkach, bestialsko walili krzesłami po plecach, aż mu uszkodzili kręgosłup. Nieraz zjawiało się czterech i pięciu oprawców naraz i katowali go, kopali butami do utraty przytomności. Podał sprawę do sądu, ale sąd umorzył. W każdym razie on i jego koledzy "terroryści", ciężko przeżyli areszt.

A zaczęło się od niewinnej pomocy rodzinom zabitych i internowanych, oraz kolportowania "Z dnia na dzień" i "Solidarności Walczącej".

Zabielski dostał wyrok, chyba 3 lata, a potem wyjechał z kraju i nie mógł już do niego wrócić. Obecnie mieszka w Australii. A swoją drogą, dokładnie nie wiadomo, z czyjego podpuszczenia i kto naprawdę podkładał bomby. Kto był rzeczywistym sprawcą. Można sądzić, że była to prowokacja ubecji.

Oto w dużym skrócie los jednego z bohaterów "Solidarności", o którym niewielu dzisiaj już pamięta. Nawiasem mówiąc, był on przyjacielem zastrzelonego w 1982 roku przez ZOMO Adamowicza. A to tacy jak on, podtrzymywali ludzi na duchu.

Wtedy więc, gdy się zjawiłem w Lubinie, w 1983 roku, pamięć tych wydarzeń była żywa. A niechęć do satrapów silna. Ruch podziemny w Lubinie miał mocne korzenie. Wspominam o tym, by oddać nastrój i atmosferę czasu, w której się znalazłem.

Wieść, że po likwidacji "Wiadomości" zostałem karnie zesłany do Lubina, rozeszła się po mieście dość szybko. Na marginesie dodam, że moje biurko w redakcji "W" dokładnie zostało spenetrowane, mimo, że miałem klucz w kieszeni. Wśród górników i nadzoru górniczego pracowało wielu byłych moich uczniów i znajomych z Legnicy, z Technikum Elektroenergetycznego, gdzie byłem do 1968 roku nauczycielem. I oni pierwsi podrzucali mi bibułę. Znali mnie, byłem ich polonistą, opiekunem. A poza tym, byłem wtedy, jak to się mówi, dość znaną postacią w świecie kultury, a moje powieści łatwo i wyraźnie mnie identyfikowały. Wielu ludzi czytało te książki. Więc nie byłem anonimowym uchodźcą.

Z wieloma górnikami i innym mieszkańcami Lubina łączyły mnie nici nie tylko znajomości, ale i sympatii. Po krótkim okresie adaptacji, ludzie z podziemia coraz częściej podrzucali mi konspiracyjne materiały. Nieraz wpadali do redakcji młodzi chłopcy, zostawiali koperty i znikali. Niektórych z nich nawet nie znałem. Podawali tylko ksywę, skąd przychodzą i już wiedziałem, co się w kopercie kryje.

A w gazecie zakładowej nikt pojęcia nie miał, czym się zajmuję poza redagowaniem działu kultury. Choć pewnie byliśmy pod obserwacją, bo redaktor naczelny wspomniał mi kiedyś, jakby mimo woli, że byli u niego ludzie z bezpieki. Ale już do tego nie wracał.

Skupiało się wokół mnie sporo młodych górników, uczniów szkół średnich, studentów, którzy odkrywali w sobie talent literacki. Opowiadał mi pewien górnik dołowy, uzdolniony poetycko, Ryszard Gruchawka, jak się produkowało ulotki w hotelach robotniczych. To całkiem osobna karta podziemia. Później opublikował on kilka sensownych książek. A obecnie pracuje jako leśnik.

Ale najbardziej zdumiewającą postacią w tym względzie był dla mnie Jan Biliński. Prawy, spokojny, nawet cichy i absolutnie godny zaufania człowiek. Jego pasją była historia. Przynosił do redakcji portrety Kresowiaków, ale nie tylko. Często ludzi pokrzywdzonych przez los, lecz na swój sposób bohaterskich i prosił, bym ich imię ocalił od zapomnienia. Drukowałem mu te kawałki. Z biegiem czasu przemycał mi nieraz konspiracyjną literaturę.

W Lubinie zaopatrzyłem się m.in. w "Towarzysza szmaciaka" Janusza Szpotańskiego, "Z dziejów kościoła katolickiego w Polsce." w tomy Miłosza i Gustawa Herlinga - Grudzińskiego.

Pan Jan nie sprawiał wrażenia kolportera. Może nawet nim nie był. A przynosił tylko to, co sam w tajemnicy otrzymywał dla swoich potrzeb. Sprawiał raczej wrażenie człowieka stojącego z daleka od polityki. A jednak coś mu kazało stanąć po tej stronie rzeczywistości. Warto o takich pamiętać. Było ich wielu i nie wspinali się na świeczniki. Kryli się w cieniu, a robili rzeczy ważne, czasami wielkie, bo uważali, że tak trzeba.

A iluż właśnie takich cichych, skromnych, nieznanych do dziś, anonimowych bohaterów, owych przyzwoitych ludzi, działało w cieniu na rzecz wolności.

SOLIDARNOŚĆ WALCZĄCA

Ale wracajmy do głównego wątku.

Jedna konspiracyjna linia kolportażowa, to była linia wiejska. Druga zaś, miejska. Wiejska urwała się chyba, o ile pamiętam, jako linia stała, gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych. W końcu 85-tego, albo na początku 86-tego. Spora część rolników przestała wierzyć w odrodzenie "S", inni przygnieceni ciężką dolą, chorobami i innymi kłopotami, odsunęli się od polityki. A poza tym "Solidarność" straciła impet. Toteż rzadziej jeździliśmy na wieś.

Miejsce jakby upadającej na Dolnym Śląsku na duchu "S" przejęła Solidarność Walcząca.

I ona stała się, przynajmniej w naszym regionie, takie mieliśmy odczucia, najpotężniejszą siłą, sztandarem niepodległości.Była jakby rdzeniem "Solidarności". Wyłoniła się z wnętrza wielkiego ruchu, była jego niepodległościową legitymacją, mocną stroną, emanacją najlepszych i najsilniejszych jej cech. Była najbardziej politycznie wyrazista, ostra i konkretna. Miała swój program i strategię.

Nie mówiła o socjalizmie z ludzką twarzą. Mówiła wprost o walce z komuną. I o wolności.

Znane było nam słynne, celne i sarkastyczne powiedzenie Morawieckiego: "Od zaciskania pasa... lepsze jest zaciskanie pięści."

To było porywające.

SW istniała w licznych tytułach. Była znana, głośna i o niej się mówiło.

Mówiło się w domach, z szacunkiem i uznaniem.

Nawet wrogowie wyrażali się o niej z respektem.

KORNEL MORAWIECKI

Kornel Morawieckistał się dla wielu z nas współczesnym Piotrem Wysokim(podporucznik z Powstania Listopadowego). To nie w poczuciu megalomanii mówię. Hasła, które głosił i wcielał w czyn, przypominały do złudzenia słynne słowa Wysockiego, wyryte potem na jego płycie nagrobnej: "Wszystko dla Ojczyzny, nic dla mnie."

Kornel tak mówił też do swoich najbliższych współpracowników.

Znam jego zdanie: "Nieważna rodzina, dom, nasze życie, najważniejsza wolność i Polska".Czyż nie był podobny w tych hasłach do Wysockiego, który wzywał:

"Polacy! Godzina zemsty wybiła; dzisiaj umrzeć, lub zwyciężyć trzeba".

To nie są pompatyczne porównania. To realna asocjacja. Naturalnie, przy uwzględnieniu odmienności historycznych, innej strategii i taktyce. Tam powstanie, walka zbrojna, tutaj pokojowe, ale nieustępliwe zmagania. Jądro i sens walki były identyczne. Uzyskanie wolności.

Dla jednych Morawiecki był bestią, postrachem, dla innych legendą, bohaterem, nadzieją i szansą dla Polski.

Władcy, ludzie aparatu byli wściekli, a lud z uwagą, szacunkiem i podziwem nasłuchiwał, jakie komunikaty z Solidarności Walczącej płyną.

Morawiecki jawił się jak duch, był wszędzie. Ale złapać go nikt nie mógł.

Mnie osobiście najbardziej odpowiadała struktura SW, którą Kornel stworzył. Nazwał ją "strukturą fraktalną", czy nawet "strukturami fraktalnymi", co znaczyło, jak słusznie zinterpretował Artur Adamski, "że każda grupa działaczy z czasem pozyskuje kolejnych, zaufanych ludzi, którzy przyłączają się do struktury... a po jakimś czasie  oni też wprowadzają następnych... a ludzie w nich działający mogli realizować swoje powołanie na różny sposób..."

(Artur Adamski, "Solidarność Walcząca", Rubbikon 2005)

Być może, Kornel nie do końca wiedział, czym była wtedy SW dla znękanego społeczeństwa. Bo patrzył na wszystko z innej perspektywy. Z podziemia inaczej się rzeczy widzi. Od strony życia, że tak powiem, "naziemnego" "SW" była nie tylko poważnym ruchem politycznym, ale też potężnym narzędziem duchowego odrodzenia i moralnego wsparcia. Pokazywała, że można i jak można trwać w stanie oblężenia. Jak można nie tracić dumy i honoru. A duchowe insygnia władania duszami były wówczas najważniejsze.

Nazwisko Morawieckiego miało jednoznaczną i symboliczną wymowę. I absolutnie wiarygodną markę. Podziwialiśmy jego spryt, odwagę, geniusz strategiczny i bezkompromisowość.

Hania Łukowska  Karniej twierdzi, że denuncjatora i szpicla Kornel wyczuwał nosem na odległość. Dlatego tak długo udawało mu się trwać w podziemiu. Jego program był klarowny i dalekowzroczny. Żadna inna orientacja konspiracyjna tak daleko nie szła, jak Morawiecki. Jego projekt uwalniania się podległych od ZSRR państw satelickich budził respekt i szacunek, choć wielu wydawał się nierealny, a nawet nieprawdopodobny. Ale to Kornel miał rację

Morawiecki nie tylko do szpiclów miał nosa. Morawiecki wyczuwał swój czas, rozpoznawał jego znaki.

Na tym polega jego geniusz polityczny. Dysponował wewnętrznymi radarami. I  by działać - umiał się ukryć przed bezpieką na długie lata. Kiedy inni konspiratorzy raz po raz wpadali w ręce milicji, on trwał nienaruszony. Przez sześć lat konspiracji bezpieka nie mogła go ująć. Nie wkomponowała mu też do najwyższych władz żadnej wtyki. Podczas kiedy "Solidarność" w centralnych gremiach, o czym dziś wiemy na pewno, była naszpikowana szpiclami i donosicielami.

Najtrudniejszy okres przeżywała SW, kiedy wpadł Klementowski i jej struktura została wtedy nieco nadszarpnięta, ale szybko się otrząsnęła i odbudowała. Stała się gwarantem trwałości opozycji.

A Morawiecki swoją postawą dowodził, że SW jest organizacją świetnie zarządzaną, z dalekowzrocznymi, możliwymi do spełnienia celami.

Jego nazwisko koncentrowało uwagę na najważniejszym - istniała twarda i nieustępliwa opozycja, której cel był jasny i konkretny - wyzwolenie Polski od komunizmu. Nie naprawa systemu. Nie pudrowanie. Nie umizgi do komunistycznej władzy.

Morawiecki nie grał. On był autentyczny, poważny i odpowiedzialny. Nie szedł na żadne układy. Nie szukał dla siebie zaszczytów, stanowisk, wysokich pensji i pochlebstw. Odrzucał system w całości, jako zło totalne. To dzięki takiej postawie, komuniści zrozumieli, że nie wygrają tej wojny z narodem. Dlatego łatwiej i szybciej poszli na układy z koncesjonowaną opozycją. Bo bali się, że utracą wszystko. A dzięki Okrągłemu Stołowi zachowali władzę, wpływy, majątek i pozycję na długie lata.

Ale to Morawiecki został moralnym zwycięzcą konspiracji.

Choć obecnie nie widać go na scenie gier i szarad partyjnych, stał się jakby wyrzutem sumienia dla wielu polityków, mimo, że się do tego publicznie nie przyznają. Bo to jemu trzeba przyznać rację. I to jego idea społeczeństwa solidarnego, do którego nawoływał w konspiracji, zaczyna przenikać do współczesnych idei państwa i do haseł politycznych Polski. I nie tylko Polski.

Liczę na to, że Kornel siądzie teraz na kilka miesięcy do roboty i napisze wreszcie traktat filozoficzny, który stanie się summą jego doświadczeń politycznych i intelektualnych, którego tytuł już ma: KIERUNEK.

Bo właśnie teraz Polska potrzebuje na nowo wyraźnego zdefiniowania swojej istoty, położenia w świecie i określenia KIERUNKU SWEGO MARSZU.

Program społeczny SW i znaczenie Morawieckiego w filozofii politycznej z biegiem lat będą rosły. Nie przeszkodzą temu różne tamy i bariery, jakie po latach nawet przed nim się stawia, albo się go całkowicie ignoruje. Nie pomoże pomijanie jego nazwiska w encyklopediach i księgach podziemia. Bo jego dzieło, jakkolwiek całościowo nie zostało jeszcze nigdzie ujęte i zdefiniowane, zasłużyło nie tylko na pamięć współczesnych, ale także na wyraźny zapis w Historii.

Moja mała, wręcz malutka, na tym tle, konspiracja, była ledwie nikła literką w wielkim alfabecie działań SW.

Dziś z Kornelem dyskutujemy i często się spieramy, co do wielu rzeczy, które się dzieją w Polsce i na świcie. Nieraz mamy odmienne podejście do kwestii estetycznych, moralnych, społecznych i politycznych, do taktyki i strategii. Czasami nie podzielam pewnych jego poglądów, kiedy indziej zgadzam się z nimi. I jest to normalne, naturalne, tak powinno być w wolnym kraju. Ale tak jak samo jak w stanie wojennym, wciąż jestem pełen podziwu dla jego głębokiego rozumienia procesów historycznych, czy obecnie zachodzących w świecie, i ich interpretacji. I dla, jakby można powiedzieć, jego filozofii rozumienia globalnych zjawisk XXI wieku. Aż żal, że Kornel tak rzadko uczestniczy czynnie w intelektualnych i politycznych dysputach współczesnej Polski.

CISI BOHATEROWI

Winciorek nie tylko do mnie przywoził bibułę i książki. Woził też do kilku innych punktów. Miał spotkania z jakąś emerytką, kolejarzem i z kimś jeszcze. Och, ci anonimowi emeryci i kolejarze, ci liczni, bezimienni robotnicy, nauczyciele, panie profesorowe, lekarze, sprzątaczki, górnicy i hutnicy. Ten wielki skarb narodowy. To owa pączkująca, Kornelowa "struktura fraktalna".

Dzisiaj często ci ludzie znajdują się w cieniu, żyją z nędznej renty i przymierają głodem. Warto by zrobić wykaz nazwisk, adresów, dokonań tych legionów bezimiennych, jak dotąd bohaterów. Opisać te wszystkie domy, w których ukrywali się przywódcy podziemia. Przypomnieć tych wspaniałych gospodarzy, którzy chronili konspiracyjnych przywódców . Te setki tajnych drukarń i ich ofiarną obsługę. Te ciche łączniczki. Wielką i skromną służbę wolności.

Nieraz zdarzały się sytuacje dość egzotyczne. Ja na przykład, poza dostarczaniem do zaufanych ludzi bibuły osobiście, zostawiałem część ulotek w domu, gdzie mieszkają np. państwo Podlejscy. Ale wtedy ich nie znałem. Wchodziłem nocą do ich bloku i zostawiałem gazetki na klatkach schodowych, pod drzwiami, albo na oknach. I często byłem zdziwiony, że już ktoś mnie uprzedził i też zostawiał bibułę. Pewnie nigdy nie poznamy tego ktosia z imienia i nazwiska. Bo nie wiem, czy to byli Podlejszy, czy inni konspiratorzy.

Warto o takich pamiętać.

Przypomniało mi się pewne zdarzenie, które o mało co nie zakończyło się tragicznie. W Rynku, w samym środku Lubina, tuż koło KMPiKu, była taka knajpa, gdzie można było pogadać i wypić. Któregoś wieczora, już po pracy, poszedłem, by coś przegryźć. Przy stoliku obok było wesoło. Wóda się lała, górnicy poprawiali Barbórkę. W pewnym momencie któryś z nich nachylił się, a zza pazuchy wyleciał mu stos bibuły. Pech chciał, że niemal w tym samym momencie zjawiło się dwóch drabów w milicyjnych mundurach. Pewnie przez przypadek, bo przyszli się rozgrzać. Przytomna i z głową na karku kelnerka, młoda, może dwudziestoletnia dziewczyna błyskawicznie podbiegła i udając, że sprząta, ukryła pod fartuchem trefne materiały. Górnik, który był dość wcięty, zbladł i z miejsca wytrzeźwiał. Milicjanci na szczęście nie zorientowali się w sytuacji i po chwili wyszli. Czy zna ktoś imię tego górnika, albo tej kelnerki? Nawet nie wiem, czy w tym miejscu nadal stoi restauracja. W każdym razie konspiracja miała i taki wymiar.

Szczególnie zabawnie wyglądała kontrabanda w lecie. Winciorek przywoził nam ze wsi owoce. Miał piękny wiśniowy sad. Dostarczał wiśnie, których miał w nadmiarze, albo tachał jabłka. I to całymi wiadrami i workami. A pod spodem, o dziwo, ukrywał zapakowane w folii tajne pisma i książki. Kiedyś, opowiadał mi o tym, spotkał go miejscowy stójkowy i widząc, że Winciorek dźwiga kolejne wiadro wiśni, spytał, dokąd tak często wozi te jagody. Na co Winciorek rezolutnie odparł, że na bazar, bo musi za coś żyć. Na szczęście milicjant nie zajrzał głębiej. I tak to trwało latami. Najczęściej, powtórzmy, kolportowaliśmy "Solidarność Walczącą." I to była ta pierwsza moja ścieżka w stronę Morawieckiego.

SPOTKANIE Z KORNELEM

Zanim spotkałem go osobiście, znacznie wcześniej dotarłem do Wojtka Myśleckiego. Dałem mu do wydrukowania w "SW" artykuł. Potem zaniosłem drugi. Artykuły sporo się odleżały, ale w końcu się ukazały.

W jakiś czas po moim spotkaniu z Myśleckiem, zjawił się niespodziewanie w naszym domu przy Legnickiej, Kornel. Tego dnia wróciłem z Lubina późno, w nocy. Kornela już nie zastałem. Powiedziała mi o jego wizycie żona. Była bardzo przejęta i zrelacjonowała, że pierwszą. rzeczą, jaka go zainteresowała, okazała się dość pokaźna biblioteka domowa. Szperał między książkami, wcale nie pytając czy można, od razu poczuł się jak u siebie w domu, aż trafił na moją powieść kresową "Duchy dzieciństwa". Jął ją wertować, na dłuższy czas zanurzył się w czytaniu, zupełnie zapominając, że jest w gościnie, a gospodyni patrzy na niego dość dziwnymi oczami. W końcu ocknął się, usiadł i podjął rozmowę. Pogawędził z Marią o tym i owym, a gdy wychodził, naturalnie powieść zabrał z sobą.

Kiedy wróciłem i spytałem, jak się Kornel czuje i jak wygląda, żona była wyraźnie zdezorientowana.

- Strasznie blady i wychudzony - odparła - od czasu do czasu nieufnie na mnie zerkał, to znowu był zamyślony, na dłużej milkł i chyba coś go mocno gryzło, ale w sumie wydał mi się bardzo miły, sympatyczny i grzeczny, wcale nie podobny do rewolucjonisty.

- Więc jaki powinien być rewolucjonista? - zaśmiałem się.

- Surowy, ostry, kategoryczny i zdecydowany.

- Dlaczego?

- To nie pamiętasz, na jakiego wyglądał, gdy czytaliśmy jego wypowiedzi w "SW"?! Nie było tam cienia wątpliwości, że jest nieustępliwy i ma wyraźnie sprecyzowane zadania polityczne. A w rozmowie ze mną często pytał, co sądzę o tym, o tamtym, o różnych rzeczach, chwilami sprawiał wrażenie, że się waha, że nie jest czegoś pewny, zagryzał wargi i zmagał się z myślami.

- Nie był nieustraszony, dyktatorski i groźny? - patrzyłem na Marię z uśmiechem.

- Nie żartuj! Zdumiała mnie jego delikatność, subtelność, chyba też nieśmiałość.

- Widzisz, jak to bywa z rewolucjonistami - powiedziałem. - Mają podejście sokratejskie do rzeczywistości. A jak był ubrany?

- Bardzo skromnie, nawet biednie. Ujął mnie swoją prostotą i jakby spartańskim stylem.

Oto pierwsze wrażenia Marii po spotkaniu z Kornelem. Wkrótce się znowu zjawił.

Wyraził bardzo pochlebną opinię o mojej książce i żartując, jak to Kornel, uznał, że już nie muszę pisać żadnej nowej książki, ponieważ najważniejszą i najlepszą już napisałem. Ale to wcale nie był żart. Bowiem potem już niczego innego z moich rzeczy nie czytał. A "Duchów dzieciństwa" nigdy mi nie oddał.

Drugi raz zadziwił Marię niedługo potem, gdy jechaliśmy samochodem. Nagle zahamował, by pozwolić spokojnie przebiec przez jezdnię psu. Maria wyobrażała sobie, że rewolucjonista, a szczególnie tak groźny jak Kornel, którego władza i urzędowe media rysowały w propagandowych papierach, jako potwora, nie zwraca uwagi na takie drobiazgi, jak zwierzę.

Kornel jeszcze wielokrotnie zadziwiał Marię w różnych miejscach i sytuacjach, np. gdy ptak uderzał o szybę, a on zatrzymywał samochód i sprawdzał, czy nie stała się ptakowi krzywda. Albo kiedy nieustannie przystawał, by kogoś podwieźć, albo komuś w drodze w czymś pomóc. Najbardziej okazywał się zabawny, gdy znajdował jakieś starocie, nikomu do niczego nie przydatne, a on je zabierał jak skarb.

Którejś nocy przyniósł mi bardzo ważne, można powiedzieć, wartościowe papiery, związane z SW i kazał je ukryć do czasu, aż się po nie zgłosi. Opieczętowałem je w jego obecności i ukryłem. Chyba po roku z okładem odebrał.

Bardzo często odwiedzał nas z Hanią Łukowską -Karniej, albo z przyjaciółmi z "SW". Przyprowadzał też Rosjan, Ukraińców, Białorusinów i innych przedstawicieli opozycji ze Wschodu. Na niektórych zdjęciach, zamieszczonych na mojej stronie internetowej widać ich twarze. Odwiedzał nas Kornel z Hanią nie tylko we Wrocławiu, ale także często przebywał w naszej chacie na wsi, którą w tych latach jeszcze mieliśmy, aż zaczęła trzeszczeć, a głód zajrzał nam w oczy i musieliśmy się jej pozbyć. Kiedyś, raz, czy dwa razy, zawitał tam także Wojtek Myślecki.

JAKIE PISMA KOLPORTOWALIŚMY?

Rozprowadzaliśmy, poza "Solidarnością Walczącą" w różnym czasie "Biuletyn Dolnośląski", "Wiadomości bieżące", "Z dnia na dzień", "Replikę", "Serwis Informacyjny SW", "Solidarność Zagłębia Miedziowego", "Prawdę"( PKS  D. Śląsk), "Wolną Kulturę", "Hutnika", "Republikę", Tygodnik Wojenny", a nawet, jak pamiętam, jakieś pisma ulotne, docierające z innych regionów, mniej znane, np. "Bez przemocy", " Ku Wolnej Polsce". Chętnie czytałem paryską "Kulturę", "Zapis", pismo poświęcone literaturze, "Spotkania", "Puls", "Pod prąd", "Placówkę" i "Wieś Solidarną", pisma chłopskie. Czasami podrzucaliśmy je na dworcach kolejowych, na przystankach tramwajowych, klatkach schodowych, w akademikach, na uczelniach, w hotelach, izbach przyjęć, w szpitalach i restauracjach.

"SW", która robiła najsilniejsze wrażenie, przypominała mi szkolne lata. Dlaczego?

I tutaj pojawia się drugi, ale względem chronologii pierwszy, głębszy nurt konspiracyjnej prehistorii.

 

SAMODZIELNA ORGANIZACJA PODZIEMNA

Ten nurt dotyczy organizacji antykomunistycznej, z jaką się zetknąłem, mając zaledwie piętnaście wiosen. Działo się to w początkach lat 50-tych. Poszedłem do Liceum Ogólnokształcącego w Dębnie Lubuskim we wrześniu 1951 roku. A organizacja nazywała się Samodzielna Organizacja Podziemna. Założyli ją uczniowie, starsi koledzy z klasy dziewiątej i dziesiątej. Była równie radykalna, jak Solidarność Walcząca, a nawet bardziej. Bo zbierała broń i gotowała się do walki zbrojnej. Gdy więc pojawiła się SW, stała się dla mnie jakby naturalnym przedłużeniem SOP, rzecz jasna, w innym czasie i w innych, o wiele łagodniejszych warunkach. Nie ulega wątpliwości, że ta pierwsza organizacja, poza rodzicielskim domem, zasiała we mnie najwcześniejsze i pierwsze świadome ziarna wolności. Legenda tej organizacji szła przez cały region. Ktoś roznosił tajne ulotki. Ktoś rozsyłał wolnościowe listy po urzędach i instytucjach państwowych. Ktoś wieszał plakaty, odezwy i apele. Wieści o tych ulotkach, nieraz przesadzone, docierały do wielu domów i legenda rosła. Bezpieka szalała. A duch wolności w narodzie nie ginął. Tyle, że nikomu do głowy nie przyszło, że robią to dzieciaki, szesnastoletni i siedemnastoletni chłopcy. I że sami, bez dorosłych, tę organizację stworzyli. Sami podjęli działania i sami rozwijali konspirację. Do tego stopnia, że wkrótce już dwie tajne organizacje działały w szkole, a liczba konspiratorów gwałtownie pęczniała. W Instytucie Pamięci Narodowej w Szczecinie uzyskałem krótką źródłową informację.

"W Dębnie Lubuskim działała organizacja nazywająca się Samodzielna Organizacja Podziemna, założycielem był Antoni Wilewski. Prowadziła ona przede wszystkim akcje propagandowe skierowane do wojska polskiego. Działała od maja do lipca 1952 roku."
Grzegorz Czapski
Instytut Pamięci Narodowej

Oddziałowe Biuro Edukacji Publicznej

Mam nieco inne dane niż te, którymi dysponuje IPN w Szczecinie i wedle nich tajna organizacja zaczęła działalność już w 1951 roku. Sprawdzę to dokładniej, kiedy  być może  wrócę do tematu.

W każdym razie mit tajnej organizacji o ostrym, antykomunistycznym ostrzu, zrobił na nas, uczniach klasy ósmej, czternastolatkach, czy piętnastolatkach, niezatarte wrażenie. To nie była zabawa w podchody, ani gra w ciemno. To była świadomie zaprojektowana, z własną strategią i taktyką działalność przeciwko komunistycznej władzy.

Samodzielna Organizacja Podziemnapowstała w najgorszym okresie stalinizmu, kiedy się nie cackano, jak powiadała propaganda, z wrogami ludu. Nie jestem kronikarzem SOP, ale mam przed sobą nazwiska założycieli i działaczy tej organizacji. Może nie będą mi mieli za złe, że je wymienię: Romuald Wolski, Marian Pacewicz, Marian Baranowicz, Eugeniusz Zatryb, Ryszard Milczarek, Stanisław Hrynkiewicz, Andrzej Wilewski, Antoni Wilewski, Sebastian Janusz, Czesław Wiśniewski, Władysław Sapa, Alek Szantyr, Eugeniusz Możejko... Było ich więcej. To znane mi nazwiska. Z Baranowiczami, Kazikiem i Mirkiem, chodziłem do tej samej klasy. Szantyr mieszkał niedaleko od mojej wsi. A nauczycielka o tym nazwisku uczyła mnie rosyjskiego. Hrynkiewicz była koleżanką z klasy. Więc ich nazwiska były mnie i nam, ośmioklasistom tak bliskie jak nazwiska sąsiadów. Bladą twarz Sapy do dzisiaj pamiętam. W takim klimacie wyrastaliśmy i rozwijaliśmy się. W klimacie walki podziemnej zaledwie o rok i dwa lata starszych kolegów. Taka tradycja stała u źródeł naszej edukacji i kształtowała nasze charaktery, wpływała na późniejsze nasze wybory i postawy życiowe. Legenda młodych chłopców, którzy nie zlękli się potężnego aparatu represji, nie mogła być dla nas obojętna. Kształtowała na długie lata świadomość mojego pokolenia z tamtego regionu, młodzieży wywodzącej się z tego samego pnia, co ja, z rodzin chłopskich lub przedwojennej inteligencji.

Obie tajne organizacje zostały wykryte, a ich członkowie otrzymali wysokie, jak na swój wiek, wyroki. Wojskowy Sąd Rejonowy w Szczecinie był bezwzględny. Na ławie oskarżonych zasiedli, wedle mojej wiedzy: Władysław Sapa, Szantyr, Eugeniusz Możejko, Bogdan Korzeniowski, Sebastian Janusz, Czesław Wiśniewski, Eugeniusz Zatryb... Trzeba by spisać historię tego procesu, kaźni i cierpień chłopców. Bo nie patyczkowano się z nimi.

Kolportowali antyradzieckie ulotki. Wysyłali listy z groźbami do różnych dostojników państwowych, do działaczy partyjnych i niektórych profesorów komunistycznej proweniencji. Tajną bibułę drukowali w internacie, w którym mieszkałem. Przygotowywali się do walki z wrogiem, liczyli, że dojdzie do buntu przeciwko komunistycznej władzy. Werbowali nowych członków. Żądali Polski wolnej, niezależnej od ZSRR. W czasie ferii zdobywali ręczne drukarki i tachali je do internatu. Chyba na początku kwietnia 1951 roku wydrukowali serię ulotek antysowieckich, które doprowadziły bezpiekę do szewskiej pasji. Wąchała po całym mieście. Tacy młodzi, a świetnie zorganizowani. Zebrania robili na boisku sportowym, udając zaciekłych skoczków i biegaczy. Tam wybierali przywódców. Bibułę drukowali w rękawiczkach, by nie znaleziono śladów linii papilarnych. Pomyśleć, jacy sprytni!

Duży wpływ na ich konspirację miała literatura piękna, Mickiewiczowskie "Dziady", Filareci i Filomaci, ale też atmosfera domowa, rodzinne rozmowy, wiedza o tajnych organizacjach w czasie wojny, a przede wszystkim o AK. Znany im był problem Katania, Syberii, zsyłek i więzień. I, co najważniejsze, chcieli pokazać, że Polaków nie da się zastraszyć i złamać. I że Polacy nie dadzą się zniewolić.

Chcieli, by ich działalność była odczytana i przekazywana dalej, z pokolenia na pokolenie. By ludzie wiedzieli, że opór trwa. I trwał. Mniej więcej w tym czasie, jedne wcześniej, inne później, powstawały konspiracyjne organizacje młodzieżowe w różnych regionach kraju, takie jak choćby Polska Straż Przednia, Związek Młodzieży Zbrojnej, czy Związek Obrońców Ojczyzny. Chłopcy z Dębna musieli za to odpokutować. Spali na betonie, rozbierali ich na śniegu, na mrozie lali im zimną wodę na głowy, zdzierali skórę z twarzy. Bili, kopali, dawali śledzie do jedzenie, by umierali z pragnienia, gonili do kamieniołomów. Jeden nie wytrzymał udręki i zwariował. Inni przepłacili zdrowiem. To wszystko wiedzieliśmy. To był nasz trudny bagaż na całe życie.

Opisałem tę historię, naturalnie, fabularyzując, deformując sytuację i nadając bohaterom postać fikcyjną, bo inaczej wtedy nie można było, w groteskowej powieści "Ladacznica i chłopcy". Książka powstawała w latach 1985-1987, a ukazała się dopiero w 1991 roku( Rubikon, Wrocław 1991 r.), po wielu zresztą przygodach. Ale wciąż mnie korci, by zebrać pełny materiał i udokumentować działalność starszych kolegów w postaci literatury faktu. Być może, któryś z wymienionych tutaj bohaterów, odezwie się i uzupełni moją wiedzę, albo poprawi mnie, jeśli coś pokręciłem. Bardzo o to proszę. Chcę, by wiedzieli, iż tamten ich czyn, odwaga, heroizm i poświęcenie były dla mnie, jak i dla wielu moich kolegów z owych lat, przez całe życie piękną i wartościową kartą, wpisaną w naszą duchową biografię, a jeśli o mnie chodzi, w moją polityczną świadomość, doświadczenie i dojrzewanie ku wolności. Potem już, w następnych latach, ani cienia wątpliwości nie miałem, że w Polsce zawsze jest i będzie silna konspiracja i że nie da się jej żadnymi metodami zastraszyć. Bo jak już dzieci walczą, to znaczy, że nie da się Polaków złamać.

Niech tych kilka słów stanie skromnym wyrazem pamięci i wdzięczności za to, co moi starsi koledzy z tej samej szkoły robili i jak ich czyn odbił się w naszych sercach i umysłach.


 

ŚLADY

To były te ślady, po których później wielu z nas stąpało.

I wszystko, co się potem zdarzyło w moim życiu, odnosiłem do tego, w jakiej legendzie wchodziłem w wiek młodzieńczy. Dlatego październik 1956 przyjąłem jako ciąg dalszy wydarzeń z Dębna. Dramat węgierski czciliśmy jako kolejny akt wyzwalania się spod rosyjskiego imperium. Byłem wtedy już studentem w Opolu. Spotykaliśmy się w grupkach i żywo dyskutowaliśmy o tym, co się dzieje. Pamiętam fotografie z sowieckim czołgami i miażdżonych ludzi. Z nadzieją witaliśmy przemiany w Czechosłowacji. Nie zaskoczył mnie specjalnie marzec 1968, ani grudzień 70, czy Radom 76. Wiedziałem na co władzę stać. "Solidarność" z 1980 roku stała się naturalnym potwierdzeniem i przedłużeniem życia idei Samodzielnej Organizacji Podziemnej z Dębna. Już nie stanowiła takiego napięcia i takiej siły emocjonalnej, jak tamto, szkolne i uczniowskie przeżycie, choć to był potężny ruch, nie porównywalny do niczego przed nim. Nowe czyny polityczne ożywiły tylko uśpione nieco nadzieje i dały im nowy impuls.

W 1968 r. byłem nauczycielem języka polskiego w Technikum Elektroenergetycznym w Legnicy. Tak zwane Wydarzenia Marcowe pchnęły moją młodzież na ulicę. Marzec 68 roku przebiegał w mieście burzliwie i dramatycznie. Było pałowanie po głowach, bicie do krwi, areszty, więzienia. W swoim dzienniku z tego okresu dość dokładnie to wszystko opisałem. Poszedłem na demonstrację. Następnego dnia zjawili się w szkole smutni panowie, odwiedzili dyrektora, w pokoju nauczycielskim zapanowała martwa cisza.

Dyrekcja rozwiązała ze mną umowę o pracy.

Musiałem uciekać z Legnicy.

Po kilku miesiącach znalazłem robotę w Klubie Seniora we Wrocławiu i do 1970 roku pracowałem ze staruszkami. Z wieloma z nich szczerze się zaprzyjaźniłem. Organizowałem im życie kulturalne, a czasami nawet byłem swatem i gościem na ich weselach. Praca ze staruszkami zaowocowała zresztą twórczo, bo napisałem dwie powieści o ludziach starych: "Przyjść, aby wołać" i "Fatum".

Na początku 1970 roku otrzymałem ofertę w dziale kultury "Wiadomości".


 

WYRAZY SZACUNKU I WDZIĘCZNOŚCI

Solidarność Walcząca, a przede wszystkim jej ludzie, których miałem zaszczyt i honor w różnych okresach swego życia poznać, pozostawili we mnie znaki dobrej pamięci, uznania, podziwu i szacunku. Bardzo ich cenię za odwagę, mądrość i wrażliwość, za cechy, które powinny być chlubą każdego przyzwoitego człowieka, za to wszystko, co uczynili w czasie próby charakterów. Wiele mogłem się od nich nauczyć. Wiele mi pomogli.

Do dzisiaj z niektórymi z nich utrzymuję żywy, inspirujący i bezcenny dla mnie kontakt. Z satysfakcją i podziwem noszę w swojej pamięci imiona - Kornela Morawieckiego, Hani Łukowskiej - Karniej, Artura Adamskiego, Marianny Żabińskiej, Wojtka Myśleckiego, Mateusza Morawieckiego, Aleksandry Kostruby, Wandy Linowskiej, Krzysia Gulbinowicza, Romualda i Wojtka Winciorków, Iwony Kondratowicz, Ludwiki Ogorzelec, Romka Lazarowicza, Piotrka Bielawskiego, J i J Podlejskich, Alfredy Poznańskiej, Andrzeja Kołodzieja, Tadeusza Warszy, Zbigniewa Jagiełły, Lidki Ogorzelec, Wojciecha Standy, Krzysztofa Tenerowicza, Edwarda Wóltańskiego, Barbary Sarapuk, znanej mi jeszcze z Legnicy i wielu innych.

Spotkania z nimi były ważne w moim życiu.

 

KROPLA METAFIZYKI

"Solidarność Walcząca" wpisała się w moją biografie w sposób naturalny. Nikt mnie nie musiał do niej namawiać. Sam sobie ją wybrałem, a może i ona mnie wybrała. Drogę od Samodzielnej Organizacji Podziemnej, w duchu której dojrzewałem, do SW, która utrwaliła we mnie dawne przekonania, mogę dzisiaj uznać za piękny, choć trudny dar losu, ale też wielką próbę rozumienia wolności, ludzi, życia i spraw Ojczyzny.

Dzięki "S" i "SW" mogłem bardziej poznać, kim jestem i zrozumieć własne możliwości, ograniczenia i stany własnego ducha. Mogłem pewniej i z całą świadomością osadzić siebie w czasie, zakorzenić się pośród jego znaków.

I powiem coś, co może zabrzmi niewiarygodnie, ale w moim najgłębszym przekonaniu jest aż do bólu prawdziwe. Uczestniczyliśmy w metafizyce czasu, zapisywaliśmy w sobie i w papierach jej trwanie, owe najcenniejsze i rzadkie chwile życia, kiedy życiu nadajemy jednoznaczny wymiar i sens. Bowiem na dzieje należy patrzeć nie tylko od strony historii i brutalnej polityki, ale także od strony metafizyki, nadawania swojej epoce imienia i odnajdywania jej duchowego sensu i uniwersalnych wartości. Z tego punktu widzenia darowany nam czas był swoistym skarbem. Nie każde pokolenie uczestniczy w przewracaniu swojemu życiu podstawowych, elementarnych wartości i odrzuca obco mu brzmiące reputacje czasu. Spotkanie ze swoim czasem, nacechowane dużym ryzykiem, ale i odpornością na trudy, pozwoliło niejednemu z nas lepiej pojąć istotę ludzkiej egzystencji, przynajmniej po części. I to zarówno w wymiarze jednostkowym, jak na szerszym planie. Spośród rozlicznych niepokojów umysłu wyłonił się malutki robaczek metafizyki, który utwierdził nas w przekonaniu, że nie zmarnowaliśmy w tych dniach swego życia. Bez względu na to, co myślimy o obecnym kształcie zbiorowych wydarzeń i o przemianach, jakie zachodzą w kraju, Europie, czy na świecie, tamte lata wyrwały nas z fałszywych labiryntów i wyprowadziły na otwartą przestrzeń. Ale, niestety, wielu wciąż jedną nogą tkwi w tamtych labiryntach a drugą pragnie mocno stanąć na gruncie wolności. Niestety, tak się na dalszą metę nie da. Jednak dopóki, że użyję barokowej metafory, hamulcowi dziejów będą silni, nieustannie będziemy pociągani za cugle.


 

CIEKAWOSTKI

W 1989 roku, już na progu nowej rzeczywistości, gdy rozpadał się komunizm, któregoś wieczora wszedłem do Klubu Dziennikarza. Poraził mnie widok kompletnie pijanego towarzystwa. Nie było trzeźwego stolika. Wszyscy pili na umór. Nie wiem, czy z radości, czy z przerażenia, że nadeszło nowe i nieznane. Klub parował alkoholem. Jakiś facet w cywilu, zalany w pestkę, biegał z pistoletem w ręku. Inny, krzyczał, że on "te teczki sprzeda i polecą głowy". A więc już grano teczkami.

W kilka miesięcy później scena jakby z deja wu(e), powtórzyła się. Klub Dziennikarza znowu tonął w dymie i lała się rzeka alkoholu. Usiadłem z boku, by nieco odetchnąć, bo akurat wracałem z Lubina i w ręku trzymałem kolejne wymówienie z pracy. Stało się to po tym, kiedy wydrukowałem w zakładowej gazetce Zagłębia Miedziowego swój wywiad z Morawieckim. Nowa wiceszefowa gazety, niejaka pani S., czerwieńsza niż burak, która dorwała się do władzy, pieniła się z wściekłości, że drukuję takiego "oszołoma" i wykorzystując reorganizację pisma, wpływając na szefa, wywaliła mnie na bruk.

W ten sposób po raz kolejny, już w nowych realiach, znalazłem się bez roboty.

Przy okazji wspomniałem o tym Kornelowi, a on, swoim zwyczajem, rozbrajająco mruknął:

-Co tam robota!

I nie podjął tematu. Niezły był.

Pewnie, tu pada system, dzieją się dzieje, a ja mu mamroczę o zwolnieniu z pracy. Czym jest byle praca wobec Historii. Cały Kornel.

Winien jestem na koniec wyrazić słowa wdzięczności i podziwu dla swojej żony, Marii, która mi dzielnie towarzyszyła w ciężkich dniach stanu wojennego i później, zawsze dyskretnie wspierając moje pomysły i czyny, a nieraz przestrzegając przed niebezpieczeństwami. Zawsze miała czujne oko i wrażliwe ucho na wszystko, co do mnie docierało lub chciało dotrzeć. I kto się wokół mnie kręcił. Dzięki Ci, Mario.

I ostatnie słowo o Kornelu.

Gdy mu przed ukończeniem tego szkicu powiedziałem, że piszę zarys mojego spotkania z SW, odparł ze skwaszoną miną:

- I po co tracisz czas&

Czyż to nie cały Kornel?!

Tu wielkie przemiany, IV RP, napięcia w świecie, a ja coś bazgrolę na papierze.

Pewnie znowu ma rację.

Nie wiem, Kornelu, po co bazgrolę. I to wtedy, kiedy oficjalna historiografia spycha "SW" na manowce.

Wrocław, 01.01.06

Powrót do strony głównej