27.08.14 

Tylko u nas.

SROKOWSKI o filmie Smarzowskiego o ludobójstwie na Kresach


„Zanosi się na film poważny, głęboki i tajemniczy, jakiego jeszcze polska kinematografia nie miała.(…) Ten film nikogo nie dzieli. Przeciwnie, to film który – jak sądzę - połączy Polaków i Ukraińców, a także cały świat w walce z ideologią faszystowską”- mówi nam pisarz na podstawie, którego książce powstaje film o ludobójstwu na Kresach.

Łukasz Adamski: „Kresowiaków zabito dwa razy, raz siekierami, a raz przez niepamięć”- mówi Wojciech Smarzowski, który realizuje film „Nienawiść” oparty na pańskiej książce. Ta maksyma jest powtarzana często przez niezmordowanego badacza ludobójstwa na Wołyniu ks. Isakowicza-Zaleskiego. Czy użycie tej znanej frazy przez twórcę „Róży” sugeruje z jakim rodzajem filmu będziemy mieli do czynienia? Czy będzie to film bez relatywizacji zbrodni ukraińskich na Polakach?

Stanisław Srokowski: Wszystko wskazuje na to, że będzie to wielka epopeja narodowa, w której zostaną zobrazowane tragiczne losy Polaków mordowanych przez oddziały OUN i UPA na Kresach. Wśród postaci filmowych spotykamy Polaków, Ukraińców, Żydów, Niemców, Rosjan, słowem etniczny tygiel … Scenariusz Smarzowskiego rzetelnie i wiernie opisuje wątki historyczne, odwołuje się do konkretnych postaci i autentycznych wydarzeń. Nie znaczy to wcale, że brakuje w nim miejsca dla gry wyobraźni i twórczej fantazji. Cała konstrukcja filmu, struktura dramatu, wartka akcja, żywe dialogi i porywająca narracja wskazują na barwny i kreacyjny charakter artystycznej imaginacji. Na tym polega sztuka władania talentem. By pierwiastki realistyczne, tragiczni i powikłani wewnętrznie bohaterowie, surowe krajobrazy, sceny okrucieństwa i zwyrodnienia przeplatały się z metafizyką miłości, sublimacją uczuć i pięknymi marzeniami. W poszukiwaniu tajemnicy mrocznej duszy wyruszają całe zwiady ludzkiego umysłu. Mówię tak, jakbym już film oglądał, a przecież znam tylko scenariusz. I to scenariusz rysuje przed moimi oczami te obrazy.

Film będzie wierny prawdzie historycznej?

Nie sądzę, by reżyser zboczył z drogi prawdy historycznej i analizy psychologicznej. Autentyczność dramatu i wierność realiom chroni go przed zarzutami manipulacji i wypaczania historii. Wyczuwa on doskonale i rozumie znakomicie istotę ludobójstwa. Wie i umie pokazać cały absurd zbrodni, świetnie prowadzi bohaterów przez rozliczne pułapki i zagrożenia, buduje mądrze i konsekwentnie atmosferę napięcia, lęku, cierpienia i przerażenia, i ujawnia cały bezsens rzezi i mordów, jako owocu obłędnej ideologii integralnego nacjonalizmu Dmytra Doncowa i Stepana Bandery która utopiła w morzu krwi 200 tysięcy naszych rodaków, a także dziesiątki tysięcy Żydów, Ormian, Czechów, Cyganów, Rosjan i samych Ukraińców, sprzeciwiających się zbrodniczemu terrorowi. Nie zabraknie też w filmie porażających aktów odwetowych. Zapewne odda inscenizacja całą grozę i bezsens tej zbrodni. Fabuła pełna jest gwałtownych zwrotów akcji, zaskakujących spotkań, zdumiewających niespodzianek. Zapowiada się ważny, barwny i wyjątkowy film o wielkiej dynamice i ogromnej sile ekspresji.




Smarzowski jest reżyserem nie bojącym się dosłownie pokazywać mrocznej strony swoich postaci. Nie ważne czy opowiada o psychopatycznych degeneratach ( „Dom Zły”), skorumpowanych policjantach („Drogówka”) czy o demonach wojny ( „Róża”)- zawsze dostajemy kino mocne, dosłowne i wstrząsające. Reżyser konsultuje z Panem scenariusz filmu. Czy zobaczymy w nim nieupudrowany horror znany również pańskich opowiadań?

Dobrze mi się współpracuje z panem Wojtkiem. Cenię sobie jego zaufanie i dojrzałość życiową, a przede wszystkim logikę twórczą, wrażliwość na etyczną stronę ludzkiej natury, pomysłowość, wyjątkowe poczucie humoru i lojalność partnerską. Spotykamy się na każdym etapie pracy nad scenariuszem i zastanawiamy się, w jakim kierunku pójdą losy bohaterów. Naturalnie ton nadaje Smarzowski, bo to On jest konstruktorem, wizjonerem i mistrzem kina, ja tylko chronię opowiadania, z których pan Wojtek czerpie pomysły, przed rozmyciem, osłabieniem ostrza moralnego i sensu ideowego. Rozumiemy się w mgnieniu oka. Nic złego się nie dzieje. Smarzowski poszukuje głębi ducha, dlatego tak często widzimy jak wchodzi w otchłań ciemności. Wyczuwa i odgaduje to, o czym inni twórcy nie są w stanie nawet pomyśleć . Wie, iż to właśnie z mroków duszy i zwyrodniałych umysłów wyłaniają się potwory. Pragnie je zidentyfikować, wskazać i nazwać po imieniu. Tak właśnie dzieje się w „Nienawiści”. Nie będzie to tylko film o ludobójstwie, choć ten wątek zostanie najbardziej rozbudowany, ale będzie to przede wszystkim film o rozpadzie świata, rozkładzie wartości, o wyrąbywaniu metafizyki z ludzkiego życia, o granicach wolności i upadku łacińskiej cywilizacji, a także o dyktaturze ideologii, wierności i przyjaźni, zdradzie i śmierci aniołów. O człowieku i Bogu. Jak więc Pan widzi, zanosi się na film poważny, głęboki i tajemniczy, jakiego jeszcze polska kinematografia nie miała. Wydaje mi się, że rozumnie odczytany sens filmu pozwoli lepiej nam pojąć naszą epokę, a zarazem przeniknąć w głąb czasu.

Czy Polacy są gotowi na film ukazujący ludobójstwo w tak realistyczny sposób? W czasach kina posttarantinowskiego czy takich seriali jak „Walking Dead” przemoc uległa estetyzacji. Obyliśmy się z nią. Czy zniesiemy jednak jej realny wymiar?

Zanim film powstanie, możemy jedynie dywagować. Tylko przez analogię wnosimy, w jakim kierunku reżyser pójdzie. Przez dotychczasową wiedzę o jego rzemiośle filmowym, upodobaniach, potrzebach estetycznych i wymogach konwencji.Pewne jest jedno, Smarzowski będzie wierny swojej dotychczasowej metodzie twórczej, dbaniu o detale, ujawnianiu sprzeczności, zderzaniu odmienności i potęgowaniu grozy. A że akcja dzieje się w czasie wojny, nie zabraknie mrożącej krew w żyłach scenerii. Operowanie kontrastami pozwoli na chwile zadumy oraz na najwyższe napięcia emocjonalne i najpełniejsze przeżycia. Ale nie bójmy się tego filmu. Oczyszczone zostaną nasze duchowe pokłady z ukrywanych głęboko kompleksów, fobii i niepokojów. Od wieków wielka sztuka, jak w antycznym dramacie, zmierza ku katharsis. Jest to jej – być może – najważniejsza funkcja. Artystyczny bat Samarzowskiego nad naszymi głowami może i zaboli, ale z pewnością po uderzeniu poczujemy się wyraźnie odmienieni, mądrzejsi i lepsi.

Film o Wołyniu jest bez wątpienia bardzo potrzebny Polakom i Ukraińcom. Może będzie on dla nas tym czym pierwsze filmy o niewolnictwie dla amerykańskich Murzynów. Czy jednak nie obawia się Pan zarzutów, że robicie film dzielący Polaków i Ukraińców w czasie, gdy Putinowskiej Rosji na rękę jest mówienie o banderowcach?

Nowy film Smarzowskiego potrzebny jest Polsce, Ukrainie, Europie i światu. Ale najpierw sprostowanie. To nie jest film o Wołyniu. Błędna historiografia została fałszywie narzucona przez kilku nierozważnych historyków, którym zdawało się, że rzezie rozpoczęły się i trwały tylko na Wołyniu. Dokładne badania wykazały jednak, że akcje ludobójcze zaczęły się w województwie tarnopolskim, a potem przeniosły się na inne województwa. Całe Kresy południowo-wschodnie ( wołyńskie, tarnopolskie, lwowskie, stanisławowskie i po części poleskie i lubelskie) pogrążyły się w ogniu i krwi. I film to pokaże. Wołyń przeżył swoją tragedię w 1943 r. Jest to więc jest film o ludobójstwie na Kresach. Film oczekiwany od 70 lat. Powtarzam, potrzebny jest Europie i światu, ponieważ Europa i świat nie wiedzą o jednej z największych tragedii na naszym globie. To nie był lokalny konflikt. To było najbardziej brutalne i przerażające okrucieństwo, jakie zna historia. Wynik obłędnej ideologii, która zakładała panowanie nad ludzkością. Ten film nikogo nie dzieli. Przeciwnie, to film który – jak sądzę - połączy Polaków i Ukraińców, a także cały świat w walce z ideologią faszystowską, która wciąż daje o sobie znać, także na współczesnej Ukrainie, która intensywnie pracuje nad własną tożsamością. Film stanie się też ostrzeżeniem przed imperialnymi pomysłami dla ludzkości. Pora najwyższa, by Europa i świat dowiedziały się, iż OUN i UPA działały w imię takiej samej ideologii, w imię jakiej wywołał II wojnę światową Hitler. A Badera i OUN to agentura Abwehry i Hitlera. Co do tego rzetelni historycy nie mają wątpliwości. Film Smarzowskiego zapewne wzbudzi szeroką dyskusję o sensie historii, znaczeniu pamięci w dziejach człowieka i uniwersalnych ludzkich wartościach, takich jak prawda, wolność, dobro i piękno. Nie bójmy się więc tego filmu. Prawda oczyszcza i rozjaśnia umysły. Wolność potrzebna jak oddech. Dobro utrwala ład moralny. A piękno uszlachetnia. Film Smarzowskiego właśnie w tym kierunku idzie.



Czy możemy spodziewać się nowego wydania Pańskiej wstrząsającej książki „Nienawiść”, którą dziś trudno jest zdobyć na rynku?

Tak, zbiór moich opowiadań kresowych „Nienawiść”, które stały się inspiracją i źródłem dla wielu wątków filmu Smarzowskiego, ukaże się w przyszłym roku. Niestety, tej książki nie ma już na rynku od lat, choć czytelnicy nieustannie się o nią upominają. Wydawca to zrozumiał i pracuje już nad nową edycją. Miłośników problematyki kresowej natomiast informuję, że poza trylogią kresową, która się niedawno ukazała („Ukraiński kochanek”, „Zdrada”, „Ślepcy idą do nieba”), poza więc trylogią, weszła właśnie na rynek najnowsza moja książka, która kontynuuje wątki z „Nienawiści” pt. „Strach”. W gruncie rzeczy jest to tom II „Nienawiści”. Można ją nabyć już w księgarniach. Zapraszam.

Dziękuję za rozmowę

Rozmawiał Łukasz Adamski 
w.Nas.pl 

luty 2014

Czy boimy się przerażającej prawdy?  wywiad Andrzeja Lei z pisarzem Stanisławem Srokowskim  m.in. o jego najnowszej książce ,,Strach”

Stanisław Srokowski - poeta, prozaik, krytyk literacki, publicysta. Urodzony na Kresach. W stanie wojennym wyrzucony z pracy. W latach 1982-89  prowadzi działalność opozycyjną w „Solidarności Walczącej”. Autor wielu książek, m.in.  „ Miłość i obłąkanie”, „Lęk”,  „Duchy dzieciństwa”, „Repatrianci”. Za tom opowiadań „Nienawiść”  wyróżniony  nagrodą Józefa Mackiewicza.  Autor głośnych ostatnio opowiadań ,,Strach”.

Andrzej Leja:  Niewiele jest w Polsce książek poświęconych straszliwym  zbrodniom,  popełnionym przez Ukraińców  na Wołyniu, Podolu i Pokuciu. Jak Pan myśli, dlaczego? Czy boimy się przerażającej prawdy?  Czy  też  wynika to być może z polityki rządu, sterującego kulturą i nikt nie chce urazić ukraińskiego sąsiada, z którym Polska ma wspólne polityczne plany? 

Stanisław Srokowski:  Książek dokumentalnych, a także opracowań naukowych trochę  jest.  Gorzej z literaturą piękną.  Twórcy nie rosną na kamieniu. Możemy  jednak sięgnąć  po  ważne powieści  L. Buczkowskiego ( „Czarny potok”, „Wertepy”) i  Wł. Odojewskiego ( „Zawieje wszystko, zasypie”).  Udźwignięcie tak dramatycznego problemu, jak ludobójstwo na Kresach, jest niezwykle trudne. Ta tragedia to  najstraszniejsza   karta  polskiej historii,  przerażająca  rzeź co najmniej  dwustu tysięcy Polaków, wymordowanych przez OUN i UPA.  Dlaczego tej wiedzy nie posiadają polskie szkoły, uniwersytety? Dlaczego nie ma wielkiej sztuki teatralnej, filmu,  kompozycji muzycznej, Muzeum Kresowego, pomnika ofiar w Warszawie?   Zapewne z  braku  pełnej wolności. Nie ma klimatu dla rozwoju wielkiej literatury i sztuki.  A prawdę się blokuje.  Działa silne wpływowe lobby, chociażby ukraińskie, które ogranicza suwerenne możliwości polskiej polityki i kultury.  Państwo polskie instytucjonalnie nie popiera ważnych narodowych twórczych idei. Odcięło się od własnej historii . Lekceważy i ignoruje 6-cio milionową kresową część swoich obywateli.  Stało się głuche na wołanie narodu. Państwo polskie to moralny bankrut. Nie rozumie swoich  obywateli.  Jak więc  w takim państwie  ma się rozwijać wielka literatura i sztuka? Szerzą  się  za to wszelkiej maści dewiacje. Obecne państwo polskie ma naturę dewiacyjną. Wspomaga rojenia chorej wyobraźni. Produkuje byty zastępcze.  Dopóki nie odrzucimy takiego państwa, będziemy żyć w kłamstwie, obłudzie i fałszu. Bo takie państwo produkuje   zło, perwersje i deprawacje. Nie służy pięknu, dobru i prawdzie. Służy  intelektualnej i duchowej  pustce. I żadne pozory, maski i fasady tego nie zmienią.                

A.L. Należy Pan do pisarzy, którzy starają się wypełnić  tę pustkę czymś sensownym i twórczym . Dwa tomy opowiadań,  ,,Nienawiść” i  „Strach” oraz znakomita trylogia kresowa,  ,,Ukraiński kochanek”, ,,Zdrada”  i kultowi już ,,Ślepcy idą do nieba”. Którą z tych książek uważa pan za najważniejszą?

 St. S. Dla mnie ważne jest to, co dotyka  bolesnej tkanki życia. I dobrze rozpoznaje rzeczywistość, która wciąż krwawi i nie może się zasklepić. Moje pisanie to krzyk:  „Polacy, wciąż słychać płacz matek i jęk dzieci. Ziemia nadal drży. A my udajemy, że nic się nie stało”. Powieści pokazują jak śmierć skrada się pod naszymi oknami i otwiera drzwi. A opowiadania  wciągają w głąb umierającego sumienia.  Jedne i drugie są równie ważne.

A.L. Dlaczego ,,Strach”?  Stąd ten tytuł?

St. S. Polacy na Kresach przeszli przez piekło. Dotknęły ich trzy ludobójstwa, sowieckie, niemieckie i ukraińskie. Ziemia pod nogami zaczęła płonąć już 17 września 1939 r., kiedy polska część sąsiedniej wsi,  Sławentyn, została wymordowana w pień, a wieść o tej zbrodni dotarła do nas następnego dnia. Od tej pory zaczął się strach, najsilniejsze uczucie wojny, który trwał do 1945 r., przez  długich sześć lat. Baliśmy się śmierci dzień w dzień, noc w noc.   

A.L. Na ile opowiadania  zamieszczone w tomie ,,Strach” są fikcją,  na ile zaś prawdą i zapisem tego, co pan zapamiętał?

St. S. Każde z opowiadań ma swoje realne inspiracje. Występujące postaci to prawdziwi  członkowie mojej rodziny, matka, ojciec, dziadkowie,  którzy wieczorami opowiadali, co się gdzie działo, kogo  Ukraińcy zamordowali, kto się uratował. Występują pod  prawdziwymi  imionami. Opisane historie rzeczywiście się zdarzyły. To nie jest fikcja literacka. Tylko twórczy zapis.  

A.L. W ostatnim opowiadaniu ,,Wyznanie rezuna”,  Srokowski – narrator nie podaje ręki mordercy. Dlaczego?

St. S.  Przebaczenie nie jest jednorazowym aktem. To proces. Mój bohater czuje, że nie może zbrodniarzowi przebaczyć, bo przebaczyć mogą tylko ofiary, a one nie żyją. Symbolicznie może tego dokonać też mordowana zbiorowość, ale wcześniej mordercy powinni się do zbrodni przyznać. Nie chodzi mi o rękę, tylko o głowę, wydającą rozkazy. A ta głowa nie tylko nie prosi o przebaczenie, lecz nadal wychwala  zbrodnie.

A.L.  Przed „Strachem” opublikował pan ,,Barbarzyńców u bram”, powieść współczesną.  Poważna krytyka literacka  uznała ją za  wyjątkową. Pisał o niej  m.in. Gelberg. Pozwoli Pan, że zacytuję dłuższy fragment:  „(…) Sukcesy w ataku na świat wartości[…] stały się wodą na młyn dla macherów […]  Podejmowali w tej sprawie rękawicę naukowcy […] z umiarkowanym rezultatem. Do tego potrzebna była literatura, pisarz całą gębą[…]. Spróbowali Ziemkiewicz i Wildstein […], lecz nie udźwignęli powieściowego wyzwania. Udało się to znakomicie Stanisławowi Srokowskiemu, którego książka „Barbarzyńcy u bram”[…] jest pozycją wybitną”. Czy powrót do tematyki kresowej oznacza rozbrat ze współczesnością?

 St. S. Jeszcze tego nie wiem. Zresztą, moje książki kresowe, to  także część  współczesności. One  budują  naszą  historyczną świadomość. Tworzą aktualny stan wiedzy o nas samych. Natomiast wątek ściśle współczesny powoli się krystalizuje. „Barbarzyńcy” dla wielu czytelników stały się znakiem rozpoznawczym polskiej rzeczywistości. Diagnozą duchowego stanu posiadania. I to cieszy.   

A.L.  Zdrowia  życzymy i czekamy niecierpliwie na następną książkę.

( "Warszawska Gazeta") 

11.08.13  

Kilkanaście dni przed 70-tą rocznicą ludobójstwa na Kresach redakcja "W Sieci" przeprowadziła ze mną wywiad, ale potem nie umieściła go na swoich łamach. Nie wiem, dlaczego tego nie uczyniła, ze strachu, jakiegoś interesu, czy z innych, nieznanych mi powodów, w każdym razie nie zamieściła i nie podała przyczyn, mimo, że zwróciłem się w tej sprawie do red. nacz. Nie był łaskaw nawet mi odpowiedzieć. Widać, taka kultura. Ciekawe, że w tym numerze, w którym miał iść wywiad, ukazała się sylwetka Bandery. Widać, Bandera był ważniejszy od ofiar ludobójstwa, o których w wywiadzie mówiłem. Odnotowuję ten fakt dla historii obyczajów. I dla prawdy, która jest tu najważniejsza. A poniżej kilka słów z mojego wywiadu, bowiem całego nie mogę umieścić.  Osoba przeprowadzająca ze mną ten wywiad prosiła, bym tego nie robił, a ponieważ ją szanuję, decyduję się tylko na podanie sensu  kilku moich zdań. Oto on: 

 

(...)"Nikt z nas  nie rozpamiętuje własnych krzywd. Przeciwnie, z pokorą znosimy szykany i agresję. Nie możemy się nawet bronić, bo nie mamy gdzie. Wielkie korporacje medialne w rękach tych, którzy nas krzywdzą i ignorują. Nikt z nas nie pielęgnuje bólu. Przeciwnie, chcielibyśmy, by ten ból nas opuścił. Bo ciężko się z nim żyje. Tłumimy go w sobie. Wielu cierpi w samotności. Wielu wciąż się  boi o tym mówić. Zamykamy się w milczeniu. Przerażenie i strach nocami budzą nas ze snu. Widzimy wydłubane oczy, oderwane języki, odięte naszym matkom i siostrom  piersi, wyrwane widłami z brzuchów kobiet płody. Z tymi obrazami żyjemy, smutni i przygarbieni. Nie czujemy nienawiści do prześladowców, tylko żal, że spowodowali takie nieszczęścia. Bolejemy, że Ukraińcy zdradzili nas w nocy, osaczyli i wymordowali. I nie my jątrzymy, tylko ci, którzy fałszują historię i oszukują. Nie było żadnej wojny domowej.  Zostaliśmy przez bandy UPA zaskoczeni, napadnięci i w tysiącach wsi wyrżnięci w pień. Oto cała prawda o tamtym czasie. Kto twierdzi inaczej, kłamie".

Nie wiem, czego się zlękła redakcja "W Sieci". Powyższych sensów? A może działają tam ukraińscy agenci wpływu?       
               

   

11.07.13 


JA SIĘ CZUJĘ UPOKORZONY
 (rozmowa Agnieszki Żurek ze Stanisławem Srokowskim dla portalu "wPolityce")

 

1.       Jest Pan jednym z cudem ocalałych z ludobójstwa na Wołyniu. Co czują rodziny pomordowanych słuchając ostatnich wypowiedzi prezydenta RP określającego rzeź wołyńską mianem "bratobójczej walki"? Czy nie jest to próba rozmycia odpowiedzialności za tę straszliwą zbrodnię?

 

Ja się czuję upokorzony. I wiem, że Kresowianie także czują się  upokorzeni. Żyjemy w

państwie podłości i kłamstw . Nie szczędzą nam władcy nawet w takiej chwili drwin i szyderstw , gdy staramy się przywrócić pamięć o 200 tyś. w straszliwy sposób pomordowanych naszych braciach i siostrach. Okrutną  zbrodnię, która miała na celu likwidację setek tysięcy polskich kobiet, mężczyzn i dzieci, jak na ironię,   nazywają „bratobójczymi walkami”.  Cóż jeszcze mamy zrobić, by rządzący powiedzieli prawdę. By wreszcie przestali kłamać. Przecież polscy prokuratorzy nie mają cienia wątpliwości, że było to ludobójstwo. Mówią o tym publicznie, piszą rozprawy, występują na konferencjach naukowych. Nawet ukraińscy parlamentarzyści wiedzą, że to było ludobójstwo i żądają w najnowszym „Liście” do polskich posłów, by wreszcie powiedzieli to jasno i jednoznacznie: „Tak, to było ludobójstwo!”. Tego chcą więc także Ukraińcy. I ich „List”  jest policzkiem wymierzonym w głupotę i krętactwa  polskich elit. Zasłużyły sobie na to. Ale to nie pierwszy taki list. Już wcześniej, w 1996 r.,   deputowani  do Rady Najwyższej Ukrainy pisali:  To ukraińskie nacjonalistyczne bandy latami terroryzowały cywilną ludność, rozsiewając krew i śmierć. Zbrodnie te kwalifikują się do potępienia przez społeczność międzynarodową i uznania jako ludobójstwo”. A nasze władze jak skała. Nic. Nawet nie drgną. Ani rząd, ani parlament, ani prezydent nie mogą wydusić tego słowa. To naturalnie świadczy o braku szacunku dla własnego narodu i jego historii. Nawet jeśli pan prezydent pragnie rozmyć odpowiedzialność, to niech powie jasno i zdecydowanie, kto jest winien rzeziom na Wołyniu. Polacy? Niespełna 16% Polaków ( a nawet mniej, bo znaczną część wybili Sowieci i Niemcy) w żywiole 74% Ukraińców na Wołyniu? Żydów już nie liczymy( 10%), bowiem do tego czasu  zostali wymordowani przez Niemców i ukraińską policję. Kto więc stanął do tej „bratobójczej walki”? Polscy bezbronni chłopi, kobiety i starcy  z pięściami przeciwko uzbrojonym po zęby w karabiny, noże, siekiery i widły bojowcami z OUN i UPA? Wstyd, że mamy taką władzę, której brakuje nawet wyobraźni, nie mówiąc o wiedzy, by pojąć, że było to niemożliwe.       

 

 

2.       Ostatnio byliśmy świadkami podpisania porozumienia pomiędzy polskim episkopatem a cerkwią greckokatolicką. W tym dokumencie również nie padło słowo "ludobójstwo". Czy ocenia Pan fakt podpisania tego dokumentu jako ważny krok na drodze do wyjaśnienia prawdy o rzezi wołyńskiej, czy może wręcz przeciwnie - jako krok na drodze zaciemniania tej prawdy?

 

Dobrze, że hierarchowie jednego i drugiego Kościoła poszukują porozumienia. Ale źle, że brakuje im odwagi  i duchowej  siły, by stanąć w obliczu prawdy. Bo i oni nie zdobyli się na to jedno jedyne słowo, które oddaje istotę rzeczy – ludobójstwo;  tylko kluczą. W ten sposób przedłużają czas destabilizacji między narodami. Gdyby państwo ukraińskie i polskie, a także zainteresowane Kościoły, wypowiedziały się w kwestiach historycznych jednoznacznie, a nie błądziły, gdyby tak uczyniły, jak to zrobiły Niemcy i Francja, dzisiaj bylibyśmy już w zupełnie innej sytuacji. Ponieważ jednak tak się nie stało, nadal sączy się nienawiść i nieufność, a na scenę polityczną Ukrainy wkracza neofaszystowska i neonazistowska ideologia, a jej głosiciele dostają się do ukraińskiego parlamentu i roztaczają parasol ochronny nad takimi  mordercami, jak Stepan Bandera, Szuchewycz, Kłaczkiwski, czy Łebied’, którym Ukraińcy stawiają  pomniki, jako narodowym bohaterom. Za ten stan rzeczy odpowiadają także Kościoły, rządy i parlamenty nie tylko obu narodów, ukraińskiego i polskiego, ale także innych państw Europy i świata. Bowiem pomniki Dywizji SS Galizien stawia się w ukraińskich miastach na oczach całego świata. To tak, jakby Niemcy stawiali pomniki  Hitlera w sercu kraju, Berlinie. Ale jakoś to nikogo nie obchodzi. Nie docierają  do możnych tego świata z Kijowa i Lwowa okrzyki: Smert Lacham! A są to groźnie okrzyki. I Kresowianie na nie ciągle uczulają. Jak dotąd, bez skutku.  Więc wszelkie oddalanie się od prawdy, to nic innego, jak przedłużanie niepotrzebnych napięć i konfliktów między Polakami i Ukraińcami. Czas z tym skończyć.      

 

 

3.       Rocznicę ludobójstwa obchodzimy 11 lipca, w rocznicę "krwawej niedzieli". Podkreślał Pan jednak wielokrotnie, że mordy dokonywane przez UPA rozpoczęły się przed tą datą i trwały długo po niej. Jak długo i czy da się ocenić ich rzeczywistą skalę?

 

Przyjęliśmy symboliczną datę 11 lipca, jako dzień pamięci o setkach tysięcy wymordowanych

Polaków, ale przecież to nie było ani apogeum mordów, ani na tym dniu mordy się nie skończyły. 11 lipca 1943 r.,  wedle badaczy,  bandyci z UPA i OUN napadli jednocześnie na 99 miejscowości na Wołyniu. Była to tzw. Krwawa Niedziela, ludzie szli do kościoła, niczego się nie spodziewali. I zostali zaatakowani. Tej niedzieli śmierć ponieśli też kapłani, siostry zakonne, ministranci i kilkanaście tysięcy polskich kobiet, mężczyzn, starców i dzieci. Ale i wcześniej i później mordy trwały. Zaczęły się już w 1939 r. I o tym trzeba wiedzieć, ponieważ w pamięć fałszywie wpada tylko rok 1943, jakby rzeź trwała tylko przez kilka miesięcy. A prawda jest inna. Mordy, jak rzekłem, rozpoczęły się już we wrześniu 1939 r., tuż przed wkroczeniem i w dniu wkroczenia wojsk sowieckich na Kresy. Tylko, że polska historiografia jeszcze nie zbadała dokładnie tego okresu. W pierwszym miesiącu wojny ofiarami ukraińskiego terroru padło w trzech powiatach województwa tarnopolskiego, Brzeżany, Buczacz i Podhajce kilkaset osób. A pierwszą wsią wymordowaną przez bojowców OUN była wieś Sławentyn w powiecie Podhajce, w której ofiarami zbiorowej  rzezi stało się 50 osób. Później rzezie przeniosły się do innych rejonów, a na Wołyniu nasilenie nastąpiło w lutym 1943 r. Jednak po wymordowaniu Wołynia, druga wielka fala mordów spadła na województwa: tarnopolskie, lwowskie, stanisławowskie i po części poleskie i lubelskie. Można więc mówić i wznoszących się i opadających falach mordów. Wedle mojej orientacji najwięcej ofiar padło w 1944 r. A jedną z najokrutniejszych rzezi dokonali bandyci z UPA i Dywizji SS Galizien w Hucie Pieniackiej, a potem w Podkamieniu. Tam padło razem blisko 1300 osób. Ale mordy trwały aż do 1947 r. i objęły także Bieszczady, gdzie UPA znalazła schronienie. Tak więc,   mordy ogarnęły całe Kresy południowo-wschodnie.  A ich skutki odczuwamy do dzisiaj. Bo nie skończyły się na wyrżnięciu naszych rodaków i  wypędzeniu ocalałych z polskiej ziemi, ale i obecnie  Kresowianie żyją w straszliwym szoku, wielu nadal po nocach śnią się koszmary, a wielu innych nie może się pożegnać  ze szpitalami psychiatrycznymi i klinikami  porad psychicznych, nie mówiąc o strachu, który zżera Kresowian tak bardzo, że boją się pojechać do swoich wsi i miasteczek, by przed śmiercią pokłonić się przodkom. Oto skutki nierozliczonych zbrodni.      

 

 

4. Z rąk UPA ginęli także Ukraińcy odmawiający mordowania swoich polskich żon. IPN upamiętnił także Ukraińców z narażeniem życia ratujących Polaków w czasie rzezi wołyńskiej. Jednocześnie jednak młodzi Ukraińcy maszerują dziś pod banderowskimi flagami, a hierarchowie cerkwi greckokatolickiej uczestniczą w ceremoniach odsłaniania pomników Stepana Bandery. Jak to rozumieć i w jaki sposób należy reagować na przejawy odradzającego się ukraińskiego nacjonalizmu?

 

Opisany słusznie przez Panią w drugiej części pytania stan rzeczy, to owoc zaniedbań całej klasy politycznej obu krajów. Za to będziemy musieli zapłacić wysoką cenę. Nie wiadomo kiedy, ale przyjdzie taki dzień, że nasi synowie lub wnukowie staną twarzą w twarz ze złem, którego ziarna wciąż są na dawnych polskich ziemiach zasiewane. Bo wciąż buduje się tam pomniki mordercom. I wciąż wmurowuje się im  tablice pamiątkowe, a w szkołach uczy się o ich wielkim bohaterstwie i podaje się przykłady, jak rżnęli Polaków, jako dowody chwały.  To groźna sytuacja. Kto tego nie rozumie, nie powinien się zajmować polityką. A mamy cały garnitur polityczny, który tego nie rozumie.  I we własnym tchórzostwie zrzuca odpowiedzialność za  to, co się stanie, na następne pokolenia. Nie waham się nazwać tego zdradą przyszłości, oszukiwaniem swoich  potomków. W ceremoniach odnawia się kultu Bandery uczestniczą też w tym duchowni Cerkwi greckokatolickiej. Naturalnie, nie wszyscy, ale bardzo wielu. I należy ubolewać, że tak się dzieje. Bo słyszmy okrzyki, że przyjdzie jakiś nowy Bandera i policzy się z nami. Czyżby znowu chcieli, by padały takie słowa, jak te, które wygłaszał w  czerwcu 1943 r. Dmytro  Kłaczkiwski, dowódca UPA-Północ: „Powinniśmy przeprowadzić wielką akcję likwidacji polskiego elementu. Po odejściu wojsk niemieckich należy wykorzystać ten dogodny moment dla zlikwidowania całej ludności męskiej w wieku od 16 do 60 lat.(...) Leśne wsie oraz wioski położone obok leśnych masywów powinny zniknąć z powierzchni ziemi”. A Roman Szuchewycz, naczelny dowódca Ukraińskiej Powstańczej Armii, powiadał: …„należy Polaków z naszych ziem usuwać… wysyłać bojówki, które mężczyzn będą likwidować, a chaty i majątek palić”. Na to czekacie, panowie politycy, prezydenci, posłowie, senatorowie, ministrowie?

Co do Ukraińców, którzy narażając własne życie, chronili Polaków, należy się im najwyższy szacunek, cześć  i chwała. To są wielcy bohaterowie Ukrainy i Polski, bohaterowie świata ludzkiej wrażliwości, pamięci i odpowiedzialności. To im się należą pomniki na Ukrainie i w Polsce. Mam nadzieję, że niedługo doczekamy się skrawka ziemi, jakiegoś skweru, pola, czy łąki, na której będziemy mogli posadzić symboliczne drzewka, a tych, którzy ocalili życie tysiącom Polaków lub ich potomków, powitamy z uczuciami przyjaźni i wskażemy, jak wzorce do naśladowania.     

 

5. Co powinno stać się najważniejszym przesłaniem 70. rocznicy zbrodni wołyńskiej?

 

Prawda i pamięć.




24.01.13 

Nadchodzi epoka barbarzyńców
 ( rozmowa ze Stanisławem Srokowskim, pisarzem )


Systematycznie pozbawia się nas, Polaków, naszej własnej tożsamości, niszczy naszą religię, tradycję, obyczaje, amputuje się pamięć i historię, eliminuje kolejne znamiona polskości. Robi się z nas niewolników obcych idei, kalekich wizji i chorych wyobrażeń. Próbowałem uchwycić właśnie ów moment dziejowej przemiany, czas politycznej erozji. Nadchodzi epoka barbarzyńców – mówi pisarz Stanisław Srokowski w rozmowie z PCh24.pl.


Zakładam, że niektórzy z bohaterów Pańskiej ostatnio wydanej powieści „Barbarzyńcy u bram” żyją naprawdę. Jak zareagowali na jej opublikowanie?

Wyczuła Pani atmosferę, jaka się wytworzyła po wydaniu książki. Istotnie, w kilku środowiskach zawrzało. Otrzymuję dziesiątki pytań, czy to prawda, że opisane w utworze postaci są wzięte prosto z życia i hulają po pierwszych stronach gazet. Jeden z wielbicieli tropów kryminalnych nawet odkrył w książce siebie i żalił się, że pokazałem go zbyt grubego i tłustego, na dodatek agresywnego i władczego, podczas, gdy w rzeczywistości jest dość szczupły, elegancki i miły. Był jednak bardzo zasmucony, kiedy go powiadomiłem, że nie jest bohaterem mojej powieści. Co ciekawsze, do tej samej postaci przyznają się dość różni dżentelmeni. Być może ten sensacyjny wątek bierze się stąd, że dotykam gorących i bolesnych problemów naszej współczesności. I każdy chciałby wiedzieć, jak je należy interpretować, widzieć konkretny świat ludzki, czy też pewną metaforę, przypisaną nie tylko do polskiej rzeczywistości.

Powiedzmy wprost, akcja „Barbarzyńców” toczy się w Polsce, w kilku regionach kraju, a przede wszystkim we Wrocławiu i w Warszawie. Podejmuję, jak mi się wydaje, podstawowe problemy naszej egzystencji, dobra i zła, prawdy i kłamstwa, piękna i brzydoty. Przyglądam się historii, tradycji i pamięci. Opisuję manipulację wielkimi masami ludzkimi, fabrykowanie podstępnych i złudnych ideologii, które mają na celu zniszczenie Boga, Kościoła, religii, zdegradowanie państwa narodowego i rodziny, utrwalonych przez wieki zasad moralnych i narzucenie światu kultury śmierci. Wyrażają te idee usytuowani w różnych miejscach powieści moi bohaterowie. Czy są wzięci prosto z życia? I tak, i nie. Tak, ponieważ mieli jakieś swoje prototypy, prawzory, modele psychologiczne. Nie, ponieważ na poszczególne postaci składa się nieraz kilka całkiem odrębnych osób realnych. Rzeczywistość literacką komplikuje dodatkowo chmara pojawiających się zjaw, duchów i widm, które są odbiciem naszych kompleksów, niepokojów, lęków i fantasmagorii. Wiele ma tu do powiedzenia fantazja, wyobraźnia, a przede wszystkim kreacyjna wrażliwość językowa i metafizyka.

Czy to właśnie oni - Lud Boży - zobligowali Pana do uwiecznienia na kartach książki naszej obecnej rzeczywistości?

Lud Boży to ośmieszona, poniżona i upokorzona przez władzę, media i możnych Rzeczpospolita, symbolicznie uosobiona przez moich bohaterów. To pokolenie niedawnych herosów wielkiego zrywu „Solidarności”, którzy zostali wyrzuceni poza główny nurt życia społecznego i politycznego, i zmagają się teraz z podstawowymi problemami egzystencjalnymi. Zagubieni w nowej rzeczywistości twórcy, poeci, pracownicy fizyczni, malarze, aktorzy, ale też studenci, nauczyciele, wynalazcy, inżynierowie, profesorowie wyższych uczelni, fantaści i marzyciele, nie chcą się poddać wszechpanującym manipulacjom i kłamstwom. A nie poddając się im, są eliminowani i niszczeni przez system, do którego nie chcą się dopasować. Żyjemy w dramatycznym i przełomowym dla Rzeczypospolitej czasie, w procesie zniewalania umysłów i narzucania obcych wzorów na niespotykaną dotąd skalę. Zmierza się ku likwidacji uświęconych przez tradycję zasad moralnych, chrześcijańskich wartości, rozumnej oświaty, kultury, rodzimego prawa. Narzuca się nam przemoc finansową i gospodarczą. Systematycznie pozbawia się nas, Polaków, naszej własnej tożsamości, niszczy naszą religię, tradycję, obyczaje, amputuje się pamięć i historię, eliminuje kolejne znamiona polskości. Robi się z nas niewolników obcych idei, kalekich wizji i chorych wyobrażeń. Próbowałem uchwycić właśnie ów moment dziejowej przemiany, czas politycznej erozji. Nadchodzi epoka barbarzyńców. I moja powieść głośno o tym mówi, wręcz woła, krzyczy. Bo i taka jest rola pisarza. By wołać, krzyczeć, czasami warczeć.

Wiele miejsca w "Barbarzyńcach" poświęca Pan sztuce - opisując zarówno jej degradację, jak i podkreślając wielką rolę, jaką może ona odegrać. Czy widzi Pan obecnie u artystów tendencje powrotu do pierwotnego rozumienia sztuki i piękna, może pewne zmęczenie brzydotą i pustką?

Ważne jest, byśmy umieli odczytywać znaki czasu. Obecnie w dużym stopniu literatura i sztuka zostały zaprzężone do celów politycznych, jako narzędzia manipulacji, a kto tego nie widzi, jest ślepy. Stały się elementami wielkiej gry światowej polityki, biznesu i grup interesu. Artysta nie śpiewa już sobie a muzom. Jeden z czołowych działaczy Komunistycznej Partii Włoch, Gramsci, blisko 80 lat temu powiedział, że by mieć wpływ na masy, należy się uporać z chrześcijaństwem i wyrwać z korzeniami wiarę. Dlatego jest konieczny "długi marsz" przez instytucje. Powiadał: trzeba przechwycić instytucje kształtujące dusze młodych ludzi: szkoły, uczelnie, film, muzykę, sztukę i nowe mass media - radio i telewizję. Po zdobyciu kontroli nad społeczeństwem poprzez kontrolowanie kultury przyjdzie władza nad państwem. No i właśnie to się dzieje. Zło przejmuje władzę nad państwem. Kultura stała się głównym polem walki. Do tej pory szukaliśmy w sztuce piękna, dobra, mądrości, miłości i wiary, a dziś nam się podsuwa zło, brzydotę i głupie, prymitywne wzorce. Zauważył te tendencje w 1999 r. Europejski Synod Biskupów, który stwierdził: sekularyzacja zatruwa wielką grupę chrześcijan w Europie. Istnieje ogromne ryzyko dechrystianizacji i poganizacji kontynentu.Ta dechrystianizacja to nieubłagalna walka o moralną hegemonię nad światem. Wojna o hegemonię moralną toczy się nieubłaganie”...

Z kolei Patrick J. Buchanan w książce „Śmierć Zachodu” pisze: Moralnemu pognębieniu chrześcijan służą wystawy artystyczne, których celem jest profanacja wizerunków chrześcijańskich i celowe znieważanie chrześcijańskich zasad moralnych. Przykłady; wystawa w Narodowej Fundacji dla Sztuki. "Olej Chrystusa" Andrea Serrano to fotografia wielkiego krucyfiksu zanurzonego w moczu "artysty". Robert Mapplethorpe wkręcił figurkę z wizerunkiem Maryi Dziewicy w narzędzie tortur i obok swój wizerunek z nahajem wystającym mu z odbytu. W 1999 roku w Brooklyn Museum of Art. na wystawie "Sensacje" głównym eksponatem był obraz Matki Bożej ochlapanej odchodami słonia. Katedra św. Patryka w Nowym Yorku została znieważona przez homoseksualistów, którzy wypluli konsekrowane hostie podczas niedzielnej Mszy Św. "Sztuka jest czymś, z czym można robić wszystko pozostając bezkarnym" - wyznał Andy Warhol”. Wystarczy. Moja książka staje w obronie kanonów sztuki, które niosą człowiekowi nadzieję, a nie degradację, wolność, a nie upokorzenie i podłość. Choć sama w sobie jest gorzka i miejscami boli. Zderzamy się teraz ze światem prymitywizmu, chamstwa i barbarzyństwa, a idzie o to, by światu temu się przeciwstawić. Nadzieja w młodych i odważnych.

W "Barbarzyńcach", podobnie jak w innych Pańskich powieściach, mocno zaznaczają się wątki kresowe i ich wpływ na polską kulturę i polską duszę. Czy dziedzictwo Kresów dostrzega Pan także w młodych pokoleniu, czy jest ono dla Polaków nadal żywe i kulturotwórcze?

Bez Kresów nie da się zrozumieć, kim jesteśmy i skąd się wywodzimy. Kresy nie tylko zaznaczyły się mocno w literaturze i sztuce, ale stały się wyznacznikiem dojrzałego i głębokiego rozumienia świata. Ostatnie pokolenie Kresowian odchodzi. Za piętnaście lat nikogo już z nas nie będzie. Przestaniemy więc o Kresach mówić, przekazywać ich znaki, symbole, wartości. Ale pozostaną nasi synowie, córki, wnukowie, blisko 6 milionów ludzi. Niektórzy z nich już się wzięli do roboty, tworzą własne fora internetowe, przygotowują książki, spektakle teatralne, piszą wiersze, śpiewają piosenki, toczą debaty kulturowe. To dopiero początek. Nadejdzie czas odrodzenia idei kresowych, sięgania do źródeł. Kresy staną się wielką inspiracją twórczą. Sięgną więc do Kresów pisarze, reżyserzy, artyści, kompozytorzy. Na razie polityka państwowa ogranicza te możliwości. Ale już niedługo wszystko się zmieni. Po nocy nadejdzie ranek. Nastąpi wielkie odnowienie życia twórczego, czas buntu przeciwko zakłamaniu, obłudzie i fałszowaniu historii.


Swoje dzieło ukończył Pan w ubiegłym roku. Nie pojawia się w nim jednak wątek katastrofy smoleńskiej - zapewne był to zabieg celowy. Czy planuje Pan przygotowanie kolejnej powieści, w której opisze Pan polską rzeczywistość po 10 kwietnia 2010 r.?

Powieść zakończyłem na początku 2010 r. Później już tylko dopracowywałem, szlifowałem, adiustowałem i robiłem korekty. Tragiczny wątek smoleński nie mógł się więc pojawić. Konstrukcja powieści była zamknięta. W marzeniach rysują się jednak nowe sceny. Czytelnicy do tego zachęcają. Piszą listy, pytają, co się stanie z głównymi bohaterami, powiadają, że dzięki „Barbarzyńcom” zrozumieli, w jakich kleszczach się znaleźli, poznali mechanizmy zniewalania, ale odzyskują już duchową wolność. To najpiękniejsze recenzje, jakie otrzymałem.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Agnieszka Żurek
(PCh24.pl.)


16.12.12 

O Polsce, Kresach, książkach i Paryżu rozmawia z pisarzem, kry­tykiem literackim i publicystą – Stanisławem Srokowskim – An­drzej Leja

Przez losy bohaterów opowiadam o swoim kraju, ludziach, problemach i konfliktach. Jeżeli chcemy wiedzieć coś więcej o sobie, jacy jesteśmy i do­kąd zmierzamy, sięgnijmy po tę książkę. A jeśli na dodatek lubimy grote­skę, satyrę i pamflet, czasami parodię i absurd, znajdziemy coś dla sie­bie. Jeżeli zaś zechcemy zajrzeć w głąb ludzkiej natury, być może odkry­jemy nowy, uniwersalny i ważny dla siebie świat. Bo powieść sięga też naszych dziejów.


Mam wrażenie po lekturze pańskich książek, że to przeżycia z dzieciństwa i wieku chłopięcego zdeterminowały ich tematykę. Miał pan przecież zaledwie 9 lat, gdy całą rodziną musieliście uciekać przed rzezią i ratować życie. Proszę opowiedzieć o kra­ju lat dziecinnych i o tych tragicznych chwilach też…


Byłem pełnym radości życia chłopcem. Miałem przyjaciół Polaków, Ukraiń­ców, Żydów… Od dziesięcioleci nie było w naszej tarnopolskiej wsi więk­szych konfliktów. Ludzie się szanowali, wspierali, pomagali sobie wzajem­nie, razem spędzali święta, uroczystości kościelne i świeckie. Chodziliśmy do tej samej szkoły, biblioteki i świetlicy. Graliśmy na tym samym bo­isku. Rzymscy katolicy mieli swój kościół, unici cerkiew. Chodziliśmy i do kościoła, i do cerkwi. Ziemia była piękna – cudowne krajobrazy, okolicz­ne zamki, dworki, pałace. Budziły one podziw i zachwyt, stanowiły dla dzieci wielką tajemnicę. I na moich oczach ten cały świat się rozpadł. Kie­dy w 1943 r. nadeszła najokrutniejsza fala mordów, miałem siedem lat. Pop w cerkwi oznajmił, że należy oddzielić kąkol od pszenicy. Kąkol to źli Polacy, a pszenica – dobrzy Ukraińcy. Kilka dni później Ukraińcy wykopa­li duży grób i uroczyście, w asyście popa, pochowali Polskę, wkładając do dołu polskiego orła i biało-czerwoną flagę. Wznieśli w tym miejscu kurhan ukraińskiej chwały. Natychmiast mój przyjaciel Sławko powiedział: „Ja z toboju ne budu howoryty”. I odwrócił się do mnie plecami. A na pytanie, dlaczego, odparł, że ja Lach. A on z Lachem nie będzie gadał. Sąsiedzi, Ukraińcy, zbierali się potajemnie w lasach i naradzali. Widzieliśmy jak wracali nad ranem, coraz butniejsi i hardzi. Wiedzieliśmy już, że na Woły­niu mordują Polaków. Przybywali do nas przerażeni uciekinierzy. Pojawiły się te straszne słowa: „UPA”, „Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów”, „Bandera” i „banderowcy”, które budziły trwogę. To było piekło, widmo szatana, który idzie przez świat, pali i pożera całe powiaty, wyrzyna na­szych braci i siostry, dzieci i starców, wydłubuje oczy, tnie języki i uszy, odcina kobietom piersi, mężczyznom genitalia i wyszarpuje z łon matek ludzkie płody. Najgorsze były wieczory i noce. Plątałem się między noga­mi dorosłych i nasłuchiwałem, jak banderowcy żywcem wrzucają ludzi do studni, dzieci spalają w piecu, mężczyznom odcinają głowy, piłami tną cia­ła, odrąbują ręce i nogi. Powoli zamieniałem się w wystraszone zwierzę, które kryje się w ciemnościach. Aż nadszedł październik 1943 r. Do wsi przyjechał wóz z obcymi mężczyznami. Chcieli zabrać księdza Kowalczy­ka. Ale ksiądz uciekł. Zabrali więc jego siostrzeńca, Stasia Rybickiego. Zamordowali go w pobliskim lesie. Widziałem jego ciało, bez oczu, języ­ka, z odrąbanymi genitaliami, poranione, straszne. Miał osiemnaście lat. Od tej pory już na mojej twarzy nie było uśmiechu. Dziecinny, niewinny uśmiech został zabity na zawsze. Z 17 na 18 sierpnia 1944 r. bandyci za­atakowali moją wieś. Ukryty z rodzicami w ukraińskiej stodole, słyszałem strzały, wycie psów, miauczenie kotów, ryk palących się krów, krzyki, wo­łania i szloch. Wieś palili i grabili banderowcy. O świcie zobaczyłem zglisz­cza i ruiny, sterczące kominy i spaleniska. Wsi już nie było. Dogorywała. Ze wszystkich stron gapiły się na mnie ogromne, ciężkie oczy strachu. Musieliśmy uciekać.

Rodzina Lejów (mój ojciec miał 13 lat) uciekła przed rzezią ze Stanisławowa. Ojciec nigdy nie chciał nam, dzieciom zbyt dużo opowiadać o tamtych krwawych, jak mówił, czasach. Nie był pisa­rzem, więc zabrał większość strasznych przeżyć ze sobą do gro­bu. Nigdy nie pojechał do Stanisławowa. Jakby się wciąż bał. Pan z kolei znalazł swoje katharsis w pisaniu powieści. Czy to, co się wydarzyło w roku 1943 na Kresach, już tak ciągnie się za czło­wiekiem całe życie? Czy to jest jakimś moralnym imperatywem, by dawać świadectwo? Czy jeszcze coś więcej?


Mówimy zwykle o roku 1943, kiedy zostało wymordowanych na Wołyniu ponad 60 tys. Polaków. Ale przecież Wołyń to tylko jedno z czterech, a nawet pięciu województw, na których rozciągały się zbrodnie Ukraińskiej Powstańczej Armii. Do takich samych aktów ludobójstwa dochodziło w wo­jewództwie tarnopolskim, lwowskim, stanisławowskim i lubelskim. Przera­żenie, ból i strach, jakie odcisnęły się w duszy dziecka, nigdy już w niej nie zginęły. Mogły się tylko na jakiś czas wyciszyć. Dzieci często krzyczą we śnie. Ten krzyk to straszne echo ich realnego życia. Podobny krzyk słyszą do dzisiaj rodziny Kresowian w swoich domach. To ich dziadkowie i babcie wciąż wołają o pomoc. Bo wciąż cierpią. Pisarz stoi na straży pa­mięci. Pisanie to więcej niż krzyk. To wołanie o ratunek, wzywanie pomo­cy. Wciąż to samo wołanie, że świat jest zły i dusi nas, rani, odcina gło­wy, zabija. A zobojętniali lub źli ludzie zatykają uszy i przesłaniają oczy, jakby nie chcieli widzieć i słyszeć, co się wokół nich dzieje. Literatura po­zwala lepiej zrozumieć swój czas, nasze życie, cierpienie, niedopowiedze­nia i milczenie. Wyostrza problemy i obrazy, które wymagają analizy, za­stanowienia, publicznej debaty, jak choćby zbrodnia ludobójstwa. Literatu­ra i sztuka to nie tylko kunszt, umiejętność zapisywania czy kreowania rzeczywistości, ale przede wszystkim imperatyw moralny, obowiązek wo­bec własnej wspólnoty. Obowiązek ukazywania prawdy, rozliczania się z samym sobą i swoją epoką. Nie można bowiem obojętnie przejść wobec dwustu a może nawet pięciuset tysięcy wymordowanych braci i sióstr. Nie można zapomnieć, czym był ukraiński faszyzm, ideologia terroru i zbrod­ni, której ofiarami padli niewinni ludzie, dzieci, kobiety, starcy, zakonni­cy, ministranci, kapłani. A dziś ich oprawcom, największym ukraińskim zbrodniarzom, Banderze, Szuchewyczowi, Kłaczkiwskiemu i Łebediowi ide­ologiczni następcy stawiają w Kijowie, Lwowie, Stanisławowie i Tarnopolu pomniki. Jesteśmy świadkami odradzania się na Ukrainie tych samych fa­szystowskich haseł, jakie głosiła Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów. Pisarz musi mieć na takie zjawiska uczulone ucho i oko. Nikt nie zwolnił twórcy z głoszenia prawdy.

Dlatego opowiada pan o tych okrucieństwach?


Jeden z najgorliwszych wykonawców rozkazów OUN/UPA, Dmytro Kłacz­kiwski, mówił: „Do listopada 1944 r. wyrżnąć Polaków od 16 roku życia, spalić wsie, domy, drzewa”… A jego pobratymiec Roman Szuchewycz do­powiadał: „Nie trzeba bać się, że ludzie zaczną nas przeklinać za okru­cieństwa. Niech spośród 40-milionowej ludności pozostanie połowa – nic strasznego w tym nie ma”. Popularna zaś wtedy pieśń UPA głosiła: „Zdo­bywaj, zdobywaj sławę!/Wykosimy wszystkich Lachów po Warszawę!/Zdo­bywaj, zdobywaj siłę!/Wyrżniemy wszystkich Lachów do mogiły!” Nie mi­nęło 70 lat, a ich spadkobiercy, partia „Swoboda”, która dopiero co we­szła do ukraińskiego parlamentu, organizuje faszystowskie marsze w wie­lu miastach i nawołuje do agresji i terroru. Jeden z takich marszy, z oka­zji 68 rocznicy utworzenia 14 Dywizji SS Galizien, odbył się 28.04.2011 r. we Lwowie. Radny tej partii, Mychalczyszyn, wołał na wiecu: „To są nasi bohaterowie – SS Galizien – z których jesteśmy dumni, ich dzieło będzie­my kontynuować”. A ich dziełem, owej Dywizji SS Galizien, w której słu­żyli głównie Ukraińcy, był m.​in. straszliwy mord dokonany na Hucie Pie­niackiej, w trakcie którego zostało żywcem spalonych w stodołach ok. 1000 mieszkańców. Czyżby więc Ukraińcy zamierzali i dziś kontynuować ich dzieło? Na kim? Na Polakach? A polski rząd, premier, prezydent, parla­ment, minister spraw zagranicznych milczą. Nie rażą ich hasła: „Smert La­chom”, „SS Galizien – dywizja bohaterów Ukrainy”. „Bandera przyjdzie – zaprowadzi porządek!”. Jaki porządek? – pytam. Do kogo przyjdzie? Ko­go tym razem wymorduje?
Wobec takich faktów nie można milczeć. A tymczasem polski Sejm nie może ustanowić 11 lipca Dniem Pamięci i Męczeństwa Kresowian. Już kil­kakrotne próby nie powiodły się. Czy suwerenne i niezależne państwo może się tak bez godności zachowywać? A skoro się tak zachowuje, ozna­cza jedno, że ulega czyimś naciskom, a więc nie jest suwerenne. W imię fałszywych doraźnych interesów politycznych zapomina o własnym naro­dzie. Na szczęście środowiska kresowe o tym pamiętają. Ale to za mało. Powinniśmy pamiętać wszyscy. Bo to tragiczne dziedzictwo, z którym mu­simy się zmierzyć i uporać. Literatura i sztuka mogą nam w tym tylko po­móc. I dlatego nie mogą milczeć. Więc piszę, ostrzegam, wołam. Może ktoś usłyszy.

Czy nie można by tak oderwać się od kraju lat dziecinnych i… za­pomnieć?


Nie można się oderwać od własnych korzeni. Duchy pomordowanych wciąż nas nawiedzają. Przerażenie, strach i gorycz były tak wielkie, że do dzisiaj zamykają wielu ludziom usta. Wielu z nas musiało się leczyć w szpitalach psychiatrycznych. Wielu popełniło samobójstwa. A wielu żyje w straszliwym rozdarciu między czasem współczesnym a minioną epoką. Lu­dobójstwo przyczyniło się do niewyobrażalnych cierpień, pozostawiło po sobie głębokie rany moralne i psychiczne, które trwają po dziś dzień i trwać będą przez długie lata, idąc przez pokolenia, ponieważ państwa i rządy, polski i ukraiński, niewiele robią, by rany te uleczyć. A świat mil­czy. Lekceważenie najokrutniejszego doświadczenia, jakiego doznało mo­je pokolenie, zapominanie i świadoma ucieczka od pamięci to nic innego, tylko przyzwolenie na nowe zbrodnie.

Na ogół tak jest, że autor przywiązuje się do wszystkich swoich książek, ale gdyby musiał pan wybrać tę jedną jedyną, najważ­niejszą, to która by to była? Cała trylogia kresowa? Czy może tylko ślepcy idą do nieba?


Z cyklu powieści kresowych najpełniejszy obraz przedwojennej i wojen­nej Rzeczypospolitej w Małopolsce Wschodniej przedstawia trylogia: „Ukraiński kochanek”, „Zdrada” i „Ślepcy idą do nieba”. To szeroka pano­rama spraw i problemów Polaków i innych narodów zamieszkujących ów­czesne Podole i Pokucie. Także „Duchy dzieciństwa” o tym mówią. Z du­żym zainteresowaniem przyjęty został również zbiór opowiadań „Niena­wiść”. Spośród zaś innej tematyki bliska jest mi powieść „Lęk”, która zdo­była uznanie młodego pokolenia. To opis przeżyć współczesnej dziewczy­ny, która nie radzi sobie z własnym życiem.

Jest pan również publicystą i opowiedział się pan wyraźnie po stronie patriotów i moherów. Czy tylko ze względu na świat war­tości, który stoi po tej właśnie stronie współczesnego sporu, czy jest jeszcze coś, co o tym wyborze zadecydowało?

Wychowałem się w rodzinie ludzi prostych, uczciwych i przyzwoitych. Mia­łem wspaniałych rodziców i dziadków, głęboko wierzących, którzy uczyli mnie zasad jasnych i klarownych. Staram się postępować tak, jak oni, zgodnie z normami, w których mnie kształtowali. Dziadkowie byli też szczególnie uwrażliwieni na sztukę i język, wieczorami czytali mi książki, śpiewali, rzeźbili świątki i grali na wielu instrumentach, nakierowywali więc mój umysł na piękno i kunszt twórczy, pokazując jak siebie wyrażać i opowiadać prawdę o naszym życiu. Pokazywali, czym jest dobro i zło. I uczyli, jak stawać po stronie upokarzanych, słabych i poniżanych. Oto ca­ła filozofia. Z niej się wywodzi moja twórczość i postawa w życiu publicz­nym.

Skoro o pańskiej publicystyce mowa, to nie uciekniemy od pyta­nia o „Warszawską Gazetę”. Jaką rolę pełni na rynku wolnej pra­sy nasz tygodnik?

„Warszawska Gazeta” nieustannie rozwija się, wpisując się w scenariusz pism wolnych i niezależnych. Staje się ważnym ośrodkiem opiniotwór­czym. Więcej poświęcałbym tylko w niej miejsca młodemu pokoleniu, za­praszałbym do współpracy studentów i licealistów, urządzałbym dyskusje redakcyjne, debaty publiczne i promocję młodzieżowych ruchów społecz­nych, które nie godzą się na cynizm i fałsz rządzącej nami kamaryli, sło­wem – wzmacniałbym w młodym pokoleniu nurt przemian i dążeń wolno­ściowych. No i znacznie więcej poświęcałbym miejsca kulturze, wszakże to kultura buduje naszą tożsamość.

Czy jako były aktywny działacz Solidarności i jej założyciel w re­dakcji „Wiadomości” oraz doradca NSZZ Solidarność RI nie ma pan poczucia, że nasze ideały z tamtych lat zostały w dużej mie­rze zaprzepaszczone i dziś jesteśmy znowu w punkcie wyjścia, gdy idzie o poczucie sprawiedliwości i uczciwości w życiu publicz­nym? Czy to jakieś fatum, że w Polsce zło ma się świetnie zarów­no w komunizmie, jak i w kraju udającym demokrację?

W tzw. realnym socjalizmie sprawa była dla mnie jasna jak słońce; mieli­śmy zły, niewolniczy system i marzyliśmy o wolności. „Solidarność”, jako wielki, 10-milionowy ruch społeczno-polityczny, stała się ogromną szansą dla poważnych i głębokich zmian. Niestety, szybko przechwycona przez służby specjalne i cynicznych doradców, którzy bardziej pilnowali własne­go interesu niż dobra Rzeczypospolitej, nie dźwignęła ciężaru, jaki na nią spadł i poszła na usługi obcym, układając się przy okrągłym stole z komu­nistami. Byłem przeciwnikiem tego układu. Prowadziłem w podziemiu dla „Solidarności Walczącej” punkt kolportażowy i uważałem, że w złym kie­runku toczą się dzieje. Dziś znowu tracimy niepodległość. I tylko ślepcy tego nie widzą. Każdy rok ogranicza nasze wolności. Idee kołchozowe za­chodzą nas od tyłu i pod pozorem europejskich wartości ograbiają nas z podstawowych praw obywatelskich. Opozycję premier chce wyrzucić z kraju. Dla mediów niezależnych pole marginesu nieustannie się kurczy. Radio „Maryja” i Telewizja „Trwam” są prześladowane. Niezależnych dziennikarzy wyrzuca się z radia, telewizji i gazet. Odbiera się im miejsca pracy. Zagarnia się całe redakcje. Nawet kazania w kościele rząd chce cenzurować. I to nie żaden przypadek. To długofalowy, celowy plan. By ograniczyć i zniszczyć swobodne poglądy i wolną myśl. To powolna likwi­dacja polskości. Jeśli naród się nie obudzi i nie powstanie, pętla będzie się zaciskać coraz bardziej.

Jak się Panu układało życie w rzekomo wolnej już Polsce?

Ciężko i trudno. To chore państwo, zbudowane na złych fundamentach. Przez kilka lat byłem bezrobotny. Do lekarza specjalisty całymi miesiąca­mi nie mogłem się dostać. Na operację zaćmy czekałem cztery lata. Gdy napisałem książkę o zbrodniach ludobójstwa na Kresach, dziesięciu wy­dawców bało się ją opublikować. Bo i po co naruszać dobre stosunki z Ukrainą, tłumaczyli mi. Albo kogo interesują rzezie dokonywane na Pola­kach. Książka się w końcu ukazała i nawet została przez kapitułę Mackie­wicza wyróżniona („Nienawiść”), ale trzy uniwersytety i kilka bibliotek zre­zygnowało z wcześniej ustalonych spotkań autorskich lub wykładów po­święconych problematyce kresowej, ponieważ obcy ambasador albo wła­dze wyższe na to nie pozwoliły. I to na ma być suwerenny kraj? Wolna Polska? Podobnie było, gdy chciałem w latach 80-tych wydać powieść „Wypędzeni”, a ambasador sowiecki Aristow ingerował, by jej nie wyda­wać, ponieważ uderza w ZSRR. Ostatecznie się ukazała u progu przemian pod niewłaściwym tytułem „Repatrianci”. Dziś też ambasadorzy obcych państw ingerują u nas w sprawy kultury i nie tylko kultury.

No, ale pan się nie poddaje. Niebawem ukaże się pana nowa po­wieść. Kiedy dokładnie wejdzie na rynek? Wiem, że już wzbudza duże emocje. Sam tytuł:
„Barbarzyńcy u bram” intryguje. Gdzie ją będzie można kupić?

„Barbarzyńcy u bram” ukażą się na dniach. Mam nadzieję, że powieść można będzie nabyć w księgarniach całego kraju, także w internetowych. Chyba że jakiś księgarz się przestraszy.

Mierzy się pan z tematem najtrudniejszym dla pisarza, ze współ­czesnością? Dlaczego dał pan taki tytuł?

Żyjemy w dramatycznym i przełomowym dla Rzeczypospolitej czasie. Po łacinie nazywa się to in statu nascendi. Czyli w trakcie rodzenia się, sta­wania się nowej rzeczywistości. Niby formalnie jesteśmy jeszcze wolnym i suwerennym państwem, ale w istocie rzeczy przestaliśmy już nim być. Właśnie akt zniewalania trwa. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż jako naród idziemy ku zagładzie. Nie przez miecz, siekierę i karabin maszynowy, ale przez likwidację języka, oświaty, kultury, rodzimego pra­wa, przez przemoc finansową i gospodarczą. Ci, co śledzą dokładnie kuli­sy zdarzeń, wiedzą doskonale, że pozbawia się nas, Polaków, naszej toż­samości, niszczy się naszą religię, tradycję, obyczaje, amputuje się pa­mięć i historię, systematycznie i coraz szybciej, kawałek po kawałku eli­minuje się kolejne znamiona polskości. I to wszystko dzieje się przy na­szym współudziale. Robi się z nas niewolników obcych idei, kalekich wizji i chorych wyobrażeń. I my się temu, świadomie lub nieświadomie, podda­jemy. Oczywiście, nie wszyscy, ale ci, którzy się buntują, są spychani na boczny tor. A lemingów i pożytecznych idiotów nie brakuje. To są fakty. Próbowałem w powieści uchwycić właśnie ów moment dziejowej przemia­ny, przeobrażeń kulturowych, mentalności, języka, logiki, psychiki spo­łecznej, narodowych cech, uchwycić ów czas erozji politycznej, w trakcie której pozbywamy się sami z siebie swojej tożsamości. Niby ślepe stwo­rzenia idziemy na rzeź. „Barbarzyńcy u bram” to taka diagnoza, wykrzy­wione lustro, w którym zobaczymy swoją karykaturalną twarz i jej nie po­znamy, bo to już nie jest nasza twarz, tylko jakieś obrzydliwe monstrum, które samo siebie nie potrafi zdefiniować. Zostaliśmy uformowani z fałszy­wej materii, pozbawieni siły woli i twórczych mocy. Tylko nowe pokolenie może jeszcze zahamować i odwrócić te procesy. Czy jednak stanie na wy­sokości zadania? Czy starczy mu samodzielności, wytrwałości i energii? Czy też zawładną nim fałszywi doradcy i nie poderwie się do walki? A ty­tuł mojej powieści wskazuje na charakter tych przeobrażeń. Idą one ku degradacji, zdziczeniu, czyli ku barbarzyństwu.

Jak pan zachęci czytelników „Warszawskiej Gazety” do kupna i przeczytania „Barbarzyńców u bram”?

Przez losy bohaterów opowiadam o swoim kraju, ludziach, problemach i konfliktach. Jeżeli chcemy wiedzieć coś więcej o sobie, jacy jesteśmy i do­kąd zmierzamy, sięgnijmy po tę książkę. A jeśli na dodatek lubimy grote­skę, satyrę i pamflet, czasami parodię i absurd, znajdziemy coś dla sie­bie. Jeżeli zaś zechcemy zajrzeć w głąb ludzkiej natury, być może odkry­jemy nowy, uniwersalny i ważny dla siebie świat. Bo powieść sięga też na­szych dziejów.

Na koniec jeszcze pytanie o konferencję naukową na temat Kre­sów w Paryżu, o które wspomniałem w swoich zapiskach. Proszę opowiedzieć, jak tam było.

Do Kresów w naszym kraju przyznaje się blisko 6 milionów Polaków. A ponad kilkaset tysięcy Kresowian mieszka za granicą. Niedawno zostałem zaproszony przez czytelników moich powieści do Kanady, przez blisko miesiąc spotykałem się z nimi w London, Toronto i Montrealu i innych miejscowościach. To było wspaniałe przeżycie, pełne sale słuchaczy i ogromne zainteresowanie problematyką historyczną. Natomiast pod ko­niec listopada miałem promocję trylogii kresowej na konferencji popular­nonaukowej w „Seminarium Polskim” w Paryżu, gdzie obok prof. Lucyny Kulińskiej z Krakowa wygłosiłem referat o męczeństwie na Kresach w cza­sie wojny polskich księży. Zaskoczyła mnie wielogodzinna, żywa debata, na którą przybyli uczestnicy z wielu stron Francji. Głównym organizato­rem było paryskie Stowarzyszenie „Kresy”, które od lat prężnie działa w tym mieście. Polonia francuska z zainteresowaniem śledzi nasze życie pu­bliczne i wspomaga nas w ujawnianiu polskich problemów.

Dziękuję w imieniu czytelników Warszawskiej Gazety za dobrą rozmowę, panie Stanisławie. Nie mam wątpliwości, że może być ona znakomitą lek­cją tragicznej historii Kresów. Mam równocześnie pewność, że czytelnicy naszego tygodnika chętnie sięgną po pańską najnowszą powieść, by skon­frontować swoją ocenę polskiej współczesności z wizją literacką znanego i poczytnego pisarza…




20.05.1

 

 

  

STRAŻNIK PAMIĘCI NARODOWEJ 

 (wywiad ze Stanisławem Srokowskim, "Goniec", Kanada) 

 

1. Krytycy nazywają Pana "strażnikiem pamięci",  czy pańskie książki, to tylko zapis faktów  i zdarzeń, czy dużo jest w nich fikcji i autorskiej wyobraźni?

 Powieści i zbiory moich opowiadań należą  do literatury pięknej. Rządzą więc  nimi te same prawa, co wszystkimi innymi utworami tego gatunku. Realne fakty, konkretne wydarzenia,  postaci i historie włączone są do fabuły i gry wyobraźni, jako składniki konstrukcyjne dzieła literackiego.  Inaczej mówiąc, powieści z cyklu kresowego głęboko  są zakorzenione  w realnym czasie historycznym, a równocześnie niesione,  jeśli można tak powiedzieć, przez   narrację, w której autorska fantazja  i postawa moralna nadają im określone znaczenia.   Akcja  toczy się  w zasadzie w latach 1935-1945 i obejmuje najważniejsze,  najbardziej newralgiczne i dramatyczne momenty polskiej i w dużej części europejskiej historii, przedwojenny  terror  Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, II wojnę światową, a więc napaść Niemców i Sowietów na Polskę, mordy UPA na Polakach, Żydach, Czechach, Ormianach i samych Ukraińcach, obronę Lwowa, walki o Stanisławów, życie w małych kresowych miasteczkach, takich jak np.. Kołomyja, Buczach, Drohobycz, życie na wsi,   heroiczne działania  Armii Krajowej, losy polskiej młodzieży, zachowania i działania kościołów, duchownych, polskiej inteligencji, budowanie podziemnego państwa polskiego, itp., itd. A równocześnie widzimy opisy zmagań, po części fikcyjnych, po części autentycznych, wziętych ze świata realnego,   indywidualnych bohaterów . A więc wielka panorama historyczna i  w niej zanurzone konkretne, jednostkowe  przypadki i  powikłane biografie.  Można śmiało powiedzieć, że ze względu na terytorium  opisuję  zbiorową historię Polaków i innych nacji zamieszkałych w  II RP  na ogromnym obszarze, niemal całych polskich Kresów,  zaczynając od województwa stanisławowskiego, a konkretnie od Kołomyi i idąc przez województwa lwowskie, tarnopolskie, wołyńskie docieram aż do województwa wileńskiego i żywo reaguję na tamtejsze wydarzenia. W takim sensie  stoję na gruncie pamięci narodowej i nie dziwię się tym krytykom, którzy  nazywają mnie strażnikiem tej pamięci, bowiem istotnie  przybliżam  moją postawą i sposobem  przedstawiania  te wielkie wartości kulturowe, religijne, twórcze, historyczne,  które wysoko cenię i bez których trudno byłoby nam, Polakom, zrozumieć naszą współczesność . Pamięć jest podstawową kategorią poznawczą, w której prawda poszukuje sama siebie, istoty życia i swoich rozlicznych odbić,  stając się niezbywalną wartością każdego  indywidualnego ludzkiego losu i życiodajną tkanką każdego narodu. Narody, które zapominają o swoich dziejach,  ślepną, głuchną i giną, ponieważ nie potrafią się identyfikować z własną historią i nie są w stanie obronić własnej egzystencji, jako życia w godności i harmonii ze światem. Pamięć jest więc  oddechem, który przywraca życie. Bez pamięci wszystko umiera, a my tracimy rozeznanie, kim jesteśmy, skąd się wywodzimy  i ku czemu zmierzamy.   

 

2. Niedługo spotkamy się z Panem w Kanadzie - będzie można poznać autora wielu książek, ale szczególnie interesujące wydają się trzy ostatnie: "Ukraiński kochanek", Zdrada" i "Ślepcy idą do nieba" - ze względu na kresową tematykę. Skąd u Pana taki krąg zainteresowań?

 

Sam pochodzę z Kresów, z województwa tarnopolskiego, powiatu Podhajce, z dużej, z wielką patriotyczną tradycją wsi, Hnilcze. Znam więc Kresy od podszewki, tam spędziłem dzieciństwo, poznałem najpiękniejsze uroki tej ziemi, wspaniałe krajobrazy, rzeki, lasy,  wzgórza, bujną, życiodajną przyrodę, okoliczne pałace i zamki. Mieliśmy szkołę powszechną, do której chodzili Polacy, Ukraińcy  i Żydzi, mieliśmy dom ludowy,  bibliotekę, straż pożarną, drużynę „Strzelca”, kościół, cerkiew, bożnicę żydowską, 10 sklepów, polskich, żydowskich i ukraińskich. Wieś sięgała swoją historią  XIV wieku. Dwieście lat później, w XVI w., spotykamy w zapiskach pierwsze ślady rodowe Srokowskich, czyli moi przodkowie zamieszkiwali te ziemie już od dawna. Obaj dziadkowie, Ignacy i Piotr byli ludowymi artystami, dziadek Ignacy rzeźbił, a dziadek Piotr grał na kilku instrumentach, i naturalnie, obaj oprowadzali mnie po tych tajemniczych krainach sztuki. Opisałem ich zresztą w zbiorze opowiadań wyróżnionych nagrodą Mackiewcza, „Nienawiść”. Do wsi przyjeżdżał  ze Lwowa do swoich krewnych jeden z największych polskich matematyków, Stefan Banach, który spotykał się z mieszkańcami i informował  o niezwykłych odkryciach nauki. Często słuchałem opowieści studentów, którzy do nas przybywali.   Mieliśmy chór i zespoły taneczne. Przyjaźniłem się z dziećmi żydowskimi i ukraińskimi, poznawałem też ich języki, a oni mówili również po polsku.  Dziadkowie zabierali mnie często na do miasta, Halicza, Stanisławowa, albo do Podhajec i obserwowałem życie miejskie. Nic dziwnego, że z biegiem lat, gdy zacząłem pisać książki,  tamten świat powrócił, wraz z całym duchowym  bogactwem piękna,  ale i  obrazami okrutnymi i przerażającymi. Poczęły się pojawiać postaci z mojej wsi, znane z autopsji, wzięte również z opowieści dziadków, babć, wujków, stryków i wiejskich mędrców.  Pamiętam czarodziejski klimat bajań nocnych, legend i mitów z tamtej ziemi, pełnej duchów, magicznych postaci i zwidów. Ale pamiętam też mord mojej wsi.  Tamten cały świat przeniknął więc  do moich książek, wzbogaconych naturalnie o pierwiastek fikcyjny, fantazjotwórczy.      

 

3. Przeglądając materiały z Pana spotkań z czytelnikami, dominują na nich odniesienia historyczne, "szokujące obrazy dzikiego okrucieństwa" - jak określił to jeden z recenzentów. Czy nie obawia się Pan, że trudna sąsiedzka przeszłość Polaków i Ukraińców, będzie głównym tematem spotkań z kanadyjską Polonią, nie pozostawiając już miejsca na literacką materię kresowej trylogii?

 

Nie wiem, jak będą przebiegały spotkania w Kanadzie, nigdy w Kanadzie  nie byłem, ale wydaje mi się, że ludzie na całym świecie ciekawi są prawdy, szukają wiedzy o samych sobie, chcą wiedzieć,  jak wyglądało niegdysiejsze życie, jakie panowały obyczaje, o czym ludzie myśleli, czego pragnęli, jak przeżywali trudne chwile, a więc i dramaty, tragedie, rzezie, konflikty,  straszliwe zbrodnie, bo ludzie konfrontują własny los z historiami opisywanych bohaterów, mają do tego prawo i oczekują od pisarza pogłębionej wiedzy o źródłach zła, jak w przypadku ludobójstwa dokonanego przez  UPA na Kresach.  Z  pewnością spotkam się z pytaniami zarówno o swoją kresową biografię jak i biografię twórczą. Jednych to interesuje, drugich coś innego. Książka jest bytem złożonym, wielopiętrowym, przynosi nam historie, zdarzenia, legendy, ale też kunszt pisarski, styl, język, strukturę, narrację, metaforykę, symbolikę,  akcję, estetykę, słowem bardzo  wiele różnych rzeczy. I o każdej z nich jestem gotów rozmawiać. Każde pytanie jest sygnałem, iż istnieje lub rodzi się jakiś lęk, niepewność, wątpliwość, problem, ale czasami ciekawość, zdumienie, strach,  a może i zachwyt. Należy rozmawiać o wszystkim, trzeba szukać prawdy, nie unikać skomplikowanych i trudnych spraw, bo przemilczanie albo kłamstwa wywołują tylko złe emocje, budzą do życia demony. Nawet najboleśniejsza prawda pomoże nam, ludziom, w ostateczności dojść do jakieś równowagi i zrozumieć  siebie wzajemnie. Natomiast kłamstwa niszczą wiarę w lepszy świat i sens ludzkiej egzystencji.        

 

4. Historia Kresów, to nie tylko czas ostatniej wojny i krwawych prześladowań Polaków mieszkających na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej. Pan pochodzi z tamtych stron - co Pan czuje, gdy pada słowo "Kresy"?

 

Gdy słyszę słowo „Kresy”, natychmiast budzi się moja ciekawość, otwieram się i widzę przed oczami wyobraźni, mówiąc biblijnymi słowami, krainę mlekiem i miodem płynącą. Zdrowe, przyjemne ukłucie serca, radość, że ktoś jeszcze tym żyje, bo od Kresów nie można uciec. Wiedzą o tym wszyscy wrażliwi, czujący i myślący ludzie.  Istotnie, tragedie wypłynęły z całą ostrością w czasie II wojny światowej, ale one nie mogą przesłonić Kresów, jako wielkiego dziedzictwa historii, miejsca oświeconego, które można jedynie porównać do starożytnej Grecji, gdzie w okolicach V w. przed naszą erą, narodzili się, albo mieszkali i tworzyli najwięksi uczeni, artyści pióra i filozofowie antycznego  świata: Sokrates, Platon, Sofokles, Ajschylos, Eurypides, Arystofanes, Fidiasz, Arystoteles, Ezop, Safona…  Żaden inny skrawek polskiej ziemi tak nie obrodził talentami jak właśnie Kresy. Jest coś takiego jak duch czasu i duch miejsca. Duch miejsca, czyli genius loci, dotyczy zarówno wielkiej Hellady jak i wielkich polskich Kresów. Tutaj od zarania polskiej historii rodzili się lub czerpali motywy twórcze tacy poeci, pisarze, kompozytorzy, aktorzy, dramaturdzy jak  Mikołaj Rej, Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Aleksander Fredro, Stanisław Moniuszko, Eliza Orzeszkowa, Henryk Sienkiewicz, Leopold Staff, Kornel Makuszyński, Józef Konrad Korzeniowski, Jan Parandowski, Stanisław Lem, Melchior Wańkowicz, Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert, Tadeusz Łomnicki, Andrzej Hiolski, Karol Szymanowski,  Ignacy Paderewski, można by wymieniać dziesiątki i setki kolejnych wielkich nazwisk. To oni, pisarze, artyści, twórcy budowali naszą tożsamość narodową. A przecież oni gdzieś się uczyli, studiowali. Dlatego trzeba wspomnieć o kresowym szkolnictwie, uniwersytetach, muzeach, galeriach, stowarzyszeniach, życiu intelektualnym i   naukowym. Najsłynniejsza w II RP Lwowska Szkoła Matematyczna, na czele której stał wspomniany już prof. Stefan Banach, dała fundamenty teoretyczne pod rozwój cybernetyki, elektroniki i powstania takich urządzeń cywilizacyjnych jak telewizor, komórka czy komputer. Kresowe uniwersytety Jana Kazimierza we Lwowie i Batorego w Wilnie stanowiły chlubę polskiej nauki w Europie. Polskie harcerstwo rodziło się we Lwowie, największy polski trener piłki nożnej też wywodzi się ze Lwowa, a kosmonauta, Hermaszewski, to syn ziemi wołyńskiej.  Oni wszyscy i setki innych, np. politycy( Rejtan, Jan II Sobieski,  Kościuszko, Piłsudski, Anders, …) przez ponad sześć wieków budowali polską tożsamość. A bez tożsamości nie jesteśmy w stanie nic zrozumieć z naszych dziejów.      

 

5. W jednym z wywiadów stwierdził Pan: "My Kresowianie nie mamy pretensji do narodu ukraińskiego". Może Pan rozwinąć tę myśl? Kto ponosi zatem winę za zbrodnie popełnione na Kresach?

 

Za zbrodnie popełnione na Polakach w czasie akcji ludobójczej na Kresach winę ponoszą formacje polityczne i wojskowe, które przyjęły jako zasadę działania ideologię faszystowsko-nazistowską, takie jak OUN i UPA oraz ich przywódcy - Stepan Bandera, Kłaczkiwskyj, Łebied’, czy Szuchewycz, a  także  inni przywódcy związani z  tymi formacjami, współpracującymi z Niemcami. Teoretyczne podstawy prowadzące do zbrodni na Kresach budował Dmytro Doncow w swojej książce „Nacjonalizm”, a także autorzy osobliwego dziełka, zwanego Dekalogiem Ukraińskiego Nacjonalisty, którzy w punkcie siódmym i ósmym zachęcali:  „ Nie zawahasz się spełnić największej zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy”. „Nienawiścią oraz podstępem będziesz przyjmował wrogów Twego Narodu”. To ich uważamy za zbrodniarzy i winnych akcji ludobójczych, w trakcie których zginęło ok. 200 tyś. Polaków, wielu Czechów, Rosjan,  Ormian, Cyganów, ale też samych Ukraińców, nie zgadzających się na rzezie i mordy swoich polskich sąsiadów.  To przywódcy OUN i UPA   są winni tych zbrodni, a nie naród ukraiński, z którym powinniśmy układać swoje stosunki na zasadach wzajemnego poszanowania, przy równoczesnym ukazywaniu prawdy tamtego czasu.

 

6. W Kanadzie mieszka spora grupa Ukraińców - część z nich nadal wyznaje idee Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Stefana Bandery, który został odznaczony tytułem "Bohatera Ukrainy". Czy przewiduje Pan spotkanie z tymi ludźmi?

 

O książkach rozmawiam z czytelnikami, którzy je czytają lub mają ochotę przeczytać. Narodowość nie ma tu żadnego znaczenia. W Polsce moje książki czytają różni ludzie, bez względu na pochodzenie, Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Tatarzy… Żydzi przetłumaczyli na hebrajski zbiór moich opowiadań „Nienawiść”. Teraz robią to Niemcy i Rosjanie.  Otrzymuję od czytelników  listy, dyskutujemy o literaturze, historii i życiu. Spieramy się, bronimy swoich racji. I tak być powinno.  Nie wiem, czy  w Kanadzie Ukraińcy czytają moje książki. Jak do tej pory nie otrzymałem zaproszenia na spotkanie. 

 

7. Przez wiele lat mieszkał w Mississaudze zmarły w 2008 roku kanadyjski politolog ukraińskiego pochodzenia, wielki przyjaciel Polski, Wiktor Poliszczuk. Czy znany jest Panu jego dorobek?

 

Tak, znam książki Poliszczuka i bardzo je cenię. To rzetelny, odpowiedzialny i uczciwy badacz historii. Szczególnie przejmująca jest jego „Gorzka prawda”. Dzięki niemu wielu Ukraińców, ale też Polaków,  poznaje fakty, dokumenty, procesy historyczne zachodzące przed wojną i w trakcie wojny. Dzięki takim ludziom jak Poliszczuk prawda odsłania swoje prawdziwe, tragiczne oblicze. 

 

 

8. Pana powieść "Ślepcy idą do nieba" ukazuje świat zbrodni na ziemi wołyńskiej, tarnopolskiej, stanisławowskiej i lwowskiej. Mój ojciec pochodził z tamtych stron, z Włodzimierza Wołyńskiego - Ukraińcy zbili na jego oczach część rodziny. Te tragiczne chwile tkwiły w nim do końca życia. Pana dzieciństwo było równie traumatyczne. Czy napisanie ostatniej powieści będzie końcem cyklu o tamtych wydarzeniach?

 

„Ślepcy idą do nieba” wieńczą dziesięcioletnią pracę literacką. Trylogia kresowa to wielka panorama wydarzeń, które miały miejsce na Kresach, zarówno wydarzeń  tragicznych, jak i pogodnych, a nawet szczęśliwych.  Jeżeli ktoś chce wiedzieć, jak wyglądało wtedy życie, jakie panowały obyczaje, jak się toczyła wojna w oczach moich bohaterów, jak się żyło w konspiracji, o czym ludzie myśleli, co czuli, jak działali i ku czemu zmierzali, to z pewnością spotka się z odpowiedzią na te pytania. Zobaczy Polaków, Ukraińców, Bojków,  Żydów, Litwinów, Rosjan, Niemców, Ormian, Serbów, Cyganów i przedstawicieli innych nacji, bo Kresy to blisko 30 narodów w jednym państwie, a każdy ze swoją kulturą, tradycją, językiem, rytuałami, wierzeniami i symbolami. Jedną z głównych  bohaterek pierwszego tomu „Ukraiński kochanek”, poznałem dziesięć lat temu w Kołomyi. To była Polka, która wyszła za mąż za Bojka. I ona mi właśnie opowiedziała dzieje swojego niezwykle skomplikowanego życia. Do jej historii dodałem wiele innych autentycznych postaci, ale ma też w powieści swoje prawo świat fikcji, postaci wymyślone, które towarzyszą realnym. Nieraz tak się zdarza, że  na jedną postać literacką składają się dwie albo trzy postaci autentyczne, które spotkałem osobiście, lub o których mi ktoś  opowiadał. W każdym razie trylogia zamyka panoramę dziesięcioletniej historii Kresów i okolic. Obecnie kończę pracę nad powieścią współczesną. Będzie to obraz Polski z jej powikłaniami, mitami i deformacjami. Ale duch Kresów mnie nie opuszcza.   

 

 

 

 - Dziekuje za rozmowe.

 

 

 DOTYKAM BOLESNEJ PRAWDY

 

( Ze Stanisławem Srokowskim rozmawiał Robert Migdał, „Polska The Times, Gazeta Wrocławska”, 7.10.2011, zakreślone na czerwono fragmenty się nie ukazały)

1 - „Ślepcy idą do nieba”... Przerażająca ta Pana książka, już od pierwszych stron trup ścieli się gęsto, zgliszcza...

To powieść  o dramacie ludzi zagubionych w świecie zbrodni. Rzecz dzieje się na ziemi wołyńskiej, tarnopolskiej, lwowskiej i stanisławowskiej. Tam doszło do straszliwego ludobójstwa dokonanego na Polakach przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię. OUN i UPA mordowały też Żydów, Ormian, Czechów i samych Ukraińców, którzy sprzeciwiali się terrorowi. Ukraińscy nacjonaliści  wymordowali ok. 200 tyś. Polaków.  Żeby jednak zrozumieć cały koszmar tego dramatu, trzeba wiedzieć, że przez sześć wieków na tej ziemi wspólnie żyli i gospodarzyli Polacy, Rusini - Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Czesi, Węgrzy, Austriacy, Niemcy… blisko 30 nacji,  wiele  języków, kultur, obyczajów, religii. Lwów stał się jednym z centrów nauki i kultury europejskiej. Tworzyli lub czerpali motywy z tej ziemi najwięksi polscy pisarze, Mickiewicz, Słowacki, Fredro, Sienkiewicz,  Leśmian,  Conrad - Korzeniowski, Mackiewicz, Parandowski, Wańkowicz, Schulz, Makuszyński, Miłosz, Konwicki, Herbert... Słynna była lwowska szkoła matematyczna o znaczeniu europejskim z wybitnymi profesorami: Banachem, Ulamem i Steinhausem… Moja powieść próbuje się zmierzyć z tą wielością światów i pokazuje jak okrutna zbrodnia  niszczy wielopokoleniową tradycję, a śmierć rozrywa na strzępy przyjaźnie, miłości, zaufanie i wierność. To powieść o zagładzie sumienia i krzyk rozpaczy nad pełną bólu historią.

 2 - Tragiczne wydarzenia wojenne z Pana rodzinnych stron siedzą w Panu bardzo głęboko?

Byłem świadkiem tej katastrofy.  Zbrodnia okaleczyła miliony ludzi. Gdy płonął mój dom, siedziałem wystraszony w stodole zaprzyjaźnionej Ukrainki, Olgi Misiurak i widziałem przez szczelinę morderców,  słyszałem krzyki, wycie i jęki ofiar;  później widziałem wiele spalonych wsi, płonących ludzi, dzieci z wydłubanymi oczami, dogorywające zwierzęta, trupy porozrzucane po podwórkach.

3 – Zna Pan  te wydarzenia tylko z własnego doświadczenia czy też z opowieści rodziny, przyjaciół?

 Ci, co ocaleli, opowiadali o zagładzie całych rodzin.  Mordy śniły im się po nocach, nieraz  dostawali obłędu, niektórzy do dzisiaj błąkają się po szpitalach psychiatrycznych. A inni, nie mogąc dźwignąć tego ciężaru,  popełnili samobójstwo. Znam też takich, którzy wciąż  boją się ciemności i śpią przy zapalonym  świetle, bo banderowcy przeważnie mordowali nocą.      

4 - Oprócz opisywania ludobójstwa,  w pana książkach można odnaleźć kawałek historii ludzi żyjących w kotle etnicznym Kresów Wschodnich.

Cała trylogia  - „Ukraiński kochanek”, „Zdrada”, „Ślepcy idą do nieba” to wielka panorama ludzkich losów, obraz wrastania człowieka w wielowiekową barwną  kulturę polskich Kresów. Spotykamy  weselne obyczaje, cerkiewne i kościelne rytuały, święta religijne katolików różnych odmian, wyznania Mojżeszowego, wspólne modlitwy i zabawy, przyjaźnie i przygody, śpiewy i tańce.  Bohaterami są Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Rosjanie, Karaimi, Niemcy. Ich losy splatają się.  Pokazuję mieszane małżeństwa, rozwijającą się  miłość, przyjaźń i wierność, ale i nieszczęścia, kiedy brat zabija brata, syn ojca, a córka matkę. Pokazuję jak narasta dramat, gdy faszystowska ideologia ukraińskiego nacjonalizmu zatruwa umysły często niewinnych ludzi, a zło niszczy wszystko. Poza losami indywidualnych postaci, przedstawiam  zachodzące procesy społeczne, polityczne, duchowe, egzystencjalne. Czytelnik widzi skomplikowaną mapę wydarzeń historycznych, dostrzega  rodzenie się bestii w człowieku. Uwrażliwiam na gesty i znaki czasu, by ludzie w porę dostrzegli w nich właściwe znaczenie.  Wojny wywołuje nienawiść i niszczą zdobycze cywilizacji. Moje książki są ostrzeżeniem przed narastającą falą agresji, której skutki są  tragiczne dla każdej epoki, także  naszej.           

5 - Jak pan zdobywa informacje, dokumentację do swoich książek?

Buduję  książki z wielu materii, z własnych  doświadczeń, przeżyć, intuicji, wyobraźni, wrażliwości, pamięci i języka.  Przywołuję zasłyszane historie, relacje świadków, dokumenty, źródła archiwalne, wspomnienia, pamiętniki, dzienniki. Do fabuły wplatam realne miejsca, fakty i postaci historyczne ( Kołomyja, Lwów, Stanisławów, Piłsudski, Rydz Śmigły), pokazuję przebieg konkretnych walk, bitew, powstań, indywidualne  ludzkie losy, konkretne miejsca, czasy. Cała trylogia nasycona jest autentycznymi pamiętnikami, rozkazami dowódców, poleceniami władzy, zeznaniami świadków. Chcę, by czytelnik znalazł się w świecie prawdy, nieraz okrutnej i bolesnej, ale ważnej dla jego rozwoju i rozumienia świata.          

6 - Magia Kresów „siedzi” cały czas w Panu? Ma wielki wpływ na Pana twórczość? Na Pana postrzeganie świata?

Kresy to nie tylko kraina, ziemia obiecana. To coś więcej. To jakby istota życia. Ktoś, kto duchowo przeszedł przez doświadczenie Kresów, lepiej  rozumie świat i mądrzej pojmuje swój czas. Poprze pamięć ocalamy najwrażliwszą cząstkę ludzkiej egzystencji, własne  sumienie. Gdy pamięć  ignorujmy, popadamy w patologiczną indolencję i duchową pustkę. Nie da się w pełni i sensownie żyć  bez pamięci i rozumienia wspólnej historii.   

7 - Pana książki to rodzaj terapii? Pisząc o tym, co się działo na Kresach w czasie II wojny światowej jest Pan świadkiem i kronikarzem historii (Bo czas zaciera ślady, musimy notować...”

Nazywają mnie krytycy strażnikiem pamięci, kronikarzem historii, ale to nie wypełnia całej prawdy. Pisarstwo  nie stanowi tylko terapii. Poprzez autora wypowiada się jakiś inny, wyższy, a nieraz niższy  świat, piękno, miłość, duch epoki, ból, cierpienie, zagłada. Nie jestem jedynym panem i władcą wyobraźni. Gdy siadam do maszyny i piszę, czuję jak bierze w tym udział strasznie dużo różnych rzeczy: język idący przez wieki,  stara i nowa literatura, dawne i nowe style, gusty,  konwencje, znaki, szepty, głosy.  Czuję jak stoją za moimi plecami Homer, Dante i Szekspir, Cervantes, Dostojewski  i Mickiewicz. I wiem, że bez nich byłbym niczym. To rodzi pokorę, ale i dodaje  siły.                

8 - Czy też Pana książki pełnią rolę „katharsis? A może jedno i drugie?

Stare, greckie katharsis wciąż zdaje egzamin. Pisarstwo staje się formą oczyszczenia, wyzwala nas z brudów  świata, wyrzucamy z siebie ciemność, przerażenie i gniew. Ale też dajemy się wciągnąć w pułapkę naiwności, sądząc, że oczyszczając się, stajemy się lepsi i mądrzejsi. Wciąż nad sobą musimy pracować, do końca świata.     

9- Czytając o Wołyniu cały czas towarzyszy Panu myśl o niepojętości tej zbrodni....
 

Wołyń 1943 r. to  początek ludobójstwa. Ale Bandera,  Szuchewycz i inni terroryści z OUN/UPA, dziś bohaterowie Ukrainy,  nieśli pożogę przez Podole i Pokucie aż do 1947 r. W człowieku rodzi się potwór, gdy sprzyjają mu warunki  i okoliczności. A ukraińscy zbrodniarze prowokowali okoliczności, zawierali sojusze z faszystami, służyli im, tworzyli bataliony „Nachtigal” i „Roland”, dywizję SS Galizien.  I „natchnieni” ideami nienawiści płynącymi z ukraińskiego „Mein kampf” -  „Nacjonalizmu” – D. Doncowa, hodowali w sobie  potwora, zwyrodnialca.    


10- W październiku prezydent Komorowski i Janukowicz mają się spotkać w Ostrówkach i Sahryniu, gdzie pomordowano w czasie wojny Polaków i Ukraińców. Co tak naprawdę dzieli wciąż nasze narody?

Czym innym był Sahryń, a czym innym Ostrówki. W Sahryniu Ukraińcy tworzyli silną bazę wypadową UPA, z której oddziały banderowców szły mordować Polaków.  Wywiad AK przechwycił informację o przygotowywaniu nowej rzezi i postanowił przeciwdziałać. 10.03.1944 r. nastąpił atak AK i B CH  na siedzibę bandy. Dowódca wydał rozkaz, by w akcji nie zabijać kobiet, dzieci i starców. Wywiązała się walka. Banda UPA i policja ukraińska  przegrały, padło ponad 150 Ukraińców, wieś została spalona. Zginęli też Polacy. Natomiast dwie wsie, Ostrówki i Wola Ostrowiecka,  zostały 30.08. 1943 r. napadnięte przez bandy UPA i wymordowane w pień. Zginęło bardzo dużo dzieci. A okoliczni ukraińscy chłopi  dobijali rannych i grabili mienie. W wyniku napadu zostało zabitych ponad  1000 Polaków i kilku Żydów.  Należy uczcić zmarłych, ale nie wolno z tego robić propagandy politycznej. My, Kresowianie,  nie mamy pretensji do narodu ukraińskiego. Nic mnie nie dzieli od Ukraińców. Mam wśród nich przyjaciół. Przetłumaczyłem wiersze kilkudziesięciu ukraińskich poetów.  Dzieli mnie natomiast wszystko od zbrodniarzy, UPA i OUN. Tak długo, jak długo Ukraińcy będą  zakłamywali  historię, tak długo będzie padał cień  zbrodni na nasze czasy. Politycy nie powinni się do tego przyczyniać. A polski prezydent nie powinien jechać do Sahrynia, bo jadąc tam, symbolicznie staje po stronie fałszerzy historii, zrównując zbrodnię z obroną polskiej ludności.      


11 - Czy uda się kiedykolwiek ustalić wspólną polsko-ukraińską, historyczną wersję wydarzeń na Wołyniu? Czy Ukraińcy zaczną nazywać to co się stało ludobójstwem czy będą tylko opowiadać o ofiarach wojny polsko-ukraińskiej?

Nie było wtedy czegoś takiego jak wojna polsko-ukraińska. Polacy byli mordowani przez Niemców i Rosjan, a Ukraińcy wbijali nam  nóż w plecy. Nie poddawajmy się też fałszywej propagandzie  tzw. wydarzeń wołyńskich, czy wzajemnych porachunków. Ci, co przedstawiają nam takie konstrukcje, świadomie oszukują. Wszystkie dokumenty, rozkazy, listy, dowody zbrodni, wskazują jednoznacznie, że Polacy zostali brutalnie przez OUN/UPA sterroryzowani i wymordowani. Jest tylko jedna prawda, prawda rzezi, ludobójstwa dokonanego na Polakach na niebywałą skalę w dziejach człowieka. I z tą  trudną prawdą musimy, my Polacy i nasi sąsiedzi, Ukraińcy, żyć i budować – posiadając taką wiedzę – współpracę i zaufanie. Wszystko inne jest tylko propagandą.  

 



***
 "NAD ODRĄ"
 ( miesięcznik)

 

   – Szanowny Panie Stanisławie, wywodzi się Pan z Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej. W jaki sposób kresowa genealogia zaważyła na Pana sposobie widzenia świata i na kierunkach Pana działalności?

Stanisław Srokowski: Wszystko, co we mnie, wzięło się stamtąd - sposób myślenia, odczuwania, rozumienia człowieka i świata, język i wiara, wrażliwość i wyobraźnia, a nawet charakterystyczna dla Podola melodia głosu, która pozostała mi od dzieciństwa.  Naturalnie, z biegiem lat, dojrzewania  i  intelektualnego rozwoju, wzbogacałem i  pogłębiałem swoje zasoby wyobraźni, wiedzy i intuicji. Nieraz jednak się przyłapuję na tym, że i dzisiaj patrzę na ptaki w taki sam sposób jak wtedy, gdy matka mnie zamykała w izbie i szła na pole, a ja rozmawiałem z wróblami i wronami, które stadami przylatywały do okna i, jakby czując moją samotność, towarzyszyły mi w trudnych chwilach. Wtedy prowadziłem z nimi długie debaty o słońcu, drodze i chmurach. Dziś też, szczególne zimą, gdy siadają na parapecie,  a ja je karmię okruchami chleba, dyskutuję o wyższości latania nad chodzeniem. Nadal im się przyglądam, obserwuję i zastanawiam się, jak bardzo jesteśmy spokrewnieni. I być może tak samo głodni, one spragnione chleba, a ja świata, który też jest chlebem. Umiejętność układania związków z naturą zawsze była wielką koniecznością serca i potrzebą ducha.  Urodziłem się w ubogiej, ale bardzo zacnej i prawej rodzinie chłopskiej. Na wsi, w której mieszkali Polacy, Żydzi i Ukraińcy, a przez  domy wędrowali  Czesi, Węgrzy, Cyganie, Niemcy, Ormianie i Rosjanie, życie nie pozbawione było wieku atrakcji. Już jako dziecko, podpatrywałem zachowania i obyczaje Żydów, wsłuchiwałem się w ich mowę,  odróżniałem kilka języków, miałem przyjaciół Żydów i Ukraińców, i wcale nieźle porozumiewałem się ich językami, ukraińskim i jidysz. Do dziś nieźle sobie radzę z ukraińskim, a z jidysz pozostały mi całe frazy. Jedną z nich, która mi najbardziej się wbiła w pamięć jest taka: Ich hob mojre, czyli: Boję się. Słowa te weszły mi w krew w czasie wojny, gdy mój żydowski przyjaciel trząsł się ze strachu, a potem nagle zniknął i nigdy  go już nie widziałem. Opisałem tę sceny w pierwszej powieści kresowej „Duchy dzieciństwa”. Dzieciństwo stało się inspiracją do jej napisania, i, rzecz jasna, potrzeba uwolnienia od koszmarów, które spadły na moją głowę i targają mną do dziś.  Nawet literatura nie jest w stanie ich wyrwać z korzeniami. Dzieciństwo z jednej strony było pełne uroku, zachwytów nad naturą, światem ptaków i zwierząt. Podglądałem motyle, bociany i żaby. Wędrowałem po lesie. Rozwijała się moja wrażliwość i fantazja. Poznawałem  ludzki trud, ciężką pracę na roli, pot, znój  i nędzę. Uczyłem się pokory i szacunku dla starszych.  Pojawiła się wojna, a wraz z nią strach,  ból  i przerażenie. Zacząłem się zamykać i ukrywać przed złem. Wyrastała wewnętrzna skorupa, która chroniła delikatną tkankę uczuć, emocji i przeżyć.  Uczyłem się uwagi, ale i odwagi,  oraz przenikliwości. Była też wielka miłość matki i ojca. A także dziadków: Piotra i Ignacego. Babek nie pamiętam, jedna umarła wcześnie, druga nie uczestniczyła w moim życiu. Pamiętam magiczną atmosferę wsi, wieczorne śpiewy na  przyzbie, tłoki, rwanie pierza, plecenie kos z kukurydzy i czosnku, niesamowite opowieści o wojnach, snach, duchach,  bajki mrożące krew w żyłach. Otwierały się niezwykłe obrazy, barwne krainy, świat czarów, diabłów i dziwów. Ojciec grał na harmonijce ustnej, śpiewał, matka także śpiewała w chórze. Dziadkowie byli uzdolnienie muzyczne i biegli w sztuce drewna. Grałem na słomce, liściu, grzebieniu i harmonijce ustnej. Liczyłem gwiazdy, wsłuchiwałem się w głosy ziemi i gwizdałem na palcach. Skakałem przez ogień i taplałem się w rzeczce. A w nocy uczyłem się słuchać ciszy i oddechu matki, bo spaliśmy w jednym łóżku. Często obok mnie spała koza albo kurczaki w rzeszocie. Dziadkowie własnoręcznie szykowali mi muzyczne instrumenty, fujarki, cymbały i skrzypki. Dziadek Piotr uczulał na świat dźwięków, a dziadek Ignacy na kształty i formy, obdarowując niezliczonymi ilościami zabawek, koników z drewna, ptaków, zwierząt, gadających ludzików, świętych i aniołów. Opisałem to w jednym z opowiadań w książce „Nienawiść”. Tak więc i początki mojej wrażliwości twórczej z tamtej krynicy biją. Tam się już rysował świat magii, ale i piekło.  Rodzice i dziadkowe uczyli mnie szacunku nie tylko dla ludzi, ale dla zwierząt, ptaków i roślin. Razem chodziliśmy do kościoła, czasami do cerkwi. Widziałem polskie, ukraińskie, żydowskie i mieszane śluby. No,  a potem przyszła zagłada, mrok i rzezie.  I okropny strach, który dusił po nocach. Moją wieś spalono na mich oczach. Jako ośmioletni chłopiec widziałem trupy ludzi, zwierząt i ptaków. Słyszałem straszliwe krzyki, ryk krów i wycie psów. Dziecko przy takich doświadczeniach w sposób naturalny gromadziło w sobie i  kumulowało w wielkim stężeniu  całe zło tamtego czasu. Wyobraźnia rzeczy wyostrzała, a pamięć wypełniała swoje ciemne zakamarki. Z tego wszystkiego wyrastały potem opowiadania, powieści i sztuki teatralne. A także potrzeba naprawiania świata, przezwyciężanie upokorzeń, strachu i biedy. Pochylania się nad ludzkim losem. I działanie na rzecz wolności, przyzwoitości i prawdy.

 

- Opowiada Pan o dzieciństwie, jako o źródle twórczym. A jaka była Pana droga do samoświadomości literackiej?            

Pamiętam taką scenę w legnickiej szkole, kiedy w latach 60-tych pracowałem, jako nauczyciel. Akurat napisałem z kolegą „Pamflet na pasterzy”. Był to szyderczy atak na lokalnych kacyków zarządzających kulturą. Poddałem ich druzgocącej krytyce w miesięczniku „Odra”. A czasy były ciężkie. W mieście odbył się sąd nad autorami. Mój kolega nie przyszedł, a  na mnie posypały się straszne razy. Aparat partyjny doskonale zorganizował to widowisko. Suchej nitki na mnie nie zostawili. A już po wszystkim, gdy poszedłem do restauracji „Tivoli”, by coś zjeść, zbliżył się  do mnie nauczyciel z mojej szkoły i powiedział z cynicznym uśmieszkiem na twarzy mniej więcej tak: „Siedź na d. nie podskakuj, tylko głośno tu potakuj!”. Jakoś nie przekonał mnie. Bo popadałem w kolejne konflikty, aż skończyło się na roku 1968 r., kiedy razem z młodzieżą wyszedłem na ulicę, święcie przekonany, że protestuję przeciwko zamknięciu „Dziadów” Mickiewicza w reż. Dejmka, nie będąc  zorientowany, że to dwa klany w partii walczą z sobą o przejęcie władzy. Uderzyło to rykoszetem  we mnie. Ale też czegoś nauczyło. Byłem bez pieniędzy, pracy, a na dodatek rozsypywało mi się małżeństwo, więc i mieszkania nie miałem.  Stanąłem na rozdrożu, choć, jako poeta, miałem napisanych kilka wysoko ocenianych  książek. Nawet za jedną nagrodę dostałem. Ale roboty nie było. To się nazywało wilczy bilet. Nikt nie chciał ryzykować, przyjmując  politycznie niepoprawnego pracownika. W końcu udało mi się znaleźć  we Wrocławiu  pracę w klubie seniora. No i zaczęły się sublokatorki, nocne powroty, bo praca trwała do późnych godzin wieczornych, pojawiły się pierwsze poważniejsze choroby, depresje, ale też ciekawe znajomości, z których najbardziej sobie do dzisiaj cenię Tymoteusza Karpowicza. Polubiliśmy się, spotykaliśmy się,  gawędziliśmy o literaturze, życiu, przyszłości. On też był Kresowiak. Więc mieliśmy wiele wspólnego. Także postawa wobec poezji była bliska. Ja szukałem takiego literackiego wyrazu, który by rozbijał schematy myślowe, tropił banały, ukazywał je w krzywym zwierciadle i zmuszał do myślenia. Dusił mnie gorset ideologicznej schizofrenii. Buntowałem się przeciwko temu. Karpowicz podsycał ten but. I we Wrocławiu powstała oryginalna szkoła poezji lingwistycznej. Było nas kilku, ale bardzo szybko doszlusowali Krynicki, Barańczak, a potem cała plejada nowych wyznawców tej poetyckiej religii. Bo tak to traktowaliśmy. Z zasady nie ufaliśmy językowi, wiedząc, że w języku kryje się  także fałsz, obłuda i cynizm. Zrozumieliśmy, że język sam w sobie jest wartością, ale i skrzykną do ładowania różnych obrzydliwych rzeczy. Język stawał więc przed trybunałem rozumu. Zaczął się akt samoświadomości literackiej. Inaczej mówiąc, odkryliśmy potężne narzędzie odkłamywania rzeczywistości i budowania na jej gruzach, nowego językowego świata.  Cenzura często była bezradna wobec naszych wieloznacznych aluzji, skojarzeń, podtekstów, skomplikowanej  metaforyki i niepojętej symboliki. Było w tej poważnej batalii o nową polską poezję sporo także małych dramatów, zagubień i zatraceń. Ale wyrwaliśmy poezję ze sztamy, zakłamania i  rutyny.

W końcu lat siedemdziesiątych poczęły we mnie dojrzewać plany tworzenia panoramicznej sagi kresowej. Coraz częściej odzywały się dawne głosy, zarówno radosne pienia, jak i krzyki, wołania i szloch. Słyszałem coraz boleśniej te głowy. Zaczęły rządzić moimi myślami umarli, zadźgani nożami i porąbani siekierami. Słyszałem krzyki dziadka i ciemny jęk cmentarzy. Gdzieś tam w mojej poezji można było odnaleźć  echa dalekiego wołania, ale wciąż mi brakowało głębszego oddechu i mocniejszego głosu. Zastanawiałem się, co znaczy moje ocalenie, bowiem ocalałem, uratowany przez dobrą Ukrainkę, która nie godziła się na zło  i zbrodnie swoich rodaków. Ukryła moją rodzinę w swojej stodole.  W latach siedemdziesiątych nabierałem coraz większego przekonania, że to ocalenie, to zadanie, moralny obowiązek, by odsłonić kurtynę tamtej tragedii. Jakby umarli wołali: Byłeś tam, widziałeś nasze porąbane siekierami ciała i wydłubane oczy.  Nie wolni ci milczeć! Mów, opowiadaj o tym, by inni wiedzieli, jak strasznie cierpieliśmy. I by rozumieli, że to się nie może powtórzyć.  Słyszałem tamte głosy. Miałem sny.  Wiele o tym myślałem.  I to był czas dojrzewania tej  samoświadomości.  Zabrałem się do pisania prozy i od razu, po stworzeniu dylogii o ludziach starych, „Przyjść aby wołać” oraz „Fatum”, gdy otrzymałem nagrodę Piętaka, a wręczał mi ją Iwaszkiewicz, twierdząc łaskawie, że pojawia się nowe światło w polskiej literaturze, nabrałem wiary w siebie i uznałem, że mogę się już zmierzyć z problematyką kresową. Zaczął się czas otwierania tamtej pamięci, wzbogaconej doświadczeniem i bardziej dojrzałej. Wiedziałem, że tylko proza może unieść tej miary dramat. Pewnie nie byłoby to możliwe bez ścieżki, którą przeszedłem przez krainę poezji lingwistycznej. Dzięki temu, rozwinęły się we mnie skrzydła prozaika, mieszały się światy realne i nadrealne, rozumowe i intuicyjne, mroczne i jasne, z jawy i  snu.  W ten sposób doszedłem do powieści kresowych.     

 

– Dziś jest Pan znanym i uznanym pisarzem. Proszę powiedzieć, na jakie konkretne przeszkody natrafiał Pan, zwłaszcza w przypadku Repatriantów i Nienawiści….

 

Okres komunizmu nie sprzyjał pokazywaniu prawdy. Mieli z tym problemy historycy, artyści, pisarze. Szczególnie dotkliwie cenzura pilnowała przyjaźni polsko radzieckiej, a w tej przyjaźni mieściła się też Ukraińska Republika Ludowa. Nie wolno było pod adresem Rosjan, czy Ukraińców wypowiedzieć złego słowa, krytycznej uwagi. A przecież to Sowieci 17.09.1939 r.  zagarnęli nam Kresy, setki tysięcy ludzi zesłali na Sybir, dziesiątki tysięcy wymordowali, dokonali aktu ludobójstwa na polskich oficerach w Katyniu, Miednoje i innych miejscach kaźni. zajęli naszą ziemię, majątki, cały dobytek materialny, miasta, zamki, pałace, dwory, kościoły, biblioteki, domy, uczelnie, a kościoły zamienili w składy zboża i desek, i zaczęli kraj pustoszyć i rujnować. Nie dość, że cierpieliśmy z powodu agresji niemieckiej i sowieckiej, to w czasie wojny nóż w plecy wbili nam sąsiedzi zza płotu, Ukraińcy, mordując – jak wynika ze  wstępnych obliczeń – ok. 200 tyś. Polaków. No, ale o ich barbarzyństwie, terrorze i ludobójstwie  w komunizmie nie wolno było mówić, bo nagle okazali się przyjaciółmi. Więc i nie mogła się rozwijać literatura i sztuka, a także historia, nie mówiąc o innych dziedzinach ludzkiej aktywności, które wymagały ujawnienia prawdy, np. polityka. Mieliśmy zakneblowane usta. Ale trzymałem się księgi Ezechiela, która powiada: „A ty synu człowieczy, nie bój się ich, ani się nie lękaj  ich słów, nawet gdyby wokół ciebie były osty i ciernie i gdybyś się znalazł wśród skorpionów”( Księga Ezechiela, Widzenie księgi, wers 15) . To wzmacnia

 

I  otworzył Pan usta w swojej literaturze…

Gdy dojrzałem moralnie i intelektualnie do tego aktu twórczego, wiedziałem jedno, że muszę tamtą hekatombę, wielką katastrofę ludzką,  opowiedzieć, bo nie da się dalej z nią żyć. To był zbyt wielki ciężar, by go unieść, dławił mnie, uwierał i bolał. W ten sposób w końcu lat siedemdziesiątych zabrałem się do pisania zbioru opowiadań „Walka kogutów”, który idący na partyjnym pasku krytycy literaccy  ocenili w niektórych recenzjach, jako walkę dwu systemów i trochę marudzili, że zabieram się za tak szkodliwe i politycznie niebezpieczne tematy. Ale na szczęście nie doczytali książki do końca, bo była za trudna i dali mi spokój. Do dziś zresztą mało kto wie, że właśnie w tym zbiorze opowiadań pojawiają się w mojej prozie po raz pierwszy motywy kresowe.  Ale ja już wtedy przygotowywałem się do wielkiego skoku literackiego, który miał mnie rzucić w głąb tragedii narodowej. I zacząłem na początku lat osiemdziesiątych pisać dylogię kresową, a że czasu miałem dużo, ponieważ w stanie wojennym zwolnili mnie z pracy, zabrałem się do dzieła i  najpierw napisałem „Duchy dzieciństwa”, a potem „Repatriantów”. O ile z „Duchami” nie miałem większych kłopotów, ponieważ władza i tak miała dosyć problemów z podziemiem, „Solidarnością”, międzynarodową opinią publiczną i trzeszcząca gospodarką, więc puściła mi powieść, jakby nie wiedząc, co ona zapowiada. Ale do drugiej, „Repatriantów”, przyczepiła się ostro. Powieść w wydawnictwie „Czytelnik”  została przyjęta, po dwu bardzo dobrych  recenzjach wewnętrznych wręcz  entuzjastycznie.  I wydawca miał nadzieję, że ukaże się szybko. Miałem wprawdzie drobne, jak to się wtedy mówiło, kłopoty z nazwą, pierwotnie chciałem dać tytuł „Wypędzeni”, bo przecież nie

byliśmy żadnymi repatriantami, nie wracaliśmy z zagranicy, tylko z jednej części Polski, którą nam odebrano, do drugiej, którą nam po wiekach oddano,  ale mowy nie było, by się ktokolwiek na to zgodził, więc zostali „Repatrianci”.  Ale to był dopiero przedsmak tego, co się miało dziać później. Otóż mój wydawca, mówiąc w skrócie, poinformował mnie, że książka nie może się ukazać w pierwotnie ustalonym  terminie, ponieważ pojawiły się nagłe przeszkody. I wtajemniczył mnie, co to za przeszkody, a później potwierdzili tę opowieść wiarygodni znajomi. Otóż odbywało się w jakieś ważne zebranie na szczeblu centralnym w partii, chyba sekretariatu KC PZPR,  czy jak to się tam nazywało, w każdym razie przewodził mu Józef Czyrek, wielce wpływowy członek Biura Politycznego, bodajże zastępca Jaruzelskiego i na tym forum podejmowali decyzje w sprawie polityki kulturalnej. Po omówieniu spraw kina, teatru i innych gałęzi sztuki, przeszli do literatury. I uzgadniali, jakie książki powinny mieć wolną ścieżkę do czytelnika, a jakie poczekają albo spoczną na półce. I wtedy, jak mi opowiadano, miał zabrać głos ambasador radziecki w Polsce, Aristow, który zadał pytanie, czy będzie zgoda na wydanie powieści niejakiego Srokowskiego „Repatrianci”. I dodał, że jest to powieść

szkodliwa, ponieważ uderza w sojusz polsko - radziecki. A tam nikt poza tym  ambasadorem nic o tej powieści nie wiedział. A on wiedział. Agenci działali. No i zaczęła się kołomyjka. Powieść wstrzymano na kilka lat, a potem, gdy już opozycja dogadywała się  z komunistami, wydano zgodę na jej publikację,  ale przyczepiła się do niej cenzura i żądała wielu skreśleń. Przez kilka miesięcy trwała między mną a cenzurą walką. Brałem cenzurę na przeczenia, twierdząc, że nie zgadzam się na cięcia, a cenzura groziła, że powieści nie puści, aż zbliżyła się odwilż, nadszedł koniec roku 1988, pojawiła   się szansa na okrągły stół  i powieść po nieznacznych ingerencjach puścili.

            W nowej rzeczywistości też nie jest łatwo. Problematyka kresowa z dużym trudem  przebija się przez ostre sito poprawności politycznej. Dzisiaj też rządzący, a za nimi strachliwe wydawnictwa i tchórzliwe media, uciekają przed tragedią Kresów jak przed trądem. Czego się boją? Może znowu naruszam  przyjaźń polsko - czyjąś? Nikogo z władców nie interesuje  walka o prawdę,  godność narodową, obowiązek wyświetlania mroków historii. Jest ciężko, jak po grudzie. Mój zbiór opowiadań kresowych „Nienawiść” odrzuciło dziesięciu przerażonych wydawców. Dopiero Prószyński i S-ka stanął na wysokości zadania i wydał. Książka zyskała uznanie kapituły nagrody Mackiewicza i została tą nagrodą wyróżniona. Niemniejsze kłopoty miałem z trylogią kresową „Ukraiński kochanek”, „Zdradą” i „Ślepcy idą do nieba”. Też wielu wydawców, wprawdzie twierdząc , że książki są z literackiego punktu widzenia dobre, a nawet więcej, ale ze względu na tematykę, nie podejmą się ich publikacji. Bez cienia wątpliwości zgodziły się „Arcana”, szanowane i poważne krakowskie wydawnictwo,  choć i  tam moi wrogowie dotarli i zniechęcali wydawcę do kontynuowania ze mną współpracy, intrygując i rozsiewając plotki,  o czym dowiedziałem się później.  Więcej będę o tym pisał w książce dokumentalnej „Życie wśród pisarzy, agentów i intryg”. Tak więc nadal nie jest dobrze. Nawet jak książka powstanie,  to dworscy krytycy obwąchują ją ze wszystkich stron i wyliczają zyski i straty przy ewentualnej publicznej interpretacji. Na szczęście jest kilka pism odważniejszych i coraz więcej historyków i badaczy problematyki kresowej, którzy szerzej otwierają drzwi do umysłów młodego pokolenia, organizując konferencje naukowe i prowadząc na uczelniach  zajęcia poświęcone twórczości pisarzy, zajmujących się Kresami.  Ale to kropla w morzu. Uniwersytety w większości przypadków ( do chlubnych wyjątków należy  Uniwersytet Zielonogórski) boją się spotkania z gorzką prawdą o ludobójstwie na Kresach. Nie poświęcają należnej uwagi badaniom i analizom krytycznym tej problematyki kresowej. A gdy studenci wystąpią z taką inicjatywą, jak to było w końcu 2010 r. we Wrocławiu, gdy koło naukowe historyków zainicjowało dyskusję o trudnych problemach historii, to przerażeni profesorowie z tego uniwersytetu, zrobili publiczny lincz na dzielnych młodych ludziach, zarzucając im, że zapraszają tak parszywe owce jak reżyser Grzegorz Braun i Stanisław Srokowski. A dyskusja była pasjonująca, organizacja świetna. Tylko strach miał duże oczy.                 

 

– Zbiór opowiadań Nienawiść jest jednym z najbardziej wstrząsających w dziejach literatury polskiej, a może i światowej, studium zbrodni i okrucieństwa. Do jakich przemyśleń na temat kondycji duchowej człowieka skłaniają Pana obrazy uwiecznione na kartach tego utworu?

Tutaj mamy do czynienia z kilkoma poziomami myślenia. W grę wchodzi zło, które siedzi w człowieka, mechanizm władzy, zbrodnicza ideologia i klimat, w jakim się ona wyzwala. Na Kresach wszystkie te zjawiska sprzęgły się w jedną, wielką katastrofę. Historia ludzkości dowodzi, że człowiek jest bytem nieodgadnionym i nigdy nie wiemy, co w sobie nosi i jakie się w nim ujawnią siły. Mroczna część natury ludzkiej jest poddawana przesz naukę, literaturę i sztukę  nieustannym analizom i diagnozom. I jak dotąd wiemy jedno, że człowiek jest nieprzewidywalny. A skoro tak, to gdy ma władzę, może z tej nieprzewidywalności wyskoczyć demon zła i zniszczyć świat lub jego jakąś część. Pierwsze więc przemyślenie, to bacznie patrzmy władzy na ręce, ani przez chwilę nie uciekajmy od krytycznego spojrzenia. Uchwyćmy ten moment, kiedy się władza deformuje, degeneruje i sięga po złowrogą broń, przemoc i terror. A przemoc i terror zwykle zaczynają się od kneblowania obywatelom ust. To jedna konstatacja. Druga, że degeneracja władzy pociąga za sobą jej wzmocnienie. Im bardziej władza zdegenerowana, tym mocniej się okupuje, zasłania się przed obywatelami, ignoruje ich i upokarza.  Wzmacniając siebie, osłabia jednostki i grupy, a gdy czuje, że grozi jej jakieś niebezpieczeństwo, natychmiast znajduje narzędzia do podziału społeczeństwa na wrogie sobie obozy, nad którymi łatwiej panuje. I żywi się wewnętrznymi konfliktami. Tu są dwa scenariusze, albo zapędy totalitarne, albo maskowana, iluzoryczna  demokracja, w której kontrolę nad mechanizmami życia publicznego sprawuje rząd i jego oraz jemu sprzyjające, najczęściej skorumpowane  politycznie i nie tylko najrozmaitsze struktury,  agendy i media.

Moje opowiadania odsłaniają zarówno ciemne wnętrze człowieka jak i mechanizmy złowrogiej władzy. A także pokazują, jak atmosfera strachu i terroru powoduje niszczenie ludzkiej osobowości i godności. Człowiek poddany presji i morderczej manii prześladowczej, gotów jest na wszystko, na każdą zbrodnię. A manię tę wytwarzają ideologiczne fobie i patologiczne wypaczenia ludzkiej natury, nad którą nie ma kontroli.

I jeszcze jedno, po tej strasznej katastrofie mam ograniczone zaufanie do logiki i ludzkiego rozumu. To się może wydać dziwne, a nawet sprzeczne z innymi moimi poglądami, ale w tym coś jest. Gdy czytałem Doncowa „Nacjonalizm” i widziałem, jak on się w swojej obłędnej ideologii faszystowskiej powołuje na wielkie autorytety naukowe, moralne, filozoficzne i literackie, by udowodnić myśl, że należy mordować, to cierpła mi skóra. Wykształcony, władający biegle kilkoma językami, używa rozumu nie tylko do wytłumaczenia zbrodni, ale do nawoływania, by ją popełniono. Tak więc rozum przestał być najwyższą instancją w wyborze wartości. Jeśli nie wspiera go głos sumienia, dystynkcja moralna i  choćby najniższy poziom przyzwoitości i estetycznej konieczności, wartość takiego wyboru okazuje się nędzna, a w skrajnych wypadkach zbrodnicza. Smutna i gorzka to konstatacja.              

 

– Materię Pana utworów o tematyce kresowej stanowią przeżycia i wspomnienia zarówno własne, jak też osób, które podzieliły się z Panem swoimi tragicznymi doświadczeniami. Jakie szanse i jakie ograniczenia stawia przed pisarzem tego rodzaju skomplikowana materia?

Fundamentem każdej twórczości jest osobowość twórcy i umiejętność korzystania ze wszystkich dóbr umysłu, wrażliwości, języka, wyobraźni, pamięci, uczuć, dekretów moralnych i wewnętrznych głosów. Jeśli się dobrze wsłuchujemy w te potężne moce, usłyszmy wołania i pójdziemy za nimi. W moim przypadku te wołania szły z głębi historii, ludzkiej samotności, bezradności i upokorzenia, ale także z obłędu i chorób wieku  XX, zarażonego cierpieniem i śmiercią. W te głosy wpisywały się głosy mojej rodziny, głosy mordowanej wsi i całej krainy, głosy sąsiadów, polskich, żydowskich i ukraińskich. W te głosy wpisywały się doświadczenia i przeżycia ludzi, których nie znałem, a przychodzili do mnie, pisali listy i zwierzali się szczerze i do bólu z tego, czego doznali. Im runął świat i oni chcieli jakby przyłapać upadek tego świata w literaturze, sprawdzić czy ich widzenie było  kalekie, a  wiara słaba, iż nie mogli pojąć, co się stało. Literatura miała im uwiarygodnić obraz, który widzieli na własne oczy, ale nie byli w stanie go zrozumieć. Literatura miała spełnić rolę katharsis, ale też jakby osądu sprawiedliwości. Naturalnie, w akcie twórczym zachodzą tak skomplikowane procesy, że trudno wyważyć, które z nich wyłaniają  się z magazynów naszej pamięci, wyobraźni i wrażliwości, a które są zaadaptowane i przefiltrowane przez nasze duchowe siły. One się jednoczą jakby w jakimś boskim planie, na który człowiek ma już zbyt wielkiego  wpływu. Pamiętam, że gdy pisałem „Repatriantów”, byłem w takim stanie gorączki twórczej, owładnięty nie tyle myślą, ale jakimś szaleństwem myśli, które mnie( jakiego mnie?) ciągnęły ku światom, które się dopiero na moich oczach stawały. Tutaj instynkt twórczy był silniejszy od racjonalnego ramienia.  Liczyło się wejście w gąszcz mroku i wydobycie stamtąd zanurzonych tam istot, ludzkich i nieludzkich. A gdy kończyłem ten tom czułem, jak wielki kamień młyński osuwa mi się z wnętrza. Ale nie na długo, bo Opatrzność dała mi jeszcze nowy czas, bym dokładnie wejrzał w siebie, czy nie dobijają się jeszcze inne byty. I wciąż słyszę głosy, wołania, płacz i ciszę, tę straszną ciszę, która boli.    

 

Pana technika pisarska bywa określana niekiedy mianem realizmu magicznego. Jak Pan ocenia, czy to określenie trafnie diagnozuje kierunki Pana poszukiwań twórczych?

O moich powieściach krytycy wielokrotnie wyrażali dość zaskakujące opinie.  Oto co pisali o dylogii „Przyjść, aby wołać” i „Fatum”: „Powieść Srokowskiego to jest taki chłopski Beckett. Bohaterowie czekają na sygnały od synów jak na Godota. Jest ona utworem bardzo interesującym i oryginalnym”( M. Głowiński); „Proza Srokowskiego jest prozą czystą. Świat przez nią kreowany jest sam  dla siebie kosmosem, a jednocześnie wziernikiem w sprawy najdalsze, ostateczne, niemal metafizyczne”( M. Jodłowski).

Istotnie,  dopatrywali się czegoś na kształt realizmu magicznego, wymieniając przy okazji „Sto lat samotności”  i „ Szklany bębenek”.   Mniejsza o to, co ja myślę o tych krytykach, czy cenię ich, czy nie, ważniejszy jest kierunek ich rozważań. Odzywają się wśród nich i te głosy, które są mi bliższe, mówiące do metafizyce. Gdzieś tam po drodze widzą Becketta i Marqueza, ale nie sądzę, by moje miejsce było dobre kojarzone z kręgiem literatury hiszpańsko, czy portugalskojęzycznej. Pojęcie realizmu magicznego wywodzi się, o ile wiem  z literatury iberoamerykańskiej i  w wielkim skrócie oznacza przenikanie w literaturze świata realnego z magicznym, realnego i irrealnego, jawy i snu. W takim kontekście pierwszym pisarzem realizmu magicznego byłby Homer, szczególnie w „Odysei”,  a potem Cervantes, Szekspir i wielu innych. No, dobrze, ale jak ja to widzę? Powiem paradoksalnie, że mój świat w powieściach jest światem realistycznej głębi, którą przenika metafizyka. I chyba lepszym określeniem dla moich powieści byłby realizm metafizyczny, a może nawet mistyczny, który jak sądzę, objawi się niedługo w powieści  „Ślepcy idą do nieba”. Źródłem tej szkoły pisarskiej niewątpliwie są Kresy z ich bogactwem duchowym, zjawami,  widmami i upiorami. I stamtąd należy prowadzić ścieżkę do moich powieści. Od dziadów, Wernyhory i kresowych mar.    

 

– Który z Pana utworów kresowych jest Panu najbliższy i z jakich powodów?

Najbardziej byłem związany z „Duchami dzieciństwa”, chyba tam najczulej dotknąłem świata dziecka, niewinności, wiary, miłości,  bólu i przerażenia. Tam kresowe barwy i światła splotły się z ciemnością i nocnymi marami. Mimo, że książka już żyła własnym życiem, wciąż nie mogła oderwać się ode mnie. A może ja od niej. To był ten metafizyczny ścisły związek, który unosi, dodaje skrzydeł i  żąda czegoś więcej. Nie zamyka, a otwiera na nowe horyzonty. Do dziś czuję tętno tej książki, jej gęstą materię, wciąż jest żywa i pulsuje i najpełniej wyraża moje dziecięce lata.   

 

– Wkrótce ma się ukazać trzeci – po Ukraińskim kochanku i Zdradzie – tom sagi kresowej, zatytułowany „Ślepcy idą do nieba.” Czy zechce Pan uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć coś na temat nowej powieści?

 

Czytelnik będzie zaskoczony zarówno gwałtownym zwrotem akcji, jak i elegijnymi tonami, wizyjnymi obrazami i nieoczekiwanym zamknięciem sagi. Inne siły wzięły górę w jej tworzeniu; urojenia i obłęd ścigają się tutaj z chorą wyobraźnią i zagubioną pamięcią. Przybędzie obrazów surrealistycznych i mistycznych. Zmieni się tonacja książki i jej struktura. I  nowe wątki narzucą swój styl. Ci, którzy cenią fantazję i grę pojęć, spotkają tam swój żywioł. A Kresowianie znowu przypomną sobie, z jak niezwykłej, barwnej i niesamowitej  ziemi wyrośli. 

 

 

W środowisku Kresowian znany jest Pan nie tylko jako wybitny pisarz i tłumacz, lecz również jako inicjator wielu działań zmierzających do przywrócenia prawdy o Kresach. Czy mógłby Pan przybliżyć naszym Czytelnikom tę sferę swojej działalności oraz podzielić się refleksjami z niej wyniesionymi?

Pisanie nieuchronnie prowadzi do rozmowy z czytelnikami. Dowiaduję się nieraz na wieczorach literackich zaskakujących rzeczy, ale najczęściej spotykam się z poruszającymi scenami, kiedy czytelnicy nie tylko opowiadają, porażeni obrazami z moich książek, o tym, jak je odbierali, ale też zwierzają się, jak bardzo czują się samotni w walce o prawdę. Twierdzą, że moje książki, mimo, iż nieraz są w wyrazie okrutne,  przynoszą im oczyszczenie oraz pewne ukojenie, wynikające stąd, że jest ktoś, kto jawi się jakby ich głosem, wołaniem i wypowiada to, co oni przez dziesięciolecia w sobie kryli, bo bali się o tym mówić. Tamten strach nadal dusi nam gardła. Nadal wielu z nas  nie ma pewności, czy demony zła nie czają się za naszymi plecami. Gorycz wśród  Kresowian jest ogromna. Zostaliśmy dotknięciu najokrutniejszym doświadczeniem. Wymordowano nam całe rodziny, odebrano domy, ziemię, rodzinne dobra, a teraz odbiera się nam pamięć. I wiarę w sens  prawdy i sprawiedliwości. Nie dość, że musieliśmy żyć w upokorzeniu, dławiąc swój ból przez lata komunizmu, to teraz, niby w wolnej Polsce, nie wolno nam pełnym głosem wykrzyczeć tego bólu. Mówię nam,  bo jestem jednym z Kresowian. I czuję to samo, co moje siostry i bracia z Wołynia, Podola i Pokucia, a także z innych zagrabionym Polsce ziem. Gdzież są nasze wielkie filmy o Kresach, gdzie spektakle teatralne, sztuki telewizyjne, wielkie galerie, pomniki, wybitne dzieła sztuki, koncert muzyczne  i poematy. Nie ma. Gdzie są w Polsce wielkie uroczystości państwowe, w których nasi władcy chylą czoła przed ofiarami i co roku czczą ich pamięć. Gdzie są wielcy polscy  przywódcy?   A tam, na naszych Kresach, nad grobami naszych najbliższych, Ukraińcy stawiają  pomniki mordercom, Banderze, Szuchewyczowi, Łebed’owi, Kłaczkiwskiemu i innym. Mordercy stają się bohaterami narodowymi Ukrainy.  Trudno nam, Kresowianom, to znieść. Mało tego, pomniki Banderze stawiają polscy obywatele  na polskiej ziemi. A nasze polskie władze milczą, są słabe, bo i słabe jest polskie  państwo. W tej sytuacji nie mogę stać z boku. Przywracam pamięć i prawdę. A tej pamięci i prawdy potrzebują wszyscy uczciwi i przyzwoici Polacy.  Dlatego zapraszają mnie na spotkania nie tylko Kresowianie, ale  i młodzież szkolna, licealiści, studenci, którzy potrzebują dobrej strawy duchowej i prawdziwego obrazu niedawnej historii.  Uczestniczę na swój skromny sposób w naprawianiu kawałeczka świata.     

 

– Jak pan ocenia postawy elit politycznych wobec Kresowian?

Powiem krótko: To są postawy sprzedajne, tchórzliwe, kunktatorskie i obrzydliwe.

 

– Za dwa lata będziemy obchodzić 70. rocznicę dokonanego przez banderowców ludobójstwa na Wołyniu, które następnie rozprzestrzeniło się na ziemie Małopolski Wschodniej, czyli dawne województwo lwowskie, tarnopolskie i stanisławowskie. Jak Pan sądzi, jakie działania w związku z tą rocznicą powinny podjąć środowiska kresowe?

W wielkim skrócie:

1.      Czas najwyższy, by środowiska kresowe zjednoczyły się.

2.      By nabrały sił do publikacji choćby jednego ogólnopolskiego poważnego i atrakcyjnego pisma.

3.      By rocznica ludobójstwa połączyła w tej sprawie polskie środowiska kresowe z Polonią całego świata

4.      By odbyła się w Warszawie wielka uroczystość kresowa z udziałem najwyższych władz oraz  11 lipca 2013 wielka  demonstracja ludności w stolicy kraju.

5.      By takie demonstracje odbyły się we wszystkich regionach kraju. Pokazać, że pamiętamy.

6.      By polskie biblioteki zaopatrzyły się w książki kresowe.

7.      By 11.lipca we wszystkich domach zapaliły się świeczki.

8.      By w szkołach, domach kultury, bibliotekach i na uniwersytetach odbyły się odpowiednie konferencje, seminaria i wykłady.

9.      By polski Kościół  i inne kościoły pamiętał o tym dniu.

10.   By polskie media uniosły się nieco ponad standardową poprawność polityczną i ukazały obrazy tamtej zagłady.

15-16. 07. 11

 

 

 KULTURA SCHODZI DO PODZIEMIA 
( Nasz Dziennik)

 Zamiast autentycznej rozmowy o najważniejszych problemach Polaków pokazuje się nam w telewizji jakieś idiotyczne, lisie i wazeliniarskie "szkła kontaktowe" i "śniadania mistrzów", w których występują wciąż ci sami pożyteczni idioci, bez głębszej refleksji, z prymitywnymi hasełkami i bufonadą
Kultura schodzi do podziemia



Ze Stanisławem Srokowskim, poetą, prozaikiem i dramaturgiem, rozmawia Agnieszka Żurek


Opublikował Pan ostatnio list otwarty do młodzieży pod tytułem: "Buntujcie się, młodzi". Osią listu stał się postulat obecności prawdy w życiu publicznym, społecznym, a także w wymiarze pamięci narodowej. Jakie obszary życia publicznego są, według Pana, szczególnie zniszczone obłudą i kłamstwem?

- Proces wyniszczania pamięci narodowej, tłumienia prawdy i narzucania życiu publicznemu kłamstwa jako metody sprawowania władzy zaczął się na wielką skalę na polskich ziemiach kresowych już w pierwszych dniach komunistycznej niewoli. Polacy z Kresów dużo wcześniej niż inni rodacy doświadczyli bestialskiego ustroju. Gdy 17 września 1939 r. Sowieci napadli na Rzeczpospolitą, zagarniając 52 proc. terytorium, ogłosili, że przynoszą wyzwolenie i wolność. U początku było więc kłamstwo. Od tego dnia kłamstwo przybierało już tylko na sile. Komunistyczna wolność objawiała się w zsyłkach na Sybir, politycznych mordach, zamianie kościołów na magazyny drewna i zapędzaniu chłopów do kołchozów. Komuniści niszczyli polskie symbole narodowe, orła białego, flagę państwową, pieśni patriotyczne, polskie szkoły, uniwersytety, literaturę, język, obyczaje. Tak zawsze zaczyna się zło - od niszczenia symboli, degradacji wartości, deprecjacji tradycji i historii. Najczęściej jednak zło się maskuje i udaje dobro. Zatruwa umysły, deformuje język, fałszuje pojęcia i - na co najmniej zwracamy uwagę - psuje dobry smak, niszczy poczucie piękna i zawsze jest zbrodnią estetyczną. Tak, zło, fałsz, obłuda i kłamstwo są zbrodniami estetycznymi. Ludzie przyzwoici czują się z tym kiepsko. Fundamentem założycielskim tzw. Polski Ludowej było jedno z najbardziej prymitywnych kłamstw, jakich dopuszczono się wobec wypędzonych z Kresów Polaków, a mianowicie wpisanie do ich dowodów osobistych formułki, iż urodzili się w Związku Sowieckim. W tym przypadku kłamstwo już z niczym się nie kryło. Było brutalne i cyniczne. Nie liczyło się nawet ze śmiesznością, bowiem wielu urodzonych jeszcze przed rewolucją październikową też miało wpisane do dowodów, iż urodzili się w Związku Sowieckim.

U fundamentów założycielskich Polski po 1989 r. też było kłamstwo, a właściwie seria kłamstw.

- Okrągły Stół, jak wiadomo, stał się umową starej komunistycznej nomenklatury z tzw. opozycją konstruktywną, czyli z nową solidarnościową nomenklaturą ugodową, która podzieliła się władzą polityczną z niedawnymi jeszcze wrogami, obdarowując ich obficie majątkiem i zaszczytami, uznając to kłamliwie za budowę wolnej, suwerennej i niepodległej Polski. Jakaż to była wolna, suwerenna i niepodległa Polska, kiedy te same czerwone tabuny komunistycznych dygnitarzy, którzy przez niemal pół wieku okłamywali Naród, wsadzali do więzień, skrytobójczo mordowali, prześladowali Kościół i gnębili każdą wolną myśl polską, nadal zasiadały w ławach rządowych, parlamencie i mediach, manipulując pamięcią narodową i blokując prawdę. Nie dopuszczali do dekomunizacji, a w miarę umacniania swojej władzy poczęli likwidować ślady nie tak dawnego jeszcze zrywu solidarnościowego.
Przeciwnikiem Okrągłego Stołu była "Solidarność Walcząca". To miało znaczenie dla dość osobliwej sytuacji. Otóż w stanie wojennym związałem się w konspiracji z tą organizacją, a w moim domu znajdował się punkt kolportażowy podziemnych wydawnictw. Mój syn z natury rzeczy był wychowywany w duchu wolności. W swojej klasie założył w 1991 r. gazetkę szkolną i jako symbol wybrał stylizowaną kotwicę tej organizacji, wywodzącą się z symboliki AK. Kiedy gazetka się ukazała, wychowawczyni została wezwana do dyrekcji. A wicedyrektorką była gorąca wówczas zwolenniczka Unii Demokratycznej Tadeusza Mazowieckiego. Ostrzegła nauczycielkę, że znak "Solidarności Walczącej" nie może pojawiać się w szkole. Nauczycielka jednak się nie ugięła, bo nie chciała łamać charakterów dzieciom. Kolejne numery ujrzały światło dzienne. Szybko jednak tę nauczycielkę dyrekcja usunęła ze szkoły, a nowa wychowawczyni - już zastraszona - nie pozwoliła, by uczniowie rozwijali się poprzez pracę twórczą. I gazetka padła. Niby niewiele znaczący epizod, ale wskazuje, jak u zarania nowej rzeczywistości układ rządowy poprzez swoich przedstawicieli na każdym szczeblu tępił niewygodne idee i symbole. W taki oto sposób zaczynała się pełzająca likwidacja suwerennej Polski.

Dziś zło się rozpleniło i przybrało wiele twarzy.

- Występuje pod postacią klasycznego kłamstwa, przemilczania, degradacji, rozmywania, pomniejszania i wypaczania prawdy. Spycha niewygodnych ludzi i ich idee na margines społeczny, deformuje rzeczywistość. Kłamstwo, obłuda i cynizm występują w polskim parlamencie, w kancelarii premiera i prezydenta, na salach sądowych, w szkołach i na uniwersytetach, oszukuje zasadnicza część mediów. Nikczemni i podli ludzie od lat opluwają ojca Tadeusza Rydzyka, każdego, kto ma odmienne zdanie od oficjalnie obowiązującego - Jarosława Kaczyńskiego, Jarosława Marka Rymkiewicza. Prokuratorzy i sędziowie niszczą niezależnego blogera AntyKomora, znęcają się nad 19-letnim uczniem Jackiem Balcerowskim, skazując go za antyrządowy napis na szkolnym murze. Zaszczuty, niewygodny historyk dr Dariusz Ratajczak, wyrzucony z Uniwersytetu Opolskiego, nękany procesami sądowymi, pracował jako stróż nocny, a niedawno znaleziono go martwego w samochodzie. Grupie rzetelnych i przyzwoitych dziennikarzy publiczne telewizja i radio odebrały audycje i programy, w których zajmowali się diagnozą polskiej rzeczywistości. Dochodzi nawet do mordów politycznych (zabity w Łodzi działacz PiS Marek Rosiak). A hasła do napaści i nienawiści rzucają tacy politycy, jak: minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski ("dorżnąć watahę"), minister Władysław Bartoszewski nazywający własny Naród "bydłem", czy premier Donald Tusk, który gardzi Polakami, określając ich "moherowymi beretami". A agresja i prymitywizm wicemarszałka Stefana Niesiołowskiego sięgają dna. Władza się degeneruje. A to niszczy Polskę.

Co więc powinno być w tej sytuacji "Westerplatte" młodego pokolenia? Miejscem, z którego nie można zdezerterować i trzeba bronić go za wszelką cenę?

- Napisałem "Apel do młodych" z myślą, by nie poddawali się wszechogarniającej manipulacji, bo ona degraduje i poniża. Ktoś, kto się jej poddaje, traci osobowość, staje się kukłą, którą inni kierują. Nawołuję do ostrego krytycyzmu, samodzielnego myślenia, analizy faktów i umiejętności podejmowania wyborów. Młodzi są zdolni do heroizmu, poświęceń i wielkich wyzwań, ale też łatwo poddają się iluzji współczesnej cywilizacji, fałszywie rozumianym kultom - modzie, karierze, szybkim awansom, zarobkom i sławie. A przecież są dużo ważniejsze rzeczy w ludzkim życiu: godność człowieka, duma narodowa, honor i przyzwoitość. Przed każdym młodym stoją podstawowe pytania: Kim jestem? Jakim chcę być człowiekiem? Jakich bronię wartości? Z jakiej tradycji się wywodzę? Ku czemu zmierzam? Jakiej chcę Polski? Wielkiej, silnej i suwerennej, z wielowiekową tradycją, czy też słabej, bez pamięci narodowej, odartej z historii i pozbawionej blasku? Dzisiaj toczy się bój o naszą przyszłość. O to, czy zachowamy tożsamość, fundamenty suwerenności, z własną religią, językiem, kulturą i obyczajami, czy też rozpłyniemy się w nie wiadomo jakiej europejskości. Chyba nie chcemy być bezkształtną masą, którą będą sterować ludzie małego formatu, polityczne kukły, moralne potworki i prymitywne marionetki. Oto wyzwanie dla młodego pokolenia.

Jakie działania mogą podjąć młodzi ludzie, aby w mądry sposób zamanifestować swój bunt i przeciwstawić się cynizmowi w życiu politycznym i społecznym?

- Bunt wpisany jest w młodość. Jeśli młode pokolenie nie buntuje się przeciwko złu, to znaczy, że tchórzy, brakuje mu ducha i silnej wiary. Gdy byliśmy w niewoli, młodzi brali udział w powstaniach przeciwko zaborcom. Polskie Orlęta walczyły w 1918 i 1920 r. o polski Lwów. Harcerze z Szarych Szeregów dawali dowody odwagi i heroizmu w czasie wojny. Armia Krajowa stworzyła Polskie Państwo Podziemne. W najtrudniejszych latach komunizmu licealiści zakładali tajne organizacje. Tak było w moim liceum, gdy siedemnastoletni chłopcy produkowali ulotki i nawoływali do walki ze Stalinem. A złapani i skazani na więzienia trwali przy swoich przekonaniach. Byli to synowie Kresowian. Należy więc i teraz organizować się w niezależne grupy, budować własne struktury, tworzyć swoje programy. Znakomitymi przykładami są inicjatywa "Solidarni 2010", stowarzyszenia młodych ludzi, którzy żądają prawdy o katastrofie smoleńskiej i są nieustraszeni. To są bohaterowie naszych czasów. Pokazują, jak trwać w determinacji mimo zastraszania, represji i upokorzeń. Tworzą kawałek wolnej Polski. Takie grupy powinny powstać w całym kraju. Grupy studentów, licealistów, harcerzy. Gdy narodzi się autentyczny młodzieżowy ruch społeczny, gdy powstaną dzieła twórcze młodego pokolenia, wolne strofy poetyckie, pieśni i poematy, które staną się zaporą przed wszechogarniającą falą kiczu, złego smaku, zdegenerowanej władzy i zwyrodniałych idei, Polska zacznie się odradzać.

W liście do młodych pisze Pan: "Zaczyna się szerzyć strach. Przez strach władza pragnie podporządkować sobie społeczeństwo". Znamy z historii, jak totalitaryzm podporządkowuje sobie coraz większe obszary życia publicznego. Te metody dziś wracają?

- W komunizmie bardzo wielu ludzi było uczciwych, a nawet szlachetnych, ale przenikniętych strachem. Bali się otwierać usta, by się nie narazić rządzącym. Cenzura przekształcała się w autocenzurę. Dzisiaj obserwuję podobne zachowania. Na wielu uniwersytetach, w placówkach kulturalnych, bibliotekach, szkołach i organizacjach ten strach paraliżuje wolną wolę. W środowiskach kresowych wrze. Manipulatorzy i kłamcy nie pozwalają nam mówić całej prawdy o ludobójstwie na Kresach. Coraz częściej zabraniają spotkań autorskich albo wykładów. Tak było na Uniwersytecie Szczecińskim, gdzie miał wystąpić ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, tak było w Opolu, Wrocławiu i Przemyślu. To tylko mała cząstka ograniczeń, wykluczeń i prześladowań. Polska zaliczana jest do najbardziej inwigilowanych krajów Europy, masowo podsłuchuje się obywateli, następuje erozja praworządnego państwa. A wszystko to rodzi się z nieufności władzy wobec obywateli. Co należy robić? Krzyczeć, wołać, protestować, tworzyć własne organizacje, latające uniwersytety, kluby prawdy, jednoczyć się w marszach protestacyjnych, zakładać własne media, pisma, lokalne gazetki, wolnościowe fora internetowe, wspierać wiarygodne ośrodki opinii publicznej, wskazywać palcami tych, którzy przejawiają totalitarne zapędy. A w nadchodzących wyborach zmieść ze sceny wszystkich, którzy prowadzą Polskę ku niewoli, gardzą własnym Narodem i kneblują mu usta.

Z czego, Pana zdaniem, może wynikać fakt, że w Polsce tak mało osób jest zaangażowanych w walkę w obronie wartości? To efekt wezwania premiera Tuska do powszechnego grillowania?

- Kiedy się wyjdzie na ulice wielkich miast, życie z pozoru kwitnie. Kawiarnie pełne młodzieży, gwar, wesołość, rozmowy, piwo płynie strumieniami. Bezproblemowy, ugłaskany byt, blichtr i miazmaty szczęścia. Ale ci sami ludzie drżą o pracę, bo bezrobocie rośnie, ceny idą w górę, zarobki są niewysokie, a perspektywy duchowego rozwoju maleją. W małych miasteczkach i na wsi marazm i beznadzieja. Są likwidowane szkoły i biblioteki. A w istniejących szkołach i na uczelniach nie kształtuje się postaw patriotycznych. Pojęcie wychowania zniknęło z programów szkolnych. Kiedyś było "Kuratorium oświaty i wychowania", a zostało tylko "oświaty". Młodzi nie uczestniczą w wielkiej debacie o Polsce, o wartościach, nie spierają się o wielkie projekty dla Ojczyzny. A premier polskiego rządu Donald Tusk na wszystko ma tylko jedną radę: "więcej Europy" i "więcej integracji". Jego tytaniczna myśl zapewne przejdzie do skarbnicy mądrości: "Nie potrzebujemy jakiejś Boskiej pomocy". W każdym innym kraju za taką wypowiedź musiałby się gęsto tłumaczyć, a u nas nie. Wytworzyła się tolerancja bełkotu. Poddawani jesteśmy wszechogarniającej tresurze. Pomyślmy, do czego nawołuje premier. Więcej Europy to mniej Polski. A mniej Polski to mniej historii, wielkich narodowych bohaterów, pieśni patriotycznych, odwołań do chrześcijaństwa, które tworzyło zręby europejskiej kultury. Na oczach Polaków ze szkoły ruguje się historię i ogranicza literaturę polską. Nie kształtuje się człowieka z wielkim charakterem, o bogatej osobowości, identyfikującego się z wielowiekową, ugruntowaną tradycją. A dlaczego się nie kształtuje? Bo byłby to człowiek myślący, groźny dla głupiej i prymitywnej władzy. A ludzi myślących władza się boi. Chce mieć społeczeństwo ślepo poddane indoktrynacji, płaskie intelektualnie, pozbawione głębszych pokładów wiedzy o sobie samym i własnej przeszłości. Ale młodzież swój rozum ma. Umie, nawet okaleczona chorą oświatą, patrzeć i słuchać, ma naturalny zmysł krytyczny. Jeszcze są rodziny, Kościół, jest trochę rzetelnych i odpowiedzialnych dziennikarzy, są światli kapłani, żywiej reagujący ostatnio na zło profesorowie. Im bardziej będziemy poznawać realną i głębszą prawdę o naszej gorzkiej rzeczywistości, tym szerzej będziemy otwierać oczy.

W liście do młodzieży pisze Pan o śledztwie w sprawie katastrofy smoleńskiej, które toczy się od ponad roku, ale do tej pory niczego de facto nie wyjaśniło. Dlaczego większość mainstreamowych dziennikarzy nie próbuje nawet dociekać przyczyn wielkiej narodowej tragedii, idąc oportunistycznie za rosyjską narracją?

- Myślę, że Polacy zareagowali na katastrofę smoleńską spontanicznie i zgodnie z własnym sumieniem. Pogrążeni w żałobie masową obecnością przed Pałacem Prezydenckim dali dowód, jak ważna jest więź społeczna w obliczu tragedii. W głębi tej zbiorowości tkwią pamięć i prawda. Władza panicznie się zlękła tej potężnej zbiorowej pamięci. Dlatego cały atak skierowała na rozbicie jedności, na podzielenie społeczeństwa. I to dzielenie trwa do dzisiaj. Niestety, w tym dziele niszczenia wzięli udział, poza rządzącymi politykami, duża grupa spodlonych dziennikarzy i - rzecz jasna - ich mocodawcy. Decydowały tu takie czynniki, jak: zniewolone umysły, podłość, małość charakterów, lizusostwo, zły smak, zawodowy partykularyzm i jednostkowy egoizm. Był to moment sprawdzania, kto jest kim. Zwycięsko z tego wyszły niezależne umysły i mocne charaktery.

Powiedział Pan: "Język jest rzeczywistością i w języku jest rzeczywistość". Co mówi o nas współczesny język świata kultury i debaty publicznej?

- Ludzie sztuki w dużej części zaprzedali się bylejakości, chałturze i trywialności. Ich język to często język frazesu, banału, kiczu i pozorów. Zamiast autentycznej rozmowy o najważniejszych problemach Polaków pokazuje się nam w telewizji jakieś idiotyczne, lisie i wazeliniarskie "szkła kontaktowe" i "śniadania mistrzów", w których występują wciąż ci sami pożyteczni idioci, bez głębszej refleksji, z prymitywnymi hasełkami i bufonadą. Debata publiczna to spór o pryncypia, o to, jaka jest i ma być nasza Polska, jakie zagrożenia niesie Unia Europejska, dlaczego władza kłamie i oszukuje Naród. A świat kultury chowa głowę w piasek albo trzęsie się ze strachu. Jego język staje się językiem skundlenia.

Niezależni artyści, podobnie jak w stanie wojennym, "schodzą do podziemia", bo są spychani na margines kultury będącej nośnikiem wartości.

- Władza się degeneruje. Wybiera na twarz polskiej prezydencji w Unii Europejskiej pajaca i podrzędnego wesołka. To wskazuje na skalę zwyrodnienia, w tym przypadku ministra kultury. Degeneracja władzy prowadzić może tylko do katastrofy. Schodzenie przyzwoitych ludzi kultury i sztuki do podziemia to właśnie efekt owej degeneracji władzy. Owo podziemie ma inny charakter niż w stanie wojennym, ale sens podobny: uwolnić się od kłamstwa, zniewolenia i represji. Ten proces trwa, będzie się poszerzał i pogłębiał.

Jak ocenia Pan jakość stworzonego przez środowiska konserwatywne życia kulturowego? Dlaczego często nie jest ono postrzegane przez młodych ludzi jako alternatywa kultury laickiej?

- Nie widzę jednolitego, dobrze zorganizowanego środowiska konserwatywnego. Siłą kultury są nie tylko solidne fundamenty aksjologiczne, ale duża aktywność i zajmująca debata. Od lat rzetelną działalność prowadzi mocno już osadzone w kulturze wydawnictwo Arcana. Ma spory wpływ na studentów. Tam się krystalizują podstawowe idee konserwatywne. Pojawiają się nowe, kiełkujące inicjatywy młodzieżowe. Dobrym przykładem może być pismo "Rzeczy Wspólne", w którym egoizm jednostkowy zastępuje się dobrem zbiorowym. Mało znany Teatr Nie Teraz Tomasza A. Żaka z Tarnowa wystawia z młodymi aktorami pierwszy w Polsce dramat "Ballada wołyńska" poświęcony tragedii wymordowanych przez UPA Polaków. W Kudowie-Zdroju były dyrektor lokalnego muzeum Bronisław Kamiński jeździ po wsiach i zakłada małe muzea domowe. Radio Rodzina z Wrocławia znakomicie organizuje Noce Kościołów, w których udział biorą ludzie kultury i dziesiątki tysięcy wiernych. Głos Radia Maryja i Telewizji Trwam wzmacnia te tendencje. Młode pokolenie powoli, ale wyraźnie budzi się ze złego snu i samo z siebie odbudowuje niezbędne dla swego rozwoju wartości. W tym upatruję odradzanie się potencjału twórczego.

Często zabiera Pan głos w obronie pamięci Kresów i ich mieszkańców. Z czego, Pana zdaniem, wynika brak informacji o narodowości pomordowanych we Lwowie w 1941 r. profesorów na ufundowanym ostatnio przez władze Wrocławia i Lwowa pomniku?

- W lipcu 1941 r. zostali zamordowani polscy profesorowie we Lwowie. 3 lipca br. prezydenci Wrocławia i Lwowa odsłonili pomnik poświęcony ofiarom tej zbrodni, tyle tylko, że zabrakło na nim tablicy z napisem, iż zostali zamordowani polscy profesorowie i że udział w mordach, oprócz Niemców, brali także Ukraińcy. W trakcie uroczystości skrajny nacjonalista Oleg Pankiewicz domagał się "demontażu pomnika ofiar UPA... we Wrocławiu". A prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz nie zareagował na to, w swoim przemówieniu zaś nie użył określenia "polscy profesorowie", tylko "wybitni naukowcy publikujący głównie w języku polskim". Organizatorzy nie pozwolili przemówić przedstawicielowi rodzin ofiar tej zbrodni. I zabrakło polskich flag narodowych. Takie zachowania wynikają ze strachu i braku poszanowania ludzkiej godności.

W twórczości literackiej poświęca Pan wiele miejsca stosunkom polsko-ukraińskim. W tekstach publicystycznych wybrzmiewa jednocześnie niepokój z powodu niechęci polskich władz do uznania rzezi wołyńskiej za ludobójstwo. W jaki sposób nasze państwo powinno czcić pamięć Polaków - ofiar zbrodni na Wołyniu?

- W książkach "Ukraiński kochanek", "Zdrada" i "Ślepcy idą do nieba" opowiadam o wielkości i dramacie polskich Kresów, o obyczajach, kulturach, nacjach, językach i religiach, a bohaterami są Polacy, Rusini - Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Bojkowie, Cyganie, Niemcy, Rosjanie... Powieści te pozwalają lepiej zrozumieć naszą zafałszowaną historię i nasze dziś. Chciałbym, by wiedza o Kresach była powszechnie dostępna, ponieważ Kresy w najwyższym stopniu budowały przez wieki polską tożsamość narodową. A najważniejsze dzieła Mickiewicza, Słowackiego, Moniuszki, Szymanowskiego, Paderewskiego, Sienkiewicza, Makuszyńskiego, Schulza, Mackiewicza i Herberta nadal są żywe w zbiorowej wyobraźni. Czczenie pamięci ofiar należy do obowiązków państwa i jego instytucji. Powinna to być wielka duchowa manifestacja jedności i odpowiedzialności za losy polskich obywateli, z udziałem władz świeckich, duchownych i rodzin pomordowanych. Państwo ma obowiązek dbać o groby, symbole i pomniki ofiar. Najwyższa pora, by polski parlament nazwał zbrodnię kresową ludobójstwem i ustanowił 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian. By władze w niedalekiej przyszłości zbudowały w Warszawie pomnik pomordowanym i wzięły udział w budowie muzeum kresowego.

Wielką wagę przykłada Pan do nauczania historii i wskazywania właściwych wzorców - "wielkich charakterów i nieustraszonych postaw". Kto współcześnie może stać się dla nas inspiracją?

- W historii Polski nie brakuje godnych podziwu postaci. Bohaterstwo rodzi się w głębi ludzkiej duszy. Bohaterami są ci, którzy w trudnych warunkach stają po stronie miłości, prawdy, godności, wolności i sprawiedliwości. Nieustającą inspiracją w budowaniu dobra wspólnego są: bł. Jan Paweł II, ks. Jerzy Popiełuszko, ks. Piotr Skarga, Tadeusz Kościuszko, Józef Piłsudski, Janusz Korczak, rtm Witold Pilecki, płk Ryszard Kukliński, Anna Walentynowicz, oraz masowy ruch sprzeciwu "Solidarność". To są przykłady, jak być człowiekiem prawym, odważnym i z charakterem. Jak się poświęcać dla rzeczy większych niż nasz osobisty los. Tylko z takich postaw rodzi się dobro, a życie i świat zyskują wymiar moralny.

Dziękuję za rozmowę.

Stanisław Srokowski urodził się w 1936 r. w miejscowości Hnilcze k. Podhajec na Kresach Wschodnich, skąd został z rodziną wypędzony w 1945 roku. Zamieszkał na ziemiach zachodnich. Absolwent polonistyki, animator kultury, działacz "Solidarności". Ma w dorobku wiele tomików poetyckich i powieści, szczególne uznanie w ostatnich latach zyskał sagą kresową: "Ukraiński kochanek", "Zdrada" i "Ślepcy idą do nieba" (wszystkie tomy ukazały się w wydawnictwie Arcana).
 

 
  
 

 MYŚLĄC  O  KRESACH

( Wywiad przeprowadzony przez ks. red. Cezarego Chwilczyńskiego; ukazał się w nr 41(10.10.2010) w  tygodniku „Niedziela”)  

  Polska ma dług wobec Polaków mieszkających na wschodzie. W ostatnich tygodniach głośno jest o obywatelskim projekcie dotyczącym repatriantów przygotowywanym przez Jakuba Płażyńskiego. Jak Pana zdaniem nasz kraj wywiązuje się z tej powinności wobec rodaków zza wschodniej granicy ?

 

Stanisław Srokowski:

Źle się nasz kraj wywiązuje z tej powinności. Sam rozmawiałem z repatriantami z Kazachstanu. Skarżyli się na wiele rzeczy. Przywożą ich do miejsc, których nie znają. Często pochodzą z Wołynia, albo Podola. I to tam była ich ojczyzna. Tamtą ziemię pamiętają ją, kochają, tęsknią za nią. A tu nagle znajdują się w obcym sobie środowisku. Choć są witani serdecznie, po kilku dniach czują się zagubieni, nie znają dobrze języka, nie mają pracy, muszą przywyknąć do nowej sytuacji. Pojawiają się kłopoty ze szkołą, adaptacją dzieci.  Kurtuazja lokalnych władz szybko się kończy. Pamiętają bydlęce wagony, trupy wyrzucane z pociągów, choroby i utratę swojej ziemi. Nie dość, że przeżyli piekło wywózek, zsyłek,  śmierci najbliższych, upokorzeń i bólu, muszą raz jeszcze zmierzyć się z trudami życia. Zaczyna się poszukiwanie roboty, której nie znajdują nawet  przez rok albo i  kilka lat. Żyją w trudnych warunkach materialnych. Jeśli są lekarzami, prawnikami, czy innymi specjalistami, muszą ponownie zdawać egzaminy. Nie zawsze sobie z tym radzą. Podejmują się więc pierwszych lepszych zajęć, sprzątają ulice, myją okna, niańczą dzieci. To budzi poczucie zawodu, nieraz rozpaczy. A ci, którzy mają małżonków innej narodowości, narzekają, że z ich żonami, czy mężami jest jeszcze gorzej. Bardzo długo czekają na zmianę obywatelstwa. A to rodzi frustrację, gorycz, a nawet gniew, że państwo polskie nie jest przygotowane do ich przyjęcia. Nie został dostosowany do warunków system prawny, rządzi biurokracja i obojętność. Widziałem, jak płakali, niektórzy z nich żałowali swojej decyzji, byli zawiedzeni, a jeszcze inni chcieli wracać.  Szczególnie ludzie starsi, emeryci, którzy dostają dziadowską emeryturę. Najniższą z możliwych. Żyją więc w nędzy. Żyłoby się im lepiej, gdyby rząd Platformy Obywatelskiej i PSL stworzył im prawne ramy pozyskiwania należnych im płatności za lata pracy, powiedzmy, w Kazachstanie. Ale, o ile mi wiadomo, Tusk palcem nie kiwnął w tej sprawie.

Państwo polskie nie zadbało, by repatrianci z Azji dokładnie  zapoznali się z warunkami życia w kraju. By nie byli nimi zaskoczeni, a często przerażeni. A przecież to ich oczekiwana ojczyzna, która powinna się nad nimi pochylić z troską.  Nie mają więc pełnej informacji prawnej, kulturowej, obyczajowej. Przyjeżdżają ze świata absolutnie odmiennego, z inną historią, tradycją, językiem, mentalnością. Tutaj muszą się uczyć wszystkiego od nowa. Naturalnie, młodsze, sprawne intelektualnie pokolenie, wykształcone, znające języki,  radzi sobie lepiej, Tym niemniej obraz w całości nie jest wesoły. Potrzebny jest tu zespół działań i decyzji na poziomie państwa, ale też gminy, lokalnej społeczności, by nasi rodacy poczuli się jak u siebie w domu.                 

Autorzy obywatelskiego projektu w sprawie repatriantów chcą, by nad ich przyjazdem czuwało MSWiA, a nie – jak teraz – pojedyncza gmina, która rocznie  zaprasza tylko 1 rodzinę. Jak Pan ocenia ten pomysł ?

 

Stanisław Srokowski:

 

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony problem  byłby rozwiązywany kompleksowo, ale z drugiej - boję się administracyjnych barier. Bo co to znaczy, że nad ich przyjazdem  będzie czuwało MSWiA?  MSWiA to twór biurokratyczny, pewien symbol, znak rozpoznawczy, o ile ktoś jest w stanie go  rozpoznać. Boję się, że gromada urzędników zacznie mnożyć kłopoty, zanim osiedli jakąś rodzinę w jakimś miejscu. Przecież minister, ani jego urzędnicy nie dadzą repatriantowi chaty, pracy, poczucia bezpieczeństwa. Często sterany życiem człowiek będzie przerażony chodzeniem od urzędu do urzędu, by cokolwiek załatwić. Gmina wydaje się z tego punktu widzenia lepsza. Jest mniejsza i blisko. Rzecz w tym, by wójt miał praktyczne narzędzia  do dobrego ulokowania gościa, czyli musi być zabezpieczony finansowo, by dać repatriantowi mieszkanie i w pierwszym rzędzie  pracę oraz szkołę dla dzieci. Takie minimum socjalne.  Chyba by tak zostało skonstruowane prawo, że  za poszczególnych repatriantów odpowiedzialny jest od początku do końca konkretny wydział i konkretny człowiek. I on go od początku do końca prowadzi.  Ale to mało prawdopodobne.

 
Od 1989 roku Polska nie potrafiła sprowadzić do kraju wygnanych z rodzinnych stron rodaków i umożliwić im powrót. Niemcy w ciągu kilkunastu lat zdołali repatriować 2 mln osób, Polska zaledwie 7 tys. Opadł już entuzjazm, który towarzyszył tematowi repatriacji pod koniec lat 90. Zapominamy już o rodakach ze wschodu ?

 

Stanisław Srokowski:

 

Niestety, zapominamy. Nie tylko o tych rodakach, którzy pragną wrócić do Polski z Azji, albo z Ukrainy, Rosji, czy innego kraju. Polska zapomina też o rodakach, którzy tam pozostają i chcą tam nadal żyć, ale oczekują od swojej pierwszej ojczyzny przynajmniej opieki moralnej, oświatowej, kulturalnej, duchowej, religijnej  i czasami prawnej, a nie otrzymują jej. Na Litwie Polacy nie mogą używać polskiej pisowni dla zapisania w dokumentach swojego nazwiska. Na Białorusi zabiera się im polskie ośrodki kultury, zamyka  polskie szkoły, nie respektuje się polskich organizacji społecznych. Na Ukrainie Polacy nie mogą odzyskać kościołów. We wszystkich tych krajach borykają się z ogromnymi problemami przy prowadzeniu działalności charytatywnej. Polska, jako państwo, nie stwarza wystarczająco dobrych warunków dla dzieci i młodzieży z tych krajów. Nie zabezpiecza im pełnej możliwości z korzystania z dóbr kultury narodowej. Tym się zajmują, często chałupniczo, organizacje społeczne, pozarządowe. A już na skandal zakrawa fakt, że rodziny wymordowanych przez bandy OUN/UPA w czasie ludobójstwa na Kresach, nie mogą się doczekać, by setki tysięcy  grobów, w których leżą ich krewni,  miały krzyże, tabliczki pamiątkowe, oznaczenia. A wielu z nas nie może odnaleźć miejsc pochówku pomordowanych, bo Polska nie jest tu dobrą matką.  Nie  pomaga nam. Jest obojętna.  Nie możemy się doczekać, by pojawiły się tabliczki z prawdziwymi opisami  śmierci, która zabrała nam naszych braci, dzieci, matek, ojców i dziadków. Fałszuje się historię przy pełnej wiedzy polskich władz, a często za ich zgodą.

Jak niechcianych obcych traktuje się też Kresowian w Polsce. Nie otrzymują oni żadnej dotacji na swoją działalność, w przeciwieństwie, na przykład do mniejszości ukraińskiej w Polsce, która prowadzi swoje szkoły, wydaje pisma, za nasze pieniądze i często jeszcze w tych pismach pluje nam w twarz. Oto stan  rzeczy           

Jak dziś wśród Dolnoślązaków kultywuje się pomieć Kresów Wschodnich?

 

Stanisław Srokowski:

Zajmuje się tym głównie starsze pokolenie, ostatnie już, które zna Kresy z autopsji i wciąż nimi żyje. Niektórzy Kresowianie założyli swoje stowarzyszenia, ale wyglądają w nich jak żebracy, od czasu do czasu otrzymują byle jakie lokale, gdzieś na peryferiach, małe,  brudne, zaniedbane i często zimne. Muszą za nie płacić wysokie czynsze, a nie mają na to środków.

Prowadzą działalność oświatową, odczyty, prelekcje, nieraz sesje naukowe, na które muszą sobie sami zapracować. W Niemczech ziomkostwa otrzymują grubą dotację, szczycą  się szacunkiem władz, mają duży wpływ na życie kraju. Bo tamta władza dba o nich, pielęgnuje ich tradycje, łoży koszty na przywracanie pamięci. U nas nie. U nas dzieje się wprost przeciwnie. Państwo polskie jako organizacją mająca jednoczyć naród wokół wielkich idei, ideę pamięci spycha w kąt. Bo obecne państwo polskie nie ma wielkich idei. A pogardzanie pamięcią narodową to pierwszy krok do wynarodowienia, I o to zdaje się chodzi. W podręcznikach szkolnych nie wspomina się o ludobójstwie. Na uniwersytetach nie pisze się prac magisterskich, a tym bardziej doktorskich o rzezi na Wołyniu, Podolu i Pokuciu. Wycina się lekcje historii. Tworzy się pokolenia ślepych i głuchych na wielkie wartości.       Czy ci, którzy przyjechali po II wojnie światowej na „Ziemie Odzyskanie” to repatrianci, jak się zwykło mówić, czy wygnańcy ? Jak ma się ten exodus do formuły: upamiętnienia europejskie wygnania i wypędzenia proponowane przez Niemcy i to wszystko co stało się z Polakami z Kresów Wschodnich  ?

 

Stanisław Srokowski:

 

Ci, którzy przyjechali po wojnie bydlęcymi wagonami na Ziemie Odzyskane, to nie żadni repatrianci. To wygnańcy, wyrzuceni ze swojej ziemi, z polskich miast i wsi, ze Lwowa, Stanisławowa,  Tarnopola i Kołomyi. Brutalnie wyrwani z własnej gleby. Przez ponad sześć wieków tam ich przodkowie budowali wielką Polskę. A oni zostali zmuszeni do ucieczki przed śmiercią. Jechali tu z nadzieją, że kiedyś wrócą. I oto nagle dowiadują się, że są tak samo traktowani jak Niemcy, którzy wywołali wojnę, tę wojnę przegrali, spowodowali śmierć milionów Europejczyków, Polaków, Żydów, Rosjan i innych narodów. Stali się źródłem wielu nieszczęść, spowodowali kataklizm na niespotykaną  skalę w dziejach człowieka i sami sobie zgotowali w końcu ten  los, odwracają porządek rzeczy. Bez ich Hitlera, którego masowo popierali, a więc i bez ich decyzji nie byłoby wojny. Bez wojny nie byłoby wypędzeń. I teraz chcą tworzyć muzea, w których będą się licytowali na nieszczęścia. To podły, przewrotny pomysł, który ma  na celu zafałszować obraz historii. I ma wymazać w Niemcach poczucie winy. Sygnał dla młodego pokolenia, możecie czynić źle, jesteśmy silni, sprawni organizacyjnie, mamy pieniądze, wszystko usprawiedliwimy. I na dodatek sprzedajni sąsiedzi nam  pomogą,  zaakceptują nasz punkt widzenia. Nieważne 6 milionów zabitych polskich obywateli. Nieważni w straszliwych męczarniach ginący Kresowianie, ponad 200 tysięcy wymordowanych.   Nieważne obozy koncentracyjne, holocaust Żydów. Ważne wpływy, media i siła.  Oto perfidia nowych czasów. Relatywizowanie wartości.            

 



SMUTNY CIEŃ HISTORII


(24.06.2010 - wywiad ukazał się w dodatku do "Rzeczpospolitej" pt. "Księga Kresów Wschodnich")
 

 

– „Wyrwali nam z korzeniami duszę, serce, wszystko” – tak jeden z 
bohaterów pana książki „Repatrianci” mówi, żegnając się ze swą 
pozostawioną za Bugiem, spaloną wsią. Tak właśnie wyglądały te 
pożegnania?

Stanisław Srokowski:  Przerażenie i  rozpacz. Walił się świat pod nogami. Wokół spalone chaty,  świątynie, szkoły,  trupy i zapach śmierci. Wszystko spopielone  albo zagrabione.   Ucieczka w popłochu, a po drodze nowa  krew i nowe ofiary. Setki  wsi, dziesiątki tysięcy  ludzi.  Później okazało się, że blisko dwieście  tysięcy  wymordowanych  dzieci, starców, kobiet z odciętymi piersiami i wydłubanymi oczami.   Ból tym większy, że cios zadali sąsiedzi. Straszliwe poczucie oszustwa, zdrady. Nie dało się tego pojąć.      

- Inny bohater tej książki mówi o opuszczanej wsi „To ziemia naszych 
dziadów! Ziemia naszych grobów!”. Czy przesiedleńcy – nazywani 
repatriantami – poczuli się w swych nowych domach, nowych wsiach, u 
siebie? A jeśli tak - to kiedy?

St. S.:  Fałszywie  nazwano nas repatriantami.  Byliśmy wygnańcami.  A tytuł mojej powieści  wziął się ze względów cenzuralnych. Przywieźli nas bydlęcymi wagonami na ziemie zachodnie,  nieznane, niepewne.   Baliśmy się , że wrócą Niemcy,  ale i mieliśmy  nadzieję,  że kiedyś my  wrócimy na swoje.  To  nowe było  trudne do zaakceptowania.  Nie ta przyroda,  powietrze, ziemia, zapachy. Przez długie noce towarzyszyły nam  straszne sny, krzyki, lęki, zasłaniane okna, podpierane od środka kołkami drzwi.  Poczucie tymczasowości trwało  do 1956 r.   

 - Czy pana zdaniem dziś widać obecność dawnych repatriantów na 
„Ziemiach Odzyskanych”? Czy dzięki nim te tereny są inne od reszty 
Polski, od Mazowsza, Wielkopolski, Małopolski?

St. S.:  Wypędzeni  stanowili na Ziemiach Zachodnich  mentalnie i kulturowo nową grupę społeczną. To byli ludzie otwarci, szczerzy, z własną  tradycją,  z pewną odmiennością językową i ogromnym przywiązaniem do Kościoła, a także  z doświadczeniem komunizmu.  Pierwsi przekonali się  po 17 września 1939 r., że  sowiecki system  opiera się na kłamstwie. Do  dowodów osobistych wpisano nam: urodzeni  w ZSRR.  Kresowianie  sprzeciwiali się zakładaniu kołchozów. Znali  nędzę i destrukcję materialną i duchową, którą one niosą.   Synowie  Kresowian  tworzyli  antykomunistyczne organizacje młodzieżowe w szkołach średnich. Tak było w mojej szkole, w Dębnie Lub.   Dziś działają stowarzyszenia kresowe,  przypominają o wielkości i znaczeniu zagrabionych ziem dla polskiej  nauki i kultury. Bez Kresów, wytępionej inteligencji,  nie da się zrozumieć wielu procesów i zjawisk współczesnych.     

- Na ile trwa w naszym kraju pamięć o Kresach Wschodnich?

St. S.:  Z tym jest źle. Pamięć stanowi  źródło twórczego rozwoju człowieka i narodów.   Dwadzieścia lat obłudnej i chorej polityki  poczyniło  niepowetowane szkody. Osłabiło więź  Polaków z własną historią,  okaleczyło całe pokolenie, pozbawiło go wiedzy i świadomości narodowej.  Skutki  są przerażające. Ogromna większość rodaków niewiele  wie o ludobójstwie, jakiego dokonali ukraińscy nacjonaliści z OUN/UPA  na setkach tysięcy Polaków, Żydów, Ormian…  Niewiedza i  zakłamanie  zemszczą się w przyszłości.    

- Istnieje pewien mit Kresów, jako regionu pokojowego przenikania 
kultur i współpracy kilku narodów - polskiego, ukraińskiego, 
białoruskiego, w jakimś stopniu i żydowskiego. Czy pana zdaniem ten 
mit jest prawdziwy?

St. S.:   Kresy to  fakt. Ponad sześćset lat wspólnej historii dla ponad 20  nacji, Polaków, Żydów,  Ukraińców, Litwinów, Niemców, Rosjan, Ormian, Tatarów,  Czechów, Białorusinów…   Tworzenie szacunku dla odmienności kulturowych, języka, obyczajów, religii… Dziś buduje się z tego mit, który  wyjaśnia sens  i bogactwo różnorodności. Stanowi  lustro  naszych dziejów.

- Repatrianci do Polski trafili, ale na wschód od Bugu wciąż żyje 
bardzo wielu Polaków. Na ile dawne Kresy przetrwały?

St. S. Dawne Kresy to obecnie smutny cień historii, popękane  ślady piękna.  Najcenniejszy nasz skarb to mieszkający tam Polacy.  Należy im pomagać w zachowaniu tożsamości. Niestety, na dawnych polskich ziemiach buduje się dziś pomniki mordercom, Banderze i innym. To bolesny policzek, upokarzanie Polski  i bezrozumnie milczącej Europy.       

                                                                   rozmawiał Piotr Kościński


WYWIAD DLA MAGAZYNU LITERACKIEGO "KSIĄŻKI"

 

( marzec, 2008, rozmawiał: Tomasz Zapert, fragmenty ukazały się też w "Rzeczpospolitej", tu podajemy całość)


 

  1. Czy rzeczywistość opisana na kartach "Samotności" ma odzwierciedlenie w faktach, czy jest to li tylko literacka kreacja?


 

Stanisław Srokowski: Ta rzeczywistość co dnia patrzy nam w oczy, tyle, że nie widzimy jej dokładnie i nie rozumiemy, ponieważ przykryta jest twardą skorupą fałszywych wyobrażeń, kłamliwych znaków, złudnych wizji i stęchłych form. Nie jesteśmy w stanie się przebić przez jej powierzchnię i dotrzeć do sedna rzeczy. Dlatego najpierw trzeba zrzucić z niej całą tę narośl, by móc zajrzeć do środka i szukać sensu.

Moja powieść jest taką próbą wejrzenia pod skórę rzeczywistości i szukania sensu. Pomysł do książki zaczerpnąłem z konkretnego, rzeczywistego domu. Dom taki istnieje we Wrocławiu. Ma swoją ulicę i numer. I to w nim właśnie rozgrywają się przedstawione sceny. Żyją tam prawdziwi ludzie, chodzą, rozmawiają, cierpią i radują się, jak wszędzie. I życie niby jak wszędzie. Tyle, że niby, z pozoru. W istocie rzeczy mieszkańców tego domu drąży straszliwa pustka i robak śmierci. Wielokrotnie w tym domu byłem. Miałem tam przyjaciół i znajomych. Patrzyłem im w oczy, rozmawiałem z nimi i widziałem, jak wchodzą w świat fantasmagorii i rojeń, powoli zanikają. Nie znikają, a zanikają. Był to Dom - Widmo. I jest to Dom - Widmo. Bo nadal istnieje. Ostatni jego mieszkańcy właśnie dostają obłędu albo umierają. A takich domów mamy miliony. Nie tylko w Polsce, ale na świecie. Z pozoru wyglądają normalnie A w środku piekło. Panowała tam właśnie taka atmosfera, jaką opisałem. Ludzie czekali na śmierć. Nie mogli od niej uciec. Fatum zapisane zostało w każdej komórce ich ciała. Nie byli w stanie się od niego uwolnić. Bo taka jest natura fatum. To są fakty. Tylko cóż po faktach? Gdyby nie było pisarzy artystycznej kreacji, nie byłoby metaforycznego obrazu. Bo w istocie rzeczy ten dom, to Dom-Życie, Dom- Świat. A tam, gdzie jest życie, tam jest i śmierć. I taki dom opisałem. Dom z całym dobytkiem inwentarza, z bagażem groteskowych lęków, karykaturalnych obsesji i chorych rojeń. Z dramatycznymi zasobami śmieszności i fantasmagoriami. Ale i z czymś więcej. Ten dom to Dom - Labirynt, w którym spotyka się stężone, na wielką skalę zło i zdeptane dobro, nienawiść i heroiczna odwaga, podłość i wstyd, oraz chichot materii. Labirynt idący we wszystkich kierunkach. I w tym labiryncie nie więzi się Minotaura, jak w starożytnym Knossos, ale nasze życie. Proszę dokładnie prześledzić poszczególne sceny i obrazy, a zobaczy Pan, jak się odbijają w nich nasze różne oblicza, zdeformowane myśli i groteskowe pragnienia. Jest to demistyfikacja naszej współczesnej rzeczywistości, która nie widzi siebie samej, śmiesznej, groteskowej i groźnej. Trzeba jej przystawić od oczu lustro, literaturę, sztukę. Czy tak to odczytają nasi wybitni krytycy, pojęcia nie mam. Nieznane są bowiem drogi naszej polskiej krytykiJ.


 

  1. Narracja w znacznej mierze oparta jest o... uszy. Mam na myśli
    naturalistyczne opisy egzystencji sąsiadów, które zapewne umożliwiała
    akustyka charakterystyczna dla współczesnego budownictwa. Nie mylę się?


 

Stanisław Srokowski: Typ budownictwa nie jest tu najważniejszy. Choć ma pan rację, to nowe ma swoje uszy. Ale stare też miało niezłe. Ważne jest co innego. Zmaganie człowieka ze światem. Kiedy zaczyna się prawdziwa gra z samotnością. Nie tam, w biurze, redakcji, albo na ministerialnym fotelu, ale we własnym umyśle, w czterech ścianach, gdy nie musimy już grać różnych ról społecznych, tylko jesteśmy sobą, w najgłębszym znaczeniu tego słowa. Kiedy wstyd pokazuje własną twarz i boli, a ukryta zbrodnia rzuca nas na kolana. Wtedy zaczyna się właśnie piekło. Gdy dopada nas prawdziwy strach. I zastanawiamy się, czy my jesteśmy jeszcze my, a nie wytwór zbiorowej wyobraźni. Każdy jako tako myślący i czujący człowiek musi przynajmniej raz w życiu stanąć przed nagą ścianą prawdy i dowiedzieć się, co ta ściana ma mu do powiedzenia. Mój bohater stoi właśnie przed taką ścianą. Wsłuchuje się w nią. I dowiaduje się z niej, kim jest, jaką ma postać i na co go stać. Bo tam, w fabryce, szkole i przed komputerem, jesteśmy zaprojektowanymi robotami. Żyjemy w narzuconej nam sztucznej rzeczywistości. Uśmiechamy się uśmiechem numer siedem, albo pięćdziesiąt dwa Trzymamy tak jak wszyscy komórkę, niecierpliwie sprawdzając jej pulpit i nie zdając sobie sprawy, że jesteśmy już w sidłach materii i panuje nad nami bożek strachu. Naciskamy jakiś guzik i wirtualny świat świeci. Z sobą samym tak się nie da. Nie ma takiego guzika. Tutaj rozliczenia są trudne i pełne goryczy. Nie da się nacisnąć guzika szczęścia. Tutaj, w ścianach własnego umysłu otwiera się paszcza innej rzeczywistości, tej wewnętrznej, głębszej, dociekliwszej i bardziej bolesnej, bowiem pyta ona nas o sens naszej egzystencji i znaczenie maskarady, w której uczestniczymy. Tylko ściany są prawdziwe. I tylko one są świadkami prawdy. I powietrze. Bowiem powietrze nas zapisuje z detaliczną dokładnością na swoich niewidzialnych krążkach. Nawet, gdy tkwimy w ponurym milczeniu i nam się wydaje, że nic się nie dzieje, zawsze coś się dzieje. Ściany naszego umysłu mają uszy. I nasłuchują.

3. Kolosalnym walorem powieści jest język. Weźmy takie zdanie, moim
zdaniem, credo utworu: "Teraz będziemy zarzucać lasso na szyję absurdu, by dokładniej przyjrzeć się, jak kąsają nas i zjadają zęby samotności". Proszę powiedzieć jak Pan pracuje (określone godziny, i konkretne miejsce,
komputer, pióro ołówek czy maszyna do pisanie, kto jest pierwszym
czytelnikiem utworów?)


 

Stanisław Srokowski: Dotknął pan sedna sprawy. Język jest rzeczywistością. I w języku jest rzeczywistość. Bardzo mocno to podkreślam. W języku immanentnie istnieje jakaś rzeczywistość. Jest w nim zapisana i mocno się języka trzyma. Zmiana języka oznacza zmianę rzeczywistości. Niestety, w powszechnym mniemaniu istnieje coś takiego, jak osobny język i osobna rzeczywistość. I mędrcy różnej maści pouczają nas, że wystarczy zmienić język, a ta sama rzeczywistość stanie się inną rzeczywistością. Stąd wzięły się owe cudaczne slogany, że to samo można wyrazić innym słowami, albo innym językiem. Otóż nie. Nie da się. Nie da się tego samego wyrazić innymi słowami. Bowiem wyrazić coś innymi słowami, to wyrazić inną rzeczywistość, inny jej stan, inną konsystencję, estetykę, inną głębie, światło, zapach, barwę, ton, rytm, puls i jeszcze kilka rzeczy. Moja powieść prowadzi wielki spór z językiem pozorów, frazeologią społecznych złudzeń i fantasmagorią fałszywych wartości. W tonie sarkastycznym protestuje przeciwko ogłupianiu narodu, któremu i tak się przyprawia różne gęby i wmawia różne głupoty do głowy. Pisarze biorą brzemię odpowiedzialności za odkłamywanie rzeczywistości, którą na ubój zakłamują politycy, dziennikarze, ideolodzy i cała masa różnych speców od obłudy, kłamstwa i maskowania świata. Dziękuję Panu za to pytanie i spostrzeżenie, bowiem istotnie, to centralne zagadnienie mojej powieści. Sens i rola języka.

"Samotność" pisałem bardzo długo. Powstawała ona w przeciągu trzydziestu lat. Pisałem z przerwami od 1978 roku. A ostatnią kropkę postawiłem 9 listopada 2007. Najpierw zrodziło się opowiadanie. Noc wtedy była moją królową. Jestem człowiekiem nocy. W nocy bardziej się skupiam, W nocy więcej słyszę. W nocy więcej wiem. W nocy towarzyszą mi rozliczne duchy, wspierające moją robotę. To nie jest tak, że pisarz staje samotny przed białą kartką i z rozpaczą szuka ratunku. Za nim stoi cała tradycja, kultura, język, całe bogactwo dziejów. Musi tylko dokonać wyboru, znaleźć własną ścieżkę. Jedni znajdują ją szybko, inni, jak ja w przypadku "Samotności", długo, czy nawet bardzo długo. Gd już miałem opowiadanie, które kilku ważnych krytyków uznało za ciekawe, ja wciąż miałem niedosyt. Czegoś mi w nim brakowało. I zmagałem się z nim przez trzydzieści lat Rozwijała się fabuła, wątki pobocze nabierały mocy i rzucały się do przodu, prowadząc mnie za sobą. Rozbudowywały się nowe motywy, obrazy, wizje, narracje. Jedne dopisywałem, inne kreśliłem. Pisałem w różnych miejscach i w różnym czasie. W domu, hotelu, lesie, w pociągu, samolocie, na wsi i w mieście. Odkładałem na całe miesiące i znowu wracałem. I tak to trwało. Aż litościwy duch twórczy tupnął nogą i syknął mi do ucha, że czas zakończyć. Wtedy właśnie postawiłem kropkę nad i. I to już była kropka postawiona w komputerze. A zacząłem od ołówka. Pierwszą czytelniczką była moja żona i syn Oboje bardzo krytyczni.

 

  1. W tym miejscu muszę zapytać o literackie wzorce i ulubione lektury?

     

Stanisław Srokowski: Poza Biblią, największe znaczenie mieli i mają dla mnie: w jednej linii -Homer, szczególnie z Odyseją, którą próbuję teraz tłumaczyć, Dante z "Piekłem", Cervantes z genialnym "Don Kichotem", Joyce z "Ulissesem" i naturalnie Bułhakow z "Mistrzem i Małgorzatą". A w drugiej Dostojewski z niedościgłą "Zbrodnią i karą", Tomasz Mann z "Czarodziejską górą" i Gabriel Garcia Marquez ze "Sto lat samotności".


5. Bardzo gorzko, ale prawdziwie, brzmią słowa: "Zaczynała się epoka
barbarzyństwa, pustki duchowej i kiczowatych gustów". Jak Pan sądzi
kiedy wreszcie ona się zakończy?


 

Stanisław Srokowski: Mam jak najgorsze przeczucia. W powojennej Polsce mieliśmy dwie epoki barbarzyństwa. Epoka pierwsza sięgająca drugiej połowy lat czterdziestych. Do dziś w dużej mierze w sensie mentalnym nie możemy się od niej uwolnić. Zniszczona przedwojenna inteligencja polska nie mogła już nadawać tonu i fasonu polskiej kulturze. Jej miejsc zajęła ciemna masa, bez wiedzy, stylu i mądrości, i przez dziesięciolecia spychała naród w kąt cywilizacji. Niestety, swój udział w pomnażaniu wszelkiej maści chamstwa miała też pożal się Boże, bohema artystyczna, pisarze, malarze, twórcy teatru, poddając się terrorowi socrealizmu i czyniąc niepomierne szkody w umysłach całego pokolenia, zamulając język kłamstwem i intelektualną szmirą.

A od kilkunastu lat szerzy się druga fala barbarzyństwa. Na kolejnych szczytach władzy, w rządzie i parlamencie, roi się od chamstwa, prymitywizmu, załgania i hipokryzji. Co dnia jesteśmy karmieni fałszem, cynizmem, obłudą i złym smakiem. A w ślady naszej elity politycznej podąża znowu, pożal się Boże, polska rozrywka, niesmaczna, byle jaka, pusta i prostacka. Chamstwo i prymitywizm szerzą w się w zastraszającym tempie. Całe tabuny wyjców zagłuszają nam życie. Całe tabuny domorosłych "artystów zaśmiecają nam język byle czym. Byle jakimi piosenkami. Byle jakimi kabaretami. Byle jakim teatrem. Byle jakimi galeriami. I byle jaką literaturą. Pustka duchowa przelewa się przez telewizory, sale kinowe i wystawy wszystkich miast i miasteczek kraju. A kiczowate gusty niszczą resztki dobrego smaku. Odradzanie duchowe musi potrwać. Muszą powstawać elitarne czasopisma, elitarne teatry, szkoły, kluby i uniwersytety. Musi powstać jakaś zapora przeciwko chamstwo, barbarzyństwu i prymitywizmowi. I musimy dopracować się autentycznych autorytetów. Bo ich nie mamy. A to potrwa. Na szczęście powoli, ale systematycznie odbudowują się to tu to tam jakieś przyczółki nowej wyższej kultury i dobrego smaku.


 

6. Jako dziecko był Pan świadkiem ludobójstwa UPA na Kresach  (vide
"Nienawiść"; swoją drogą, czy nie proponowano Panu adaptacji filmowej któregoś
z opowiadań). Co Stanisław Srokowski sądzi o przyszłości relacji
ukraińsko-polskich
?

 

Stanisław Srokowski: Do tego tematu trzeba dojrzeć. Jak na razie nie widzę chętnych i odważnych reżyserów, którzy by się zmierzyli z problematyką ludobójstwa na Kresach. Wajda do "Katynia" dojrzewał blisko 60 lat. A ludobójstwo na Kresach to znacznie bardziej dramatyczna materia niż Katyń, wymagająca wielkiej odwagi moralnej i artystycznej. I talentu dużej klasy. Pewien ważny reżyser warszawski, któremu wysłałem "Nienawiść", nawiasem mówiąc, pochodzący z Kresów, milczy jak grób. Może się boi? A jak się ułożą relacje polsko-ukraińskie? Jak powiada wielki polski pisarz, Włodzimierz Odojewski z gryzącą ironią "zamiecie wszystko, zawieje". Bo Odojewski ma nosa i wie, że to czas rozwiąże nasze problemy. Tytuł Odojewskiego należy rozumieć jako skargę, ból, przestrogę, by tak się nie stało. Fakty są takie, że Ukraińcy nie mają żadnych zahamowań, by stawiać pomniki mordercom, Bandrze i innym. Ich imieniem nazywa się ulice i place wielkich miast. Na ich przykładzie uczy się bohaterstwa w ukraińskich szkołach i na wyższych uczelniach. A polski rząd i parlament nie mają odwagi potępić zbrodni ukraińskich nacjonalistów. W naszych szkołach nauczyciele historii nie mówią o tragedii Kresów. Bo nie ma jej w programach nauczania. A właśnie zbliża się 65 rocznica mordów na Wołyniu. Jest okazja, by odbyła się wielką publiczną debatę na ten temat. Ale kto ma to uczynić? Prasa? Telewizja? Kto się tego nie ulęknie? Gdy odbierałem w Warszawie statuetkę Mackiewicza, podszedł do mnie wicemarszałek Senatu, Zbigniew Romaszewski, wielce zasłużony dla wolności Pan, i pogratulował wyróżnienia. A ja zadałem mu pytanie. - Czy Senat znajdzie tyle siły, by potępić ukraińskie zbrodnie? - na co marszałek ze znaną u naszych polityków odwagą odparł: - No, nie wiem, nie wiem. - A układanie stosunków zaczyna się od prawdy, a nie od niewiedzy i kłamstwa. Wtedy dojdzie do pojednania dwu narodów, które na to zasłużyły, gdy zniknie bariera strachu i koniunkturalnych interesów. Niemcy oczyściły się przed światem ze swoich straszliwych zbrodni. Powstały setki filmów, książek, spektakli teatralnych. Niemcy potępili faszyzm. A nasi wybitni twórcy milczą, jakby nigdy nie było Kresów. Jakby Polska w tej mierze była bez przeszłości. Ukraińskiego faszyzmu nikt oficjalnie nie potępił. Oczywiście politycy mogą jeszcze przez lata klajstrować złudną rzeczywistość. Ale dopiero wtedy nastąpi prawdziwe, a nie deklaratywne pojednanie, gdy cała prawda ujrzy światło dzienne. A to, jak widać, jeszcze potrwa.


 


 

SAMOTNOŚĆ NIE JEDNO MA IMIĘ

(Petar Petrović, Polskie Radio, Nowe Media)

Czwartek, 20 marca 2008

Ludzkość za wszelką cenę stara się uciec od samotności, wymyślamy rożne sposoby na komunikację z drugim człowiekiem, jednak wszystkie "osiągnięcia techniczne" tak naprawdę nas przed nią nie "ratują". Jeden z Pana bohaterów mówi: "Tak wiele jest teraz obcości miedzy ludźmi. Coraz chłodniejsze podmuchy obojętności idą od człowieka do człowieka". Co pan myśli o współczesnych procesach alienacji człowieka?

Źle myślę. Niby na powierzchni zdarzeń jakoś się to wszystko jeszcze trzyma, ale coraz słabiej, coraz wątlej. Powstają atrapy życia duchowego. Całe obszary zastępczych figur, omamów i znaków. Najrozmaitsze maski i fantasmagorie, które udają autentyczne życie, kryją w gruncie rzeczy straszliwą pustkę i przerażający lęk przed rzeczywistością. Nasze życie intelektualne i duchowe nie idzie w głąb. Nie pogłębia się ani nie poszerza strefa metafizyczna, tak niezbędna dla zrozumienia siebie i świata, a jedynie technicyzuje się, jeśli tak można powiedzieć. Istnieją całe obszary komunikacyjne, które niczego istotnego nie rozwiązują, a petryfikują jedynie pewne pozory i fasady naszych zachowań. Obserwuję pewne interesujące zjawisko, a mianowicie tworzenie się swoistego politeizmu cywilizacyjnego. Poszczególne ośrodki zbiorowej komunikacji przeistaczają się w boskie figurki bądź ołtarzyki, którym składamy codzienne hołdy.

Proszę zwrócić uwagę, jak się zachowują ludzie w tramwaju, szczególnie młode pokolenie, ale nie tylko, gdy ciągle się wpatrują w malutki kawałeczek materii, zwany komórką, który od czasu do czasu przemówi ludzkim głosem, albo coś nam zasygnalizuje. To samo dotyczy komputera, telewizora i paru innych rzeczy. Czyż nie przypomina to pierwotnych wierzeń, gdy prosty lud wpatrywał się w kamień, rzekę i święte drzewo, w trwodze oczekując , że  aż bóstwo się odezwie i oznajmi nam swoją wolę. To wielka atawistyczna potrzeba duchowej więzi, dowód na straszliwą samotność współczesnego człowieka, który widząc jak wokół niego wszystko ryczy, świeci, gra i tańczy, wpatrzony jest w jeden punkt, w oczekiwaniu na coś większego, ważniejszego i indywidualnego, co kryje się gdzieś daleko, ale co i tak nie nadejdzie.  Tak więc, żyjemy w świecie coraz większych złudzeń. A samotność wspomagana złudzeniami jest o krok od katastrofy. Poza tym, to dowód na mizerię współczesnego umysłu, który nie umie być umysłem krytycznym. Poddaje się stadnym zachowaniom, co także, wbrew pozorom,  jest dowodem na samotność.              

Najbardziej przejmujące są dla mnie relacje z "Tym za ściany", czy można je uznać za współczesną metaforę relacji międzyludzkich. Jakaś bariera mniej lub bardziej wyraźna nas od siebie oddziela.

Istotnie, dobrze Pan odczytał tę metaforę, choć ma ona i inne odniesienia. To nie tylko bariera, ale też maska, zza której wcale nie musi wyzierać dobro, piękno i prawda. Jakże często rozmawiamy dziś z atrapami, imitacjami i złudzeniami. Tylko dlatego, że  są one na wyciągnięcie ręki. W gruncie rzeczy rozmawiamy ze swoim pustym wnętrzem. A gdy to odkrywamy, wpadamy w popłoch. Nie wiemy, co z sobą począć. Zanika duch otwartości, prostolinijności i szczerości. Ale ta ściana to też ściana dramatycznego napięcia, poszukiwania kontaktu, więzi, jedności, nawet za cenę zawodu i zdrady. To wszystko i jeszcze coś innego  mieści się w głównym nurcie powieści.
 
Pisze pan o samotności w różnych stadiach ludzkiego życia, najsmutniejsza wydaje się ta, która dotyczy ludzi starszych. Samotność towarzyszy nam na każdym etapie życia.

Problem polega na tym, jak zdefiniujemy samotność. Samotność nie zna granic, miejsca ani czasu. Jest pozaczasowa i uniwersalna, choć za każdym razem ma własne oblicze. Może równie dobrze zagnieździć się w dziecku, jak i w staruszku. I może być równie dotkliwa dla obu. Najbardziej przerażająca jest samotność w zbiorowości. Gdy  konfrontujemy swoją odmienność i zauważamy, że nie pasujemy do świata. To bardzo dotkliwe i wyniszczające uczucie. Naturalnie, do czasu, gdy nie przebudowujemy siebie i z

Samotność na innym poziomie może być zbawienna, twórcza i radykalnie przeobrażająca nasze i świata życie.

klęski nie czynimy sukces. Samotność na innym poziomie może być zbawienna, twórcza i radykalnie przeobrażająca nasze i świata życie. Z takiej samotności rodzą się wielcy twórcy, kapłani, politycy, filozofowie i rewolucjoniści, choć ci ostatni zwykle więcej szkody czynią światu niż pożytku.  

Samotność, starość nierozerwalnie wiąże się w pana książce z umieraniem. Czasami jest ono odejściem, a czasami, jak to ma miejsce w kamienicy z pewnego rodzaju chorobą - epidemią.

Trzeba spojrzeć na tę powieść jako na zagadkę. Nie ma dla niej jednej formuły interpretacyjnej. Każdy indywidualny czytelnik odbierze ją  poprzez własne doświadczenie. I tyle mu powieść odda, ile sam w nią włoży. Dla jednych ten dom będzie  domem - widmem. Dla innych  domem - życiem. Domem -ciałem. Domem- umieraniem. Domem -światem. Domem-ideą. Domem- szaleństwem. Lub domem - nicością. I domem, na kilku innych jeszcze planach. Od rozpoznania istoty domu  zaczyna się jakaś linia myślowa  

Wciąż nam się wydaje, gdy inni odchodzą, że o czymś zapomnieliśmy. Że coś nie do końca sobie wyjaśniliśmy." Pana słowa przypominają mi słowa księdza Twardowskiego "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą".

Żyjmy tak jakbyśmy mieli dzisiaj odejść. Oto kamień filozoficzny życia. I muszą się tu spotkać sprzeczności. Żyć godnie, pięknie i mądrze. I żyć szybko, twórczo i z fantazją. Moja książka pokazuje perspektywę z ostateczności. Z takiej perspektywy każda kropka coś znaczy i każdy cień. I każde zaniechanie staje się błędem. Warto na siebie z takiej perspektywy spojrzeć, a życie  będzie odrobinę lepsze.  
 
Zatrzymajmy się przy postaci zdradzającej żony. Moim zdaniem znakomicie przedstawił pan stadium rozkładu osobowości i tożsamości osoby, która cały swój świat buduje na kłamstwie. "(&) w tych sieciach kłamstw, oszustw i matactw mieszka cała przeszłość człowieka, wszystkie jego spichlerze i magazyn zdrady". Ostatecznie sama staje się "ofiarą" swoich własnych żądz.

Moja bohaterka wpada we własną  pułapkę.. To problem identyfikacji. Kim jesteśmy? Jakie gramy role? I czego chcemy od innych i życia?  To pytania, które warto sobie postawić. Bo dzisiejszy świat jest pełen pułapek i gier, najrozmaitszych, jak powiadają mędrkowie, strategii, czyli błazenady i lipy. Moja bohaterka kryje się za wieloma maskami, aż w końcu sama już nie wie, kim jest. Bo nie da się długo żyć między prawdą i kłamstwem. Rozdarcie kończy się klęską.
 
Zastanawia mnie postać ojca, który po ciężkim wypadku wylądował w szpitalu. Dla syna, który do niego przychodził, był to okres oczyszczenia sumień, "wielką spowiedzią i dojrzewaniem" i "darem jaki ofiarował mu ojciec". Czy ten fragment książki można uznać za pana wkład w dyskusję o znaczeniu cierpienia i jego wpływie zarówno na cierpiącego, jak i jego bliskich?

Cierpienie w najgłębszym sensie jest odwagą, heroizmem. Trzeba się unieść na wyżyny duchowe, by umieć znosić

Trzeba się unieść na wyżyny duchowe, by umieć znosić cierpienie.

cierpienie. Cierpienie wzbogaca i wzmacnia nas w prawdzie, która jest niezbędna dla życia. W cierpieniu odkrywamy wszystkie bogactwa duszy. Lepiej rozumiemy siebie i innych. Wzbogacamy nasz los, choć nieraz płacimy wysoką cenę. Jednak warto zapłacić  taką cenę, jeśli mamy  poznać inny wymiar rzeczywistości. Głębokie cierpienie rodzi ufność i prowadzi nas w stronę dobra.    

Przedstawia pan postać Irminy Ubiał, która z chorobą, będącą dla niej wyrokiem śmierci, potrafiła poświęcać się dla innych i w tym znaleźć spełnienie. "Radować się, cieszyć, zmagać z życiem, nie poddawać" - tymi wartościami starała się napełniać innych.

Irmina Ubiał jest symbolem trudnego losu. Wzmocniona cierpieniem i wzbogacona ciemną prawdą życia, wyzwala się od słabości. Uzyskuje najwyższy stopień wolności, który objawia się w ofiarowaniu swego życia innym. W niej się splatają najpiękniejsze cechy człowieka, głęboka mądrość, tragiczna dojrzałość i wielka prawość. Każda z tych cech osobno jeszcze nie przesądza o jakości człowieku ale wszystkie razem czynią go posłannikiem niebios.
  
Czy samotność zawsze musi wiązać się z czymś negatywnym? Jeden z pana bohaterów mówi: "Samotność zawsze wzmacnia i wzbogaca". Wydaje mi się, że poprzez samotność i ciszę udaje nam się skupić na własnym życiu, własnej osobie. Z drugiej jednak strony pisze pan: "Człowiek znajdujący się latami w izolacji, związany grubymi sznurami z jednym miejscem, skazany na głęboką samotność, traci miary i wagi realności. Nie odróżnia wyższych wartości od niższych."

Nie ma w tym sprzeczności, choć sprzeczność nie musi być czymś złym. Nieraz ze sprzeczności

Samotność może być koniecznością, ale też szansą, planem naszych możliwości.

rodzi się prawda i zaświadcza ona o dojrzewaniu. Samotność może być koniecznością, ale też szansą, planem naszych możliwości. Zależy na jakiej glebie wyrasta i co z niej kiełkuje. Gdy staje się przekleństwem, rani i boli. Ale gdy wywodzi się z wewnętrznej potrzeby, wzmacnia nasze duchowe racje i prowadzi ku wyższym wymiarom, stając się  błogosławieństwem. Samotność ma różne odcienie i barwy. Trzeba się dobrze wsłuchać, jakim językiem do nas przemawia.
 
Pisze pan o świecie, który ucieka od spraw duchowych. Jeden z pana bohaterów mówi: "Wiek dwudziesty pierwszy zniewolił duszę. Zakneblował jej usta. Zamurował. I dlatego jest nam tak ciężko."

Wiek dwudziesty pierwszy jest wiekiem duchowej pustki. Im bardziej wsłuchuję się w jego mowę, tym bardziej jestem przekonany, że funduje nam same miraże. Poprzez wykreowanie kultu młodości, zabawy i  gry, rzuca całe pokolenia w objęcia złudzeń, z których wypadają już jako ludzie zgorzkniali i pozbawieni sensu. Poddając się obłąkańczej fali mody, zatracamy się w pozorach. 
 

Czytając pana książkę, tak w końcu osobistą, zastanawiałem się, czy podejmie pan w niej problematykę związaną z Kresami i wydarzeniami jakie miały tam miejsce podczas II wojny światowej. Pisze pan o nich w kontekście utraty pamięci przez starca. Wydaje mi się to też metaforą społeczeństwa, które traci swoją tożsamość właśnie przez proces zapominania.

Tak, ten wątek jest głębszym wątkiem książki. W gruncie rzeczy wszystkie motywy ku niemu prowadzą. Bo wszystko musi prowadzić ku  pamięci. Pamięć stanowi o sile naszej egzystencji i wielkości umysłu. Człowiek w swojej istocie jest utkany z pamięci i marzeń. Bez pamięci nie ma historii, tradycji, języka, wartości, narodu. Bez pamięci nie ma świata. Nie ma nic. Tragiczne pokolenie Kresowian, któremu społeczeństwo, poprzez swoje tępe i głupie elity, odbiera pamięć, czuje się potrójnie poniżone i wzgardzone. W znacznej części zostało zbrodniczo wymordowane, a ci, co

Bez pamięci nie ma historii, tradycji, języka, wartości, narodu. Bez pamięci nie ma świata. Nie ma nic.

ocaleli, zostali ze swojej ziemi wypędzeni i wreszcie upokorzeni. I to zarówno przez komunistów, jak i "światłe umysły" III Rzeczypospolitej, które pragną zamazać albo przemilczeć tę jedną z największych w kolejach świata tragedii. Polski parlament nie ma odwagi potępić zbrodni ukraińskich nacjonalistów. A polski, już kolejny rząd, udaje, że pół Polski nigdy nie istniało. Takie zachowanie jest zachowaniem haniebnym wobec własnej historii. To smutna karta współczesnej  Polski i jej, pożal się Boże, "politycznych elit" i " intelektualnych salonów", które dbają o własne interesy, a nie o historyczną tożsamość. By być sprawiedliwym, dodam, że - na szczęście- istnieją jeszcze uczciwe i odpowiedzialne środowiska i kilka poważnych instytucji, dla których kresowy dramat stanowi ważny punkt odniesienia dla rozumienia własnego bytu, oraz sensu i logiki dziejów. I do nich należy przyszłość.
 

 

ROZMOWA ZE STANISŁAWEM SROKOWSKIM, AUTOREM GŁOŚNEJ KSIĄŻKI "NIENAWIŚĆ"


( tekst ukazał się 9.01.07 w ogólnopolskim piśmie "Dziennik"w Warszawie, oraz w wielkonakładowym tygodniku "Angora", nr.4/2007 z datą 28.01.07))

STANISŁAW BEREŚ: "Nienawiść" to jedna z najbardziej przerażających książek, jakie czytałem w życiu. Zastanawiam się, jak żyje się człowiekowi, który to wszystko pamięta?

STANISŁAW SROKOWSKI: To duży problem. Ocalałem w katastrofie, która pogrążyła w śmierci setki tysięcy Polaków. I bardzo silnie odcisnęła się w mojej psychice, w pojmowaniu świata. Jako dziecko musiałem sobie radzić ze strachem i potworami wyobraźni. Coraz częściej docierały do mojej wsi głosy, że trwają mordy i Kresy płoną. Miałem wtedy siedem, osiem lat. Świat zbrodni i barbarzyństwa utkwił w pamięci jako senny koszmar i trwa do dziś.

Kiedy mówi Pan "do mojej wsi", to o jakim regionie mowa?

Hnilcze, województwo Tarnopol. Pierwsza większa fala mordów nadeszła w 1943 roku z Wołynia. Wtedy nasza wiejska społeczność żyła jeszcze w zgodzie. Mieliśmy cerkiew, kościół, żydowską bożnicę, Dom Ludowy, a w wielu zagrodach książki. Mieszkali Żydzi, Polacy i Ukraińcy. Mówiliśmy trzema językami. Powstawały mieszane małżeństwa. Całe Kresy stanowiły bogate, wielokulurowe społeczeństwo. Nie odczuwałem żadnej niechęci do innych nacji. Ale kiedy nadeszły mordy, wieś pękła. Najbardziej dramatyczne stały się sunące ku nam echa zbrodni, które nas okrążały i koło śmierci zacieśniało się jak pętla na szyi. Zabijano nasze dusze na raty, dzień w dzień, noc w noc. Najpierw gdzieś daleko komuś odcięto język, bliżej wydłubano oczy, a najbliżej porżnięto piłami. I w tym oczekiwaniu na śmierć musieliśmy żyć.

A początek tych rzezi w Pana okolicach przypada na kiedy? Na 1943 rok?

Największe rzezie miały miejsce na Wołyniu. 11 lipca 1943 podpalono i wymordowano ludność w 167 miejscowościach. Akcja została przeprowadzona z absolutną dokładnością. To był początek gehenny, która przesuwała się w stronę Podola. Do nas trafiła w sierpniu1944 r.

Świadczy to, że Polacy byli kompletnie nieprzygotowani na to, co się stało. Nikt ich nie ostrzegł. Tymczasem w tak wielką akcję musiało być zaangażowanych bardzo wielu ludzi. Poza tym nie sposób jej przeprowadzić sprawnie, gdy się społeczność broni...

Polacy w ogóle nie byli przygotowani. To było wielkie trzęsienie ziemi w dziejach Polski i tamtej Europy. Najpierw wydawało się, że to jednorazowa zbrodnia i więcej się nie powtórzy. Ale było coraz gorzej. Mordy stawały się coraz okrutniejsze, coraz bardziej wyrafinowane. Płonęły kolejne wsie, palono żywcem tysiące Polaków. Groza wydarzeń uświadamiała skalę okrucieństwa, męczeńską śmierć, którą trudno do dzisiaj zapomnieć.

Narrację prowadzi Pan z perspektywy dziecka, które siedzi na zapiecku i z przerażeniem słucha tego, co mówią, schodzący się dorośli. Rozumiem, że to sytuacja autobiograficzna?

Strach to dojmujące i najważniejsze uczucie mego dzieciństwa. To, co opisałem w "Nienawiści", to czysta prawda. Fakty są autentyczne.

Pana książka wyszła sześćdziesiąt lat po tych masakrach. Niedawno ukazały się też opowiadania Odojewskiego pt. ...i poniosły konie, oparte w dużym stopniu na tych samych faktach. Dlaczego tak późno powstają te relacje?

Jest kilka przyczyn. Jedna tkwi w PRL-u. Wtedy wydałem powieści: "Duchy dzieciństwa" i "Repatrianci." Niestety, pocięła je cenzura. Nie dało się wszystkiego pokazać w świetle prawdy. Niedawno pojechałem na Kresy, by się upewnić, że kiedyś tam mieszkałem. W człowieku żyje potrzeba rekonstrukcji własnego życia, sprawdzenia, czy się rzeczywiście istniało i czy istniał tamten świat. Szukamy własnych korzeni. Mimo, że sam przeszedłem przez piekło, wciąż miałem poczucie, że to nieprawda, a koszmarny sen. Dotarłem do miejsca, gdzie był mój dom, ale już go nie ma. Nie ma cmentarza, płyty nagrobne zniszczone, krzyże powyrywane, pasą się tam krowy. Kościół zamieniono w magazyn. I ta dzwoniąca w uszach, straszna cisza po Polakach! Płakać się chce!

Byłem pewien, że nikt tam niczego nie pamięta. Jak w miejscowości mojej matki... Mieszkańcy ukraińskich wiosek idą w zaparte i twierdzą na ogół, że Polacy tam w ogóle nigdy nie mieszkali.

Ludzie bardzo niechętnie o tym mówili. Odczuwałem dystans, niepamięć. Dopiero stare kobiety zaczęły opowiadać, że przyjaźniły się z moją matką. Próbowałem głębiej zrozumieć ich, siebie i zaginiony świat.. Pojechałem, by odczuć ulgę, ale ciężar nie zelżał. Gniótł coraz mocniej. Wiedziałem, że nie uwolnię się, dopóki tego bólu w pełni nie wyrzucę, nie wykrzyczę, nie wypłaczę. To szloch duszy. Pisanie staje się formą rekonstrukcji rzeczywistości w języku, obrazach i emocjach. I paradoksalnie, uwalniania się od niej. Literatura wywodzi się często z głębin ciemności. I moja książka pokazuje tę ciemność. Jest szlochem dziecka, które przeżyło katastrofę.

Ja wiem, że to jest bardzo bolesne. Ale chciałbym, abyśmy zobaczyli to cyfrach. Ilu Polaków zamordowali Ukraińcy na Kresach? Historycy podają od 30 tys. do 250 tys. Jaka jest prawda?

Skala tej zbrodni jest ogromna. Próbują ją opisać historycy, powieścipisarze. Bardzo cenne okazały się książki państwa Siemaszków, Henryka Komańskiego, Szczepana Siekierki i ukraińskiego badacza, Wiktora Poliszczuka. Z tych i innych dokumentów wynika, że UPA wymordowała dwieście pięćdziesiąt do trzystu tysięcy Polaków.

Ale OUN i UPA mordowały także Ukraińców, którzy się sprzeciwiali zabijaniu Polaków. Według tego, co słyszałem zginęło około 50 tys. Ukraińców. Ta liczba zawiera też polskie akcje odwetowe.

Żaden historyk nie potwierdza tych danych. Mówi się o dziesięciu, do piętnastu tysięcy zabitych Ukraińców. Faktem natomiast jest, że UPA mordowała też Ukraińców. Niestety, zdarzały się również okrutne odwety Polaków.

Pana książka uświadamia, że mieliśmy do czynienia z metodyczną eksterminacją. Starannie zaplanowaną i realizowaną ze straszliwym okrucieństwem. To nie było "normalne" zabijanie, ale jakaś orgia mordu. Czym to wytłumaczyć?

Pierwszym dokumentem, który wyjaśnia ideologiczną przyczynę mordów na Kresach jest książka Dmytra Doncowa, pt. "Nacjonalizm"(1926). Autor podpowiada, co należy robić z tymi, którzy Ukraińcami nie są. Pisze m.in. "Fanatyzm narodowy to broń narodów silnych, przy pomocy której dokonywane są wielkie czyny.". "Racje ma silniejszy." "Wrogość jest nieunikniona&" To prosta droga do zbrodni.

Ale chłopi ukraińscy nie czytali ani Doncowa, ani Lebiedia...

Odkryłem inny dokument, z którym banderowcy z nienawiścią w oczach szli mordować. To "Dekalog ukraińskiego nacjonalisty." Mówi on o nienawiści, jako psychologicznym narzędziu walki. Nie było przecież tak, że jakaś banda ukraińskich chłopów i opojów wypadała z lasu i mordowała. To piekło było starannie zaplanowane, a moja książka pokazuje całą grozę tego piekła.

Ale jak Ukrainiec, mieszkający od urodzenia obok Polaka, mógł zgwałcić mu na jego oczach żonę, dziecku odrąbać głowę, a potem jemu - cały czas przywiązanemu do belki - wydłubać oczy, przerżnąć go piłą lub obłożyć go słomą i podpalić. Czy to robiono dla przyjemności mordowania?

To potęga zła. Okrucieństwo szukało sposobów, by się wyrazić. Perfidia szła w parze z barbarzyństwem. Żeby człowieka wymęczyć do końca, wymyślano najokrutniejsze tortury i techniki zabijania. Jeden z badaczy wyliczył ich aż trzysta pięćdziesiąt. To była, powtarzam, świadoma, perfekcyjnie zaplanowana technologia zadawania męczeńskiej śmierci. A przede wszystkim próba zastraszenia Polaków. Ale nie dała efektu. Polacy ciągle byli na swojej ziemi. No to nadeszły kolejne mordy. Do skutku. Na zimno i bezwzględnie.

To jest ciągle ten sam scenariusz: wioskę otacza się, tak by nikt nie umknął, a potem część ludzi zmusza się, by patrzyli na gehennę najbliższych: dzieci przybija się gwoździami do ścian lub wrzuca do studni, kobietom obcina się piersi i rozpruwa brzuchy, a na koniec godzinami morduje mężczyzn... Po co, na miłość boską, po co? Gdzie tu sens?

Z jednej strony mamy akty barbarzyństwa i nienawiści nacji przeciwko nacji, a z drugiej agresję człowieka przeciwko człowieku. W określonych ideologicznie sytuacjach człowiek i nacja ujawniają swoją najstraszniejszą część natury. Drzemie w człowieku potwór, który w warunkach krańcowych ujawnia się i zaczyna pożerać. Ale żeby pojawił się demon zła, musi być ideologia, muszą pojawić się stworzone pojęcia agresji, nienawiści i pogardy dla człowieka. I to się na Kresach stało.

Ale żeby pchnąć ludzi do tak strasznej rzeźni musi być jakiś grunt, na którym wyrośnie nienawiść.

Historycy próbują odwoływać się do XVII wieku, gdy Polacy znęcali się nad Ukraińcami, a chłopów wbijano na pal. To prawda, ale, na Boga, niczym nie da się usprawiedliwić wyrywania z łona matek nienarodzonych dzieci, oplatania miemowląt kolczastym drutem i przybijania do drzew. Nie ma żadnego logicznego narzędzia, żeby wytłumaczyć te porażające tortury. Żadne historyczne wydarzenia, nawet te, w czasie których Ukraińcy czuli się upokorzeni, nie usprawiedliwiają ludobójstwa.

Ale jakaś przyczyna być musiała. Nie wszystko da się wytłumaczyć terrorem OUN-u i UPA. Ukraińcy musieli się czuć czymś skrzywdzeni, upokorzeni. Nie morduje się bez powodu sąsiadów z piątku na sobotę.

W mojej wsi nikt nikogo nie upokarzał. Różne nacje żyły w zgodzie przez wieki. A jednak moją polską część wsi doszczętnie spalono, a wielu ludzi wymordowano. Dlatego nie trzymałbym się tej klasowej interpretacji. Wszystko stało się za przyczyną doktryny politycznej. Powstała myśl, by Polaków wyrżnąć. I tą myślą zatruwani Ukraińcy rżnęli. Ale to nie jest dobra metoda dla budowania wolności.

A na ile te mordy tłumaczy zwykły, ludzki strach? Myślę o tych sytuacjach, gdy do Ukraińca przychodziła UPA i mówiła mu tak: albo zabijesz swoją żonę-Laszkę, albo urżniemy łeb tobie i dziecku. Czy to nie jest podstawowa przyczyna?

Istotnie, wielu Ukraińców mordowało dlatego, że się bało. Ale to nie była główna przyczyna. Gdybyśmy myśleli w tych kategoriach, to wszyscy Ukraińcy na Kresach musieliby być sterroryzowani. A nie byli. Nieraz mordowanie trwało godzinami. Mordercy stali nad dziećmi i nasycali się zbrodnią, często patrząc konającym w oczy, by widzieć, jak cierpią. Zmuszali najbliższe rodziny, by oglądały swoich synów i córki jak umierają w męczarniach. Cywilizacja zna różne rodzaje barbarzyństwa, ale wciąż nie radzi sobie ze definiowaniem zbrodni wyrafinowanych. Jest takie moje opowiadanie "Nauczycielka i uczniowie", w którym Polka ucząca ukraińską młodzież nie może zrozumieć, jak pojęcia moralne, które wpajała studentom, rozsypują się w proch i pył. Jej najlepsi uczniowie w najstraszniejszy sposób zabijają swoją ukraińską koleżankę, która nie chce przystać do bandy. Zawaliła się cywilizacja. Runęła kultura. Ich koleżanka kona, a oni, wykształceni, rechoczą ze śmiechu.

To znaczy, że trzeba spoglądać na tragedię Kresów w wymiarze cywilizacyjnym...

Tak. Dotknął Pan newralgicznego punktu zagłady. To nie tylko śmierć kilkuset tysięcy niewinnych ludzi. To zagłada wielowiekowej cywilizacji i kultury europejskiej, która wyrosła na Kresach. Zamiary zbrodniarzy sięgały daleko. Nie tylko wyciąć w pień Polaków. Ale i zadać śmiertelny cios nauce i kulturze, które w tym regionie przez stulecia wytwarzały intelektualną i duchową rzeczywistość Europy. Tutaj rozwijał się szacunek dla dziedzictwa narodowego, które świeciło blaskiem wielu ludów. Tutaj kształtował się charakter narodowy, podstawowe zasady moralne, wrażliwość i wyobraźnia, duma, godność i honor, wartości, których tak często nam dzisiaj brakuje. Tutaj wprowadzał na salony polski język Mikołaj Rej. Niedaleko stąd pisał Kochanowski. A całe Kresy to potęga polskiej i europejskiej literatury: Mickiewicz i Słowacki, Miłosz, Lem i Herbert, ale też Fredro, Leśmian, Staff, Brzechwa, Bruno Schulz, Parandowski, Makuszyński i setki innych. A ileż by jeszcze na tej urodzajnej ziemi wyrosło geniuszy, gdyby ich, jako dzieci, nie zadźgano nożami. Kresy to też Ossolineum, Uniwersytet Jana Kazimierza, głośna na cały świat szkoła matematyczna z profesorami - Stefanem Banachem i Hugonem Steinhausem na czele. To setki pałaców i dworków, w których kwitło życie kulturalne. I to wszystko obrócono w pył. Wielki fragment europejskiej cywilizacji runął w przepaść. Zieje tam dzisiaj pustka.

Wróćmy do kwestii odpowiedzialności: na Ukrainie twierdzą, że nigdy nie było żadnego mordu na Polakach, nikt się nie czuje odpowiedzialny. Sami się wymordowali?

To głęboki kryzys współczesnego świata. Spustoszenie duchowe i moralne. Nie ma odpowiedzialnych, nie było zbrodni. Tylko skąd tylu ludzi do dzisiaj wciąż płacze? Politycy i dworacy potrafią zamazywać rzeczywistość. Nikt nigdy nie postawił morderców przed polskim trybunałem. A Banderze i jego wspólnikom stawia się dziś pomniki, ich imionami nazywa się największe place we Lwowie. I na ich przykładzie uczy się ukraińską młodzież patriotyzmu. Że świat się jeszcze nie zawalił?! Absolutna atrofia wartości. Ale jakże miałby się zawalić, skoro Europa milczy. Bo nikt zbrodniarzy nie ściga. Oni dumnie noszą na Ukrainie ordery. A Polacy jakoś nie usłyszeli dotąd od żadnego ukraińskiego prezydenta słowa: przepraszam. Nadal próbuje się tę tragiczną historię zepchnąć w niebyt. I karmi się narody fałszem i frazesami. Co się stało z prawdą historyczną ? I czy cała Polska nie jest coś Kresom winna? Ich duchowej spuściźnie? Choćby ostateczne wyjaśnienie prawdy. Całej prawdy.

A czy chociaż my, Polacy, mamy pełną wiedzę o tragedii Kresów?

Nie mamy. Bo u nas też niemało kłamców i oszustów. Pragną ukryć tę wiedzę, wymazać z dziejów. Jakby chciano odebrać nam poczucie identyfikacji i tożsamości, odciąć od tradycji i historii. W wolnym kraju tylko 14 % Polaków wie dużo, co się zdarzyło na Kresach. Ale aż 86 % wie niewiele, trochę, albo nic. Jaka będzie Polska bez amputowanej pamięci? Skarlała, wynaturzona, chora.

No dobrze, ale żeby ta pamięć istniała, trzeba o tym mówić i pisać. Ale świadkowie raczej milczą, a pisarzy takich jak Pan i Odojewski jest niewielu. Dlaczego?

Bariera strachu jest ogromna. I ona staje na przeszkodzie w zrozumieniu tego mrocznego kawałka historii. To ostatni dzwonek, by przemówiło pokolenie, które niedługo odejdzie. Za dziesięć lat nie usłyszymy już jego głosu. Jeśli zabraknie świadectwa prawdy, zabraknie autentycznego kawałka dziejów. Ale powinni też za historię Kresów zabrać się twórcy zawodowi - reżyserzy, aktorzy, scenarzyści, filmowcy. Toż to niezbadana kopalnia tematów. Dlaczego jednak nikt nie kręci filmów, nie wystawia sztuk, nie pokazuje spektakli teatralnych? Dlaczego Polska milczy? Czego się boi? Bariera strachu zabija kulturę.

O jakiej barierze strachu Pan mówi? Czego świadkowie się boją? Bo pamiętają twarze i nazwiska ludzi, którzy mordowali? Bo boją się, że pewnego dnia przyjdzie jakiś Ukrainiec i wsadzi im siekierę w plecy? O tym mówimy?

W Polsce rozpoznano kilku morderców. Pod Szczecinem chłop na bazarze zobaczył mężczyznę, który wydał mu się znany. Gdy podszedł bliżej, okazało się, że to jeden z prowodyrów bandy. Na pytanie, to ty? mężczyzna szybko znikł. Nie minął miesiąc, a zaginął ten, który go rozpoznał. I jak ludzie mają się nie bać? W swoim kraju, na swojej ziemi?! A ilu morderców schroniło się na Zachodzie, w Kanadzie, czy USA? Pozostali zaś żyją na Ukrainie i nastawiają piersi po kolejne krzyże zasługi. Oto ironia losu.

A jakim cudem ocalał Pan i pańska rodzina? Tak jak opisał Pan w książce?

Żyję dzięki Opatrzności i dobrej Ukraince, Oldze Misiurak, naszej młodziutkiej sąsiadce. To ona nas ukryła w stodole, gdy bandy UPA paliły nasze domy i mordowały dzieci. Opisałem to dokładnie w opowiadaniu "Anioły". Niedawno byłem na jej grobie i zapaliłem świeczkę za jej duszę.

A jak to możliwe, że po 70 latach komunizmu i wielkim głodzie na Ukrainie, gdzie Sowieci z premedytacją zamorzyli na śmierć 15 milionów ludzi, nienawiść do Polaków na Ukrainie jest większa niż do Rosjan?

To tłumaczy mój sceptycyzm, co do poprawności politycznej, która rzekomo rozwiązuje wszystkie problemy. W Ukraińcach musi tkwić głębokie poczucie winy. Tylko oni tego nie są w stanie wyartykułować. Nie chcą się przyznać do podłości. Jednocześnie są świadomi, że Europa i świat wcześniej czy później w pełni obnażą ten akt ludobójstwa. Mimo fałszów, natura i ekologia świata wymagają ujawnienia prawdy. Ukraińcy żyją w kleszczach złudzeń. To beznadziejna próba obrony przed światem, którego nie da się na wieki oszukiwać.

A czy rozmawia Pan o tych problemach z Ukraińcami?

Naturalnie. Część ukraińskich intelektualistów potępiła zbrodnię. Musimy wspólnie odsłaniać korzenie zła i współpracować ze sobą. Sam tłumaczę wiersze ukraińskich poetów i wydaję ich książki. Byłem chyba pierwszym Polakiem w nowych czasach, który jeszcze w 1989 roku wysłał do ukraińskiego pisma, "Litieraturna Ukraina", szkic, w którym życzyłem Ukrainie wolności. I ten szkic się ukazał. Nie piszę tylko o mordach, ale wyciągam też rękę do pobratymców. Ci z Kijowa nie bardzo się orientują, co się zdarzyło. Im się wydaje, że to Polacy są winni. Kiedy opowiadam prawdę, nie chcą jej przyjąć. Mówią, że to niemożliwe. I ja ich rozumiem. Bo tego normalny umysł nie jest w stanie ogarnąć.


 

NIEROZLICZONA ZBRODNIA

Sobota, 17 listopada 2007( Polskie Radio)

(Ze Stanisławem Srokowskim rozmawia Petar Petrović.)

"Nienawiść" Stanisława Srokowskiego jest zbiorem opowiadań, dotyczących nierozliczonych dotąd zbrodni Ukraińców z UPA na mieszkających na zachodniej Ukrainie Polakach. Chociaż od tamtych wydarzeń minęło już ponad 60 lat, wciąż nie zostały wyraźnie potępione i rozliczone. Autor, który wołyńskie i galicyjskie pogromy widział na własne oczy, jest jednym z tych pisarzy, którzy stawiają przed sobą zadanie mówienia o prawdzie i walki o pamięć. Jego książka została ostatnio wyróżniona przez kapitułę nagrody literackiej im. Józefa Mackiewicza.



W "Nienawiści" pisze Pan, że wszystkie opisywane wydarzenia miały rzeczywiście miejsce. Po przeczytaniu ostatniego opowiadania ciężko jednak uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę... Jeden z Pana bohaterów mówi, że nie boi się śmierci, tylko sposobu w jaki się mu ją zada. Czy jest jakaś granica w cierpieniu, jaką jeden człowiek może zadać drugiemu człowiekowi?

No tak, to jest pewna zagadka związana z umysłem ludzkim, z ludzką osobowością. Co tam się kryje w ciemnych rejonach naszego mózgu? Wie pan, historia świata i cywilizacji jest pełna okrucieństwa, mordów i drastycznych scen. I tak jakoś się dziwnie składa, że, mimo tych wszystkich doświadczeń, ludzkość ciągle popełnia zbrodnie. Sytuacja na Kresach była wyjątkowa w stosunku do innych obszarów Polski, region ten przeżył bowiem zwielokrotniony dramat całego kraju. W lipcu 1943 roku rozpoczął się dla mieszkających tam Polaków najokrutniejszy epizod. Wprawdzie nasza historia obfitowała w wiele tragedii, ale to było coś porażającego. Kresy miały swój odrębny smak, swój koloryt, temperaturę, tam się zupełnie inaczej żyło. To był region wielonarodowy, wieloetniczny, który od wieków w zgodzie zamieszkiwało co najmniej kilkanaście różnych nacji. Polacy, Żydzi, Ukraińcy, Karaimowie, Ormianie,

"Kresy to był region wielonarodowy, wieloetniczny, który od wieków w zgodzie zamieszkiwało co najmniej kilkanaście różnych nacji."


 

Rumuni, Węgrzy, Niemcy, Rosjanie - to był taki konglomerat, który docierał się przez wieki. Po 11 lipca 1943 roku do województwa tarnopolskiego, w którym mieszkałem, nadeszła wiadomość, że w nocy na Wołyniu sto sześćdziesiąt siedem polskich miejscowości zostało wymordowanych przez faszystowskie oddziały UPA, tzw. banderowców. Zabito blisko czternaście tysięcy ludzi. To był początek, zwiastun tego, co miało nadejść. Z Wołynia w naszą stronę szła fala strachu, lęku i przerażenia. Najgorsze było oczekiwanie na atak i śmierć, która pojawiała się na raty, jak gdyby cięta na fragmenty, okrążająca nas i przychodząca z różnych stron. Ja osobiście doznałem takiego największego wstrząsu w październiku 1943 roku, kiedy do mojej wsi przybyła w poszukiwaniu księdza kilkuosobowa banda - zwykle w pierwszej kolejności mordowano bowiem polską inteligencję. Ksiądz akurat był wtedy w kościele. Wpadli do jego domu i nie znaleźli go. Zastali natomiast jego siostrzeńca, wywieźli go do lasu i tam wyłupali mu oczy, obcięli genitalia i język& straszliwie go poranili. Te ciało zostało następnie przewiezione do parafii i ja je widziałem. To był straszny widok i do dzisiaj mam go przed oczami. To było coś nie do ogarnięcia. Przynajmniej kilka z zamieszczonych w "Nienawiści" opowiadań dotyczy bezpośrednio mojej rodziny, która w tym ludobójstwie straciła dwudziestu czterech członków.


 

Pana opowiadania charakteryzuje naturalizm scen zbrodni. Są niczym zdjęcia reporterów wojennych przeniesione na język literatury. Z drugiej strony łączą się one z poetycznymi opisami przeżyć i wewnętrznych emocji. Te połączenie naturalizmu i poezji w Pana wykonaniu daje niesamowity efekt, dodatkowo wzmacniający przekaz.

Chciałem znaleźć taki język, który odda tamtą straszliwą rzeczywistość, ale jednocześnie przemówi do wyobraźni mojego czytelnika, otworzy w nim te pola wrażliwości, które są bardzo często zamknięte na takie okrutne sceny, na takie barbarzyństwo. Dociera do mnie bardzo wiele sygnałów, że to się udało. Książka jest porażająca, ale w jakiś sposób leczy rany. Proszę sobie wyobrazić dziesiątki tysięcy ludzi, którzy zostali dotknięci tamtą tragedią, ale uszli z życiem i błąkają się do dzisiaj po świecie. Często są


 

"Najgorsze było oczekiwanie na atak i śmierć, która pojawiała się na raty, jak gdyby cięta na fragmenty."


 

okrutnie okaleczeni - z powyrywanymi językami czy oślepieni. Wielu z tych ludzi bało się o tym wspominać i zaczęło mówić dopiero po zapoznaniu się z moją książką! Ona dala im odwagę. To bardzo ważne,  bo ci ludzie żyli w straszliwym zamknięciu. Część z nich po jej przeczytaniu poczuła pewnego rodzaju oczyszczenie: jest ktoś, kto pamięta, kto mówi o tym, że te ofiary, te mordy, te 300 tysięcy wymordowanych ludzi, że to wszystko nie poszło na darmo i wreszcie po latach - bo przecież przez tak długi czas nie można było o tym mówić - jest ktoś kto odważył się mówić: pamiętamy, pamiętamy i będziemy pamiętać!

W wielu opowiadaniach świadkiem rozmów dorosłych o zbrodniach popełnianych w okolicy jest chłopiec. Nienawiść obserwowana oczami dziecka nadaje utworom kolejnej perspektywy i głębi. Innym ciekawym elementem jest atmosfera zbliżającego się zagrożenia, która przenika Pana książkę. Gdzieś tam palą się polskie wsie, a nasza wieś z dnia na dzień dzieli się po linii narodowościowej& później jest już tylko gorzej.

Dobrym przykładem do przedstawienia tej sytuacji jest moja wieś. Była, jak na te czasy, dużą miejscowością w powiecie podhajeckim w województwie tarnopolskim. Liczyła prawie cztery tysiące mieszkańców. Żyło w niej około osiemset rodzin, w tym mniej więcej pięćset rodzin ukraińskich, dwieście dziewięćdziesiąt polskich i kilka żydowskich. Była to wieś bardzo zgodna i nie było jakichś szczególnych konfliktów, napięć, dramatycznych wydarzeń. Ja miałem dwóch przyjaciół: Sławka - Ukraińca i Berko - Żyda.


 

"To nie były też "zwykłe" morderstwa, tylko "zabiegi chirurgiczne": mordowano na ponad trzysta sposobów. To jest dramat, z którym ani ja jako indywidualny człowiek, ani my jako naród, ani Europa jako pewna zbiorowość sobie nie radzimy, gdyż wyraźnego potępienia tego dramatu do tej pory nie uzyskaliśmy"


 

Proszę sobie wyobrazić, że każdy z nas mówił trzema językami! Było czymś naturalnym, że się razem bawiliśmy. I wtedy nadszedł ten straszny czas, który dla nas, dla dzieci, był nie do pojęcia. Jednego dnia wychodzę na podwórko, idę do mojego przyjaciela Sławka, Ukraińca, i okazuje się, że ja się już z nim nie mogę bawić, gdyż on mi powiada: Ja z tobą już nie będę rozmawiać, bo ty Lach. Oczywiście, to nie był jego wymysł, tylko jemu to powiedział jego ojciec, a ojca zapewne przestrzegł jakiś banderowiec, że jeżeli będzie utrzymywał kontakty z Polakami, to zrobią z jego rodziną to, co z nimi. Pęknięcie mojej wsi zaczęło się właśnie od dzieci - ich przyjaźń została gwałtownie przecięta, jak siekierą. Najbliżsi przyjaciele przestali na siebie patrzeć i odwrócili się do siebie plecami, a później napadnięto na wieś i wyrżnięto bardzo wielu ludzi. Później okazało się, że to mordowanie to nie był tylko taki zryw, tylko to była z góry zaplanowana akcja eksterminacji całych powiatów i gmin. To nie były też "zwykłe" morderstwa, tylko "zabiegi chirurgiczne": mordowano blisko na trzysta sposobów! Sołżenicyn powiedział kiedyś, że Sowieci mordowali swoich przeciwników politycznych na sześćdziesiąt parę sposobów - Ukraińcy wielokrotnie przekroczyli tę liczbę! I to jest ten dramat, z którym ani ja jako indywidualny człowiek, ani my jako naród, ani Europa jako pewna zbiorowość sobie nie radzimy, gdyż wyraźnego potępienia tego dramatu do tej pory nie uzyskaliśmy. To był akt ludobójstwa. Do tej pory ani polski rząd, ani polski parlament tego aktu nie potępił. Nie potępił go także parlament ukraiński w takim stopniu, w jaki byśmy oczekiwali, Europa zaś o tym zupełnie nic nie wie. Ten dramat ciągle jest w uśpieniu i któregoś dnia wybuchnie, jeśli się tego nie załatwi tak, jak to załatwili swojego czasu Niemcy i Francuzi.


 

Pana opowiadania dotyczą  - nazwijmy rzecz po imieniu - ludobójstwa. Zawierają one też wymiar uniwersalny, podobne rzeczy działy się bowiem na różnych szerokościach geograficznych. I wszędzie występuje podobny problem rozliczenia się ze zbrodnią, ukrywania prawdy i uciekania od przeszłości. Ale nie zamkniemy przecież pewnego etapu wzajemnych stosunków, jeśli nie powiemy o tym czasie całej prawdy, choćby była bardzo bolesna. Czy taki cel - walkę o prawdę - postawił Pan sobie jako pisarz i jako świadek?

Mackiewicz powiedział: "Jedynie prawda jest ciekawa". Ja dodał bym do tego inną zasadę: "Ile prawdy, tyle wolności". Mamy formalną wolność, ale trzeba sobie zadać pytanie, co to właściwie oznacza. Czy nie to jest stan, w którym wolno o czymś mówić i w którym nasz głos jest słyszalny i dociera do ludzi? A przecież, moim zdaniem, żyjemy w takiej sytuacji, że nasz głos tylko częściowo dociera do świadomości zbiorowej. Na Ukrainie stawia się pomniki zbrodniarzom, którzy mordowali Polskie dzieci. Ukraińskie młode pokolenie jest wychowywane w


 

"Chciałem znaleźć taki język, który odda tamtą straszliwą rzeczywistość, ale jednocześnie przemówi do wyobraźni mojego czytelnika."

fałszywej i złej świadomości, w kłamstwie. Co się stanie z tym pokoleniem, które pewnego dnia dojdzie do tego, jak było naprawdę? Co powiedzą swoim ojcom, swoim dziadkom? To jest problem związany z naszą świadomością zbiorową, z naszą odpowiedzialnością za własne losy. Moja książka jest kolejną próbą pokazania właściwej drogi, próbą ocalenia pamięci narodowej. Dla mnie po prostu niepojęte i przerażające jest to, że nasze władze nie potrafią sobie poradzić z tym problemem.

Mówimy o prawdzie, która musi być ujawniona. Pomówmy teraz o walce o prawdę, którą już Pan stoczył i w której udało się Panu zwyciężyć.

Od wielu lat podejmowałem problem ludobójstwa na Kresach. Zacząłem właściwie już w latach siedemdziesiątych, ale moje dwie książki ukazały się dopiero w latach osiemdziesiątych, kiedy zostałem po stanie wojennym zwolniony z pracy. Przez dwa lata byłem bez zajęcia i wtedy poświęciłem się wspomnieniom. Wtedy napisałem moją pierwszą kresową powieść, "Duchy dzieciństwa". Ale największe problemy miałem z cenzurą, gdy napisałem "Repatriantów". Ta książka ukazała się dopiero na przełomie 1988/89 roku. Zanim do tego doszło książka musiała przeleżeć prawie siedem lat w cenzurze. Zaproponowałem ją warszawskiemu "Czytelnikowi" i została entuzjastycznie przyjęta na przykład przez Włodzimierza Boleckiego, wybitnego polskiego badacza. Nie mogła jednak pojawić się na rynku. Okazało się, że na jednym z posiedzeń PZPR, na którym omawiano problemy kultury, zaproszony na nie ambasador sowiecki Aristow spytał o książkę pt. "Repatrianci". Nikt poza nim o tej książce nawet nie słyszał! To świadczy o tym, że Sowieci mieli wszędzie swoje "wtyczki". Na skutek jego interwencji moja książka nie mogła się ukazać. Gdy była już zgoda polityczna na jej publikację, to przyczepiła się cenzura. I musiałem całymi miesiącami walczyć o każdy rozdział i każdą stronę. Ale udało się, książka wyszła, a "Nienawiść" jest jakby jej dopełnieniem.

Niedawno przyznano nagrodę im. Józefa Mackiewicza. Pana książka "Nienawiść" została wprawdzie wyróżniona przez kapitułę, ale nagroda główna przypadła komuś innemu. Czy czuje Pan niedosyt?

Myślę, że najważniejsze jest to, że dostrzeżono problem, pewną sytuację, o której ludzie dziś nie bardzo chcą wiedzieć i nie bardzo chcą pamiętać. Myślę, że problem Kresów jest problemem bardzo ważnym dla Polaków, dla polskiej świadomości i pamięci narodowej. W moim wystąpieniu podczas przyznawania nagrody bardzo mocno ten fakt podkreśliłem. I to dało mi wielką satysfakcję.


 


 

Ze Stanisławem Srokowskim rozmawia Maja Narbutt, "Rzeczpospolita", 2008


 

Ludobójstwo na Kresach. Używa Pan bez wahania tego słowa. A ono nie padło, choć wielu na to czekało. Władze polskie właściwie zignorowały 65 rocznicę rzezi na Wołyniu.


 

Jeśli się nie nazwie drzewa drzewem, lampy lampą, a człowieka człowiekiem to świat powinien zapaść się pod ziemią. Wszelkie normy świata sprowadzają się do tego, że żyjemy dzięki prawdzie. Gdybyśmy mieli żyć w kłamstwie, cóż wart byłby świat?

Nadarzyła się okazja, by pochylić głowy przed cierpieniem Polaków na Kresach Wschodnich. By godnie oddać ofiarom cześć. Powinien był to uczynić prezydent, premier, parlament. Jednak na żadnej z trzech wielkich uroczystości w Warszawie nie pojawili się. Kiedy została poddana pod głosowanie uchwała o potępieniu ludobójstwa na Kresach, zgłoszona przez PSL, pan marszałek, Bronisław Komorowski, wystraszył się słowa ludobójstwo. Stchórzył. A jak inaczej nazwać planową eksterminację ludności polskiej na Kresach Wschodnich, której dokonali ukraińscy faszyści z OUN i UPA, jeśli nie ludobójstwem?

Polska chce wprowadzić Ukrainę do Unii Europejskiej. Tylko dlaczego przymyka oczy na fakt, że Ukraina nie potrafi uporać się z własną przeszłością. Francja z Niemcami pojednały się, ponieważ Niemcy, jako państwo, przyznały się do zbrodni i potępiły faszyzm, na nowo układając sobie stosunki z Europą. Ukraina nie przyznała się do ludobójstwa i nie potępiła faszystów z OUN i UPA. Zatrute ziarno zła znowu kiełkuje na Ukrainie i zatruwa umysły następnym pokoleniom. Ukraina brunatnieje. W obozie pani premier, Julii Tymoszenko, aż roi się od zwolenników UPA. Niedaleko im też do prezydenta Juszczenki. Władze Ukrainy wspierają faszystowskie formacje OUN, uczestniczą przy odsłanianiu kolejnych pomników morderców Polaków. Zbrodniarzy nazywa się na Ukrainie bohaterami. Ich imieniem sławi się place, szkoły i skwery. O nich uczy się młodzież. Stawia się największych rzeźników polskiej ludności, Banderę, Szuchewycza, Melnyka, Łebedia, Konowalca czy Stećkę za wzór do naśladowania. To tak, jakby Hitlera rząd niemiecki kazał naśladować niemieckim studentom. A Polska milczy. Europa milczy. Świat milczy. Zgroza! To najprostsza droga dla nowych zbrodni, nowego ludobójstwa. I niedługo stanie się to wielkim ciężarem Europy. A u nas niemal cała klasa polityczna zachowuje się jakby się nic nie działo. Prezydent i premier całują się z panią Tymoszenko, a Ukraińcy kpią sobie z nas w żywe oczy. Robią, co chcą.


 

Jako dziecko żył pan ma Kresach, choć nie na Wołyniu. To stało się piętnem, które naznaczyło pańskie życie,


 

Wołyń stał się symbolem ludobójstwa. Ale przecież ludobójstwo na Kresach objęło też inne regiony Polski, Podole, Pokucie, ziemie lubelskie, rzeszowskie i małopolskie. Ja też urodziłem się w płonącej części Kresów, we wsi Hnicze, w województwie tarnopolskim. To była duża wieś. Mieszkali tam Polacy, Ukraińcy, Żydzi. Przez długie lata żyli zgodnie, pomagali sobie wzajemnie, jakby byli jedną wielką rodziną. Ukraińcy mieli cerkiew, Polacy kościół, Żydzi bożnicę, Nierzadko zdarzało się, że rzymscy katolicy brali udział w ceremoniach religijnych unitów. I odwrotnie. We wsi było dziesięć sklepów, trzy karczmy, kuźnia,. remiza strażacka, czytelnia, Dom Ludowy, zespoły folklorystyczne, szkoła.

To była dość światła wieś. Ludzie wieczorami zbierali się po domach i na głos czytali książki. Każda ze społeczności miała swe miejsce. I ta wiejska maszyneria pracowała sprawnie. Aż pewnego dnia dowiadujemy się, że gdzieś tam daleko ktoś kogoś zamordował. Nie zabił, ale zamordował. I tym, który zamordował był Ukrainiec, sąsiad. Najpierw ludzie nie wierzyli w te pogłoski. Wydawały się absurdalne. Dlaczego sąsiad miałby wyłupywać oczy i wycinać język mniemy sąsiadowi? Ale tak to się zaczęło.


 

Pełne grozy opowieści, które docierają z daleka. Trudno było chyba w to uwierzyć,


 

To był jakby koszmarny sen. Fala strachu docierała do naszej wsi etapami. Zdradziecka śmierć osaczała nas ze wszystkich stron. W domu narastał strach. Najgorsza były noce. Najbardziej przerażająca wiadomość dotarła do nas w lecie 1943 roku, Na Wołyniu w ciągu jednego dnia, 11 lipca, ukraińscy faszyści wymordowali i zamienili w piekło około 100 miejscowości, zarżnęli kilkanaście tysięcy Polaków, spalili cztery czy pięć kościołów i kapłanów. W naszym domu zjawili się dziadkowie, wujowie, dalsza i bliższa rodzina i zaczęli się naradzać. Miałem wtedy siedem lat i rozgorączkowany, chłonąłem wszystko, co mówili. A słyszałem straszne rzeczy. Docierało do mnie, że Ukraińcy wyrzynają w pień Polaków, rozrywają na pół dzieci, wbijają na sztachety, tną piłami ludzi, brzemiennym kobietom wyrywają widłami z łona płody i wsadzają tam koty. Śniły mi się koszmary. Chowałem się pod łóżkiem, uciekałem na zapiecek. Ale wszędzie dopadał mnie strach. Czułem się jak szczur zagoniony do kąta. Ukraińscy sąsiedzi powoli zaczęli się od nas odwracać. Mój ukraiński przyjaciel, Sławko, nie chciał się już ze mną bawić, bo ja Lach. Żydowskiego przyjaciela już nie było. Wieś popękała na kawałki. Po raz pierwszy usłyszałem wtedy o straszliwym sposobie mordowania, tzw. rękawiczce. Banderowcy nacinali ofiarom koło łokcia skórę i ściągali ją jak z królika, suszyli i robili rękawiczki, a potem szli do swoich dowódców i chełpili się, A chyba najokrutniejszy obraz do dziś poraża mój umysł i mówi o niewyobrażalnym barbarzyństwie morderców. Gdy polska rodzina zasiadała do stołu, by zjeść, wpadli banderowcy i ścięli siekierami głowy gospodarza i jego dzieci, umieścili je na talerzach, a obłąkanej ze strachu kobiecie kazali spożywać posiłek. Opowiadano o tym później wielokrotnie. Ta nieludzka scena zapisała mi się na trwale w pamięci dziecka.


 

I w końcu Pan, w swej sielankowej wsi, zetknął się naocznie z tym okrucieństwem

Najpierw bandyci przywiązali za głowę sznurem do wozu jedną z dalszych sąsiadek i ciągnęli za sobą. Na szczęście, kobieta wsadziła rękę między sznur a szyję i gdy sznur w polu zboża zerwał się, ona się uratowała. Najbardziej strząsnął mnie jednak widok zwłok zamordowanego osiemnastoletniego siostrzeńca księdza, Stasia Rybickiego. W październiku 1943 r. banderowcy przyszli po księdza, ale go nie zastali, zabrali więc jego siostrzeńca. Za wsią, koło stawu, został nieludzko skatowany. Gdy go później parafianie znaleźli, miał wyrwany język, wydłubane oczy, obcięte genitalia i pokłute nożami ciało. Pobiegłem za matką, która poszła do plebanii, by pomodlić się za jego duszę Ciało przedstawiało obraz masakry. Pętla śmierci zaciskała się.


 

Kiedy rozmawiałam z ludźmi na Kresach, zrozumiałam, że do traumy, którą przeżyli, dołączyła się kolejna, że przez wiele lat nie mogli mówić o swej tragedii Cierpieli w milczeniu.


 

Nadal bardzo wielu ludzi z Kresów boi się o tym mówić. Niedawno byłem na zjeździe Kresowian w Częstochowie i podeszły do mnie dwie 80-letnie panie. Dziękowały mi, że mówię o tych zbrodniach w swoich książkach, bo ich paraliżuje strach.

 

Czego się boją?


 

Nienazwane zbrodnie kumulują w naszych duszach paraliżujący strach. I kryją w głębi demony przerażenia. Ludzie boją się powrotu doznanej grozy. Tamta straszliwa rzeczywistość zapisała się w ludziach poczuciem zagroźenia, które ją przetrwało,

W mojej rodzinie jeszcze do niedawna mówiło się o rzeziach ściszonym głosem. Ból trwa. Ludzie są chorzy, połamani psychicznie i okaleczeni do końca życia, Dam pani dwa przykłady. W dawnym województwie szczecińskim, niedługo po wojnie, chłopi poszli na bazar. Ta jeden z nich zauważył znajomą twarz. Podszedł do człowieka i powiedział mu, znam cię. To był banderowiec. Tamten szybko zniknął. Po pół roku zniknął i ten, który go poznał. Drugi przypadek zdarzył się w Opolu. Dwaj bracia z Kut rozpoznali na ulicy mordercę swojej rodziny. Poszli na milicję i powiadomi o zbrodniarzu. Okazało się, że on, pod zmienionym, polskim nazwiskiem pracuje w UB, więc nic nie wskórali. Wtedy sami wymierzyli mu sprawiedliwość. Zostali skazani na długoletnie więzienie. A ilu innych banderowców ukrywało się w Polsce. Zmieniali nazwiska i żyli tutaj, być może nada żyją. I jak się ludzie nie maja bać, szczególnie przy znanej postawie polskich władz.


 

Jedynie pozbycie się demonów strachu, wypowiedzenie całej prawdy, bezgranicznej i bolesnej, pozwoli jednostkom, grupom i całemu narodowi od tego się uwolnić


 

Zmowa milczenia trwa od lat. Prawda dla władzy była i jest niewygodna. Ale czy matka, której mordercy udusili na jej oczach dziecko, ma ciągle mieć zaciśnięte usta. To jedno. A drugie, to strusia i tchórzliwa polityka polskich władz. Chciałbym być dumny ze swego prezydenta, premiera i marszałka Sejmu. A nie mogę. Bo oni mnie upokarzają. W tragedii Kresów są słabi i bez wyobraźni. A przecież prezydent tak pięknie zaprezentował się w budowaniu Muzeum Powstania Warszawskiego. Wtedy byłem z niego dumny. Teraz nie. Bo teraz jego zachowanie, zachowanie premiera i marszałka Sejmu to zaprzaństwo, zdrada pamięci narodowej, zdrada wobec własnego narodu, którego duża część straszliwie cierpiała na Kresach. Rozumiem, że postkomuniści boją się prawdy. Ale dlaczego rządzący z rodowodem solidarnościowym tracą rozeznanie, Zachowują się tak, jak gdyby pół Polski nigdy nie istniało, boć odebrane nam Kresy, to ponad połowa obszaru kraju


 

O zbrodni na Kresach milczano w czasach komunizmu, teraz mówi się półprawdy.


 

Już mieliśmy fałszywą i sztuczną "przyjaźń" między Polską a Związkiem Sowieckim, kiedy nie wolno było pisnąć słowa o Katyniu. Czy chcemy teraz, by taka sama sztuczna i fałszywa "przyjaźń " kwitła między Polską a Ukrainą? Blisko trzydzieści lat temu napisałem ważna dla mnie powieść"Repatrianci", Tytuł niedobry, ale jedyny wtedy do przyjęcia przez cenzurę, bo Kresowianie nie byli repatriantami, tylko wygnańcami. I z tą książką miałem potężne kłopoty. Podczas narady poświęconej kulturze w Komitecie Centralnym PZPR ambasador radziecki zapytał, czy to prawda, że ma wyjść ta książka. Zapanował popłoch. Ingerencja ambasadora ZSRR spowodowała, że książka przeleżała w wydawnictwie wiele lat. A teraz dowiaduję się, że ambasador Ukrainy interweniował u marszałka Sejmu, Bronisława Komorowskiego, by w rezolucji, którą miał przyjąć Sejm w rocznicę rzezi na Wołyniu, nie padło słowa ludobójstwo.A więc znowu ambasadorzy obcych krajów decydują o naszej polityce. W takiej sytuacji rodzi się pytanie, czy żyjemy w wolnym, suwerennym państwie?


 

Ale w III RP przynajmniej z wydawaniem książek o rzezi na Kresach nie ma Pan już kłopotów


 

Akurat?! Dziesięć największych wydawnictw polskich odrzuciło moją poprzednią książkę "Nienawiść ". Uzasadnienie zawsze było to samo  że nikogo to nie interesuje.

Powtarzano mi, że trzeba patrzeć w przyszłość, zapomnieć o przeszłości, bo do niczego nie jest ona nam niepotrzebna. Czysty idiotyzm. "Nienawiść" zebrała dobre recenzje, wyróżnienie Mackiewicza, ludzie jej szukają, czytają, dyskutują o niej.. Ale kiedy zgłosiłem się do szacownych wydawców z nową powieścią, "Ukraińskim kochankiem ", usłyszałem to samo. Po co to komu? Nie grzebmy się we krwi. Na szczęcie są jeszcze wrażliwi i mądrzy wydawcy, którzy myślą logicznie i nie boją się prawdy. Dlatego "Ukraiński kochanek" w "Arcanach" się ukazał.


 


 

Ta niechęć do tematyki zbrodni na Kresach wynika chyba też z tego, że czytając o tym, stykamy się z rzeczami z pogranicza sennego koszmaru. To mąci nasz spokój. W naszym wygodnym życiu nie chcemy o tym pamiętać.


 

Gdyby otworzyły się wszystkie drzwi do prawdy, zobaczylibyśmy, że to nie mąci nam spokoju, ale wprost przeciwnie, prowadzi do zdrowia psychicznego. Proszę mi pokazać, poza okolicznościowymi rocznicami, jak często możemy o tym mówić. Gdzie są filmy o Kresach? Sztuki teatralne? Wielkie widowiska? Piosenki? Obrazy? Literatura piękna?. Poza wielkim pisarzem Włodzimierzem Odojewski, nikt się poważnie nie ima tematyką kresową. A to przecież to skarbnica prawdy i źródło wiedzy. Żeby postawić pomniki polskim ofiarom, czy tablice pamiątkowe, organizacje kresowe muszą toczyć wielkie boje z władzą. To paranoja. Chore państwo. Nie pozwala czcić swoim obywatelom krewnych, zamordowanych. W normalnym kraju tak się nie dzieje.


 

Kiedy czyta się Pańskie książki, przeżywa się wstrząs. Nie sposób uwolnić się potem od pewnych scen. Zawodowy krytyk literacki mówił mi oburzony, że przekracza Pan granice okrucieństwa.


 

A mordy nie były przekraczaniem okrucieństwa? Czym więc ma być literatura, jeśli nie opisywaniem prawdy, głoszeniem wolności? Gdyby było inaczej, spalmy świętą księgę chrześcijan, biblię, pełną okrucieństw, Dostojewskiego. To wszystko, co opisuję, było w rzeczywistości dużo groźniejsze. Oddaję przeżycia, emocje, napięcia, stan duszy człowieka w tamtym czasie. Ale przecież ci, którzy przeżywali to piekło, cierpieli wielokrotnie bardziej. Zabijano ich na ponad 360 sposobów&


 

360 sposobów zabijania?


 

Badacz z Wrocławia, Aleksander Korman, był zaszokowany wymyślnością w zadawaniu cierpień i zaczął je dokładnie analizować. Przecinanie ludzi na pól piłą, nabijanie dzieci na sztachety, zabawa w lekarza, kiedy banderowcy kroili ciało człowieka, nachylali się nad nim i udawali, że go leczą, pokazując, gdzie jest serce, wątroba, płuca. Kpili sobie z życia ludzkiego. Barbarzyństwo mieszało się z finezyjnym wyrachowaniem. Ze śmierci czynili rytuał.

 

Ten zezwierzęcony śmiech w obliczu ludzkich cierpień to jedna z najbardziej

uderzających cech tego, co zdarzyło się na Kresach.Ten wątek przewija się w tysiącach relacji. Oprawcy szydzili z cierpienia. Pewna Polka ze Lwowa opowiadała mi, że kiedy jej mała siostrzyczka została zabita we wsi pod Tarnopolem, ukraińskie dzieci ze śmiechem dokoła biegały, przedrzeźniając ją po polsku "Nie zabijaj mnie."


 

Ma się wrażenie, że w mózgach Ukraińców powstała jakaś ciemna, groźna fabryka śmierci, która produkuje zło. Bo jak inaczej wytłumaczyć sobie, że grupa bandytów z UPA wpada do wsi i morduje po kolei rodzinę po rodzinie, dom po domu. A za ojcami idą 12 - to 15 -to letni synowie i córki, i dorzynają niedobitych. I to robią to z entuzjazmem. Mieści się to komu w głowie. A to są fakty. Znane są przypadki, kiedy banderowcy mordowali ludzi, a ukraińskie dziewczęta zapalały ogniska i śpiewały pieśni radości. Czy to można nazwać tylko zdziczeniem? Chcę powiedzieć bardzo mocno. To, co stało na Kresach, to klęska ludzkości, człowieczeństwa, dziejowy kataklizm, który wstrząsnął naszą cywilizacją.


 

Hitlerowcy stworzyli bezduszną., sprawnie działająca machinę, w której liczyła się skuteczność w zabijaniu. Machina sowiecka nie działała tak sprawnie, ale też beznamiętnie, Ale nigdzie nie było takiego delektowania się ludzkim cierpieniem.


 

Mordy na polskich Kresach wyróżniają ukraińskich faszystów. Powiadam, oni traktowali życie ludzkie jak zabawę. Tu krew, przerażenie, krzyki, straszliwe cierpienie, rozpacz, wbijanie gwoździ w mózg, ścinanie kosą głów ludzi zakopanych w ziemi, a tu szyderczy rechot zbrodniarzy. Przedłużali wymyślne agonie, by się cieszyć. Jeśli nie zmierzymy się z tragedią na Kresach, długo jeszcze będzie cierpieć nasz naród, ale i złe idee rozwijać się będą na Ukrainie.


 

Ale Ukraińcy nie potrafią zmierzyć się tym, co robili w latach czterdziestych. Nie chcą tego zrobić.


 

Jest to problem identyfikacji. Z czym się dzisiejsza Ukraina identyfikuje. Jaki duch w niej panuje. Dzieją się tam gorszące rzeczy. Dzieci ubiera się w mundury, Piętnastolatkom każe się maszerować przed pomnikami bandytów i oddawać im cześć. Wychowuje się w kulcie kłamstwa. I to wyda owoce. A nasze elity są ślepe i głuche.


 

Jest taki nurt w polskiej publicystyce i polskim myśleniu  zabijali oni, zabijaliśmy my. Wszystko jest relatywne , a każdy narodów ma prawo do własnych bohaterów.


 

Mówi się rzeczy jeszcze bardziej idiotyczne. Że była to wojna domowa. Jeśli chodzi o śmierć, nie ma żadnego relatywizmu. Powtórzę: ukraińscy mordercy zabijali Polaków tylko dlatego, że byli Polakami. To mieści się w definicji ludobójstwa. Według udokumentowanych opracowań, zginęło ok. 150 tysięcy Polaków.


 

Ukraińcy mówią, że nigdy się nie przyznają, że rzezie na Kresach były ludobójstwem . Najchętniej by o wszystkim zapomnieli, zanegowali rzeczywistość.


 

Na Ukrainie panuje poprawność polityczna, O UPA oficjalnie mówi się tylko dobrze. To terror polityczny i psychologiczny Wynaturza się prawdę, etykę, zasady moralne. Ci ludzie któregoś dnia obudzą z ciemnego snu. Rzetelni i dobrzy Ukraińcy boją się mówić o mordach. Po latach pojechałem do swojej wsi, razem z telewizją, bo sam bym się chyba nie odważył, Zaszedłem do jednej Ukrainki i spytałem, czy słyszała o mordowaniu Polaków. Natychmiast kazała mi wyjść. Prosiła, bym więcej nie przychodził, bo się boi. Inni mówili, że nie pamiętają, chociaż pamiętają.


 

To zapomnienie to rzeczywiście fenomen Kompletna amnezja. Kiedy jeździłam po wsiach na Wołyniu, ciągle słyszałam to samo : nie wiem , nie pamiętam. Ale jak żyło się do rzezi , to świetnie pamiętali. Opowiadali o sielance  jak zgodnie żyli, bawili się razem na weselach. Tracili pamięć o wszystkim , co było potem.


 

Miałem tylko jeden przypadek w swej wsi, gdy odszedł do mnie 80-letni staruszek, wziął mnie na bok i wyznał, że przez kilkadziesiąt lat nosi w sobie ciężki grzech i chce, bym mu wybaczył. Ja spytałem, co mam mu wybaczyć? Dał do zrozumienia, że mordował. I powiedział, że jest mu ciężko. Poprosił, bym mu przynajmniej podał rękę. Podałem mu rękę, bo to był człowiek, cierpiał. Gdy odchodził, miał łzy, machnął głową i wyszeptał, że teraz mu lżej.


 

Myśli pan, że to było coś związanego z pańską rodziną? 


 

Pytałem we wsi, kto zamordował siekierami mojego dziadka. Nikt nie pamiętał. Może to był on? Z całą pewnością był w UPA.


 


 

Udało się panu przeżyć. Każdy , kto żył wtedy na Kresach, o swoim ocaleniu mówi jak o cudzie, czy szczęśliwym zbiegu okoliczności.


 

Uratowała mnie ukraińska sąsiadka, Olga Misiurak, Młoda dziewczyna, która się przyjaźniła z matką. Schroniliśmy się w jej stodole. Ukraińcy ukryli się w lesie, by nie doznać przypadkowych szkód. Kogo mogliśmy, zawiadomiliśmy o niebezpieczeństwie. W nocy z 18 na 19 sierpnia 1944 roku banderowcy otoczyli wieś i podpalili. Ukryci w stodole, słyszeliśmy krzyki, płacz, ryk zwierząt, ujadanie psów. O świcie, kiedy bandyci uciekli, zobaczyliśmy potworny obraz, zgliszcza, ruiny, spalone bydło, swąd ciał. Wielu było Ukraińców, i to mówię z satysfakcją, którzy ratowali Polaków, I niestety, bardzo często byli mordowani przez UPA. Im się należy szacunek i znak pamięci ze strony Polaków. To są prawdziwi bohaterowie Ukrainy. Ratowali ludziom życie. Wiktor Poliszczuk, rzetelny badacz ukraiński pisze, że z rąk ukraińskich faszystów zginęło ponad 60 tysięcy Ukraińców. Mordowali swoich dlatego, że nie chcieli wstępować do UPA albo dlatego, że pomagali Polakom. Był tez trzeci powód . Jak mąż był Polakiem ,a żona Ukrainką, to musiała zabić męża. A mąż, Ukrainiec, żonę, Polkę, Za odmowę karano śmiercią.


 

To jedna z najbardziej okrutnych rzeczy, która zdarzyła się na Kresach. Zmuszanie członków mieszanych rodzin, by mordowali siebie wzajemnie. Ten wątek pojawia się w pana twórczości.


 

"Ukraiński kochanek " opowiada o wielkiej miłości Polki i Ukraińca, i kawałku kresowej historii. Książka została oparta na solidnym materiale faktograficznym, pamiętnikach Polki mieszkającej na Pokuciu.


 

Czym jest dla pana pisarstwo ? Pisząc, rozładowuje pan ten pierwotny lęk z dzieciństwa, kiedy jako przerażony chłopiec, chował pod łóżkiem, słuchając strasznych opowieści ?

 

U samego początku mego życia jest ta ciemna ścieżka. Być może pisanie jest  terapią, ale z całą pewnością koniecznością, oddechem wolności, uwalnianiem się od demonów zła, obłaskawianiem ich. To próba wykrzyczenia grozy, przerażenia, bólu i łez. Nie zawsze udana. W ostatnich latach wracają do mnie koszmary, lęki, depresje. Najgorsze są noce, starzy ludzie płaczą, Pisząc ostatnią scenę "Ukraińskiego kochanka ", drżałem. Nie zachowywałem się jak profesjonalista. To bardzo osobiste. Ale muszę o tym mówić. Bo trzeba wykrzyczeć świat zła. Takiego ludobójstwa Polska nigdy wcześniej nie przeżyła. Nie możemy pozwolić, by głupi ludzie amputowali nam narodową pamięć. Jak wynika z badań, tylko dwadzieścia procent Polaków wie, co wydarzyło na Kresach. Ci, co przeżyli tę gehennę, cierpią w milczeniu. Może dlatego ocalałem, by krzyczeć i wołać w imieniu tych, którzy nie mogą już o tym mówić. Bo każde nowe kłamstwo o ludobójstwie, to kolejny cios zadany ofiarom.  Jakby nowa śmierć.

Powrót do strony głównej