WIERSZE NOWE

( z tomiku "Miłość i śmierć")


POLA RÓŻ

Gdzież te rozległe pola dzikich róż, strome przejścia
oddechu, gdzie spalone wzgórza Kissawos, którego
skały zanurzały się w płonącym błękicie chmur,
a z rozprutych żył nieba wyciekała krew słońca;
gdzież ta sygnaturka południa, kiedy
opieczętowywałem twoje piersi i brzuch wargami,
a ogromny fioletowy ptak zawisł nad nami i okrył
swoim cieniem; płonące cierniste krzewy raniły ci
duszę druzgocącym pięknem; czy to była
Makrinica, a może Kieramidi uchwycone w lasso
słońca, gdy oniemiałe z zachwytu plemię z północy
padało na twarz i cicho śpiewały żagle płynące
ku wyspie Skiathos; łowiliśmy kraby i jedli chłodne
dzadziki; gdzież, Mario, te wielkie pola dzikich róż, w których
syczały węże i zakorzeniała się nasza tęsknota,
a na dole, w tawernie, słychać było pieśń żeglarzy;
nadchodziła noc pełna łowów
w błękitnych wodach zatoki, ze świecącą gwiazdą
ośmiornicy w głębi morza; niebieski księżyc tańczył
na twojej dłoni i targnął
mną nagły lęk, że czerwone wzgórza
są tylko zjawą.


ŻYCIE I ŚMIERĆ

Spłoszone prześcieradła jak białe ptaki uniosły się
z łopotem skrzydeł i zakrakało psie życie z duszą
na ramieniu;
siostra zatrzepotała rzęsami, a mój sen wyrwał się
z piekieł ciała. Nie chcę, Mario, myśleć o upiornej
twarzy zjawy, która co ranka wynosi moje ciało
w foliowym worku na śmietnik. Pazurami chwytam
się cieniutkiej nitki egzystencji i śpiewam pieśń
o twoim brzuchu.

Szliśmy po spalonej ziemi Grecji, a kozy pasły się
na ruinach murów Koryntu; słuchaliśmy buzuki
pod Akropolem, gdzie stado dzikich kotów syciło się
kalmarami w winie, a mój wzrok pożerał twoje
biodra;
czarne słońce pokrywało cię spermą wilgotnych plam
na podbrzuszu; wąskimi uliczkami Aten przechadzał
się Sokrates, prowadząc filozoficzne dysputy,
gaje oliwne i winnice kryły w gęstwinie cieni cynober
z różowych żywic, zieleń z miedzi marynowanej
w occie, żółć z ochry lub szafiru i purpurę z fenickich
małży;

Triumfowała jednak biel twoich ramion.

Pluskaliśmy się w Zatoce Termajskiej u wrót
Kasandrii, a wieczorem w tawernie zjadaliśmy małże,
kraby i ośmiornice, czytając smutne wiersze Elitisa
i Sikelianosa o nicości.

Pijmy, Mario, uzo, niech kwitnie krew w naszych
żyłach;
od szaleństwa cykad płoną ognie na egejskich
wodach.

Obok
w czystym źródle myli stopy pasterze kóz;
a noże słońca ryły w naszych ciałach alfabet śmierci.

Nie umierajmy, Mario, choć białe prześcieradła
jak duchy krążą po szpitalnych salach.



NATCHNIENIE

O smutne muzy, pieśniarki bogów, córy miłości
Mnemosyny i Zeusa, siostry elegancji i wdzięku,
nie śpiewacie już
Wesołych pieśni mieszkańcom Olimpu, zostałyście
wygnane z gór Tracji i Beocji, z wyżyn Helikonu
i szczytów
Parnasu, nie spotykacie się na zboczach Pierri,
gdzie pasą się dziś kozy i jak we mgle
snują się turyści.
Gdzież wasze liry, gry na aulosie, zwoje papirusu,
atrybuty tajemnicy.
Gdzie wasze niewidzialne tchnienie, które zapalało
gęsie pióra i otwierało drogi do wieczności;
Nie uczestniczycie
w nowych zaślubinach Tetydy i Peleusa, Harmonii
i Kadmosa

Nie kochacie się wśród gajów oliwnych
i na skałach Attyki,

nie mkniecie jak złote strzały nad wodami
Morza Egejskiego i nie stajecie nad głowami poetów,
by szeptać
Słodkie melodie, bowiem dzisiejsi poeci nie wiedzą,
co to jest natchnienie. Dzisiejsi poeci mają pomysły
i twórczą inwencję,
Zdolności i talent, i twardo stąpają po gruncie
żelaznej logiki sławy, tylko czasami spłoszy ich myśl
jakiś dziwny jęk w sercu
I zdławione gardło skomlącej pieśni.

I zdziwi wyciągnięta dłoń
nieistnienia.

NA KOŃCU


Przepraszam za niepocałunek
przepraszam za nieuśmiech

przepraszam za niespojrzenie
przepraszam za niechcenie

Jeźdźcy nieistnienia okrążają
nasze życie
i cwałuje kawaleria niebytu
pośród naszych niedowidzeń
by ujawnić niepojętość świata
który się spełnia w niemożliwościach
i niedopowiedzeniach

A twoje niedotknięcie
parzy moje nieme usta
a twoja niepamięć
pogrąża mnie
w smutku

Jestem na końcu
niczego

DZIĘKUJĘ CI PANIE


Za ten cios w życie, które pękło
na drobne kawałki i zawyły szakale
na końcu każdej drogi

Za ból myśli, która tonęła
pośród majaków,
gdy ścięta głowa mego dziadka
Ignacego spadła mi u nóg

Za pustkę, gdy z dna oczu
wyłaniały się urojenia

Za nicość,
kołyskę nocnych lęków

Za mrok duszy i cierpienie,
którego nie rozumiałem

Za wzgardliwe usta sprzedajnych
przyjaciół

Za dwadzieścia lat milczenia
Łąko, na której pasą się
moje strofy i piją ze źródeł
czystej śmierci

Pustynio wielu śladów
ciszo w zgiełku świata

I za to dziękuję Ci, Panie,
że Cię nie pojmuję,

pętlo wisząca
nad moją głową,

koło ratunkowe.

NA PLAŻACH RETHIMNO

Twoje ciało nabrzeże pełne muszelek
pyłków słońca płatków złotych liści
i ścieżek moich warg

archipelag w centrum którego płonie
czerwona figa

dzika konnica świetlistych jeźdźców
pędzi w głąb twoich płynów

u twoich stóp śpiewają drobne kamyczki
tańczą ziarnka piasku a w płomieniach
skóry skaczą jelenie moich palców
i kołysze się potężny konar eukaliptusa
a światło twoich oczu przeciąga linę
między moimi udami i do Zatoki
wpływa nagi księżyc
mego języka


PUSTELNIK

Ja pustelnik ciszy
mamroczę w półśnie twoje imię
pusta klatka z której wyfrunął ptak
rosną kolce twojego milczenia i bolą
zaciągam się do armii mroków
której rytmiczny krok wybija noc
ślepe światło gwiazd gaśnie
a pyłek księżyca spada na powiekę
która zwisa jak odcięta ręka
i skradają się halucynacje
siostra śmierć przecieka
przez żyły do moich oczu
a u wezgłowia świtu staje zjawa
i otwiera usta
widma są moimi
braćmi


NAD BRZEGIEM TRIKIERI

Ucięta głowa słońca krwawiła u twoich stóp,
A żółte narcyzy wstydliwie opuszczały powieki.

Fiołkowa skała pękała w głębi chmur, a płomyki
Złotego deszczu stały się kokardami w twoich
Włosach. Mijały nas zakonnice z czarnymi kawkami
Spódnic, a z ich oczu rozwijała się ciemna nić lata.

Sygnaturki ciszy dzwoniły w moim uchu i czołgał
Się żółw smutku po piaskach twoich oczu.

Biała bryła klasztoru zanurzała się w gęstym
od świec powietrzu, wrzeszczały ściany, a wśród
Czerwonych kwiatów aloesu syczał czarny wąż

Krwi i powstał popłoch w żyłach powietrza.

Zanim padliśmy u źródła, nad którym krążyły
Białe kozy, anioły wyspy Trikieri, a w oddali stary
Pastuch grał na flecie i niebieskim księżycem
Języka zapalał pobliskie paprocie, skrzypy i wrzosy,

Unieśliśmy głowy, by spojrzeć w biały słup światła,
Który nas oślepił i leżeliśmy nago, między oliwkami,
A cykady odprawiały południowe nabożeństwo,
Śpiewając w chórze błysków, chmur i powolnych
Kroków morza, które jak ciężki ptak wzbijało się
W górę i widzieliśmy, jak przelatuje nad naszymi
Głowami, pełne słonecznych piór i głębokich
oddechów. I przykrył chustą nasze nagie ciała pop
Idący na połów krewetek, gdy jeszcze wbijał się
w głąb twego jęku mój zwariowany język. Ciebie

Piłem, Mario, krew, smutek, twój sen, ja śmierć
zanurzona w głębinach, by wynieść kruszynkę życia
Zroszone piersi. Ja, zatopiony okręt, wyjąca

syrena, strzęp niczego.


ODCHODZENIE


Gdy szpital śpi,

cisza tyka w ścianach,

a po długich korytarzach

kardiologii rozpina swoją sieć

nicość.


Powietrze unosi siną brew

i marszczy się w kącikach warg

umierającego starca.


Żółta łza światła spływa

w ciemność.


W moich żyłach rozkłada

namioty ostatni oddech

i zapalają się świece krwi,

których płomyki

dławią gardło.


Na łóżkach modlą się
blade prześcieradła.


Tylko suche usta ścierają

powietrze w popiół.


To życie wywiesza białe flagi,

to śmierć.


Noc naciąga kaptur i milczy.

I powoli opada powieka nieba.



NASŁUCHIWANIE


Nocą po stopniach strachu

schodzę w mroczną ciszę

kaplicy.


Szpital ciężko dyszy.

Puste korytarze odbijają

w lustrach ciemności twarze

umarłych.


W pobliżu jęczy ten biedak

bez płuca z pociętym żołądkiem

i nie chce go opuścić wątła dusza.


Obok na łóżku długi cień

odrąbanego ramienia,

z niebytu wyrasta prześwitująca

dłoń.


A w mojej krwi

pali się ostatnia lampka serca.


Ze słabnącego oddechu

spada blada kropla

życia.

 


PAN DOKTOR


Pan doktor bezradnie rozłożył ręce,

jakby przestrzeń wypuścił z ramion.


Szable krwi

na oślep cięły powietrze.


Pustkę owijały

śmiertelnie blade bandaże,

schodząc coraz niżej

niżej

i niżej

do moich ust.


Cisza stąpała na paluszkach

po schodach śmierci,

ginąc

w korytarzu

aorty.



JESZCZE


Jeszcze wczoraj ważne było wszystko, Mario,

róże dla ciebie, smak pierogów na patelni,

wyprawa Łukasza do Krakowa

sen o domku w górach, jakieś słowa,

zdarzenia, pocałunki, drobne rzeczy,

ziarnko piasku, liść, pyłek.


I oto wędrujesz przez białe kontynenty

szpitalnej ciszy, wśród kanionów

urywanych oddechów, przez piaski

pustynne skóry, po zboczach

zachodzącego spojrzenia,

między stanami zjednoczonymi

dziurawych płuc.


I odpływają w ciemność róże,

ty, Mario, Łukasz, niewinność, sny i żółty liść

pamięci.


na morze czarne czoła wypływa

samotny żagiel śmierci.


Próbujesz jeszcze zrozumieć

znaczenia rzeczy, idei i szeptów

ciemności.


Otwierasz szeroko oczy,

gdy Archanioł Gabriel

z twarzą doktora chirurgii

pochyla się nad tobą

z polisą ubezpieczeniową

na długą nicość.


Wszelki sens i bezsens

znaczą jedno

-Bóg tonie

w ostatnim

oddechu.

 


WIERSZE DAWNE
(poezja stanu wojennego w większości dopiero teraz publikowana, wydana w tomiku "Liryki" 2009, w wersji polskiej i esperanto)


WROGOWIE LUDU


Wrogowie ludu

szczegółowo opanowali technikę przebierańców.

Znają się na prawach maskarady.

Niełatwo rozpoznacie ich głosy,

bowiem będą mówili waszym językiem,

razem z wami będą śpiewali wasze pieśni

i razem z wami wyjdą na ulice.


Wrogowie ludu

zaczną wznosić wasze hasła

i do swoich dłoni wezmą wasze sztandary.


Ich idee wypełnią się waszymi troskami

a ich serca będą wybijały

rytm waszych kroków.


Wrogowie ludu przyswoili sobie waszą siłę

i żywią się waszą wiarą.


Ani się spostrzeżecie,

gdy ogłoszą,

że stanęli

na czele narodu.


Nie zdążycie unieść do góry ręki,

kiedy zamkną się za wami

bramy więzień.


I nawet w celach

nie zrozumiecie,

co się stało do końca.


A w waszych domach

zapadnie wstydliwa cisza.


I jeden drugiemu

nie będzie mógł spojrzeć w oczy.


Nad wami zapanuje

pająk, hiena i lis.


I każą bić sobie brawo.

 


SZCZEGÓLNOŚĆ


W wysokich rejonach światowej polityki

zagnieździły się pchły i zła wola


Poetów zamknięto w domach wariatów

na wszelki wypadek


Mogą się poruszać w salach operacyjnych

własnych mózgów


Wysysa nas pot i sen


Podsłuchuje atmosfera i lęk


Poeci, czyli tajna broń wieczności,

rozważają w swoich norach przeróżne warianty

sytuacji, żeby przesłać depesze do przyszłych pokoleń

o tym, jak byliśmy zżerani przez cmentarze, groby, płacz matek,

cierpienie najbliższych, uliczne zamieszki i złowrogie oko polityki

Zawierają dyskretny sojusz z nieśmiertelnością i giną w stanie okupacji ich wolnej woli


Świat wewnętrzny poetów rozrasta się groźnie

wewnętrzne oko świdruje matactwa zmierzchu, szykany starości,

tortury ciszy i wszelki terror przeciętności


Śmierć stąpa boso po wielu drogach,

a poeci wciąż nasłuchują


Brzemienna staje się każda sekunda

I niejeden czarny kot gania po strofach


Ślepe okna poetów

żywią się ich wzrokiem


O nadzwyczajnym swoim położeniu

informują przyszłość

tajni agenci estetyki i umierania


Wewnętrzne krwawienie świata nie ustaje,

niepewność i przewidzenia już się przejadły,

klaustrofobia zamyka się w windach


Gdy poeci zaniemówią,

cisza spuchnie

i tyle

 


RACHUNEK SUMIENIA


Co dnia oczekuję na kroki pod drzwiami.

Każdy ruch windy budzi moją czujność.

A gdy zbliża się godzina milicyjna,

przykładam twarz do szyby

i wypatruję tych,

którzy pełnią straże pod domem.


W nocy nasłuchuję,

jak oddycha cisza.


Moi przyjaciele odeszli

ze zwieszonymi głowami.


Pewna kobieta w tramwaju

szeptała do ucha syna -

brakuje nam jeszcze tylko

szubienic.


W poczekalniach komisariatów

wysiadują stare matki i cichutko płaczą.

Otwierają dłonie i przyglądają się mapie

swojej ojczyzny pulsującej w żyłach.


W moim kraju odbywa się

pogrzeb nienarodzonej

wolności.


Lęk stanął na progu

i patrzy

mi w oczy.



OJCZYZNA


śnieg

topnieje, odsłania


kra

płynie, zapomina


światło

chmura i deszcz

ogłaszają, ogłaszają


a ty

goisz się,

goisz z zaciśniętymi

ustami


17 III 1982

15 GRUDNIA


Śmierć po balkonach

rozwiesza czarne sztandary.

A słowo się dusi.


Ulica chwieje się, kurczy

i białe flagi

nad dachy

unosi.



ROBOTNICE


Robotnice o zapadniętych twarzach

wychodzą z fabryk,

wyjmują chude torby

na chleb

i tłoczą się pod sklepami

do zmierzchu.


A potem pod krzakami

ukradkiem wymiotują

swoją młodość.


Nad nimi

płacze starość.


Tymczasem wyroki w sądach

wciąż zapadają, zapadają.


Ich mężczyźni

wyrwani nocą z domów

i hal produkcyjnych

krążą po celach

śmierci.


A syci i ci u władzy

pędzą w żółtych limuzynach

ku świetlanej przyszłości.


Tylko diabeł się śmieje

w rowie.

 

REWIZJA


A jednak wpadli,

nie narobili większych szkód,

nie złamali ręki,

nie nabili siniaka

pod okiem córki,

tylko te ich tłuste uśmiechy

i dyskretna woń perfum.


Zostawili

poprzewracane regały książek,

rozwaloną szafę z ubraniami

i wyrwaną podłogę.


A także rozprutą

starą rogatywkę.


 

ROZLICZENIA


Przyszli do mnie w nocy

i kazali się rozliczyć ze snu.


Co śniłem i przeciw komu,

kto był wewnątrz snu,

a kto czuwał na zewnątrz,

czy sen był czerwony,

żółty, czy nie daj Boże

biało-czerwony.


Pytali czy miałem kontakt

z jawą.


Na moje milczące spojrzenie

nie odpowiedzieli.


Wyjęli odpowiednie aparaty

i badali mnie,

stwierdzając, że obiektywnie rzecz biorąc,

moje sny są nieodpowiedzialne

i muszę się poddać operacji.


Moja przyszłość

nie wymknie się

z oka chirurga.


Oni już o to zadbają.


 

ROZKAZ


Naród rzucić na kolana,

i upokorzyć, zdusić jęki

i wszelkie wołania.


Niech nikt nie ośmieli się krzyknąć.

Ludzie wchodzą do cel,

a kraty więzienne wyglądają jak wzór

na prawomyślność.


Głód i nędza towarzyszą

manifestacji siły.


Nasz smutek jest dobrze zabezpieczony i

długotrwały.


Już o to zadbają sprzedajni oficerowie

i donosiciele.


Duma narodu zwisa jak pętla

z suchej gałęzi.


Wstyd pada plackiem

przed nami.


Zdrada ma wzrok szczura

i mieszka w kubłach

na śmieci.


Upokorzenie idzie przez świat

na szczudłach zdrajców.


Tylko tchórze i szpicle

czują się dobrze w

przelocie donosów.


 

CHRONIKA POLONORUM


Polsko,

widziano cię jak się łajdaczysz.

Twoi synowie się szmacą.


Kto nam zmyje brud z sumienia,

Ojczyzno?


Całuję twoje stopy,

kurz na ustach i twoją wzgardę.

Sypię sól na twoje rany.

Jestem twoją chorobą, Ojczyzno.

Twoją kroplą krwi i smutną pieśnią.

Biegam uwiązany do łańcucha przez twoje podwórka.

Moje ciało krwawi. Mój oddech coraz wolniejszy.


Tętno zamiera.


Ojczyzno, modlitwo banitów.

Tęsknoto obieżyświatów.


W kopalni "Wujek" widziano carski cień na ścianie.

W domach zasunięto zasłony na oknach.


Od bramy do bramy

podjeżdżał pusty wóz,

a śmierć siedziała okrakiem

na grzbietach koni.


Obejrzyjmy kartę choroby,

Polsko,

kronikę wypadków.

Poznański czerwiec. I milczą tamte drzewa.

Groby zawiał śnieg.

Stare kobiety krążą w samotności.

Gdańsk. Z cmentarzy wykradziono ciała zabitych.

Duchy się zbiegły u rozstajnych dróg,

a wewnątrz mieszkań topi się wosk.


Kronika Polaków to coraz więcej dróg,

po których widać coraz więcej pustych wozów.

Coraz więcej spala się świec.

Coraz smutniejsze są nasze córki i matki.

Coraz szczelniej zasłania się okna.

I coraz cichsze są rozmowy.


Kronika Polaków to coraz dłuższa lista

relegowanych, internowanych, więzionych

i skazanych na wygnanie.


Coraz częściej dzwonią więzienne klucze.


Kronika Polaków to ślad narodu,

który nie chciał umrzeć





WIERSZE DAWNE Z INNYCH ZBIORÓW


MATKA

coraz wolniej idzie
zataczając dalekie kręgi

już horyzont przecięła warkoczem
już włosy ułożone na stosie płoną
maleńka łódka łódeczka dobija
tylko wyrzeźbić morze

i gdzieś jest zwrócona do martwych fal
wśród umilkłych lasów zwątpienia

i gdzieś zastyga nagle
krzyk rzucony do chmur

i gdzieś opuszcza do ziemi ręce
a w opadaniu tyle przebaczenia


DRZEWO NIEOBECNE

podpowiada się drzewo
moim polom

pęka powietrze
rozdzielone słupem nieobecnym
w szczelinie zarys konarów

wbijają się gałęzie domyślone
jak korzenie w ziemię
i już kształt liści osobny

coraz wyraźniej
nieprzechylne wiatrom drzewo
utrwala się w tym pustym pejzażu

jeszcze dodać ptaka
wywabionego z wierzchołka
i gniazdo odmalowane
jeszcze wyciąć miejsce na wiewiórkę
znak pytania w zawieszeniu

a stanie
odbita nieobecność w powietrzu
tak pełna
że pełność drzewa
jest niczym przy niej

teraz tylko pętlę wywołać
na czyjąś głowę rzeczywistą


COFANIE PRZEDMIOTÓW

gdy
wsłuchuję się w biel pokoju
przedmioty zamierają

słyszę

rysy serca

zwierające się do nagłej eksplozji

rozmowę źrenic zaczajonych głęboko
ostrożne skrzypienie naciąganej skóry
wygasanie płomieni włosów

słyszę

jak biel zalewa

nogi

brzuch

piersi
słyszę
cofanie

przedmiotów


DRZWI

moje drzwi
nigdy nie śpiewają

jestem zamknięty
na cztery zamyślenia

chodzę niby więzień
więzień kąta w kąt

oglądam szarość ścian
która już nawet nie dziwi

dotykam klamki
która uparcie milczy

wciąż jestem blisko
wciąż czekam
na klucz
zbliżenie kroków
zza drzwi


FORMY CISZY

usychają formy ciszy
ten stół
zdarł sobie głos jeszcze w lesie
za wysoko śpiewał

fotel
dopiero doszedł do formy
przedtem nie miał oparcia
za wiele szumiał

żarówka
straciła kontakt ze światłem
gdy wysadziła siebie pod sufit
za gorąco wierzyła w jasność
nie padnie już żaden cień na podłogę

takie wykształcone rzeczy
a usychają na śmierć

KOSZULA


to już pajac na sznurku
rękawy bliższe niczego
kołnierz bliższy pętli

zapina pusty brzuch powietrza
choć plecy ma za sobą
nic z niej już nie zostało

niech się teraz wypcha sianem
a nie człowiekiem


PĘTLA

to ostatnia rzecz
co się tak ściśle wyraża
krótko i węzłowato
aż język kołkiem staje

jest wykrętem przed sobą
choć do nieba prosto mierzy
sięga tylko szubienicy

a z wyglądu koło ratunkowe nad głową
przywiązuje się do człowieka jak nikt dotąd


SZTANDAR

niby jest wierny komuś
i niezawisłość ogłasza
a taki chwiejny

to prawda
że obrotny
i najlepiej rozwija się
gdy go wynoszą nad resztę

ale wtedy
już
nie lubi być skrępowany
i
wszystko mu zwisa


DZIURA

Michałowi Głowińskiemu

w samej istocie
głębokie istnienie

jedyna obecność
która przeszła sama siebie

to ona
kształtuje rzeczy niewidzialne
i przenika każdą materię

wzór na jasność
do wypełnienia


WÓDKA

lubi zawracać głowę
że jest czysta

lubi mylić nogi
zwykłą drogą

z nią nie przelewki
to gardłowa sprawa


NAD RANEM

wyżej za słupem krwi
widok ojczyzny
śmiech jak horyzont
osacza mnie
czai się
patrzy w białą pustkę

wschodzi słońce żył
prawa ręka wypuszcza z dłoni przestrzeń
dzikie marzenia z gniazd wypadają
schnie konar głosu
oko nieskończoności
mruga porozumiewawczo

widzę czerwoną górę
schodzę w dół
po stopniach śmierci

świat to złudzenie
mówi głos wewnętrzny

żyj w zgodzie z sobą
mówi głos ślepych gwiazd

niżej stoi Platon
- obok jego Mądrość

powieszonej ciszy
zwisa głowa

żeby ją minąć
myślę

żeby minąć strach

oko nieskończoności daje znaki( drwina? ból?)
twój oddech zamazuje szybę
jesteś podzielony

patrzysz z drugiej strony snu
w swoje oczy

myślisz
że jesteś sam


PYTAJĄ MNIE

pytają mnie
dlaczego nie piszę wierszy
dlaczego nie wydaję książek
mijają lata a ty nic

słyszę w pobliżu syk węża
to środowisko twórcze syczy z radości
wyciąga szyję po metafizykę

milczę
bo nie mam nic do powiedzenia
nocami gadam sam z sobą
nieraz słucham jak zamiera mi serce
jak ucisza się puls
nieraz myślę o Bogu którego nie ma

czasami widzę krew ludzką
czarne ptaki
ślepca

tulę się do ściany
ale nie mogę zasnąć
nie mogę oddychać
niczego nie chcę
o niczym nie marzę
patrzę w ciemność

nikt nie zastuka do drzwi
w tym domu nie ma drzwi


MOMENT

pochylony nad szklanką wódki
czekam o godzinie drugiej w nocy
na Dostojewskiego
dzwonił że przyjdzie
maszyna do pisania milczy
trzy butelki alkoholu
ustawiły się w kolejce
za oknem wychodzą robotnicy z fabryk
jest później
Dostojewski nie pojawia się
ich ciężki tupot nóg
wypełnia przestrzeń

jakby układ słoneczny
przenosili na swoich barkach
idąc w ciemność

pociąg zatrzymuje się na dworcu
i rozdziera ciszę

rury kanalizacyjne cieniutko śpiewają
swoją nieskończona melodię

zaczynam czule myśleć o życiu

telefon nie daje znaku

z mroku wyłania się książę Myszkin
a za nim Stawrogin
oraz dwa szczury
które zamieniają się w moich przyjaciół

blady uśmiech świata
błąka się po ścianach

po drzwiach pełznie mucha
zatrzymuje się na moment
i ciężko wzbija w powietrze

z wymiętymi policzkami
zarośnięty
na przeciw mnie siada
Dostojewski
patrzy w niebo

a w głowie muchy widzę
jego ogromne płonące oczy

czarna broda Dostojewskiego
zamienia się w ognisty krzak
i powietrze płonie

osypuję się w górkę popiołu
świecąc jeszcze z dna
spaloną myślą


SPÓR O CYWILIZACJĘ

współczesne kłamstwo jest matematyczne
dowodzi swoich racji najlepszymi wzorami

służy mu logika etyka estetyka
Bóg i rozum uczucie i wiara

dzisiejsze kłamstwo nie myli się
nie zdradza nie fałszuje

korzysta ze zdobyczy nauki i kultury
operuje tymi samymi racjami co prawda

nosi podobne garnitury
przybiera identyczne miny

w podobny sposób stawia stopy
tak śpi i tak oddycha jak prawda

współczesne kłamstwo ma na swoje usługi
prawa i konstytucje

potrafi przekonać
że jest prawdą

gdy o tym myślę
wiem że człowiek jest wielki

epoka rozumu
triumfuje



EROTYK



Nasze kobiety

tlące się lampy przed świtem



Zgaszone w piasku

papierosy



Niedopałki na śmietnikach



Opuszczone wąskie uliczki

małych miasteczek



Jątrzące się rany

codziennych okoliczności



To martwe ryby

wyrzucone na brudne plaże



Nasze kobiety

dźwigają po pracy torby makaronu

zepsutych jaj kaszankę i ziemniak

tracą przytomność na schodach



Zwiększa się liczba poronień

i nerwowych chorób



Nasze kobiety

przemieniają się w pacjentki

z brakującymi ciałkami krwi



Płaczą

w długich korytarzach klinik

kamienic wieżowców czynszówek

w długich koszulach zmartwień



Nasze kobiety

to nowoczesne klasztory



Ich czerń jest wewnątrz nich



Młode kobiety

zapomniały co to jest miłość

...pieszczoty i uśmiech

...nie mają czasu dla umierających matek



Nasze kobiety

to głębokie bruzdy ciemności



W ukryciu liczą zmarszczki



Krępują się delikatnych słów

bardziej są przy salcesonie w kuchni

niż przy nas



A rano zachowują się tak

jakby szły na katorgę



Gdy wreszcie jednak je dopadniemy

w zaślepieniu pośpiesznie

na podłodze albo gdziekolwiek indziej

oddają się z rozgorączkowaniem

podobnym do choroby płuc

i pochłaniają nas

z ostateczną determinacją

starych kurw

jakby chciały pochłonąć

pogardę wstyd cierpienie

i śmierć

Powrót do strony głównej