W ŁOSIOWIE
Zaprosiła mnie 10 12 09 r. biblioteka w Łosiowie, koło Brzegu. Wiele się tu robi dla sprawy kresowej. Jest nawet lokalny zespół ludowy, piosenki, występy, wspomnienia.
Pani bibliotekarka powoli gromadzi książki z tematyką kresową, sama układa wiersze, przygotowuje okolicznościowe uroczystości.
Słowem, robi dużo ważnych i ciekawych rzeczy.
W wielu domach zamieszkują ludzie stamtąd, pamiętają swoje strony. Wypędzeni z własnych chat, przez lata wspominają dawną ziemię, pola, lasy, sady, pachnące owoce, cudowne światło, strumyki, świat dzieciństwa.
O swoich przodkach, dziadach i pradziadach powinny pamiętać też dzieci, synowie, wnuki. Ale czy pamietają?
Nie bardzo.
By im przypomnieć, czym były dla Polski Kresy, organizatorzy poprosili mnie, bym opowiedział o wielkości i pięknie zagarnionej nam ziemi.
Przyszli na spotkanie gimnazjaliści, ale nie widać było wielkiej pasji. Mało się dotąd interesowali życiem swoich antenatów. Czeka ich jeszcze wiele pracy, by poznać choćby kawałek dziedzictwa własnych przodków. Nie radzą sobie z historią rodziny. To duży problem dla identyfikacji. Wieloletnie zaniedbania szkoły, programów nauczania, ale też matek i ojców, którzy za rzadko rozmawiają z dziećmi o przeszłości, owocuje niewiedzą. Nie rozwija się wrażliwości na własny los.
Łosiów tylko unaocznił mi to, co wiem skądinąd, że przed historykami, pedagogami, politykami i ludźmi kultury stoi wielkie pole do zaorania. I zasiania zdrowego ziarna.
Może ten początek w Łosowie stanie się bodźcem do zmian na lepsze, tak bardzo potrzebnych w rozwoju psychicznym, duchowym i intelektualnym młodego pokolenia.
Jeśli dzieci ze wsi mają rywalizować z dziećmi z miasta, jeśli mają się dostać na studia i iść dalej, przede wszystkim muszą poznać historię swoich rodów. To znaczy, muszą chcieć poznawać, rozumieć i wyciągać wnioski z własnego życia i jego ograniczeń.
Dlatego tak ważne są spotkania młodzieży z pisarzami, aktorami, muzykami, odkrywcami. By jej wyobraźnia rozwijała się, a pamięć utrwalała dobro wspólne.
Miłe wrażenie robi zadbana i czysta stacja kolejowa w Losiowie. Tam miałem krótką i pocieszającą przed odjazdem pociągu rozmowę z jedną z gimnazjalistek, która skwitowała spotkanie z młodzieżą: " Fajne było!". Chodzi jednak nie tylko o to, by było fajne, ale przede wszystkim o to, by słuchacze po takim spotkaniu porozmawiali ze swoimi rodzicami o dawnych czasach.
Wtedy ładna i zadbana stacja stanie się jeszcze bardziej ładna i jeszcze bardziej zadbana.
"LIRYKI" W KLUBIE MUZYKI I LITERATURY WE WROCŁAWIU
Tym razem wystąpiłem 8 grudnia 2009 r. przed czytelnikami jako poeta. To mi się zdarza niezwykle rzadko. W ciągu dwudziestu pięciu lat opublikowałem tylko dwie książki poetyckie, "Miłość i śmierć", przed pieciu laty oraz "Liryki", w tym roku.
Muzy pchnęły mnie ostatnio w stronę prozy. Uznały, że powinienem się zająć problematyką kresową, jako że jestem jednym z ostatnich polskich pisarzy, którzy ludobójstwa doświadczyli na własnej skórze. I oddelegowały mnie, bym o tym ludobójstwie opowiadał. A przy okazji, bym przypomniał, jak wielką, piękną i magiczna krainą były polskie Kresy.

Autor i słuchacze w Klubie Muzyki i Literatury
Najnowszy tomik poetycki zaś stał się pretekstem do spotkania z przyjaciółmi, znajomymi i koneserami mojej poezji. Wiem, że wiersze nie są chlebem powszechnym. I być nie mogą. Smakują je bowiem umysły szczególnie wrażliwe, niepokorne, poszukujące metafizyki i nowego spojrzenia na świat.
Proza bowiem, najprościej mówiąc, opowiada o rzeczywistości, którą widzimy i o której coś wiemy, ale nie rozumiemy jej do końca. Zaś poezja objawia nam prawdę, której nie widzimy, ale pragniemy ją poznać. Dzięki temu wiemy, że istnieje jeszcze inna rzeczywistość niż ta, którą obserwujemy gołym okiem. Potęgą poezji jest metafora, która przesuwa granice naszego poznania. Dzięki niej, nagle przekraczamy horyzonty, których bez poezji nigdy byśmy nie przekroczyli. W tym względzie poezja zbliża się do magii, mistyki i metafizyki. Czasami też do religii.

Tłumacz esperanta, Andrzej Kraszewski i słuchacze
Wiedząc to, z tym większym podziwem patrzyłem, jak wypełnia się Klub Muzyki i Literatury i zjawiają się dawni i nowi moi czytelnicy.
Od dawna próbowałem zdefiniować świat, w którym spędziłem młodość i całe swoje życie dorosłe. Czym on był i jakimi szczególnymi cechami się odznaczał. Nie chodzi mi o nazwanie systemu. Bo on został nazwany. I na ogół rozpoznany. Mnie interesowały immanentne cechy tego świata i w czym się najbardziej przejawiały.
I u początku swojej poetyckiej drogi doszedłem do wniosku, że dwa postawowe kryteria charakteryzowały ów świat. Pierwszym był stosunek do języka, a drugim do ceremonii. Gdy się obie te cechy odsłoni i pokaże się w karykaturalnym świetle, system nie jest w stanie się obronić Gdy więc w końcu lat pięćdziesiątych zacząłem pisać wiersze, zająłem się głównie językiem. Tak się dobrze okoliczności zbiegły, że mniej więcej w tym samym czasie tą samą problematyką zajął się Tymoteusz Karpowicz, najniezwyklejszy i najbardziej oryginalny poeta polski. On wyczuł i pojął, że w świecie, w którym żyjemy, całe zło zaczyna się od języka i w języku się kryje.
.jpg)
Autor podpisuje książkę
Język zaczyna służyć kłamstwu, a nie prawdzie. Wolność stawała się niewolą, piękno brzydotą, a sprawiedliwość niesprawiedliwością.
Dlatego doświadczenie Karpowicza i dla mnie stało się bardzo ważne. Karpowicz stawiał światu poetycką diagnozę, wskazując, że prawdy należy szukać w języku. Na polskiej scenie poetyckiej pojawiło się więcej poetów z takimi zamysłami. Byli to: Ryszard Krynicki, Stanisław Barańczak, Krystyna Miłobędzka i paru innych.
Poezja lingwistyczna rozsadzała system od środka. System był jednoznaczny, toporny i gnuśny, a poezja lingwistyczna finezyjna, wręcz chirurgiczna i pokazywała świat wieloznaczny i akcjologicznie bogaty.

Po spotkaniu towarzyska rozmowa z autorem i tłumaczem, z prawej, przyjaciel pisarza, legenda "Solidarności Walczącej", Kornel Morawiecki
Z takim światem system nie był w stanie sobie poradzić.
Nie miał intelektualnych narzędzi, by nas rozbroić.
Dlatego poezja lingwistyczna rozlała się jak rzeka po umysłach poetów i czytelników. I postawiła wymagania cenzurze, jakim cenzura nie była w stanie poradzić.
Natomiast drugą immanentną cechą systemu było zrytualizowanie ceremonii świeckich i nadanie im charakteru sakralnego, w którym miejsce Boga, zajmował wódz, albo na niższym piętrze lokalny kacyk, czy watażka, a obok cały dwór. Wystarczyło w literaturze uczynić z tego groteskę, satyrę, czy żart, a system walił się jak domek z kart. Nie wytrzymywał potęgi śmiechu. Dawałem wyraz takim obrazom w kilku powieściach, np. w "Ladacznicy i chłopcach", "Śnie Belzebuba", w czy "Płonącym motylu".

Z lewej, żona pisarza, Maria i jej przyjaciółka, Hania Łukowska- Karniej
I o tym właśnie opowiadałem na spotkaniu.
Wśród licznych słuchaczy widziałem zadumanego Kornela Morawieckiego, legendarnego twórcę "Solidarności Walczącej", zatroskanego czymś Janusza Dobrosza, byłego marszałka Sejmu, Adama Peśnara, bojownika o język esperanto dla Europy i swiata, i wiele innych znakomitości. Adam Pleśnar ponadto w sposób krotochwilny czytał moje teksty, wydobywając z nich satyryczny i groteskowy ton.

Krotochwilny Adam Pleśnar i Maria Ganaciu-Srokowska
Pięknie i przekonująco wystąpił tłumacz moich wierszy, Andrzej Kraszewski, który przełożył książkę na esperanto.
Opowiadał ze znawstwem o roli i odpowiedzialności translatorskiej.
Po dwu godzinach spotkania wypiliśmy po lapmce wina i już w grupach rozmawialiśmy o poezji i bieżącym życiu
"ZDRADA" W KRAKOWIE
19.11.09 po południu wyjechałem do Krakowa. Na dworcu czekał już na mnie brat Piotr, zakonnik, moje odkrycie literackie, niezwykle ciekawy młody poeta, drążący problematykę metafizyczną, zafascynowany Kresami i dociekliwie badający ich glebę kulturową i skomplikowaną historię. Pisze coraz ciekawsze, mądre i głębokie wiersze. O specyficznej, delikatnej urodzie. Wprawdzie ma już za sobą miniaturową książeczkę, niemal nie zauważalny debiut, ale prawdziwy żar poetycki dopiero przed nami. Ciekawa, niespokojna i dramatyczna osobowość.
Przyszedł po mnie w habicie, pięknie wyglądał, jak św. Franciszek, uśmiechnięty, ale i czupurny, z tkwiącymi w głębi charakteru cechami sarmackimi.
Towarzyszyli mu student i licealistka, z którymi był na jakichś uroczystościach zakonnych. Zawieźli mnie do klasztoru, zostawiłem tam swoje rzeczy i Piotr porwał mnie na spacer i dłuższą rozmowę na Kazimierzu. Przed północą zjawiliśmy się znowu w klasztorze i po pół godzinie rozstaliśmy się. Otrzymałem wygodną celę, surową, ale z łazienką i wszelkimi higienicznymi wygodami.
Rano zjedliśmy śniadanie i poszedłem na spotkanie z p. Maćkiem, reżyserem telewizyjnym, który zaprowadził mnie do Liceum Sztuk Plastycznych. W klasie ponad 60 uczniów, przyszli artyści, więc mówiłem głównie o literaturze i sztuce Kresów, odwoływałem się także do sztuki współczesnej. Słuchali bardzo uważnie, a pani dyrektor powiedziała potem, że to było jedno z najważniejszych spotkań, w jakim uczestniczyła od lat. Miło to było usłyszeć, próżność autora została zaspokojona. Na pamiątkę podarowała mi miniaturową płaskorzeźbę. A p. Maciej wszytko to zarejestrował na taśmie.
***
Po spotkaniu p. Maciej zaprowadził mnie do hotelu Wit Stwosz, zarezerwowanego przez wydawnictwo "Arcana". Po krótkim odpoczynku poszedłem do Klubu "Pod Gruszką", gdzie się miała odbyć promocja mojej nowej powieści kresowej "Zdrada"
Czekała już pani prezes wydawnictwa, Zuzanna Dawidowicz, którą dopiero miałem okazję poznać osobiście. Czekał też prof. Maciej Urbanowski z UJ. Sala powoli się napełniała. A kiedy prof. Ubranowski zaczął prezentować moją sylwetkę twórczą i opowiadał o książce, pojawiło się więcej słuchaczy. W sumie przybyło blisko 40 osób, głównie inteligencja krakowska, artyści i poeci, np. autorka pięknych wierszy, Elżbieta Wojnarowska, także piosenkarka i powieściopisarka, kilku profesorów, w tym prof. Lucyna Kulińska, znakomita znawczyni problematyki kresowej. Było kameralnie, ale czuło się, że ci, co przyszli, mają coś ważnego do powiedzenia.
Ja głównie mówiłem o wadze i znaczeniu Kresów dla pamięci narodowej, trochę też o źródłach literackich „Zdrady”.
Profesor Ubranowski, w swojej poważnej i głębokiej analizie zwrócił uwagę na trzy ważne elementy książki:
że jest to powieść nowego typu, jak ją nazwał, "naturalizmu magicznego", w której realia świata naturalnego przeplatają się ze sferą magiczną tego świata;
że postać, zachowanie i los jednego z bohaterów, a przede wszystkim jego śmierć, księdza Roberta, przywołują przed oczy postawę, zachowanie i śmierć Chrystusa. Czyli Chrystus ciągle się w nas odradza i ciągle umiera.
I po trzecie dostrzegł żywą, wartką akcję i walory
emocjnalne utworu.
Wiele uwagi poświęcił też strukturze powieści, jej elementom konstrukcyjnym i znaczeniu głównych postaci Kasi i Mitii w kształtowaniu świata przedstawionego. Było to dla mnie pierwsze, ważne odczytanie zarówno "Zdrady", jak i całej, jak na razie, dygolii kresowej.
Potem nastąpiła żywa dyskusja, było dużo pytań i dużo odpowiedzi. Zwracałem uwagę, że moja powieść, choć pozornie wywodzi się z nurtu historycznego, dotyka żywo świata współczesnego i kładłem nacisk na to, by zrozumieć silny zwiazek, w jakim Kresy się łączą z problemami życia współczesnego. Nie można bowiem bez Kresów zrozumieć wielu konfliktów rozdzierających nasze społeczeństwo, nie można też pojąć relacji międzynarodowych zachodących dziś między Polakami, Ukraińcam, Niemcami, Rosjanami, Żydami itp, itd. Nie można realnie i rzetelenie wytłumaczyć działań i zachowań arcybiskupa Andrzeja Szeptyckiego bez wejścia w głąb problematyki ludobójstwa na Kresach. Słowem, Kresy są także kluczem dla realiów współczesnej Europy.
Już po oficjalnym zakończeniu spotkania, trwały dalsze dysputy i dociekanie prawdy o Kresach. W sumie, dla autora, owocne, ważne i głębokie przeżycie.
Dalsza część wieczoru upłynęła mi na długiej rozmowie z bratem Piotrem. Następnego dnia byłem już we Wrocławiu.
Cierpki smak literatury
W ostatni piątek 20 listopada w restauracji „Pod gruszą” w Krakowie odbyło się spotkanie autorskie, którego gościem był dobrze znany wszystkich miłośnikom Kresów pisarz Stanisław Srokowski. Podczas spotkania, oprócz dyskusji na temat literatury i historii, padło również wiele gorzkich słów pod adresem dzisiejszej polityki pamięci Polski i Ukrainy.
Celem spotkania zorganizowanego przez wydawcę "Zdrady" Wydawnictwo Arcana, poza dyskusją na temat nowej książki S. Srokowskiego, było także podjecie refleksji na temat zbrodni dokonanych przez Ukraińców na Polakach (oraz innych nacjach) w okresie II wojny światowej i stosunku obu narodów do tych wydarzeń.
Sam autor, jak podkreślił, wierzy w możliwość, a nawet konieczność rozmowy z drugą stroną i budowania dobrych relacji na prawdzie jako jedynym trwałym fundamencie.
Istnieje znacząca różnica w postawie względem ludobójstwa na Kresach u różnych części ukraińskiego społeczeństwa (ważny jest podział geograficzny) i należy to wykorzystać. Nacjonalistycznych nastrojów używa się do politycznej gry, co powoduje wzrost niechęci do Polaków w zachodnich obwodach oraz nacisk na dalsze fałszowanie historii. Jednoznaczna postawa polskich władz mogłaby stać się jasnym sygnałem, iż nie ma przyzwolenia na zapomnienie o polskich ofiarach na Kresach, a jednocześnie odporem dla narastającej fali ekstremizmu.
Gość spotkania, sam pochodzący z okolic Tarnopola i uratowany z masakry przez Ukrainę, której imię i nazwisko zachował wciąż w pamięci, wielokrotnie w czasie rozmowy przekonywał do porozumienia z Ukraińcami. O obliczu narodu ukraińskiego nie może stanowić faszyzująca mniejszość chwaląca zbrodniarzy, zamiast ludzi, którzy ratowali innych.
Honorowanie Ukraińców ratujących wówczas Polaków, Żydów czy Ormian jest jednak trudne ze względu na niechęć samych zainteresowanych - nadal kieruje nimi obawa nie tylko przed napiętnowaniem przez nacjonalistów, ale także o bezpieczeństwo swoje i swoich bliskich.
Padło także pytanie o rolę literatury - samemu autorowi często stawia się zarzut zbyt brutalnego opisu rzeczywistości, jako można było usłyszeć na spotkaniu, krytycy niekiedy nie mogą wręcz przez książkę przebrnąć, ponieważ jest ona dla nich zbyt traumatyczna. Nie da się jednak mówić o rzeczach strasznych bez strasznych słów i obrazów, a problemy narosłe między Polakami i Ukraińcami powinny zostać wyartykułowane bez zbędnych eufemizmów.
Nowa powieść Stanisława Srokowskiego, ukazująca trudne losy przedstawicieli różnych narodów na Kresach Wschodnich, na pewno pomoże zrozumieć obecne zapętlenie stosunków polsko-ukraińskich. Kontynuuje ona główne motywy "Ukraińskiego kochanka", jednocześnie zapowiadając dalszy rozwój sagi.
Mateusz Kędzierski
Już niedługo na łamach Kresów.pl recenzja nowej powieści Stanisława Srokowskiego
Zapraszamy na stronę Wydawnictwa Arcana: www.arcana.pl
(kresy.pl)
SPOTKANIE W BYSTRZYCY OŁAWSKIEJ